Sokołów – moje zniszczone miasteczko

Perec Granatsztejn

Opisy i obrazy miasta, portrety jego wymordowanych żydowskich mieszkańców

[Przypisy w nawiasach kwadratowych pochodzą od tłumaczki i redaktora tekstu]

 

[str.5]

Do czytelników

Czwarta książka z serii „Dos pojlisze jidntum” [Żydostwo polskie] poświęcona jest małemu żydowsko-polskiemu miasteczku, Sokołów Podlaski. Miasteczko to, do Zagłady oddychało żydowską ludowością, wrzało od społecznej i partyjnej działalności. Mieszkały tam przeróżne barwne postacie, toczyły się polityczne walki i kulturowe spory, oddające całe spektrum żydowskiej ulicy.

Książka ta jest pomnikiem wystawionym żydowskiemu życiu, które zniszczone zostało przez wojenną zawieruchę. Pomnikiem wystawionym miasteczku, które naziści zmietli z powierzchni ziemi, tak samo, jak unicestwili setki i tysiące podobnych żydowskich miasteczek w całej Polsce.

Autor niniejszego tomu, Perec Granatsztejn, jest młodym pisarzem, angażującym się jeszcze w starej ojczyźnie w działalność polityczną. Z wielkim oddaniem i czułością uwiecznił najciekawsze postacie i wydarzenia ze swoich rodzinnych stron.

Perec Granatsztejn, który mieszka obecnie w Argentynie, i który musiał opuścić swój stary dom i swoich bliskich, którzy zginęli w Polsce śmiercią męczeńską, ożywia dla nas tę małomiasteczkową, ale jakże twórczą żydowską społeczność. Dzięki temu nie popadnie ona w zapomnienie.

W Sokołowie Podlaskim, miasteczku, w którym mieszkał Granatsztejn, tak samo jak

[str. 6]

w wielu podobnych mieścinach, żyły pokolenia Żydów, których imiona być może nic nam nie mówią, ale to oni tworzyli ten szczególny, lokalny miejski koloryt.

W środowisku tym były jednak także jednostki, które porzuciły małomiasteczkowe życie, wędrowały po świecie i zostawały często budowniczymi i twórcami nowej kultury żydowskiej. Udało im się prowadzić swoją działalność na dużo większą skalę niż mogłyby to robić pozostając w swoich rodzinnych miastach.

Z galerii postaci, które Granatsztejn tak wyraźnie i dokładnie opisuje w swojej książce, rozpościera się przed naszymi oczami wielostronny obraz żydowskiego życia w małym miasteczku. Sądzimy, że portret tego miasteczka, którego dziś już nie ma, w którym jednak nie tak dawno pulsowało barwne żydowskie życie, poznanie żyjących tam postaci i wydarzeń, jest ważnym przyczynkiem do opisania historii Żydów w Polsce.

Poza tym książka Pereca Granatsztejna, która przygotowana do druku została przez towarzysza I. Falatyckiego, jest pierwszą z serii książek [*Kolekcja Dos pojlisze jidntum to 175 książek publikowanych w latach 1946-1966 przez Komitet Polskich Żydów w Argentynie. Książka Granatsztejna była czwartą z serii, ale pierwszą w tejże, która dotyczyła konkretnego miasta] o unicestwionych żydowskich społecznościach, którą Komitet Centralny Polskich Żydów w Argentynie ma zamiar wydawać pod zbiorczym tytułem „Dos pojlisze jidntum” [Żydostwo polskie].

Redakcja
Buenos Aires, czerwiec 1946

[str. 7]

Książkę poświęcam pamięci moich rodziców Isroela i Kejli, mojej żony Motl Ber i mojej siostry Cipe, którzy zginęli w Polsce.
Autor

**

Sokołów oddalony jest 100 kilometrów od Warszawy. Leży w pobliżu Siedlec i przeklętej Treblinki… W Sokołowie nie było starej gminy żydowskiej. Społeczność żydowska, tak tragicznie wymordowana, podobnie jak samo miasto, były stosunkowo młode. Trudno było znaleźć tam dom, pomnik czy synagogę z historią dłuższą niż 100 lat [*Najstarsza synagoga w Sokołowie została zbudowana w XIX wieku, jednak jej drewniana konstrukcja spłonęła w czasie pożaru miasta. Stąd prawdopodobnie wiedza autora o jedynie „nowych” budynkach w mieście. Żydzi w Sokołowie pojawili się w XVII lub XVIII wieku]. Także stare, dotknięte zębem czasu macewy na cmentarzu nie miały więcej niż dwieście lat.

Miasto należało kiedyś do polskiego szlachcica Hirszmana [*Rodzina Hirschmanów to ostatni właściciele miasta. Doprowadzili do budowy cukrowni na jego obrzeżach]. Jego potomkowie żyli z wynajmu nieruchomości, aż do ostatniej wojny. Całe centrum miasta z okolicznymi sklepami należało do nich.

W ciągu ostatnich 70 lat Sokołów powiększył się, co miało związek z uruchomieniem cukrowni. Także doprowadzenie linii kolejowej spowodowało znaczy rozwój miasta.

Niniejsza książka nie pretenduje do miana historii siedmiotysięcznej społeczności żydowskiej Sokołowa, którą wróg zgładził razem z całym polskim żydostwem. Moim zamiarem było uwiecznienie dla przyszłych pokoleń – pokazując jedynie odłamki i skrawki – żydowskiego biednego i radosnego, bolesnego i wzniosłego życia w małym miasteczku. Pokażę życie całych pokoleń sokołowskich Żydów, ze wszystkimi jego barwami i cieniami: szabasy, święta, smutki

[str. 8]

i radości, polityczne rozgrywki religijnych fanatyków i dobrze urodzonych młodzieńców, śpiewy robotników i służących. Także przejawy duchowych, twórczych sił, które głęboko drzemały w masach żydowskich i tak wspaniale rozkwitły w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, to znaczy w okresie renesansu jidyszowej i hebrajskiej literatury i kultury. Narodziny politycznych idei i ruchów, pośród których czołowe miejsce zajmowali chasydzi, syjoniści i socjaliści.

Książka nawet w niewielkim stopniu nie jest w stanie opisać wszystkich duchowych wartości, które oddziaływały na sztetl. Można było jeszcze napisać o bibliotekach, kółkach teatralnych, jesziwach i wielu innych ważnych instytucjach, które Żydzi stworzyli w Sokołowie. Było tam także wiele specyficznych i osobliwych postaci i działaczy społecznych, a każdy jedyny w swoim rodzaju – „ktokolwiek opowiada historię naszych zmarłych braci, jest godzien pochwały ” [Parafraza zdania: וכל המרבה לספר ביציאת מצרים הרי זה משובח „Ktokolwiek opowiada historię o wyjściu z Egiptu jest godzien pochwały“ pochodzącego z Hagady pesachowej].

Sokołów zniszczono. Nie ma tam już ani jednego Żyda. Zniszczono cmentarz i zaorano ziemię. Tam, gdzie leżały szczątki pokoleń Żydów z Sokołowa, pasą się teraz krowy [*Stary cmentarz żydowski znajduje się przy ul. Bulwar 1, gdzie obecnie jest park im. PCK. Nowy cmentarz żydowski znajduje się przy ul. Bartoszowej. Jest nieogrodzony i nieoznakowany]. Po naszej przeszłości nie pozostał ani jeden znak.

Ta książka jest więc macewą wystawioną naszej świetlistej, tak bliskiej przeszłości…

Oby wszyscy moi krajanie od czasu do czasu „poszli” na groby swoich przodków… Przeczytali tę książkę i ze smutkiem powspominali…

P.G.

[str. 9]

 

Królowie biedoty

Nie przystępuj tutaj, zzuj obuwie twoje z nóg twoich,
gdyż miejsce, na którem stoisz, ziemią jest świętą.
(Exodus 3:5, tłum. Izaak Cylkow)

Większość miejskiej biedoty mieszkała na ulicy Koziej. Prawie w każdym drewnianym domostwie mieszkało po pięć rodzin, a każda liczyła po kilka tuzinów dusz. Właściciele tych zapadających się chat zbijali deski i tworzyli maleńkie, wąziutkie kąciki wyglądające jak kurniki, do których upychali ilu się tylko dało lokatorów.

„Elitą”, samozwańczym gospodarzem na ulicy, był Szmuel Jankiel, szewc, który przez całe życie nie zrobił ani jednej pary butów. Mężczyzna o oczach zachodzących krwią. Szmuel Jankiel był spośród miejscowych łachmaniarzy najbardziej uczony. Modlił się w synagodze przy pulpicie, studiował Torę w bożnicy krawców i potrafił nawet zaklinać złe uroki, gdy któremuś z rzemieślników, nie daj Boże, nie wiodło się najlepiej.

Kolejnym był Kalmen Ber, krawiec z chłopskiego, swojskiego domu, gruby, wiecznie wzdęty, zawsze mówił przez nos. Gdy mówił, wydawało się, że ziemniaki sypią się z wora.

Hilel Flak, bo tak nazywano go na ulicy, był mężczyzną, który

[str. 10]

nigdy nie kupił sztuki dobrego mięsa. W jatkach kupował zawsze tylko tanie flaki. Tym sposobem otrzymał też swoją ksywę.

I te właśnie „grube ryby” były najświetniejszymi przedstawicielami i dowódcami całej armii króla biedaków.

W każdej izbie, zamieszkiwanej przez biedotę, był piec, na których stał żelazny trójnóg. Kobiety na nim gotowały strawę dla całej rodziny. Drewno dawała gospodyni. Często wybuchały kłótnie i skandale, bo Ester Malka, żona Szmuela Jankiela, kobieta o wychudzonej, zgorzkniałej twarzy, uważnie przyglądała się swoimi małymi zwinnymi oczkami i baczyła, aby sąsiedzi nie zużyli ani jednego zbędnego kawałka drewna. Święto było, gdy można było ugotować garstkę bobu na szabat [*szabat – hebr. ‏ שַׁבָּת‎, odpoczynek; w judaizmie ostatni dzień każdego tygodnia. Rozpoczyna się w piątek po zachodzie słońca, kończy w sobotę po zachodzie słońca].

– Co ty wyprawiasz?! Nie wynajęłam ci tej izby, abyś tu gotowała. Zużywasz na to cały nasz niewielki zapas drewna. Jeśli chcesz sobie gotować bób, to musisz sobie poszukać innego domu! – krzyczała Ester Malka swoim skrzypiącym głosem.

