Ludzie z przeszłości

„Rabin” odszczepieńców

„Pomnę na miłość twojej młodości, na uczucie czasu twojego narzeczeństwa, gdy chodziłeś za mną na pustyni, w kraju nie obsiewanym” (Ks. Jeremiasza 2,2)

Abraham Hersz, rzeźnik z synagogalnego podwórza, u którego pobożni Żydzi z miasteczka kupowali mięso, bo uchodził za największego dewota, wrócił do domu w piątkowy wieczór po nabożeństwie przywitania szabasu w sztyblu [*sztybel – budynek lub jego część, będący małym domem modlitewnym] chasydów z Mszczonowa wielce zasmucony, przygnębiony. Otworzył sidur [*modlitewnik] i smutnym głosem począł odmawiać modlitwę „Szalom alejchem” [*Pokój wam (hebr.)]. Ale brzmiało to tak, jakby był w żałobie. Domownicy patrzyli na niego z wielkim zdziwieniem i pytali się w myślach: „Co się ojcu stało? Czy, nie daj Boże, zachorował?”

Dobrotliwy, naiwny uśmiech, który zawsze gościł na jego twarzy, nagle zniknął. Był nie do poznania.

Abraham Hersz nalał sobie rodzynkowego wina z pełnej jeszcze karafki, która na białym obrusie mieniła się szabatową słodką radością.

Zmówił kidusz [*błogosławieństwo nad winem], a zaraz po nim to samo zrobili jego synowie Isroel i Szmuel Lejb.

Rzeźnik Abraham Hersz umył się przed jedzeniem, pokroił wielki brązowy kołacz i westchnął w swoją białą, chudą brodę.

– Co z tobą ojcze? Źle się czujesz? – zapytał jego syn Isroel.

– Nic, zupełnie nic – cicho odpowiedział i zaczął burczeć pod nosem nową modlitwę.

– A może coś się stało? – spytała jego żona, rzeźniczka Blima, kobieta niska, zanosząc na stół talerze z rybą.

– A no stało się, stało! Mam zepsuty szabas.

– Co? Opowiedz! Nic nie możesz ukrywać. Nie można wszystkiego przemilczać i ukrywać przed żoną i dziećmi.

– Trzeba było dziś być w mszczonowskim sztyblu podczas modlitw. Zrozumielibyście moje zmartwienia. Kaleki Abraham Joel spoliczkował naszego Jakuba.

– Za co? – wszyscy w jednogłos zawołali.

– Abraham Joel i jeszcze kilku bogatych Żydów znalazło w kieszeni jego palta świecką książkę napisaną świętymi hebrajskimi literami. A nasz Jakub pożycza tę książkę każdemu młodzieńcowi i prowadzi do strasznych herezji.

– Za to go spoliczkował? – zapytała rzeźniczka ze łzami w oczach i załamała wychudzone ręce.

– Abrahamie Herszu, czy nie była to przypadkiem jedna z tych trefnych książeczek, których policja poszukuje u strajkujących robotników, a za których posiadanie wsadzają do więzienia?

– A skąd mam to wiedzieć? Czy ja się znam na takich książkach? O takie rzeczy mnie pytasz?!

– Mamo, nie bój się. To nie jedna z tych książek, których poszukuje policja. Ja wiem, co to za książka. I ja już ją czytałem – wmieszał się najstarszy syn Isroel. – I nie tylko ja, wszyscy młodzieńcy z besmedreszu [*besmedresz (jid.), beit midrasz (hebr.) – dom modlitwy] już ją czytali, wszyscy wzięli książkę od naszego Jakuba. Dlatego starzy Żydzi są na niego źli, dlatego go spoliczkowano.

– Powiadają w sztyblu, że sprowadza na złą drogą miejscową młodzież. Wiecie, jak go nazywają? Nadali mu przezwisko: „rabin odszczepieńców…”.

– Isroelu, co to za książka, za którą można zostać spoliczkowanym? Co tam jest napisane? – matka spokojnie zapytała syna.

– Mamo, to książka litewskiego autora. Nazywa się on Abraham Mapu, a książka to „Ahawat Cijon” [*„Miłość do Syjonu” (hebr.).]. Opowiada ona historię, która wydarzyła się, gdy Żydzi żyli jeszcze w swojej ojczyźnie – w Erec Isroel w czasach proroków Izajasza i Ezechiela. Pewnego razu lew napadł na żydowską dziewczynę, Tamarę, która właśnie szła zrywać kwiaty. Zobaczył to stojący na polu pastuch Amnon. Łukiem, który trzymał w dłoni wycelował w lwa, strzelił i trafił prosto w serce. Tym sposobem uratował dziewczynie życie.

– Ojcze, wiesz przecież, że gdyby ten wściekły fanatyk, kulawy Abraham Joel, mnie spoliczkował, to wykręciłbym mu jeszcze drugą nogę – dumnie oświadczył syn Isroel. – Jego szczęście, że nie było mnie dziś w sztyblu. Ojcze, czy Jakub milczał? Nie odpowiedział uderzeniem?

– Nie, nie oddał, milczał. I bardzo dobrze zrobił. Czy miał się bić w szabas w sztyblu z wściekłym Abrahamem Joelem? Powiedział mi, że już nigdy nie przyjdzie na modlitwy do sztybla chasydów z Mszczonowa. Od dziś będzie się modlił w nowym besmedreszu [*chodzi o budynek przy ul. Długiej w Sokołowie Podlaskim].

Abraham Hersz i Blima, gdy skończyli szabasową wieczerzę i odmówili błogosławieństwo, wyszli na zewnątrz i usiedli na przyzbie. Ich dom stał blisko starego cmentarza [*obecnie park im. PCK], wśród nędznych, poprzechylanych, drewnianych domków, w centrum miasteczkowego uniwersum. W okolicy mieszkali tragarze, furmani, szmaciarze, biedota, która chodziła żebrać po ludziach i służący, którzy usługiwali w bogatych domach.

Tuż za starymi, zbutwiałymi domami z gontowymi, podziurawionymi dachami pokrytymi zielonym mchem, na które wspinały się miejskie kozy i zjadały dziką trawę tam rosnącą, ciągnęły się wielkie pola porośnięte rzucającymi cień drzewami.

W szabas biedota opuszczała swoje stęchłe domy i na miękkiej trawie wokół żydowskiego cmentarza rozkładała kołdry, starą odzież i wory. Ludzie chrupali pestki dyni, zajadali solony bób. Furmani, domokrążcy opowiadali niesamowite historie, a czas spędzano na świeżym powietrzu.