– Esterko, już nie będę nic gotować. Co mam zrobić? Nie mam na czym ugotować rosołu na szabas. A w izbie ani grosza. Mój mąż jeszcze nie wrócił ze wsi. Mam jedynie kilka fasolek bobu z zeszłego tygodnia, którymi chrześcijanin zapłacił mi za zreperowanie butów – tłumaczyła kobieta.

Przez cały tydzień ludzie z ulicy ciężko pracowali, harowali jak Żydzi w Egipcie. A to wszystko tylko na jeden dzień szabasu. O świcie, jeszcze zanim słońce wstało, wszyscy szli do swoich zajęć. Woźnice zaprzęgali konie, żebracy i domokrążcy ruszali w drogę do okolicznych wsi, szewcy i krawcy zasiadali do swoich maszyn. Zaharowani chodzili przez cały tydzień jak konie w zaprzęgu. Przed ich oczami jednak cały czas widniała i lśniła perspektywa tego jednego jedynego dnia ze wszystkimi jego przyjemnościami. Dnia przynoszącego tyle radości w ich ciężkim, bolesnym i mizernym życiu. Na wszystkich szlakach, w lasach i wioskach, wśród ujadających psów, wszędzie rozlśniewało lico królowej Szabasu. Domokrążca, który przez cały tydzień nie dojadał, chciał przynieść do domu

[str. 11]

trochę mąki, kaszy, drobiu, czasem nawet rybę, aby przynajmniej tego jednego dnia, w szabas, żona i dzieci mogły zaznać trochę wygody.

Także kobiety się przygotowywały. Przez cały tydzień gotowały rzadką zupę, tak aby wystarczyło i można było się najeść do syta chleba i kartofli. Nic więcej nikomu nie było trzeba. Tylko w szabas nie można było się niczego wstydzić. Podekscytowane i zalatane kobiety biegały po sklepach i jatkach. Dla rzeźników były one ważnymi klientkami. Żadnej nie odmawiali i nie wymyślali, gdy przychodziły w te pędy kupić kawałek mięsa. Ruwen Pęcik, rzeźnik, osobnik drażliwy i bezwzględny, u którego mięso kupowały wszystkie miejskie gospodynie, zobaczywszy w piątek wieczorem Żydówkę z ulicy Koźlej spoglądał groźnie i gniewnie spod oka i pytał:

– Czego chcesz kobieto?

– Jak to czego? Kawałka mięsa.

I Ruwen szybko odcinał kilka żeberek z wielkiego kawałka cielęciny.

– Ruweńku, wybaczże, nie miej mi za złe, ale daj mi kawałeczek jagnięciny. Tam na ścianie wisi tłusta jagnięcina, dołóż kawalątek, będę mogła dorzucić do ziemniaków na czulent.

– To nie dla ciebie! – odpowiadał zdenerwowany Ruwen Pęcik.

– A co to? Mój pieniądz śmierdzi? Tylko bogaci mogą jeść jagnięcinę, a biedakom się nie należy? – odpowiadała wystraszona kobieta.

– Patrz ci ją! Specjalnie dla niej kupiłem od szlachcica z Repek tłustego barana! Czy ty przypadkiem do innego nie jesteś przyzwyczajona? Mam swoich stałych klientów, takich co kupują mięso przez cały tydzień. Dla nich ta jagnięcina. Dobrze bym na tym wyszedł, gdybym wyczekiwał wszystkich tych biedaczek z ulicy Koziej, które przychodzą raz na tydzień do jatki.

Wysłuchawszy ciętej riposty Ruwena Pęcika i najadłszy się wstydu, kobieta wracała do domu.

[str. 12]

Nadchodzący szabas czuć było na ulicach. Z każdej z izb unosi się zapach piątkowych potraw. Na przyzbach siedzą dzieci z miseczkami pełnymi cymesu [*cymes – rodzaj potrawy podawanej jako deser]. Dziatwa z umorusanymi buziami, z wielkim apetytem przeżuwa pajdy białego chleba i gotowane czarne jagody. Matki w wielkim pośpiechu wyczesują dziecięce główki i zakładają na zmęczone stopy wyglancowane i wypucowane woskiem buciki.

Herszl Ander, mężczyzna o wykrzywionym nosie podobnym do kartofla, ubrany w rozpiętą i rozchlastaną, uszytą przez żonę koszulą, spod której wyłaniała się porośnięta czarnymi włosami pierś, wyglądająca trochę jak wypłowiała barania skóra, zdejmuje z komina swoimi wielkimi, spracowanymi rękoma garnek pełen brukwi i stawia go na przyzbie. Ugniata brukwie wielką drewnianą łyżką i przez swoje chore i gnijące zęby krzyczy w stronę sąsiadów:

– Widzicie? Widzicie? Ta brukiew to niebo w gębie. Lepsza niż mięso. Kupiłem ją u jabłońskiego gospodarza. Dwa garnce kupiłem. Tylko twarda jest z lekka, musi się trochę pogotować.

Szymon Wół, rzeźnik, mężczyzna wielki jak niedźwiedź, o twarzy okrągłej i czerwonej, stoi na progu swojej izby i smaruje swoje juchtowe brązowe buty tranem. Szybko odpowiada sąsiadowi swoim basowym głosem:

– Reb Herszl, zanieś ten garnek z brukwią do Mojsze Isroela. Przywiózł on z Warszawy piłę, to wam je zetrze.

– Piła dziś stoi. Obluzowała się śrubka – odpowiada radośnie Herszl Ander.

Gdy gasły ostatnie złociste promienie słoneczne i ich blask znikał z pokrytych gontem dachów, a ogniste słońce kryło się za przepastnym horyzontem, królowa Szabas powracała ze swojej długiej wędrówki i rozpościerała nad ulicami swój świąteczny welon. Za oknami żydowskich domów, zza bielusieńkich firanek dochodził blask zapalanych jedna po drugiej świec, które lśniły jak statki na morzu. Jak złamane orle skrzydła, spracowane, zmęczone matczyne ręce unosiły się nad szabasowymi świecznikami – „Baruch hu, baruch szemo” [Błogosławiony On, niech będzie błogosławione jego imię].

[str. 13]

Pierwszy z sidurem [*modlitewnikiem] w ręku wychodzi z domu na podwórko i staje obok drewnianej bramy Mele Kik – chłop jak dąb. Mieni się jego siwiuteńka głowa. Ubrany jest w długi chałat, spod którego wystaje przydługa podszewka owijająca jego długie ciężkie nogi. Mele często wyrywa się do czytania Tory w bożnicy krawców. Stoi dumnie obok drzwi domu Szmuela Jankiela, gdzie zbierał się

Menachem Rozen (z dziećmi). W piątek przed zapaleniem świec, chodził ulicami miasteczka i kazał zamykać sklepy

miejscowy minjan [*minjan – w judaizmie kworum modlitewne, wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn]. Czekał na modlących się. Gdy rzemieślnicy zaczynali napływać do izby, zaraz stawał gotowy do czytania Tory. I jak zepsuty flet świszczał: „Pójdźcie, zaśpiewajmy Bogu, wysławiajmy opokę pomocy naszej” [Psalm 95, tłum. Izaak Cylkow].

Nad ulicą unosiła się świąteczna cisza. Z daleka dochodziły tylko echa krzyków gojów. Naprzeciwko minjanu siedział sąsiad-chrześcijanin Krowacki z dziko potarganymi włosami, a obok niego leżał jego stary, kudłaty pies. Krowacki klepał swoją tępą kosę,

[str. 14]

przygotowując ją na jutrzejsze żniwa. Odgłosy klepania towarzyszą głosom modlących się – skrzypienie kosy i lecha doidi, likrat kala, penej szabat bekabelach [„Przyjdź mój umiłowany na spotkanie oblubienicy, powitajmy oblicze Szabatu”] mieszają się w jedno, wychwalając święty szabes.

Po pieśni Szolem-Alejchem i po odprawieniu kiduszu do szabasowej wieczerzy zasiadają wszyscy prawnukowie reb Jochanana ha-Sandelara. Śpiewają też zmiry. Swoje własne melodie dopasowują do święta. Nie nauczyli się ich w chasydzkich sztiblach [*sztibel – budynek lub jego część, będący małym domem modlitewnym chasydów]. Marsze z Kocka, Góry Kalwarii, czy z Aleksandrowa są im obce. Są to melodie proste, pieśni śpiewane normalnie, bez egzaltacji, religijnych uniesień, bez zbędnych ruchów, gestów i grymasów. Do melodii śpiewanych w ciągu tygodnia ciężkiej pracy, przeciągając czarne, osmolone dratwy i podkuwając podeszwy, wplatają pieśni szabasowe. Także motywy robotnicze, o których czeladnicy śpiewają w swoich warsztatach, wybrzmiewają dalej przy zastawionych i pokrytych białymi obrusami stołach, wokół których zebrali się królowie biedy z ulicy Koziej.

Także Szmuel Jankiel nie spieszy się ze swoją piątkową kolacją. Po każdym daniu spogląda do siduru, opowiada swojej żonie Esterze Malce prastare żydowskie historie o naszych praojcach i podśpiewuje, gdy tylko usłyszy dochodzącą z podwórza pieśń, śpiewaną na melodię marszu miejskiej straży pożarnej. Gdy zje już flaczki i rosół z płuckami i wątróbką, żona siada obok niego i wylewa morze swoich ciągłych pretensji i narzekań.

– Szmuel Jankiel, jak my skończymy? Już od ponad trzech lat ci ludzie nie płacą czynszu za bożniczkę. Moglibyśmy przecież ten kąt, gdzie stoi szafa z Torą wynająć. Za pieniądze kupilibyśmy drewno i ziemniaki na zimę. Cóż z tego mamy, że u nas się modlą? W mieście przecież pełno bogaczy z wielkimi kamienicami, niech oni dadzą im miejsce na modły.

Szmuel Jankiel patrzy na nią swoim przekrwawionymi oczami, uderza ręką w otwarty, leżący na stole Chumesz [*Chumesz – Pięcioksiąg Mojżeszowy, pierwsza część Biblii Hebrajskiej] i zaczyna krzyczeć:

[str. 15]

– Ciągle wygadujesz jakieś głupoty! To się w głowie nie mieści! Sądzisz, że do grobu ci włożą twój stary, podupadły dom? Jesteśmy już przecież starymi ludźmi. Całe życie harowaliśmy, męczyliśmy się, nigdy do syta się nie najadaliśmy, to miejmy przynajmniej jakąś przyjemność na tamtym świecie. Sądzisz, że Bóg w niebie nie wie, że oddaliśmy za darmo miejsce, w którym wszyscy rzemieślnicy się modlą i gdzie zbiera się minjan? On widzi wszystko i wie wszystko. Tam wszystko jest zapisywane. Tu, na tym świecie już wszystko przepadło. Już nam niewiele czasu pozostało.

Ester Malka odwraca tylko swoją małą główkę, otwiera powoli swoje wąskie usta i dumnie odpowiada:

– A to, że mamy w domu Torę to się nie liczy? Pokaż mi, który z tych wszystkich bogaczy ma u siebie w domu zwój Tory. Grosik do grosika zbieraliśmy, aż skończono naszą księgę. Już za to należy nam się tamten świat!

Szmuela Jankiela ucieszyły słowa żony. Uśmiechnięty i rozpromieniony zwraca się do niej:

– Powiedz, pamiętasz tamtą noc, gdy zakończono przepisywać naszą Torę?

– A czemu miałabym nie pamiętać?

– Bo ja, Ester Malko, mam ją przed oczami jakby to było wczoraj. Był ładny letni wieczór. Tysiące ludzi, mężczyźni, kobiety z dziećmi zebrali się u nas na ulicy. Pamiętasz ten wielki napis z kolorowymi literami sisu ve-simchu simchat tora [tłum. „Radujmy się wszyscy Świętem Tory”; pieśń śpiewana na święto Simchat Tora], który szewc Awromek Michl przygotował? Wszyscy żeśmy szli tanecznym krokiem, ręka w rękę, jak byśmy szli na spotkanie z Mesjaszem. A klezmer Mojsze Chaim ze swoimi skrzypkami – ależ on pięknie grał! Coraz to nowe pieśni wygrywał, jakby skrzypce potrafiły mówić. Gdy grał wesołą melodię to nawet Szepsl Bębniarz z synem puścili się w tany. Wyglądało to, jakby Żydzi wychodzili z Egiptu i naprzeciw nam wychodziła tańcząc i grając prorokini Miriam. Gdy wychrzta,

[str. 16]

jak czarodziej, szybko chwycił skrzypce i przyłożył je do swojej ogolonej twarzy i przeciągnął smyczkiem po strunach wydając smutną, płaczliwą melodię, to wydawało mi się, że właśnie wyganiają Żydów na tułaczkę. A za nami idzie nasza matka Rachela i płacze patrząc na swoje dzieci, które przepędza się z ich kraju.

Szmuel Jankiel zamilkł na chwilę. Podszedł do ławy, na której stało drewniane wiadro z wodą. Zmoczył swoje twarde, ciężkie ręce, zmówił błogosławieństwo, zdjął swoją starą, podartą kapotę, którą nakładał w każdy szabas od dnia swojego ślubu. W białej koszuli wyszedł na podwórze i siadł na wielkim kamieniu. Wszyscy sąsiedzi siedzieli już na przyzbach. Krawiec Kalmen Ber siedział boso w bawełnianych spodniach. Jego gruby, wydęty brzuch okalał szeroki pas. Kalmen Ber sapał po jedzeniu jak wyprawiana gęś i opowiadał przyciszonym głosem:

– Byłem dziś w wiosce Niewiadoma. Wynająłem tam od głuchego Tuszyńskiego [*w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej występuje rodzina Tosińskich z Niewiadomej, może więc chodzić o to nazwisko] sad. Wszystkie drzewa w tym roku owocują, uginają się wręcz od jabłek i gruszek. Jak Bóg da i nie będzie burz, uda mi się za zarobione pieniądze zreperować dach w domu. Nie da się już tak dalej mieszkać. Pułap i podłoga są całe przegniłe od deszczu, który pada prosto do izby.

Miejski żartowniś, łaciarz Mocny Herszele, który przez cały czas siedział na kamieniu przeżuwając dorodną dynię, zabrał głos:

– Słyszeliście ludzie, co wydarzyło się w tym tygodniu? Przechodzę obok starej synagogi i widzę, że stoi tam mężczyzna z wozem pełnym szmat i krzyczy: „Skupuję szmaty, starzyznę, rupiecie!” Chce pan trochę staroci – zagaduję – to chodź pan do mnie do domu, sprzedam panu moje graty. Chłop nie znał się na żartach i pojechał przodem swoim wozem. „Chodźże do izby!” – krzyczy do mnie – „Gdzie macie te graty?” Pokazuję mu moją

[str. 17]

starą, która właśnie stała przy balii. „Oto i moja stara!”. Żyd tylko z hukiem zatrzasnął drzwi i zły wyszedł z izby.

– Ty odrapańcu – krzyknęła jego żona, która wyglądała jak kwaśne jabłko – Kto by widział, żeby całe życie opowiadać dowcipy i stroić żarty. Nic innego mu w głowie. Zbliżają się Jamim Noraim [*Jamim Noraim – z hebr. ימים נוראים Groźne Dni, Straszne Dni, Dni Trwogi; w judaizmie, pierwsze dziesięć dni miesiąca tiszri, okres pokuty, ciąg dni podczas których decyduje się los człowieka na następny rok], a w domu ani grosza. Trzeba przygotować drewno na zimę. Trzeba kupić kilka worków ziemniaków, bo później będzie drożyzna. A jemu to nie przeszkadza. Ciągle tylko śmieje się z innych ludzi. Widzieliście już takiego wesołego biedaka?

– Zamilcz już, babo! Ale się rozgadała! Jak Bóg da, będziemy mieli wystarczająco ziemniaków, własne będziemy mieli. Nocami będziemy je wykopywać. Ja będę kopał cię, a ty mnie. A dziatwa, co to w jednym łóżku śpi, to mało kopie? Nie bój się, ziemniaków nie zabraknie…

Sąsiedzi pękali ze śmiechu. Z drugiego podwórka przyczłapał Alter Maier, syn Natana. Drobny mężczyzna z kozią bródką. Wszy nie dawały mu spać, wziął więc swój siennik, położył go na ulicy, a sam położył się na plecach i twarz skierował do nieba.

Na dworze pachniało skoszonym sianem. Przyjemny, słodki zapach świeżej koniczyny unosił się z pobliskich gojskich stodół. Z ciemnego, niebieskiego nieba gwiazdy spoglądały na ulicę Długą. Od czasu do czasu jakaś gwiazda spadała i pozostawiała na niebie długi, srebrny ogon. Żona Altera Maiera, wysoka i chuda jak łopata, o głosie cichym i piszczącym, prosiła męża:

– Alter, wejdź do izby. Gwiazdy spadają z nieba, a ty się położyłeś i chcesz spać na środku ulicy.

– Źle się czuję. Chcę się przespać na zewnątrz. Idź, przynieś mi ze studni rabina trochę wody. Nie czuję się dobrze po jedzeniu.

[str. 18]

– Prosiłam cię przecież, abyś się tak nie najadał bobu, bo jest już zleżały. Ale mnie nie posłuchałeś i teraz źle się czujesz.

– A czy miałem coś innego do jedzenia? Dobrą rybę i mięso wykupili przecież bogacze. Na następny szabas, dla pewności, powinnaś się pospieszyć i wcześniej kupić tłustego kurczaka…

– Nie rób sobie żartów! Wejdź do domu i połóż się do łóżka – nalegała żona.

Starzy jeszcze posiedzieli i poleżeliby na zewnątrz, gdyby nie nadchodzące, spacerujące pary.

W późnych piątkowych godzinach wieczornych ulica przemieniała się w romantyczną aleję, w miłosny ogród. Bogata młodzież, kobiety, których mężowie wyjechali do Ameryki – wszyscy, którzy swoich skrywanych miłostek nie mogli pokazać w mieście za dnia, przychodzili ze swoim „trefnym towarem” spacerować pomiędzy melancholijnymi, uśpionymi domkami. Tam też po dziś dzień leżą ukryte sekrety i piękne wspomnienia prawdziwej, niekiedy i odgrzewanej, miłości. Niejedna kobieta i niejeden mężczyzna w krajach żydowskiej diaspory przypomina sobie tę uliczkę, gdzie się całowali, kochali znane i nieznane kobiety i mężczyźni w ich najlepszych, najszczęśliwszych latach młodości. W niejednym pozostała wieczna niezagojona rana w przepełnionym bólem sercu.

Z walącymi sercami, pary przytulały się do siebie siedząc na ławkach stojących przy domach. Cała ulica spała pochłonięta nocną ciszą. Z podwórka Szmuela Jankiela niósł się jeszcze cichutki, przyjemny i rozkoszny głos śpiewanej pieśni. Kramarz Jecheskiel, prowadzący modlitwy w aleksandrowskiej bożnicy, zakończył swoje modły i słodko, jak stęskniony gołąb, odburknął – „Świątynia zostanie odbudowana, miasto Syjon powstanie z ruin. A my będziemy śpiewać nową pieśń i ruszymy w drogę ” [wers pochodzi z pieśni szabasowej „Cur Miszelo”].

Wraz z ucichającymi ostatnimi jego serdecznymi tonami, zgasły migające świece i zniknęły z okien domów na ulicy biedaków.

[str. 19]

 

Chaimek

Zawadiaka Chaimek słynął na całą podlaską okolicę. Żydzi i Chrześcijanie ze wszystkich okolicznych miast drżeli na jego widok i śmiertelnie się go bali. Gdy jakiś goj pokłócił się z sąsiadem, mógł wynająć Chaimka, aby ten dał mu lekcje i spuścił lanie. Czatował on wtedy na chłopa w czwartek wieczorem po dniu targowym [*sokołowską tradycją są dni handlowe odbywające się w czwartki do dzisiaj] i czekał na okazję, aby go poturbować. Taki chłop cały w krwi wracał do domu.

Chaimek był wielki jak olbrzym. Miał długą szyję, z której wystawała spiczasta grdyka. Tak spiczasta, że można byłoby na niej powiesić płaszcz. Jego twarz był ciemna i ziemista. Twarz jego lśniła krwią i odwagą, jakby ktoś nasmarował go kolorowym tłuszczem. Jego ogniste, szeroko otwarte kasztanowe oczy, rzucały strach na ludzi, gdy tylko pokazywał się na ulicy. Jego nos o kształcie szofaru [*szofar – instrument dęty o charakterze liturgicznym] i wąska twarz przypominały o okrutnych, fantastycznych dziecięcych bajkach, które opowiadano sobie w chederze [*cheder – dawniej szkoła elementarna, do której posyłano chłopców w wieku trzech lub pięciu lat], o zbójach i kanibalach, którzy wędrują po dalekich lasach Syberii. Mówił z przepięknym akcentem. Jego głos miał ostry metaliczny wydźwięk. Przyjemnie było go słuchać. Niejeden aktor,

[str. 20]

albo mówca, życzyłby sobie mieć taką dobrą dykcję, jaką miał Chaimek, mówiąc po żydowsku.