Rzeźnik Abraham Hersz i jego lepsza połowa siedzieli na przyzbie pogrążeni w milczeniu. Patrzyli w rozgwieżdżone niebo, które jak błękitna chupa [*baldachim trzymany nad nowożeńcami w dniu ślubu] zawisło nad miastem. Abraham Hersz przyglądał się srebrnemu księżycowi, którego blask odbijał się w małej rzeczce [*Cetynii], w strudze, która przepływa pod starym cmentarzem. Głęboko wdychał chłodny, przyjemny wietrzyk, niosący zapach świeżo ściętego siana ze stogów leżących na sąsiednich polach. Przed jego oczami pojawiała się znów scena ze sztybla chasydów z Mszczonowa. Jego syn Jakub, blady, zmieszany, wyciera sobie chusteczką twarz, dotyka nosa, aby sprawdzić, czy nie leci mu krew. Kulawy Abraham Joel drze się jak zarzynany byk: „Ty grzeszniku! Odszczepieńcu! My już ci to z głowy wybijemy takie książki. Jesteś zagrożeniem dla całego miasta i wszystkich Żydów”.

Rzeźnik przerwał milczenie i zwrócił się do żony:

– Blime, słuchasz mnie? Już chciałem ci o tym opowiedzieć przy jedzeniu, ale nie chciałem, aby dzieci słyszały. Powiedziano mi w sztyblu, że u Nuty Finkelsztejna w domu, to ten, co pisze podania, ludzie spotykają się wieczorami. Przychodzi tam też nasz Jakub. Przychodzą też kobiety. Czytają tam książki, śpiewają piosenki, powiedziano mi nawet, co to za kobiety. Czy to przystoi, aby żonaty mężczyzna spotykał się z innymi kobietami? Nasz Jakub ma przecież żonę, aby żyła długo! A tu co raz to włóczy się po obcych domach i chadza do tego nikczemnika Nuty Finkelsztajna?

– Nie słuchaj wszystkiego, co źli ludzie mówią! – odpowiedziała żona jeszcze w półśnie. –Abrahamie Herszu, wskaż mi choć jednego mieszkańca naszego miasteczka, który mógłby się równać z naszym Jakubem? Z jego umysłem i znajomością Tory! Jak on pisze, jak studiuje! On i do Boga, i do ludzi. Wszyscy dostojni chasydzcy młodzieńcy przychodzą do niego studiować z nim Torę, zapytać, co się dzieje na świecie. Nie musieliśmy na jego naukę, jak inni rodzice, wyłożyć ani grosza, on wszystkiego nauczył się sam. Latami przesiadywał w besmedereszu i studiował. Sam nauczył się pisać po hebrajsku, po polsku i rosyjsku. Spójrz tylko na dzieci innych rzeźników. Kim one są? Rzeźnikami, karciarzami, gołębiarzami, paserami i złodziejami, a nasz Jakub, syn rzeźnika, zna Torę lepiej niż dzieci samego rabina.

Zmęczeni po całym tygodniu ciężkiej pracy, zapadli na przyzbie w drzemkę.

*

Jakub był jednym z najzdolniejszych uczonych studiujących Torę w sztyblu, wielki intelekt, mędrzec. Gdy spierano się o jakiś trudny ustęp Gemary [*Gemara – zbiór rabinicznych komentarzy i objaśnień uzupełniających Misznę, czyli kodeks prawa obyczajowego w judaizmie. Obie księgi tworzą razem Talmud], zawsze wołano Jakuba Tejtelbauma. Także po jego ślubie, gdy objął posadę piekarza i ciężko pracował, aby zarobić na życie, zamożni chasydzcy młodzieńcy przychodzili do jego „szkółki”, do domu stojącego tuż przy cmentarzu. Siadali na klocach rozstawionych na podwórzu jego domu i studiowali z zapałem „Ha-Cefirę” [*hebr. Świt; tygodnik założony w Warszawie przez Chaima Zeliga Słonimskiego], którą Jakub Tejtelbaum, jako jedyny w miasteczku, prenumerował.

Odkładał robotę i z wielkim smakiem i znawstwem tłumaczył słowa Nachuma Sokołowa [*1859-1936, pisarz, dziennikarz, jeden z liderów ruchu syjonistycznego], które ukazywały w artykułach pod tytułem „Szabasowy gość” oraz znane, eleganckie i mądre felietony pt. „Z szabasu na szabas”. Pobożni Żydzi patrzyli na niego z ukosa, podejrzliwie, mimo że sami także od czasu do czasu przychodzili, aby dowiedzieć się od Jakuba czegoś o światowej polityce.

Za zaoszczędzone pieniądze kupował książki. Miejscowy sprzedawca książek, reb Aszer, sprowadzał dla niego z Warszawy nowo wydane hebrajskie dzieła. Wypożyczał do przeczytania zaufanemu kręgowi chasydów albo sam zaczytywał się nimi w domu Nuty Finkelsztejna. Tam przeczytał poemat J[udy] Lejba G[ordona]. „Koco szel jod” [*„Kreseczka nad literą jod” (hebr.)], który wzywał do walki z rabinami. Także „Chatot ne’urim” [*„Grzechy młodości” (hebr.)] Mojszego Lejba Lilienbluma oraz jego ważne dzieło drukowane w „Ha-Melic” [*„Orędownik” (hebr.)] pt. „Orchot ha-Talmud” [*„Sposoby z Talmudu” (hebr.)], które wywołało burzę w żydowskim świecie religijnym, gdyż autor wzywał do reformy żydowskiego życia religijnego. Powieść Pereca Smolenskina „Ha-toe be-darchej ha-chajim” [*„Błądzący po ścieżkach życia” (hebr.)] wędrowała z rąk do rąk miejskich młodzieńców, a wszystko to dzięki Jakubowi Tejtelbaumowi – Jakubowi Plackowi, jak na niego wołano.

Gdy do miasteczka dotarła smutna wiadomość o śmierci dr. Herzla [*Theodor Herzl, 1860-1904, dziennikarz uznawany za twórcę współczesnego syjonizmu], Jakub urządził żałobny wieczór wspomnieniowy i wygłosił mowę pożegnalną. Odczytał także fragmenty „Judenstaat” [*„Państwo żydowskie”] Herzla. Religijni Żydzi, na czele z rabinem, wiedzieli o tym wszystkim, nie byli jednak w stanie powstrzymać młodzieńców od czytania książek, które pożyczał im Jakow Placek. Rewolucyjny wiatr narodowych ruchów wyzwoleńczych, który unosił się nad miastami i miasteczkami carskiej Rosji na początku wieku, zachwiał i tak już chybotliwymi, gnijącymi posadami starego żydowskiego życia. Wiatr ten dotarł także do Sokołowa Podlaskiego.

Z impetem wdarł się do prymitywnego, zastygłego żydowskiego życia religijnego i zniszczył fundamenty trwającej setki lat egzystencji. Wiatr, który przyniósł ze sobą narodowe przebudzenie, wdarł się przez okna i drzwi do besmedreszów, chasydzkich sztybli i jesziw, w których całymi dniami i nocami przesiadywali młodzieńcy studiując Torę. W bystrych, uczonych głowach zmąciło się, poplątało. Młodzieńcy zamknęli Gemary i ruszyli nową, narodową drogą.

Dwa prądy, dwie idee: syjonizm i Bund [*Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji; istniejąca od 1897 do 1948 partia lewicowa, antysyjonistyczna] dotarły w tym samym czasie do miasteczka i pobudziły do aktywnego życia pasywne dotychczas, drzemiące siły żydowskich mas, żydowskiej biedoty. Życiowe drogi młodzieńców z miasteczka rozeszły się, jedni poszli do Bundu, zaangażowali się w walkę o lepszy, piękniejszy świat, w walkę z carskim reżimem. Inni wpajali sobie syjonistyczne idee odbudowy Erec-Isroel i ożywienia języka hebrajskiego.

Także Jakuba Tejtelbauma porwały rewolucyjne myśli, które jego towarzysze zaszczepiali robotnikom w miasteczkach. Przyciągnął go, zaczarował „Lean” [*„Dokąd” (hebr.)] Zewa Fajerberga, który wzywał do siebie, na Wschód, do Syjonu. „El ha-cipor” [*„Do ptaszyny” (hebr.)] i „Achen chacir ha-am” [*„Zaprawdę zasechł lud” (hebr.)] Chaima Nachmana Bialika [*1873-1934; hebrajski poeta, narodowy wieszcz Izraela] zawładnęły sercem młodego żydowskiego mężczyzny z besmedreszu, Jakuba Tejtelbauma.

Gdy kulawy Abraham Joel spoliczkował go i wyrzucił z mszczonowskiego sztybla, Jakub modlił się w besmedreszu. Modlił się tam także mełamed [*nauczyciel] Mojsze Aron, mężczyzna wysoki z długą, gęstą brodą, nerwus i fanatyk, który wszystkich młodzieńców czytających książki wyrzucił ze sztybla chasydów z Góry Kalwarii. Ten właśnie Mojsze Aron przyszedł do niego i z wielką złością podeptał swoimi brudnymi buciorami świeżo wypolerowane świecące buty Jakuba Placuszka.

– Zdrajco Izraela! – krzyczał mełamed Mojsze Aron. – Do świętego miejsca wchodzisz w wypolerowanych butach!

Gabaj [*urzędnik gminy żydowskiej] Mojsze, mąż Malki, miły, cichy Żyd, wmieszał się:

– Daj spokój Mojsze Aronie! Można przecież być uczciwym Żydem i nosić czyste buty.

Mojsze Aron wyciągnął swoje długie ręce i oparł je o pulpit, jego szeroko otwarte oczy zapłonęły jak dwie kule ogniowe i z impetem, z zapałem powiedział:

– Głupi jesteście! Nic nie rozumiecie! Wszystko zaczyna się od stóp, a kończy na sercu. Nie można nosić czystych butów. To jest, panowie, początek, jak się pucuje buty, to i zakłada się zaraz sztywny, wyprasowany kołnierz, a potem goli brodę, przestaje się modlić i koniec z byciem Żydem! Czy myślicie, że nie wiem, że Jakub Placek chodzi do golibrody, do lubieżnika Nuty Finkelsztejna razem z kobietami i innymi hultajami? Śpiewają tam piosenki, czytają książki. Jakubie Placku, wygłosiłeś tam wykład na temat tego heretyka dr. Herzla!

– Panowie! On jest rabinem wszystkich odszczepieńców! Wszyscy młodzieńcy zapatrzeni są w niego i przychodzą do niego czytać „Ha-Cefirę”. Sprowadził nasze żydowskie dzieci z prawej drogi. Nawet przywódca strajków i socjalistów z naszego miasteczka, Isroel Lejbele, niegdysiejsza nadzieja naszego magida [*kaznodziei] oraz bundysta Mojsze Mordechaj są jego uczniami. Dawał im książki!

Mojsze Aron, kiwając się jak przy Gemarze, odparł:

– My Żydzi podobni jesteśmy do pływającego po burzliwym morzu statku. Z powodu małej drzazgi zatonąć może cały statek. Przez jednego bezbożnika może spaść nieszczęście na całe żydowskie miasteczko.

*

Gdy wyrzucono go ze sztybla chasydów z Mszczonowa i z besmederszu, Jakub Tejtelbaum pojechał do mszczonowskiego rebego Menachema Kalisza, prosić go, aby ten wpłynął na swoich chasydów i by ci przestali go prześladować. Zanim jednak Jakub zdążył otworzyć buzię, rebe powiedział:

– Jankele, wiem, co chcesz mi powiedzieć.

Rebe wziął Jakuba pod rękę i pogładził jego czarną, krótką brodę, aby sprawdzić, czy nie została podcięta.

– Zrozum Jakubie – rabin mówił spokojnie. – Podnoszenie ręki nie jest dobrą cechą. Pozory mylą. Trzeba się wyposażyć w siłę, aby być Żydem. Grzeszne myśli trzeba od siebie biczem odganiać. Doniesiono mi, że przyniosłeś do domu „Ahawat Cijon” litewskiego pisarza Abrahama Mapu, i że czytali to inni młodzieńcy. Powiedz mi, Jankielu, czy czytanie zmyślonych bajek o miłości-sryłości zwalnia ze studiowania Tory? Szkoda, masz bystrą głowę! Powiedz mi, czy zaglądasz jeszcze do religijnych ksiąg?

– Tak, rebe – Jakub Placek odpowiedział. – Ale mówią mi w domu, że moje ich zrozumienie jest heretyckie.

Rebe obiecał mu, że rozkaże swoim chasydom, aby go zostawili w spokoju i pozwolili dalej modlić się w sztyblu. Gdy się żegnali, rebe długo ściskał jego dłoń i powiedział:

– Twoja droga jest niebezpieczna. To tak, jakbyś rzucał gorącym węglem w stóg siana. Jedna iskra może spowodować pożar. Pamiętaj, Jankele, porzuć te głupoty. Studiuj, słyszysz? Masz mądrą głowę, zawsze ci to pomoże.