Chaimek nie urodził się w podlaskich stronach. Jego kołyska nie stała na sokołowskiej ziemi. Nie był także uczniem lokalnych melamedów [*melamed – nauczyciel dzieci w chederze] i nie uczęszczał do ich chederów. Nie brał też udziału w „wojnach”, które miejscowe urwisy i łobuzy urządzały z chrześcijańskimi chłopcami. Przyszedł do miasta skądś już jako dorosły mężczyzna, podrosły osobnik, dojrzałe jabłko, które spadło z drzewa na sokołowską ziemię.

W przededniu I wojny światowej, w roku 1914 car przegnał Żydów, którzy mieszkali w pobliżu niemieckiej granicy. Ojciec Chaimka, woźnica Chaskiel, mężczyzna średniego wzrostu, miał ochrypły i skrzekliwy głos. Mieszkał w pobliżu Grajewa, niedaleko granicy i zajmował się przewożeniem emigrantów z Cesarstwa Rosyjskiego, wybierających się do Ameryki. Na życie zarabiał także kontrabandą i innymi równie ciekawymi zajęciami. Gdy car go wypędził, przyjechał ze swoimi domownikami, tym razem sam jako uchodźca, do Sokołowa Podlaskiego. Przywiózł ze sobą pół tuzina synów, a jeden większy był od drugiego. Byli to chłopi, których stopa nigdy nie postała w chederze, którzy nie znali ani jednego słowa po hebrajsku i nie wiedzieli na oczy liter, i którzy – tak samo jak ich ojciec Chaskiel, w ogóle nie potrafili się modlić.

Do domu modlitwy Chaskiel, a jakże, przychodził. Jednak nie z powodu modlitw, a dlatego, że czuł się tam dobrze i swojsko. Po całym dniu ciężkiej pracy, taszczenia z dworca ciężkich worów pełnych węgla albo żelastwa, każdego wieczoru zachodził do bes-medraszu [*bes-medrasz – hebr. בית מדרש – dom nauki; jedna z tradycyjnych instytucji żydowskich, najczęściej związana z miejscem sprawowania kultu]. Za wielkim piecem kaflowym miał swoje stałe miejsce. Tragarzom i woźnicom ciągle opowiadał historie o swojej działalności w kontrabandzie. Był jednak jeden żydowski zwyczaj, o którym zawsze pamiętał i którego przestrzegał – rocznica śmierci jego ojca. Każdego roku przynosił do bes-medreszu świecę, którą przekazywał szamesowi [*szames – z jid. שמשׂ szames, z hebr. שַׁמָּשׁ szamasz – woźny; sługa bóżniczy, którego zadaniem było m.in. przygotowywanie synagogi do nabożeństw].

[str. 21]

– To dla mojego ojca! Proszę pilnować, aby cała się wypaliła, aby łobuzy, nie daj Boże, jej nie wykradli.

Zdarzało się, że przynosił święcę w szabas, zamiast przynieść ją w miesiącu kislew [*kislew – miesiąc w kalendarzu żydowskim, trwa 29 lub 30 dni. Gregoriańskim odpowiednikiem jest listopad-grudzień].

– Mylicie się! – szames złościł się i krzyczał. – Jak to tak, aby Żyd nie wiedział, kiedy zmarł jego własny ojciec?! Słyszeliście o czymś takim? Co roku przynosi świecę w coraz to innym miesiącu.

Chaskiel aż cały drżał. Mocno tupnął nogą i zaczął krzyczeć:

– Nie zawracaj mi głowy! Wiem lepiej niż ty, kiedy mój ojciec umarł. Potrafię to doskonale rozpoznać – zimą, gdy goje rozłupują lód na rzece – wtedy ma rocznicę!

Chaskiel przychodził też do synagogi w każde święto zabierając wszystkich swoich synów. Także jego najstarszy syn Mejszek, który handlował końmi, szedł z ojcem. Gdy pewnego razu do miasta zawitał gość, uczony biedak z daleka, który nie miał co zjeść i gdzie spać, zaprosili go do siebie na posiłek. Zdarzyło się, że Mejszek zaprosił takiego gościa na pierwszy seder [*seder – hebr. סדר; w judaizmie pierwszy wieczór święta Pesach; w diasporze pierwsze dwa wieczory są zwane wieczorem sederowym] w czasie Pesach [*Pesach – najważniejsze i najstarsze święto żydowskie cyklu rocznego obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej]. Przygotowano same łakocie: rybę, mięso, macę i wino. Wszystko iście po królewsku. Mejszek nigdy na własne oczy nie widział sederu, ani u swego ojca, ani u nikogo innego. Gość oczywiście wiedział, co należy robić. Wyjął hagadę [*hagada – słowo oznaczające opowiadanie, opowieść, sagę; odnosi się do legend, przypowieści i opowiadań z rabinicznej egzegezy Biblii i Talmudu], nalał do kielicha wina i odprawił kidusz. Dla Mejszka wszystko to było dziwne, dzikie i obce. Był zmęczony, wykończony całym dniem pracy i użeraniem się z chłopami na końskim targu. Chciało mu się tylko zjeść i pójść spać. „Zachciało ci się gościa, to teraz się módl” – pomyślał sobie Mejszek.

Jednak gdy tylko gość zaczął recytować „Awodim hejnu leparoe bemicraim” [Byliśmy niewolnikami faraona w Egipcie] Mejszek natychmiast mu przerwał w połowie zdania:

– Ojczulku, nie miej mi tego za złe, ale powiedz mi, ile to jeszcze potrwa? Że Mojżesz był naszym bratem wie przecież cały świat. Że faraon był sukinsynem też. To

[str. 22]

na co jeszcze raz opowiadać te wszystkie historie? Lechaim, ojczulku! Na zdrowie!

Wszystkie dzieci Chaskiela pracowały i utrzymywały się ze swoich zajęć. Nigdy nie kradły. Byli wśród nich woźnice, piekarze i szewcy. Tylko jeden syn, Chaimek nie chciał pracować i szukał łatwego zarobku. W pierwszych latach po przyjeździe do miasta wstąpił do polskich legionów, które wtedy formował Józef Piłsudski. Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej, dostał medal za odwagę, który Piłsudski we własnej osobie, powiesił mu na piersi. Gdyby chciał wyjść na ludzi, bez problemu otrzymałby od polskiego rządu koncesję [na sprzedaż alkoholu?]. Ciągnęło go jednak do gorzałki i do bijatyk z gojskimi łobuzami urządzanych na targach. Chaimek tylko więc wychodził z jednego więzienia i natychmiast lądował w drugim. Ledwo wyszedł z paki odsiedziawszy dwa lata i już pobił dwóch gojów na dworcu.

Dostał więc kolejny rok – odsiedział i znów szedł tą samą drogą.

Najlepiej czuł się w dzień targowy. Sokołów Podlaski był jednym z bogatszych miast w Polsce: wielkie połacie dobrej, żyznej ziemi, wokół miasta szlacheckie wsie i dwory. Gdy przychodził dzień targowy zjeżdżały się setki ludzi z wozami obładowanymi zbożem, drobiem, masłem, jajami i lnem. Targ bydlęcy ciągnął się kilometrami aż do torów.

Przyjeżdżało tu też wielu żydowskich kupców, aby kupić konie, bydło, zboże i tym podobne. Ze wszystkich okolicznych miasteczek: z Węgrowa, Siedlec, Kałuszyna, Mińska i Kosowa zjeżdżali się mężczyźni i kobiety i na wszystkich ulicach miasteczka rozstawiali swoje stoły z różnego rodzaju towarem. Z Warszawy przyjeżdżali żebracy i handlarze końmi dobijać targów. Było tłoczno i gwarno. Dzikie muczenie krów, rżenie koni, przekrzykiwania i targi handlarzy i pośredników, piskliwe, dziwaczne śpiewy, modlitwy dziadów i kalek na wszystkich rogach – łączyły się w jeden głos i zalewały całe miasteczko.

W taki dzień Chaimek czuł się jak ryba w wodzie. Gorzałka

[str. 23]

lała się strumieniami. Gdy ktoś kupił krowę, szedł zaraz wypić toast – Chaimek szedł z nim. Przecież nikt mu nie ważył się odmówić.

Gdy ktoś kupił konia, musiał dać Chaimkowi za pośrednictwo… W jeden dzień targowy zarabiał na życie na cały kolejny tydzień. Gdy pusta robiła się jego kieszeń i brakowało kilku groszy na gorzałkę, zabierał jakiemuś woźnicy dorożkę i robił kurs na stację albo do innego pobliskiego miasteczka. Był jednak bardzo leniwy i częściej nie chciało mu się nic robić. Siedział więc na schodkach gospody Gruny i patrzył.

Grupa rzeźników na sokołowskim rynku

Gdy tylko zobaczył najeżdżającego kupca, Chaimek wnet już przy nim był.

– Ojczulku, wiecie kim jestem? Jestem Chaim! Daj mi na flaszkę, bo jak nie dasz, nie masz po co pokazywać się na ulicy!

Człowiek, nieboga, musiał zapłacić Chaimkowi za sokołowską wizę. Tragarze, zdrowi i silni chłopcy, którzy go się nie bali, próbowali od czasu do czasu go ukarać.

– Chaim, zgnijesz w więzieniu!

[str. 24]

Całe życie nie chcesz pracować, tylko wyduszasz od obcych ludzi ich ostatni grosz! – próbowali mu przemówić do rozsądku.

Wysłuchawszy tych wszystkich nauk, Chaimek wyciągnął się jak struna, wkładał ręce do kieszeni i dumnie i głośno mówił, tak, aby wszyscy ludzie na ulicy słyszeli:

– Chaim już raz siedział w więzieniu i jeszcze nie jeden raz posiedzi. Ale nie za kradzież, Chaim nie jest złodziejem! Cóż złego ja robię ludziom? Biorę od nich tylko kilka groszy na flaszkę.