Jakub Placek nie rozniecił pożaru w miasteczku. Udało mu się jednak rozpalić małe ogniki w ciemnych uliczkach, oświetliły one drogę, którą podążały dwie narodowe rewolucje: syjonistyczna i bundowska.

Długo, bardzo długo ludzie w miasteczku wspominali jego imię. Gdy pobożni rodzice kłócili się ze swoimi dziećmi, zawsze wspominali Jakuba Placka. To on ponosił winę, on zwiódł wszystkie żydowskie dzieci. Wszyscy pobożni Żydzi cieszyli się, gdy rabin odszczepieńców tuż przed I wojną światową wyjechał do Ameryki.

Jakub Placek także tam nie zapomniał o tym, czego nauczył się za młodu. Czterdzieści trzy lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych, a na koniec, będąc już starcem, pojechał do Erec-Isroel i osiadł w Jerozolimie. Mieszka dziś na Rechawii przy ulicy Beniamina z Tudeli, przesiaduje na balkonie, a w swoich drżących rękach trzyma książkę, patrzy starymi, matowymi oczami na góry, które opowiadają tysiącletnią żydowską historię, na dzikie piękno, które przypomina z daleka nagie pustynne głazy, na małe, młodziutkie drzewka, które wyginają zielone korony ku skalistemu pustkowiu wokół Jerozolimy.

Naprzeciw jego domu budują piękną, nową synagogę. Jakub Placek, którego pięćdziesiąt pięć lat temu spoliczkowano w sztyblu chasydów z Mszczonowa za „Ahawat Cijon” Abrahama Mapu, wyłożył na synagogę 15 000 dolarów. Gdy przyjeżdżają jego krajanie, prowadzi ich do synagogi i pokazuje im z wielkim zadowoleniem. Wspomina tamte lata, odpływa w myślach do tamtych bitew prowadzonych w miasteczku.
Długa droga prowadzi z mszczonowskiego sztybla do Ameryki, i stamtąd do Izraela, do Jerozolimy. Po drodze jest jeszcze krwawa granica. Jakub Tejtelbaum należy do tych, którzy tę drogę naznaczyli.

Syn magida

Dwaj młodzieńcy, którzy inspirowali, wyciskali piętno i buntowali młodzieńców z besmederszu i wszystkich robotników oraz nauczyli ich czytać książki, wyrośli z żydowskiej biedy. Nie pochodzili z bogatych domów, nie mieli zamożnych rodziców, prowadzili skromne żydowskie życie na ciemnych i brudnych uliczkach.

Ojciec syjonistycznego działacza, Jakuba Tejtelbauma, był rzeźnikiem. Ojciec Mojszego Mordechaja, rewolucjonisty – bundysty, który zagrzewał robotników do walki, organizował pierwsze strajki w miasteczku i objął ochroną żydowskich aktorów, których religijni Żydzi chcieli wygnać z miasteczka, był biednym synem magida [*kaznodzieja (hebr.)], a jego matka roznosiła mleko po domach bogaczy.
Po obu stronach ulicy Siedleckiej stały dwa rzędy drewnianych domów. Ulicę przecinał zbutwiały mostek, pod którym spotykały się strumienie wody ze wszystkich okolicznych placów i uliczek.

Woda spływała rynsztokiem aż do strugi, która płynęła za miastem. Gdy padało, tworzył się wielki staw, a woda rozlewała się po brudnej szosie. Latem dzieci zakasywały nogawki i bosymi nogami taplały się w wielkim błocie.

Zimą rynsztok i okoliczne kałuże zamarzały i wszyscy uczniowie chederów ślizgali się po zamarzniętym bagnie.

Przy rynsztoku stał stary drewniany dom z dziurawym, gontowym dachem. Dom należał do stolarza Mendla, grubego mężczyzny o szerokich, wielkich rękach i do Basi Naski Chindyk, drobnej kobiety, sama skóra i kości. Na jej wąskich i chudych ramionach chwiała się głowa, jak u psa.

W domu tym mieszkał magid Isroel Lejbele. W besmedreszu wygłaszał on od świtu do zmierzchu swoje nieporadne kazania. Do kazań, które wygłaszał także w okolicznych miasteczkach i wioskach, wplatał aforyzmy z Talmudu i rabiniczne oraz chasydzkie przypowiastki o Bal Szem Towie [*1698-1760; rabin, jeden z twórców chasydyzmu], Wielkim Magidzie z Międzyrzecza, reb Zusji z Annopola i reb [Arie] Lejb Sares.

Isroel Lejbele także był kantorem. W piątkowe wieczory podczas szabasowej uczty przy oknie jego izby zbierali się sąsiedzi i przysłuchiwali się jak śpiewa z prawdziwą ekstazą szabasowe pieśni.

Jego syn Mojsze Mordechaj wdał się w niego. Także on znał wiele chasydzkich opowieści, rabinicznych powiedzeń i przypowiastek z Tory. Z otwartą głową słuchał ojcowskich kazań, od czasu do czasu także zaglądał do chasydzkich ksiąg reb Lewiego Icchaka z Berdyczowa i reb Nachmana z Bracławia, z których korzystał także jego ojciec magid.

Na Jamim Noraim [*dziesięć dni pokuty], Mojsze Mordechaj jeździł z ojcem do Sadownego, do szlacheckiego majątku, w którym Isroel Lejbele prowadził modlitwy. Mojsze Mordechaj pomagał ojcu w pracy. Do piętnastego roku życia pobierał nauki u najlepszych mełamedów w miasteczku. Potem ojciec sam uczył go w domu.

Jego żona Szejndl, blada, chuda kobieta, łagodna jak gołąbeczka roznosiła mleko po bogatych domach. Ze swoich zarobków opłacała czesne Mojszego Mordechaja. Z tych także zaoszczędzonych grosików kupowała mu na Pesach parę butów i płaszcz.

Zimą, gdy biały śnieg otulał miasteczko i błotnista ziemia zamarzała i stawała się twarda jak miedź, ciężko było mleczarce Szejndl nosić wiadra pełne mleka po śliskich ulicach. Nieraz poślizgnęła się i wylała mleko. Mojsze Mordechaj pomagał wówczas matce roznosić mleko.

W tym czasie też Mojsze Mordechaj odkrył nowe środowisko, zupełnie innych ludzi, zobaczył inne strony niesprawiedliwie podzielonego świata. Sądził, że wszyscy ludzie jedzą tylko czarny chleb i kartofle, wszystkie żydowskie matki wzdychają i mają smutne, zatroskane twarze tak jak jego matka i wszyscy noszą podarte buty i stare połatane ubrania.

Swoimi przepełnionymi tęsknotą i ciekawością oczami patrzył Mojsze Mordechaj na bogate domy i wesołe, syte twarze, na przestronne, pięknie umeblowane pokoje u bogacza Arona Knorpela, mężczyzny o czerwonym, krwistym karku, który cały czas bawił się swoim wielkim złotym łańcuchem dyndającym na jego wielkim brzuchu.

Aron Knorpel był miejscowym bogaczem. Był właścicielem największych domów, posiadał też bank i mieszkał w pięknym mieszkaniu. Mojsze Mordechaj patrzył jak Aron przesiadywał na obitym skórą krześle, beztrosko nalewał sobie herbatę z wielkiego samowara, który stał na wielkim dębowym stole. Słodka, przepełniająca błogością sytość tryskała z każdego kąta. Wielki kryształowy żyrandol, który wisiał w wielkim pokoju, odbijał się, mienił kolorowym, fioletowo-złotym światłem wpadającym przez okno. Delikatny zapach smażonego, doprawionego mięsa i ryby roznoszący się po całej wielkiej kuchni, drażnił apetyt Mojszego Mordechaja, który stawał się głodny. Po domu bogacza Arona Knorpela biegał piękny motylek, rozśpiewany ptak, dziewczynka cudna jak poezja.

Któż nie znał w miasteczku pięknej Perły, córki Arona Knorpela? Perła uważała się za kogoś lepszego, nie rozmawiała z każdym. Nie miała też żadnych żydowskich przyjaciółek. Przyjemność sprawiało jej przebywanie z sobą samą, radowała się swoim dziewczęcym wyglądem, jak paw swoimi kolorowymi piórkami.

Mojsze Mordechaj stał często zmieszany, zakłopotany, nie był w stanie przeliczyć pieniędzy, które zapłaciła mu Perła za mleko. Jej niebieskie, łagodne oczy, jej nordycki, szlachetnie wyrzeźbiony nos kłuły jego młodzieńcze, trzepoczące serce. Dniem i nocą nachodziło go gojskie pożądanie, śnił o tej blond głowie pełnej loków. Piękna Perła chodziła za nim jak cień, gdy nosił po miasteczku wiadra.

Perła nie wyglądała w jego oczach jak żadna inna żydowska dziewczyna, wyglądała raczej jak sziksa [*nie-Żydówka]. Takie dziewczyny spotkać można tylko u gojów. Mojsze Mordechaj nosił mleko także do innych bogatych domów.

Tuż przy miejskich straganach stał piękny, wielki dom z rzędem sklepów od frontu. Należał on do Altera Dowida Rozenbauma. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ze schludnie zaczesaną siwą brodą i szlachetną, sympatyczną twarzą. Był jednym z największych bogaczy w mieście. Handlował mąką, cukrem, ryżem i innymi produktami. U niego zakupy robili ludzie ze wszystkich okolicznych miasteczek i wsi.

Alter Rozenbaum był też człowiekiem uczonym. Potrafił dobrze studiować. Razem z magidem Isroelem Lejbem często studiował stroniczkę Gemary i dzięki ojcowskiej protekcji, także jemu Mojsze Mordechaj przynosił mleko. Również w domu Altera Dowida kręciły się piękne dziewczyny. Najczęściej rzucał grzeszne spojrzenia w stronę jego córki Menuchy, która często z nim rozmawiała. Od Altera Dowida szedł dalej ze swoimi wiadrami mleka do kolejnego miejskiego bogacza, który mieszkał przy dużym rynku – do spawacza Jakuba Mojszego.

Dziwne szczęście miał ten młodzieniec! Zawsze działo się to samo! Jakby sam szatan, zły duch i Lilit zmówili się i chcieli złapać go w swoje sidła i ukoić jego młodzieńcze, smutne nastroje. Spawacz Jakub Mojsze miał piękną córkę, nazywała się Lea. Ojciec obchodził się z nią jak z jajkiem, cackał ze swoją córeczką jak z kosztownym diamentem, jak z etrogiem [*owoc cytrusowy używany podczas święta Sukot].

Wyglądała ona jak chuda, młoda brzoza. Jej aksamitne, migdałowe oczy były rozmarzone. Słodką dziewczęcą naturą przyciągała uwagę młodzieńców z całego miasteczka. Często rozmawiała z Mojszem Mordechajem, jego rzeczowe, mądre słowa oczarowały ją, od czasu do czasu zapraszała go też, aby usiadł. Wiedziała, że pochodzi z dobrej rodziny, mimo iż roznosi tylko mleko. Potrafił studiować, śpiewać i przyjaźnił się z najlepszymi młodzieńcami z miasteczka. Siedział więc przy stole z bijącym sercem, patrzył na jej kruczoczarne warkocze związane dwiema czerwonymi wstążkami, które wiły się i skręcały jak dwa węże wokół białej delikatnej szyi.

Szczęśliwe i jednocześnie ponure uczucia skrywała w sobie i w swoim sercu Lea. Żyła w swoich fantazjach niczym Rachela z Chumeszu [*Pięcioksięgu]. Zawsze była w centrum uwagi i w centrum swoich myśli. Wiele razy przyrzekał sobie, że nie będzie nosił do niej mleka, aby uwolnić się od swoich myśli, które ciążyły nad nim jak wielki balast. Był jednak bezbronny. Jego nogi same i wbrew jego woli niosły go do Lei. Nie panował nad sobą. Do dziewczyny prowadziła go jakaś tajemnicza, magiczna siła, która rozkazywała mu, co ma robić.

Wszędzie widział Leę. Przylatywała do niego w jego biednej izbie, w której spał ze swoim bratem na połamanej drewnianej kanapie. Także gdy studiował, czytał, a nawet gdy się modlił i z zamkniętymi oczami odmawiał „Szmone Esre” [*dosł. Osiemnaście (błogosławieństw)], przed oczami miał jej postać.

*

W szabasowy wieczór, gdy słońce chowało się za krwawym horyzontem, a czerwone słoneczne promienie padały na zielone łąki, młodzież spacerowała za miasteczkiem po piaszczystych drogach ścieżką wiodącą wśród gęstych topoli w kierunku kolei. Przychodziły tam dziewczęta, które ukradkiem spoglądały w stronę chłopców, robotników i innych dorodnych młodzieńców, którzy w szabasy nie studiowali Tory i nie chodzili na modlitwy do besmedreszu. Mojsze Mordechaj z przyjacielem Lejbele Mojszem także spacerowali pośród rzucających cień topoli. Spotykał tam także Leę, razem z nią spacerował, idąc drogą w stronę miasteczka, a wokół nich powoli zapadał zmierzch.