Zawsze szczycił się tym, że nie jest złodziejem. I było to prawdą. Całe miasto wiedziało, że z kradzieżami i paserką Chaimek nie miał nic wspólnego. Nie brał udziału też w walkach politycznych. Sokołowskie partie wyróżniały się swoją zaciętością w walkach i sporach, co najlepiej widoczne było podczas wyborów do gminy i rady miejskiej. Radykalna lewica próbowała za każdym razem przeciągnąć go na swoją stronę i wciągnąć do walki z Poalej Syjon Lewicą [*Poalej Syjon Lewica – rozłam w Poalej Syjon, który opowiadał się za zacieśnianiem więzów łączących polskich Żydów o socjalistycznych poglądach ze światowym ruchem robotniczym. Polscy działacze dążyli do utworzenia autonomicznych instytucji żydowskich i uznania jidysz za język narodowy polskich Żydów] i Prawicą [*Poalej Syjon Prawica – ugrupowanie o umiarkowanych poglądach socjalistycznych, opozycyjne wobec rządów sanacyjnych w Polsce]. Chaimek zaś zawsze odpowiadał, że nie jest głupcem, nie jest frajerem. Nie rozumiał, dlaczego Żydzi mają się bić z innymi Żydami. Z gojami to tak, na to zawsze miał ochotę i zawsze reagował, gdy któryś ważył się zaczepić Żyda. Ale iść i tłuc się z innymi żydowskimi partiami nie było mu w smak. Nie chciał się bić nie tylko po stronie żydowskich partii robotniczych, ale też z religijnymi przedstawicielami Agudy [*Aguda – Agudat Isral, Związek Izraela; międzynarodowa polityczna organizacja ultraortodoksji żydowskiej, założona w 1912 r.] nie chciał mieć nic do czynienia.

Zdarzało się często, że strażnicy szabasu na czele z rabinem przychodzili w piątek wieczorem po zapaleniu świec do fryzjera, robili aferę, przeszkadzali i zabraniali profanowania szabasu. Brali ze sobą dorodnych żydowskich religijnych typków – rzemieślników, który siłą zmuszali do zamykania zakładów fryzjerskich. A gdy dochodziło do bijatyki między młodzieńcami o lewicowych poglądach, a strażnikami szabasu, wszyscy biegli do Chaimka po pomoc. Raz, gdy poproszono go o pomoc, faktycznie się zjawił.

[str. 25]

– Co tak stoisz jak golem, ty zawadiako wielki! – słychać było głosy złośliwców.

– Co to, to nie! – dziko wrzeszczał – Chaim nie będzie bił pobożnych Żydów. Ale was wszystkich zaraz pozabijam, jak tylko podniesiecie rękę na Żyda z brodą!

– Oni zaczęli. Rebe jako pierwszy nas uderzył.

– On może, on jest rabinem.

– Patrzcie no na tego przebranego cadyka! Nie chodzisz się golić w szabas? – spytał jeden z młodzieńców.

– A no chodzę. Ale jak ja bym ich zobaczył, to bym uciekł przez tylne drzwi, a wy od razu chcecie się z nimi bić.

– To oni wyrwali się na nas z pięściami, nie my – jeden już prawie stracił cierpliwość.

– Oni mogą. Im pęka serce. To my powinniśmy odpuścić, odejść. Przecież to wstyd przed gojami, aby Żydzi tłukli się z innymi Żydami i to z powodu szabasu.

Młodzieńcy nie mogli się temu nadziwić, a Chaimek szybkim krokiem poszedł w górę ulicy i zakradł się po cichutku do starej synagogi.

W mieście było dużo budynków należących do różnych organizacji. Każda partia miała swój lokal, bibliotekę, czytelnie. Nawet pobożna młodzież – ceire emune – miała swój kąt, w którym studiowała księgi, prowadziła dyskusje i czytała prasę. Także rzemieślnicy mieli swoje stowarzyszenie, gdzie załatwiali swoje interesy i grali w domino. Chaimek nigdzie nie chodził. Jedynym lokalem, który odwiedzał była stara, dla niego jednak wiecznie nowa, synagoga.

Gdy tylko noc stawiała swoje pierwsze ponure kroki i otulała całe miasto czarnym, nocnym welonem, Chaimka ogarniała tęsknota. W nocnej ciszy czuł się mały i nędzny. Czuł się dobrze tylko wśród okrzyków, hałasu i zgiełku wielkiego miejskiego targu. Krzyki ludzi, targowanie się,

[str. 26]

zacieranie rąk i uściski dłoni między kupcami i pośrednikami pieczętujące zakup konia czy krowy, zachwycały go i sprawiały, że robiło mu się ciepło na sercu. Gdy kończył się dzień, słońce zachodziło, a miasteczko zapadało w cichy sen, wtedy nasz bohater siedząc na schodach wyszynku, kurczył się. Stawał się pyłkiem, który nawet najmniejszy wietrzyk mógł zdmuchnąć. W tak smutnych okolicznościach wypalał papierosa, naciągał na swoją dziką, rozczochraną, czarną jak smoła czuprynę szeroki daszek skórzanej czapki i wyciągał swoje długie obute nogi w stronę wyszynku.

Sama gospoda, przed którą siedział, była brudna i zaniedbana. Smród smażonego taniego śledzia kuł w gardło. Za ladą stała karczmarka Gruna, mała, drobna kobieta, sama skóra i kości. Jej czarny, podarty czepek ciągle przesuwał się na stronę, jakby nie chciało mu się leżeć na jej spiczastej głowie i przy uszach było mu dużo wygodniej. Jej twarz cały czas umorusana była sadzą i tłuszczem ze smażonych śledzi.

Nigdy nie przestawała mówić. Cały czas mełła swoim jęzorem. Jej wyschnięte usta, które wyglądały jak łupiny od kartofli, ruszały się jednostajnie. Gdy tylko widziała Chaimka wchodzącego do wyszynku, wszystkie jej zepsute zęby zaczynały kłapać do taktu, ręce i nogi zaczynały drżeć. Jej twarz na jego widok zmieniała się tak, że nawet trup wyglądałby ładniej niż ona w tym momencie. Karczmarka Grune dobrze wiedziała, czym pachnie jego wizyta. Bez szwanku z tego nie wyjdzie. W najlepszym przypadku będzie ją to kosztować szklankę gorzałki, a kto wie, co jeszcze. Chaimek nie dawał też na siebie długo czekać.

– Daj mi wódki, w dużej szklance! – zaraz dał się słyszeć jego głos.

– A co to u mnie gorzelnia, żebym produkowała wódkę? Sama muszę kupić gorzałkę. Idź do Icchoka Arona Morgenszterna, sąsiada

[str. 27]

Jakowa Szimena. Oni mają wielkie zapasy gorzałki. Niech ci dadzą. Czego chcesz ode mnie? – Grune nie pozostawała mu dłużna i odpowiadała swoim skrzypiącym głosikiem.

– Zapłacę jutro.

– Już wystarczająco dużo długów masz u mnie.

– Grunusiu, jutro przyjeżdżają kupcy z Kałuszyna kupić bydło, to i Chaimowi dadzą trochę pieniędzy, to ci zapłacę.

Grune nalewała mu wówczas szklankę gorzałki, on sam zaś szedł do bufetu, brał talerz i nakładał sobie smażonego śledzia i zagryzkę. Stamtąd udawał się prosto do synagogi. Tam też miał kilku towarzyszy, z którymi płatał różne figle: chował czyjś płaszcz alby wlewał wodę do kieszeni itp. Jego stali towarzysze zawsze siedzieli za wielkim piecem kaflowym. A byli to: Awrom Troc, tragarz o twarzy pooranej niczym tarka i liniejącej czuprynie, która łysawa była jak szwajcarski ser; Isroel Brisker, także tragarz, który zjadłby konia z kopytami, a i tak dalej byłby głodny. Ten oto Isroel Brisker miał wielkie marzenie. Chciał choć raz w życiu najeść się wyśmienitych klusek wątrobianych do syta. Między tymi towarzyszami gorąca krew Chaimka znów wrzała.

Od czasu do czasu podchodził trochę bliżej wschodniej ściany, gdzie siedzieli mężczyźni zagłębieni w Gemarze [*Gemara – zbiór rabinicznych komentarzy i objaśnień uzupełniających Misznę, czyli kodeks prawa obyczajowego w judaizmie. Obie księgi tworzą razem Talmud] i zajęci nauką. Tam także rozmawiano o polityce i innych światowych sprawach. Między nimi uspokajał się i poważniał. Z wielkim szacunkiem przyglądał się ciekawym wzrokiem mężczyznom pochłoniętym przez ważne sprawy, których jego prosta głowa nie była w stanie pojąć. Najwięcej przyjemności i radości sprawiały mu wizyty magida [*magid – hebr. מַגִּיד kaznodzieja]. Wymieniłby wszystkie teatry i kina razem wzięte na jednego dobrego magida. Odmówiłby sobie i najlepszych kąsków, aby tylko móc wysłuchać dobrego kazania. Ale nie wszystkich magidów poważał. Nie lubił słuchać droczących się, złych magidów, którzy karali i straszyli piekłem wszystkich, którzy grzeszą i nie są pobożnymi Żydami. Po wysłuchaniu takiego kazania całą noc nie mógł zasnąć,

[str. 28]

wiercił się na łóżku w obawie przed wielkimi kotłami pełnymi wrzącej smoły, do których miał zostać wrzucony. Dobrze wiedział, że jest się czego bać. Jego całe życie było jednym wielkim pasmem swawoli i hultajstw.

Chaim odwiedzał nie tylko sokołowskie synagogi. Dobrze znano go też w okolicznych miasteczkach. Wszędzie, gdzie zawitał na targ, szedł wieczorem do synagogi.

Zdarzyło się raz, że Chaimek wybrał się do Węgrowa. Zaparkował swoją dorożkę na rynku, przykrył konia swoją ciepłą burką, zawiesił mu na pysku torbę z owsem i ruszył do synagogi. Właśnie wtedy magid zaczynał swoje kazanie. Był to mężczyzna o promienistej, roześmianej twarzy, o dobrych, słodkich i miłych oczach – jednym słowem czystą przyjemnością było na niego patrzeć i go słuchać: Kol Israel jesz lehem khilek leolam habo – każdy Żyd będzie miał udział w tamtym świecie [Sanhedrin 10: 1-2.], nawet człowiek prosty, który nie potrafi się modlić i studiować ksiąg. Trzeba sobie na to tylko zasłużyć dobrymi czynami, szlachetnością, pomocą i dobrodusznością. Gdy człowiek pomaga i jest życzliwy wobec drugiego to może być pewien, że trafi do raju i będzie się rozkoszował jego dobrodziejstwami. Jesz kune olam habo basza achat – nawet jedną godziną pomocy potrzebującemu można sobie zjednać raj. Chaimkowi zrobiło się gorąco. Jego serce aż urosło z radości, a w oczach pojawiły się iskierki. Gdyby nie był w domu modlitwy, to zaraz złapałby magida i go wycałował. Poczuł, że jeszcze jest coś wart, że nie wszystko stracone. Jest jeszcze nadzieja i nie będzie musiał kąpać się w beczkach wypełnionych gotującą się smołą.