*

Po pewnym czasie Mojsze Mordechaj wydoroślał, zaczął czytać książki i przestał roznosić mleko po domach bogaczy. Postanowił też coś ze sobą zrobić. Nie dla niego był chleb jedzony u matki w izbie. Chciał być samodzielny, sam zarabiać pieniądze tak jak jego przyjaciel szewc Lejbele. Postanowił zostać robotnikiem, stolarzem.

Za sadem aptekarza, na drodze do starego cmentarza, mieszkał stolarz Jakub Mendel. Był on wielki jak niedźwiedź. Miał szerokie plecy i ogromne, mozolnie spracowane ręce. Jego przemęczone stolarskie ciało trzymało się na dwóch klocowatych nogach.

Twarz miał czerwoną. Spuchnięte i wilgotne oczy spoglądały tępo spod wielkiego czoła. Pracownicy drżeli na sam jego widok. Nie do pozazdroszczenia było pracownikowi, gdy majster, nie daj Boże, wpadał przez drzwi. Z zewnątrz był srogi, ale z natury był dobrym człowiekiem. Lubił też swój fach. Uważał, że każdy rzemieślnik powinien potrafić wykonać kawałek dobrej roboty, bo w innym przypadku wszystko przejdzie w ręce gojów. Każdy, kto w mieście znał się choć trochę na stolarce, pracował u Jakuba Mendla.

Między świętami Pesach a Sukot Mojsze Mendel udał się do Jakuba Mendla i zatrudnił się u niego jako czeladnik. Pracował po wsiach i budował w szlacheckich majątkach stodoły. Do pracy szedł w niedzielę z rana, a wracał w piątek tuż przez zapaleniem świec.

Mojsze Mordechaj zobowiązał się pracować dwa lata bez pieniędzy. Był bardzo zadowolony, że pracuje u szlachcica. Robotnicy dostawali tam kartofle, mąkę i mleko i dwa razy dziennie gotowali wielkie gary klusek z mlekiem.

Wszyscy robotnicy odnosili się do Mojsze Mordechaja z szacunkiem. Wiedzieli, że ma głowę dobrą do nauki, czyta książki i pięknie śpiewa. Gdy piłował deski, łatał dziury w belkach to potrafił tak się rozśpiewać, że na cały głos wyśpiewywał modlitwy na Jamim Noraim, które znał od ojca. Majster Jakub Mendel często odkładał pracę i przysłuchiwał się śpiewowi Mojszego Mordechaja, kład się na kupie wiórów i słuchał tych pięknych pieśni, rozglądając się zdziwionymi, wytrzeszczonymi oczami – ach, jego „Hineni he-ani mi-maas” [*modlitwa „Otom jest ubogi w czynach”].

W zimowe, mroźne i ponure wieczory, gdy na polach hulały zamiecie, a zawieruchy ryczały i wyły jak stado wygłodniałych wilków, wszyscy stolarze siadali na sianie wyłożonym do spania na podłodze. Mojsze Mordechaj opowiadał historie, legendy, o których czytał w księgach ojca. Miał on wrodzony talent do opowiadania, do przemawiania. Długie zimowe wieczory mijały szybko, robotnicy popijali i chłonęli jego opowieści. Jak przy chłodnym źródle odpoczywali, odprężali swoje zmęczone ręce.

W szabasowe zimowe wieczory magid Isroel Lejbele studiował ze swoim synem. Ale Mojszego Mordechaja nie ciągnęło już do nauki. On czytał już inne książki. Pożyczał od przyjaciół: Jakowa Placka i Lejbele Mojszego, którzy zaś kupowali je od sprzedawcy książek zajeżdżającego od czasu do czasu do miasteczka.

Dziwne, że zawsze wtedy, gdy ojciec czytał z nim kawałek Chumeszu przewidziany na dany tydzień, pojawiały się w jego głowie postaci, o których zapomniał już heblując i przycinając deski. Dziewczyny, które, jak sądził, już zapomniał, znów pojawiały się w jego głowie, a ich postacie stały przed jego oczami tak samo jak wtedy, gdy zanosił mleko do ich domów. Przydarzało mu się to tylko, gdy ojciec studiował z nim Chumesz. Tylko wtedy wypływała mu naprzeciw, pojawiała się przed jego oczami piękna sylwetka i dobre, aksamitne oczy Lei. Jak czary. Tylko gdy ojciec czytał z nim parszę Wa-jece [*parsza to fragment Tory na dany tydzień; nazwa parszy pochodzi od jej początkowych słów], w której Jakub opuszcza Beer Szewę i udaje się do Haranu, do swojego wuja Labana. Po drodze przy studni spotyka Rachelę pasącą owce. Rachela jest cicha, słodka, pełna litości i dobroci.

Niczym Rachela z Chumeszu, przed oczami pojawiała mu się Lea i nie dawała spokoju. Mimo iż wiedział, że spaceruje ona z jego przyjacielem Lejbele, cały czas wmawiał sobie, że szczęście należy do niego.

Czytając Torę, przypominał sobie także Perłę, córkę Arona. Wydarzyło się to w Szawuot [*Święto Tygodni], gdy ojciec czytał z nim Księgę Rut. Blond włosy i jasna cera Perły były mu obce, nieżydowskie. Żydowskie piękno wszak musi być ciemne, smutne, utkane ze snów, takie jak Rachela z Chumeszu i Lea. Rut, córa Moabu, która idzie za Boozem do stodoły [*historia z Księgi Rut; pochodząca z Moabu Rut została wdową, z teściową udała się do Betlejem, gdzie poznała krewnego swego męża Booza] wygląda w jego fantazji jak Perła.

Dwa lata nauki minęły jak z bicza trzasnął. Został stolarzem, samodzielnym rzemieślnikiem. Sam potrafił zrobić drzwi i okna i zarobić na utrzymanie. Chodził przyzwoicie ubrany. Przez dwa lata, w ciągu których pracował we wsiach, jego przyjaciel Lejbele swoją zuchwałością i młodzieńczym czarem zdobył serce pięknej Lei.

Lejbele wyrósł na pięknego, silnego młodzieńca. Także Lea wydoroślała, była zuchwalsza i bardziej kobieca. Jej sylwetka stała się dojrzalsza, zgrabniejsza. Mojsze Mordechaj wiedział, że Lea, jego marzenie, należy do Lejbele, często z nim spaceruje, a w szabes otwarcie chodzą pod rękę nie kryjąc się przed nikim. Wyglądali jak młode małżeństwo. Przechadzali się drogą do dworca, dochodzili nawet do Przywózk, daleko od miasta. Wszyscy w mieście wiedzieli i plotkowali o tej dziwnej miłości pomiędzy córką bogacza Jakowa Mojszego, a szewskim czeladnikiem Lejbelem Mojsze. Miasto żartowało sobie już nawet z nowych powinowatych.