Gdy magid skończył, Chaimek szybko do niego podszedł i powiedział:

– Ojczulku, pojedź ze mną do Sokołowa. Jestem woźnicą, jadę już do domu. U nas więcej zarobicie. Żydzi w Sokołowie nie są tak skąpi, jak ci z Węgrowa.

– Ile ode mnie weźmiesz za podróż?

[str. 29]

– Nic! Nic od was nie wezmę, jakem Chaim!

Gdy zmówiono modlitwę majrew, magid zabrał swój pakunek, w którym były stare ubrania, tałes i woreczek z tefilinem [*tefilin – dwa czarne skórzane pudełeczka wykonane z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia, w których znajdują się cztery ustępy Tory]. Chaimek zarzucił sobie paczkę na plecy i szybko wyszedł. Magid za nim.

Chaim doprowadził do porządku dorożkę, kazał swojemu gościowi wsiąść, pociągnął za lejce i zakrzyknął: wio!

Była to ciepła zimowa noc. Niebo, niczym wielka niebieska chmura, zawisło nad miasteczkiem. Księżyc, jak wielki statek na przepastnym morzu, błyszczał wśród mrugających gwiazd. Malutkie płatki śniegu, migoczące w powietrzu wyglądały jak miliony brylantów spadających z nieba. W nocnym mroku świeży śnieg zmieniał swój mlecznobiały kolor. Między wysokimi topolami na węgrowskiej szosie, na brzegu sosnowego lasu, który rósł przy drodze, rozciągały się fioletowe i szare cienie. Chaimek wziął lejce w dłonie, które ukrywał w szerokich rękawach swojej burki i pozwolił koniowi samemu prowadzić. Mógł się na niego zdać. Nie raz wracając z targu udało mu się porządnie wyspać na furze, a jego koń sam znalazł drogę do domu. Także tej nocy, przepełnionej ciszą, udało mu się zdrzemnąć. Siedząc tak na koźle wydawało mu się, że jest w raju. Siedzi w dużym kryształowym pałacu. Na suficie wiszą złote żyrandole, na ścianach brylanty i lustra. W pomieszczeniu – tysiące Żydów z koronami na głowie i setki aniołów śpiewają radosną pieśń – można rozpłynąć się z rozkoszy. Widział także wielu tragarzy, łaciarzy z ulicy Łaziebnej, którzy zmarli przed kilku laty, a którzy siedzieli teraz na samym przodzie stołu. Także jego zmarła matka, ubrana w prążkowaną sukienkę i owinięta czarnym, tureckim szalem, siedziała wśród dobrotliwych kobiet. Siebie zobaczył we śnie stojącego obok wielkiej beczki , jak nalewał wielkie kielichy i podawał do stołu.

[str. 30]

Chaimek dalej tak śniłby swój słodki sen, gdyby jego koń nie zatrzymał się na ulicy Węgrowskiej, która prowadzi prosto do Sokołowa. W miasteczku, nieco na uboczu, tam gdzie stała Kasa Składkowa, stał też wielki drewniany dom z szybami w oknach i wejściem od frontu. Dom ten należał kiedyś do dozora i miejscowego bogacza Hersza Tuwji Bera. Po jego śmierci, dzieci Hersza sprzedały przed wyjazdem do Ameryki dom Naftalemu Tenenbaumowi.

Szlojme Rozenberg, młodzieniec chudy i delikatny, o szlachetnych rysach twarzy i parze rozmarzonych, romantycznych, ognistych oczu, prowadził tam hotel. Wieczorem, gdy pozostawał sam, często podśpiewywał sobie pod nosem albo nucił jakąś melodię. Słuchanie jego śpiewu było czystą przyjemnością. Swoje elegie i romanse śpiewał na melancholijną, smutnawą, aczkolwiek słodką nutę. Gdy wszyscy goście już zjedli kolację, przysiadali się do niego i prosili, aby im coś przed snem zaśpiewał. Szlojme z wielką tęsknotą śpiewał im kołysankę:

Miasteczko drzemie, okiennice zamknięte już,
mój ukochany jest już tuż, tuż.
Na skraju stoi moja izdebka,
jest tak piękna, tak wspaniała ta moja kolebka.
Wokół domku płynie rzeczka,
kwitną kwiaty, rosną drzewka.
Do mnie w tej ciszy mój ukochany przybywaj
i mi piosnkę smutną zaśpiewaj.
Piosnkę o tym, kto cierpi i boleje,
kto przepędzony i z dalekiej drogi truchleje, 
Tym kimś będę ja, więc to mi zaśpiewaj,
śpiewaj i śpiewaj i sił nie odbywaj.

Chaimek zszedł z kozła, wziął tobołek magida i powiedział: „Chodź ojczulku!”. Zapukał do drzwi i przerwał śpiew.

[str. 31]

– Szlojme, otwórz!

– Kto tam?

– Ja, Chaim. Szlojme, otwórz! Przywiozłem gościa na noc.

– Chaimku, nie mam miejsca. Wszystkie łóżka zajęte.

– Szlojme, otwórz. Chaim już znajdzie miejsce. Jak nie otworzysz, wyważę drzwi. Gościem jest magid. Jutro będzie wygłaszał w synagodze kazanie. Musi się wyspać.

Szlojme wiedział z kim na do czynienia i że nic z tego dobrego nie wyniknie, jeśli nie otworzy. Nie miał więc innego wyjścia, musiał otworzyć. Chaimek wszedł do hotelu.

– Szlojme musisz znaleźć dla tego mężczyzny łóżko – rozkazał.

– Nie mam. Jedyne wolne łóżko stoi w starej stodole. Ale komu chciałoby się teraz, w taką zimną zimową noc iść i je przynieść? – odpowiedział Szlojme uśmiechając się.

– Ja to zrobię. Daj mi klucz.

Chaim poszedł więc sam do stodoły, chwycił łóżko swoimi wielkimi łapami i w mgnieniu oka już stało ono na podłodze.

– Ojczulku, tu będziecie spać. A ty Szlojme wiedz, że ten mężczyzna jest magidem. Nie żeby przyszło ci go głowy brać od niego pieniądze. On prawi takie kazania, że aż człowieka ciarki przechodzą. A ty Szlojme, też powinieneś jutro przyjść i posłuchać.

Nazajutrz z samego rana Chaimek rozpuścił w miasteczku wieści. Obok sklepu z wodą sodową, na ulicy Siedleckiej, gdzie zbierali się miejscy próżniacy, stał i godzinami namawiał ludzi, aby wieczorem przyszli do domu modlitwy posłuchać ważnego magida. Tego wieczora czuł się jak ojciec, który wydaje za mąż swoją jedyną córkę. Ot, nic wielkiego! Gdyby nie on, sokołowscy Żydzi nigdy nie mieliby okazji usłyszeć takiego kazania. W synagodze nigdy nie było tak cicho jak tego wieczoru. A gdyby nawet ktoś odważył się powiedzieć choćby słowo, ryzykowałby to swoim życiem. Gdy magid skończył kazanie,

[str. 32]

Chaimek złapał stół, zabarykadował nim drzwi i sam wziął się za zbieranie od ludzi pieniędzy.

– Nie wyjdziecie stąd, dopóki nie zapłacicie – krzyczał do ludzi.

Ze strachu każdy zapłacił kilka groszy więcej. Chaimek odprowadził magida na dworzec i powiedział:

– Ojczulku, obyśmy, jak Bóg da, wkrótce znów się zobaczyli u nas w mieście.

W mieście czuć było nowe prądy. Antysemicka fala, która w przededniu II wojny światowej zalewała polskie miasteczka, dotarła także do Sokołowa. Przy żydowskich sklepach zaczęły organizować się „pikiety”. Nie wpuszczano do środka chrześcijańskich klientów, z targu bydlęcego przegnano żydowskich rzeźników i handlarzy końmi. Na targ przestali też przyjeżdżać żydowscy kupcy. Domokrążcy i woźnice bali się wyjeżdżać poza miasto. Ludzie żyli w głodzie i strachu. Także bohater Chaimek nie chodził już na targ. Zadumanymi i pełnymi bolączki oczami patrzył tylko na łobuzów wybijających szyby w oknach żydowskich sklepów. Gdy ktoś go pytał: „No, Chaim? I co ty na to?” – nerwowo odburkiwał: „Ja mam się niby ich bać? Wszystkich bym pozabijał, ale potem urządzą pogrom. Nie chcę, aby miasto cierpiało z powodu Chaima”.

W mieście krążyły plotki, że następnego dnia targowego będą niszczyć żydowskie sklepy. Żydowska młodzież szykowała się do aktywnego oporu. Chaimek też się zgłosił.

– Towarzysze, chcę razem z wami być na ulicy. Tylko nie ucieknijcie i nie zostawiajcie Chaima samego z gojami. A jak Chaima wywiozą do Berezy Kartuskiej to pamiętajcie o mojej żonie i dzieciach!

Działo się to w dni między Pesach i Szawuot [*Szawuot – żydowskie Święto Tygodni, zwane też Świętem Żniw lub Świętem Zbiorów], w przepiękny dzień pod koniec wiosny. Lato już stawiało pierwsze kroki,

[str. 33]

rozkwiecona zielona radość rozpościerała się nad lasami i polami. Zielone listki rozwijały się na łysawych jeszcze drzewkach stojących w jednym rzędzie niczym pułk wojska. Roześmiane słońce na bezchmurnym niebie oślepiało świetlistą radością. Złote promienie przyniosły do drewnianych domów słoneczny blask Pesach, święta wolności i wyzwolenia. Ze wszystkich stron ściągały chłopskie furmanki ze zbożem i drobiem. Grupy łobuzów z kijami szybko zmierzały ulicami miasta w kierunku rynku. Żydzi z drżącymi sercami, jak stado owiec przeciw nadciągającym wilkom, otwierali swoje sklepy. Żydowskie matki zamknęły swoje malutkie dzieci w domach i nie pozwalały im wychodzić. Starsza młodzież nie chciała nawet słyszeć próśb i płaczu rodziców. Wszyscy młodzieńcy przyszli do centrum miasta, do serca żydowskiego handlu.

Na ulicy Siedleckiej, na końcu straganów, naprzeciwko jatki rzeźnika Szolema, Elka Brejne, kobieta wysoka, z zieloną schorowaną twarzą i parą zaropiałych wodnistych oczu, miała swój sklep z żelastwem. Do Elki Brejny weszło kilku chrześcijan, aby kupić ostrza na orkę. Zauważył to jeden z łobuzów i rozwścieczony, z błyszczącymi ze złości, zbójeckimi oczami wdarł się do sklepu i zaczął bić najmłodszą córkę sklepikarki. Jakub Kaliner, odważny rybak, jako pierwszy dopadł zapienionego drania i zdzielił go żelaznym prętem po głowie. Zaczęła lać się krew. Więcej nie trzeba było. „Hurra! Na Żydów!” – wydarło się z setek dzikich gardeł. „Hurra! Hurra!” Nadbiegały chmary gojów z kłonicami i grubymi drągami. Stoły z towarem należące do Żydów przewrócono i zniszczono. Tłuczono szyby w żydowskich sklepach. Szkło sypało się na kamienny bruk. Starsi Żydzi szybko porzucili swoje sklepy i ukryli się na strychach. Większość chłopów w pośpiechu zaprzęgała konie i uciekała do swoich wsi.

Goje ruszyli w stronę biednych bezbronnych

[str. 34]

domostw na ulicy Szerokiej, dzielnicy biedaków. Chaimek ze swoimi towarzyszami – chłopakami z synagogi i ulicy Łaziebnej stanęli jak żelazny mur w poprzek ulicy i zagrodzili drogę.

– Niech wszyscy tu staną z Chaimem! Niech nikt się nie waży uciec! – wydawał rozkazy.

Batami i kijami policja przegoniła Żydów z Chaimkiem na czele, z ulicy Szerokiej. W nocy policjanci przyszli do domu szukać Chaima. Ten zdołał jeszcze uciec na strych. Po zapadniętych dachach pokrytych gontem przeskakiwał z domu do domu. W tę mroczną noc Chaimek zniknął z miasta.

[str. 35]

 

Ślepy śpiewak

W rzędzie drewnianych domów bezczelnie stał mur z czerwonej cegły, który z góry spoglądał swoimi masywnymi ścianami na pochylone chaty, tak jak patrzy indyk na wystraszone kury. Mur należał do Awroma Lejba, którego w miasteczku nazywano miedzianym. Był on grubym, masywnym mężczyzną, z postury był barczysty i potężny. Dom miał pełen dzieci, a wszystkie bez wyjątku wdały się w niego: zdrowi i dorodni chłopcy i dziewczęta, na widok których całą ulicę oblatywał strach. Nikt nie chciał mieć z nimi nic wspólnego i nikt nie śmiał wchodzić w zatarg z „miedzianą” gwardią. Nawet goje-łobuzi, którzy zwykli przysparzać Żydom z tej ulicy kłopotów, pukając nocą w okiennice albo kołatając do drzwi – „miedzianej” zgrai nigdy nie ruszali. Dobrze wiedzieli, że synowie Awroma zaraz spraliby ich na kwaśne jabłka i zabroniliby ruszać ich rodzeństwo.

Awrom Lejb z dziećmi handlowali końmi i jeździli po końskich targach. W piątek rodzina sprzedawała na targu ościste ryby. Latem wynajmowała od szlachciców sady i wozami wywoziła owoce do Warszawy. Wszyscy synowie świetnie nadawali się do handlu, potrafili jeździć konno, wypić z gojem, upilnować sadów, aby nikt

[str. 36]

nie zrywał ich owoców. Tylko jeden syn nie udał się Awromowi Lejbowi. Pasował do nich wszystkich jak piąte koło u wozu. Ani nie nadawał się na targ, ani nie potrafił jeździć konno. Nawet w sadzie nie było z niego żadnego pożytku. Ten nieudany nazywał się Jankiel. Był niski i gruby. Miał zeza, co wyglądało jakby zamiast oczu miał dwie metalowe blaszki siedzące w oczodołach. Także dolna warga była wykrzywiona w jedną stronę i wyglądała jak cielęca śledziona.

Gdyby nadawał się do interesów, ojciec zaprowadziłby go do okulisty i wyleczył chore oczy. Ale skoro był pokraką i niedorajdą Awrom Lejb nie chciał wydawać pieniędzy na chorobę syna. „Tak czy inaczej – myślał – nie będzie z niego żadnego pożytku. Handlarz koni z niego nie będzie, to po co na niego wydawać pieniądze. Wielkie mi coś! A niech oślepnie. I tak nic z niego nie będzie”.

I tak Jankiel rósł z chorymi, zezowatymi oczami, aż prawie oślepł i niewiele już widział. Ślepiec miał jednak słodki serdeczny głos i cały czas śpiewał. Skąd brał swoje piosenki? A znał ich bez liku, piosenki autorstwa różnych poetów: Morrisa Rosenfelda, M. Winczewskiego, a także Mojsze Brodersona czy Icika Mangera. Znał wiele piosenek ludowych, chasydzkich nigunów [*nigun – specyficzny typ żydowskiego melodyjnego śpiewu grupowego], piosenek złodziejaszków i zbójów, także cały szereg elegii, romansów opowiadających o księżniczkach, zaczarowanych rzemieślnikach i nimfach. Wkradał się często do różnych organizacji i wyśpiewywał tam swoje smutne serce.

Stałe miejsce miał w lokalu Poalej Syjon Lewicy. Tam, jak się zdaje, jego zadręczona dusza znajdowała ukojenie. Do lokalu przychodzili co wieczór robotnicy, młodzieńcy i dziewczęta. Jeden wymieniał książkę w Bibliotece im. Berochowa,

[str. 37]

inny dyskutował o aktualnych wydarzeniach politycznych, jeszcze inny flirtował z dziewczętami. Jankiel usuwał się wówczas w kąt, gdzie miał swoich stałych, wiernych słuchaczy, którzy sadzali go zawsze do środka i dla których śpiewał. Ich ulubione piosenki traktowały o wyrzutkach, którzy rzucają swoje żony i o panach młodych, którzy chcą tylko wyłudzić posag od narzeczonej. Swoimi rozczarowanymi życiem oczami patrzyli na cały męski świat. Pieśni Jankiela były balsamem na ich rozżalone dusze. Siadali wokół niego, a on nigdy nie odmawiał i zawsze śpiewał „Uwiedzioną” Morrisa Rosenfelda, piosenkę, którą bardzo lubili:

Czy pamiętasz tę noc, gdy przyrzekłeś mi swoją miłość?
Jabłoń na polu zaczęła się zielenić,
Ptak cicho w gałęziach śpiewał,
nawet głos znikąd nie dobiegał.
Któż wówczas znał twoje zamiary,
pewno niebo i ziemia i księżyc srebrnoszary.
Przyrzekłeś mi wtedy uroczyście,
że na zawsze kochać mnie będziesz zaiste.

Gdy tak śpiewał, stare panny tylko spoglądały po siebie i kiwały głowami: „Prawda, prawda, każde słowo prawdziwe”. Jego śpiew potwierdzał ich zdanie o mężczyznach-zdrajcach.

Ślepy Jankiel także kochał. Szczerze, całym sercem, nie jak bohater piosenki Morrisa Rosenfelda. Był gotów całkowicie poświęcić dla swojej ukochanej, która go opuściła i pozostawiła w jego sercu głębokie rany.

Naprzeciwko muru stała drewniana chata z blaszanym dachem. Mieszkał tam Mojsze, syn Malki, handlarz zbożem.

[str. 38]

Ponieważ nie miał swoich dzieci, wziął pod swój dach daleką krewną, biedną sierotę. Nazywała się ona Chanele i była dziewczynką już starszą, niską, o spiczastej i bladziutkiej twarzy i dwóch cienkich zaplecionych warkoczykach. Nóżki Chany były króciutkie, malutkie jak u kaczki, a jej głos skrzypiący i ochrypły. W letnie wieczory Chanele otwierała okno i wystawiała swoją spiczastą główkę. Jankiel stał wtedy zazwyczaj przy drewnianej bramie i podśpiewywał:

Po ciemnych uliczkach błądziłaś,
w wielkim mieście się gubiłaś,
tam, gdzie domy zapadłe stoją,
a drzewa zamyślone się do Boga kierują.

Chanele z kołaczącym sercem słuchała śpiewu. Słowa piosenki poruszały ją do głębi. Nie wiedziała co robić. Czy przywołać go do okna? Czy wyjść na zewnątrz, stanąć obok niego i wsłuchiwać się w jego śpiew? Zrobiło jej się go żal i nagle wymsknęło jej się:

– Śpiewaj trochę głośniej. Będę cię lepiej słyszeć! Tak pięknie śpiewasz, a słowa tej piosenki są takie mądre… Lubię słuchać śpiewu. Piękny głos jest najpiękniejszym boskim darem. Byłabym szczęśliwa, gdybym potrafiła tak śpiewać jak ty.

– Nie mogę śpiewać głośniej. Ludzie zaczną się zatrzymywać i na ulicy zrobi się zbiegowisko.

– To podejdźże trochę bliżej do okna. Będziesz śpiewał tylko dla mnie.

Jankiel podszedł do okna, ona zaś jeszcze bardziej wychyliła głowę.

– Wiesz kim jestem? – spytała.

[str. 39]

– Jakże miałbym nie wiedzieć! Już tyle lat przecież jesteśmy sąsiadami. Widziałem cię nie jeden raz.

– Mnie widziałeś? Jakim sposobem? Przecież jesteś ślepy.

– Nie całkowicie. Trochę jeszcze widzę. Wszystkiemu jest winien mój ojciec. Gdybym miał pieniądze, to choćby i dziś można byłoby mnie wyleczyć.

– To jak wyglądam? – zapytała, aby przekonać się, czy mówi prawdę.

– Jesteś blondynką, niską. W ten szabes byłaś w lokalu Poalej Syjon. Widziałem cię tam.

Chanele bardzo się ucieszyła, że Jankiel nie jest całkowicie ślepy. Poprosiła go, aby zaśpiewał jakąś piosenkę o dziewczynie, która kocha i tęskni za swym lubym. Ulicę pochłonął jesienny smutek, jasny, srebrny blask odbijających się od dachów promieni słonecznych oślepiał ludzi. Powoli na błękitne, jedwabne niebo zaczął wspinać się okrąglutki księżyc. Jankiel wydął swoje grube mięsiste usta i na wdechu rozśpiewał się jak słowik:

Raz jeden matka mi opowiadała,
jak stara chatka w dolinie stała,
dom i ogród w kwieciu były,
a w nim uczciwe ludzie żyły.