Domownicy próbowali zniechęcić Leę, ale na nic się to nie zdawało. Nie było na świecie takiej siła, która mogłaby rozdzielić ją i Lejbele.

Pewnego ranka Mojsze Mordechaj opuścił miasteczko. Czy zrobił to z powodu Lejbele? Bóg jeden to wie. Przyjaciołom powiedział, że wyjeżdża poznać życie. Poznać nowych ludzi, studiować, czytać. Pojechał do Warszawy.

Przedsiębiorca z Rogatek Mokotowskich, wielki Icze, był wśród warszawskich stolarzy znaną osobistością. Wielu cieśli pracowało u niego w warsztacie. Wykonywał zlecenia stolarskie w wielkich budynkach, które powstawały w tym czasie na warszawskiej Pradze. Jego warsztat produkował setki drzwi i okien tygodniowo. Wszyscy młodzieńcy z prowincji, którzy przyjeżdżali do Warszawy, aby szukać pracy w stolarce, kierowali pierwsze kroki do wielkiego Icze.

Gdy Mojsze Mordechaj przyjechał do Warszawy, tłukąc się przez dobre kilka dni na wozie pełnym drobiu, jego krajan, stolarz Kalman Fridman, zaprowadził go do pracy do wielkiego Icze. Młodzieniec wynajął wspólnie z trzema innymi pokój na Mokotowie, a szabasy i wolne chwile poświęcał na studiowanie. Zapisał się do biblioteki na Muranowie. Zapomniał o miasteczku, zapomniał o Lei. W jego głowie kłębiły się myśli o ideach F. Lassalle’a [*Ferdinand Lassalle 1825-1864; myśliciel, działacz, pisarz], Kautskyego [*Karl Kautsky 1854-1938, teoretyk demokratycznego socjalizmu, redaktor marksistowskiego pisma „Die Neue Zeit”] i Plechanowa [*Gieorgij Plechanow 1856-1918, teoretyk marksizmu, publicysta, filozof]. Czytał też żydowskich klasyków: Mendele [Mojcher Sforima], Szolema Alejchema, I. L. Pereca.

Odkrył nowe ukryte źródła, wyrosły mu skrzydła. Wciągnięto go do Bundu. Nie ominął ani jednej tajnej masówki na ulicy Pawiej, z zapałem pochłaniał każde słowo z nielegalnej gazety „Di Arbeter Sztime”. Wyuczył się też wszystkich rewolucyjnych pieśni. W warsztacie wszyscy już go znali. Udzielał się we wszystkich dyskusjach, kłótniach, sporach między robotnikami. Z czasem Mojsze Mordechaj został w partii propagandystą i mówcą na partyjnych mityngach. Na jednym z tajnych zebrań na podwórzu warszawskiej kamienicy w czasie jego przemowy, policja otoczyła podwórze i aresztowała wszystkich zgromadzonych łącznie z nim. Odsiedział rok na Pawiaku, a po wyjściu otrzymał rozkaz opuszczenia Warszawy.

W jego rodzinnym mieście Sokołowie nazwisko jego już zyskało sławę wśród robotników. Słyszały o nim także bogate panny: Menucha, córka Altera Dowida i Lea, które także sympatyzowały z Bundem. Wszyscy niecierpliwie czekali na powrót Mojszego Mordechaja do miasteczka.

Ale jak do tego doszło? Jak porządne chasydzkie córy, które rodzice planowali wydać za młodzieńców z najlepszych rabinicznych domów, mogły zaprzyjaźnić się i spacerować z szewcami czy stolarzami? Jak piękna Lea mogła zakochać się w pospolitym młodzieńcu Lejbele, synu Mojszego Symchy, a Menucha, córka Altera Dowida, spacerować ze stolarzem Aronem Welwele?

Żydowskie miasteczko było ponure i smutne. Ludzkie pragnienia i uczucia stłamszone zostały przez religijne nakazy. Monotonne miesiące i lata ciągnęły się jak czarne korale na długim sznurze. I właśnie te bogate, porządne córki wzięły los w swoje ręce.

Jak ptaki zamknięte w klatce, które pragną, tęsknią za świeżym powietrzem, za słonecznym promieniem, za wolnością, tak i one, dobre, porządne córy wolne od wszelkich materialnych zmartwień, zapragnęły emocji, które mogłyby rozgonić ich nudne, zobojętniałe i jednostajne życie.

Wśród robotników, wśród buntowników i rewolucjonistów, w środku tej barwnej hałastry znalazły sobie miejsce i mogły zaspokoić swoje ukryte dziewczęce pragnienia.

Mojsze Mordechaj razem ze swoim przyjacielem Kalmanem Fridmanem opuścili Warszawę i na Pesach wrócili do miasteczka, przywożąc ze sobą paczkę nielegalnej literatury.

Był Pesach. Wiosna zielonymi, jasnymi krokami rozlewała się po ścieżkach i drogach. Stare drewniane domy tonęły w słonecznych płomieniach, które lały się z niebieskiego nieba na cześć święta wolności. W domach wyszorowane i wyczesane żydowskie dzieci przegryzały macę z gęsim smalcem. Na placach czeladnicy szewcy i krawcy grali w orzechy. Robotnicy przechadzali się w tę i z powrotem, od besmedreszu do szosy Siedleckiej. Ulice pełne były żydowskiej młodzieży. Przy studni na rogu ulicy Siedleckiej, Mojsze Mordechaj i Kalman Fridman rozdzielali proklamacje, które przywieźli z Warszawy. Strażnik Kutow, wielki goj z długą, czarną brodą, która zakrywała miedziane medale dyndające na jego szerokiej piersi, złapał obiema rękami Mojszego Mordechaja i Kalmana Fridmana i zaciągnął na policję.

– Siadaj tu, durak! – krzyknął Kutow na Mojszego Mordechaja.

Jidl Rejce, handlarz koni, ojciec Kalmana Fridmana, dał Kutowowi trzy ruble i jego syn razem z Mojszem Mordechajem zostali uwolnieni.

Za miastem, przy rzeźni w domu Abrahama Mojszego Tenenbauma, Mojsze Mordechaj zwołał zebranie, na którym postanowiono we wszystkich warsztatach w miasteczku ogłosić strajk.

Pierwszy strajk

Sokołów słynął na całą okolicę jako centrum produkcji obuwia. Setki zabitych gwoździami, ciężkich skrzyń pełnych butów wyruszało stąd na dalekie rosyjskie rynki.