Chanele siedziała jak zaczarowana. Jakby szybowała w innym wymiarze. Na skrzydłach swojej fantazji leciała daleko do pięknej dziewczyny o czarodziejskich oczach, do kryształowego strumyka, który wpadł do wielkiej rzeki, aby szukać w niej przyjaciela. Pożegnała się z Jankielem, zamknęła okno, a na odchodne życzyła mu dobrej nocy i poprosiła, aby przychodził częściej. W nocy prawie nie spała. Co nóż śniła słodkie sny. Wyobrażała sobie fantastyczne sceny. Ona i Jankiel mieszkają

[str. 40]

razem w domu wśród drzew i kwiatów. Jankiel śpiewa piosenkę, którą kiedyś usłyszała, i której nie może zapomnieć, bo ona jest tą piosenką, jej myśli, jej los. Skąd wielki poeta wiedział, że na świecie jest tyle nieszczęśliwych żydowskich dzieci, które nie wiedzą, co to miłość, co to dzieciństwo. Wieczne sieroty błąkają się po tym świecie. Gdy Jankiel jutro przyjdzie, poprosi go, aby zaśpiewał tę piosenkę, która za nią cały czas chodzi, a której tytułu nie może sobie przypomnieć. Powie mu tylko kilka pierwszych słów, a on już z pewnością będzie wiedział, co to za piosenka.
I gdy Jankiel nazajutrz wieczorową porą przyszedł pod okienko, spytała go, czy zna może tę piosenkę, której tytułu ona co prawda nie zna, ale może zgadnie, gdy zacytuje mu kilka jej wersów. Nie było przecież piosenki, której Jankiel by nie znał.

– Oczywiście! Słuchaj! – i Jankiel zaczął śpiewać.

Bądź mi opoką, bądź mi siostrą,
a nawet matką bądź mi…

Ludzie mówią, że na świecie młodość jest,
a gdzie jest moja?

Gdy skończył śpiewać, zawołała do niego:

– Czy to nie pasuje jak ulał do nas? Czy my doświadczyliśmy młodości, dzieciństwa?

– Ale miłość znamy i możemy jej doświadczyć – odparł bez pardonu Jankiel.

– Musisz jednak wiedzieć Jankielu, że miłość to piękna, doniosła rzecz. A ja jestem sierotą, biednym, marnym dziewczęciem. Ty też jesteś nieszczęśliwym człowiekiem. Połączenie naszych losów jest nieszczęściem,

[str. 41]

rezygnacją z życia. Gdybyś tylko nie był ślepy! – powiedziała szeptem i głęboko westchnęła.

– Prawdziwa, czysta miłość tym się nie przejmuje. Gdy się kocha, trzeba być gotowym na wszystko – Jankiel patetycznie wykrzyknął.

– Tak, Jankielu. Masz rację – odpowiedziała zawstydzona. Jankiel ujął w dłonie jej spiczastą twarz i bawił się jej warkoczykami.

Spotykali się co wieczór. Śpiewał jej piosenki, a nawet sam wymyślił piosenkę zadedykowaną swojej ukochanej, którą śpiewali później ludzie w miasteczku:

Jesteś mi droższa niż pesachowy rosół,
jesteś mi najdroższa i najsłodsza,
każda inna jest od ciebie dużo gorsza,
to śpiewam ja, twój Jankiel wesół.

Tak mijał rok za rokiem. Mojsze, syn Malki i jego żona umarli, Chanele została w domu sama. Zarabiała piorąc bieliznę w domach zamożnych ludzi. Przyczepił się do niej jeszcze jeden ukochany, który nawet chciał się z nią żenić. Gdy Mojsze, syn Malki żył, nosiwoda Jechiel, młodzieniec o wiecznie zatkanym nosie, przynosił im do izby świeżą wodę. Kilka razy przez chwilę z nią rozmawiał. W pierwszych latach niezbyt uprzejmie go przyjmowała, nie robiła z nim żadnych większych interesów, unikała wchodzenia w drogę. Jednak gdy została praczką w domach bogatych ludzi, do których i on nosił wodę, zostali kolegami po fachu i od czasu do czasu zgadzała się z nim porozmawiać. Ten zaś zaczął przychodzić do niej do domu każdego wieczora i odprowadzać ją pod rękę. Próbował rozmawiać z Chanele

[str. 42]

swoim nosowym głosem o poważnych sprawach. Ale nie chciała go słuchać. Jechiel jednak nie akceptował odmowy i nie poddawał się. Był pewien, że kiedyś szczęście się do niego uśmiechnie. Wiedział, że Jankiel nie był całkowicie ślepy. Ona zaś musi chodzić i robić pranie bogaczom. Z Jankielem nigdy się nie ożeni. On zaś może pracować, zarabiać na chleb, więc Chanele na pewno będzie jego!

– Chanele, jak ty skończysz? Jesteś sierotą, starszą panną. Żal mi cię. Po co się tak męczysz przy baliach i pierzesz cudzą bieliznę? Pobierzmy się. Ja będę pracował, nosił wodę, ciągał wózki z węglem i drewnem. Będziesz miała u mnie chleba w brud!

– Co? Ty moim mężem? Po moim trupie! Co za bezczelność! Mam w nosie takich kawalerów jak ty!

– Chanele, nie miej w nosie!  mówił Jechiel przez nos. – Ja mam pracę. Jankiel może i śpiewa ci piosenki, ale umrzesz przy nim z głodu. Będziecie się tułali od podwórka do podwórka. Ty będziesz go prowadziła za rękę, a on będzie śpiewał. I tylko będziesz krzyczała: „Wy tam, z piątego piętra! Zrzucie coś kalece!”

– Idźże. Nie mieszaj mi w głowie. Czego ode mnie chcesz? – rozpłakała się jak mała dziewczynka.

Jechiel poszedł, ale stojąc przy drzwiach powiedział jeszcze:

– Przemyśl to, co ci powiedziałem.

Całą noc Chanele, posiadająca dwóch amantów, przewracała się z boku na bok. Co robić? Lata lecą. Jest już słaba i stara. Jak to się skończy? Jaki jest sens całe życie tułać się po obcych domach? Może i Jechiel ma rację. Bo jaki pożytek będzie miała z Jankiela? Ale przecież go kocha. Chce go nie tylko z litości, bo przecież jest on też jest srogo przez los pokaranym, nieszczęśliwym człowiekiem. Ale weź bierz ślub ze ślepcem i męcz się przez resztę życia.

[str. 43]

Ślepiec i gadający przez nos kołatali się w jej malutkim sercu, aż zwyciężył ten drugi. Pobrali się. On nosił wodę w miasteczku, ona dalej prała cudzą bieliznę.

Wiadomość o ślubie Chanele trafiła ślepego Jankiela prosto w serce. Już nawet chciał się powiesić u swojego ojca w stodole. Ale ludzie go zauważyli i odratowali. Nadal chadzał po domach, przebywał w towarzystwie, w którym bywała też młoda para.

Na ulicy Pięknej w podwórzu domu rzeźnika Awroma, w małym domku mieszkała Lea, wyrabiająca knoty do świec. Cały dom pełen był kobiet, które pracowały jako służba w bogatych domach. W szabes wszystkie miejskie służące spotykały się ze swoimi kawalerami. Lea gotowała kilo bobu, kupowała zboże i spraszała towarzystwo. Była to zazwyczaj elita miasteczka: smalcowy Szmuel, szewc o czerwonej twarzy, gliniany Berl z krzywymi nogami, syn praczki Gołdy, Aszer Jon tragarz węgla, Siedlecki Mojsze z wielkim, mięsistym nosem i wielkimi jak dwa bochenki chleba piersiami. W tym towarzystwie obracali się także Jankiel, Jechiel i Chanele. Ludzie siadali na łóżkach wokół stołu i śpiewali różne pieśni. Ulubioną piosenką służących była stara pieśń ludowa:

Pierwsza miłość spoczywa na dnie serca,
druga już nie jest tak gorąca.
Jak szczęśliwe jest więc dziewczę,
które nie zaznało miłości jeszcze…

Pieśń tę intonował zawsze Jechiel. Miała ona kilkanaście zwrotek, a motywy komiczne, przemieszane z ludowymi, ciągnęły się jak krew z nosa. Gdy tak śpiewali „wzruszającą poezję” patrzyli zawsze na Jankiela i Chanele,

[str. 44]

próbując odgadnąć jakie ona robi na nich wrażenie. Jankiel siedział zazwyczaj załamany, pochłonięty w smutku.

Zdarzało się, że przerywał nucąc kolejną smutną piosenkę:

Z dnia na dzień mój ból rośnie,
gdy widzę jak z nim idziesz,
nożem chcę się przeszyć boleśnie,
abym nie musiał tego wiedzieć.

Gdy nastawał wieczór, pary szły na spacer na szosę. Tylko Jankiel zostawał sam jeden w domu. Gdy całkowicie oślepł, nikt z nim już nie rozmawiał. Nie miał gdzie iść, stał więc tak, stary i schorowany przed drzwiami domu swego ojca i sobie podśpiewywał:

Na górze, za górą stado gołębi lata,
Żadnej radości nie miałem, hen są moje młodzieńcze lata.

Gdy słyszał jak młodzieniaszki dyskutują, spierają się na ulicy, lubił z kijem w ręce podchodzić bliżej i mówić:

– Dzisiejsza młodzież nie wie już jak się bić. Kiedyś tu były partie, które miały swoich przywódców. Co wy to wiecie?! Kto z was pamięta pierwszy rok po wojnie, kiedy to towarzyszka Neche Winogórska z Bundu zmarła? Wszystkie partie się wtedy pojednały. Pamiętacie jaki jej pogrzeb wyprawiliśmy? Wszyscy Żydzi z miasteczka ją odprowadzili. Ludzie nieśli ze sobą chorągwie, wieńce i bukiety kwiatów. Pamiętacie ten śpiew, który niósł się po miasteczku wzdłuż drogi na cmentarz?

I zanim ktokolwiek zdążył go poprosić Jankiel sam z siebie zaczynał śpiewać piosenkę, którą śpiewał wtedy orszak pogrzebowy:

Przyjaciele, jak umrę
zanieście na mój grób nasz sztandar,
czerwoną chorągiew wolności,
splamioną robotniczą krwią.

[str. 45]

Młodzieńcy się z niego naśmiewali, stroili żarty.

– Powiedz Jankiel, chciałbyś mieć taki pogrzeb?

– Chciałbym.

Pogrzeb Jankiela przeszedł bez echa. Nawet diabeł nie zajrzał.