W miasteczku było wielu kupców, maklerów i komisjonerów. Właściciele zajazdów i wyszynków mieli pracy w bród. Zapach gorzałki, piwa, pieczonych gęsi i ryb unosił się na ulicach i drażnił apetyty obcych kupców, którzy przyjechali w interesach.

Furmani ze swoimi pomocnikami z Warszawy, Białegostoku i Krynek sprowadzali wyładowane do granic możliwości wozy pełne twardej i miękkiej skóry. Dziesiątki czeladników wymazanych tranem bezustannie kroiły i zszywały jucht dla warsztatów szewskich.

Ślepy Gedalia, Żyd z jedynym okiem, Mojsze Isroel, który kulał na jedną nogę, Mordechaj Jokles, wysoki, przystojny i elegancki mężczyzna z długą, zaczesaną brodą posiadali wielkie warsztaty, w których zatrudniali wielu czeladników. Późnymi zimowymi i deszczowymi nocami, gdy pogrążone w smutku miasteczko drzemało, z drewnianych domów dochodził głośny śpiew. Towarzyszył mu stukot zmęczonych szewskich rąk, które szyły i plotły, podkuwały buty dla rosyjskich guberni do godziny jedenastej w nocy. Powrót Mojszego Mordechaja pobudził wszystkich ciemiężonych, krzywdzonych do walki o ludzkie życie.

U damskiego krawca, Mojszego Lejzerka, mężczyzny cichego, spokojnego, który szył przede wszystkim dla bogatych, żydowskich cór jedwabne, atłasowe suknie na ich wesela, a także dla wszystkich szlacheckich dziewcząt, idylla panująca między majstrem a krawcowymi została pogrzebana. Mojsze Lejzerke nie mógł zrozumieć, co stało się w jego warsztacie. Kto tak podburzył te dziewczęta? Skąd u nich te wymysły?

Szifre Kalman, córka znanego, fanatycznego kockiego chasyda (tego, który przed laty zdemolował lokal warszawskiej gminy, ponieważ syjoniści odważyli się wywiesić tam portret Herzla), dziewczyna z burzą kasztanowych loków, przestała śpiewać „moralistyczne” pieśni haftując jednocześnie suknie ślubne dla bogatych panien młodych.

Szifre Kalman nie śpiewa już też swoich romantycznych piosenek. Nowe czasy wymagały nowych pieśni. Teraz śpiewała piosenki, które przywiózł do miasteczka Mojsze Mordechaj. Na podwórzu domu Mojszego Lejzerka unosiły się dziewczęce głosy, które pod komando Szifry Kalman śpiewały:

„Łamiemy, łamiemy żelazny mur.
Mur jest mocny, mur jest gruby,
przesłania nam drogę do życia i szczęścia”.

Mojsze Lejzerke biegał w kółko zmieszany i krzyczał:

– Nie śpiewajcie piosenek! Słyszycie? Wszystkie was zaraz odeślę! Zaraz na podwórze przyjdzie strażnik Kutow. On rozumie po żydowsku. Jak wejdzie, to wszyscy jesteśmy zgubieni.

– Będziemy śpiewały, co chcemy – odpowiedziała Necha Waligóra, młoda dziewczyna o bladej, chorowitej twarzy, która dopiero co została zatrudniona na próbę. Wstała z ławeczki i bohatersko zwróciła się do majstra: – Kotowa się nie boimy! Nasi towarzysze i nasze towarzyszki nie boją się policji. Będziemy śpiewać jeszcze inne pieśni dla was i dla wszystkich majstrów, u których nasi towarzysze pracują po czternaście godzin dziennie! Nasze towarzyszki nie będą już szyły aksamitnych i jedwabnych sukienek za jednego rubla tygodniowo!

– Milcz, ty arogancka dziewucho, odeślę cię do domu. Pisklak, nie dziewczyna, jeszcze nawet nie potrafi trzymać igły w ręku, a już wzywa do strajków! Pobierałaś nauki u syna naszego magida, Isroela Lejbele? Lepiej naucz się najpierw pracować! – damski krawiec krzyczał do niej.

*

Pierwszy strajk Mojsze Mordechaj zorganizował jednak nie u krawca damskiego Mojszego Lejzerka, a u szewca Elego Tamy. Był on pooranym zmarszczkami, małym mężczyzną z wymazaną papą i pełną słomy brodą, której skołtunione końce moczyły się pobożnie w wielkiej, szczerbatej misce kartofli i łupin, którą jego żona przynosiła mu do warsztatu.

Ele Tame był mężczyzną prostym i skąpym, miał górę pieniędzy ale wiódł skromne życie. Zatrudniał dwunastu pracowników. Część z nich pracowała okresowo i dostawała wyżywienie. Pracowali od Sukot od Pesach.

Ele Tame był pierwszym majstrem w miasteczku, który usłyszał żądania swoich pracowników: skrócony o godzinę tydzień pracy i podwyżka pensji o rubel tygodniowo. Ele Tame jednak się uparł i nie chciał ugiąć się przed żądaniami swoich pracowników.

Strajkujący, na czele z szewcem Szmuelem Terikiem, wybili w jego warsztacie szyby. Pod drzwiami ustawili pikietę, nie wpuszczając do środkach żadnych kupców. Nikt z handlujących skórami nie ważył się prowadzić z nim interesów. Gdy kupiec Szmuel Chaim nie posłuchał komitetu strajkowego i mimo protestów sprzedał mu skórę, zdemolowano mu kram. Musiał też zapłacić strajkującym grzywnę w wysokości dwudziestu rubli.

Robotnicy objęli Elego Temę bojkotem społecznym, bo ten strajk zaraz zgłosił policji. Żaden Żyd nie mógł się z nim kontaktować. Nie wpuszczono go też na modlitwy do besmedereszu. Siedział sam u siebie w domu jak zadżumiony. Nawet kramarze sprzedający żywność bali się sprzedawać mu jedzenie.

Ele Tame wysłał do komitetu strajkowego pośredników, którzy mieli w jego imieniu pertraktować, aby w końcu przestano go bojkotować. Komitet strajkowy zasądził: pięćdziesiąt rubli grzywny, do tego ma publicznie w besmedreszu między minchą [*codzienna modlitwa popołudniowa] a maariwem [*modlitwa wieczorna] na oczach wszystkich przeprosić Bund.

Wieczorem nowy besmedresz pękał w szwach. Także na babińcu zebrali się miejscowi Żydzi. Podciągnięto trochę białe zasłony, aby lepiej widzieć, jak Ele Tame żałuje za grzechy.

Ele Tame był zmieszany i zasmucony, a jego oczy biły nienawiścią. Wszedł na podest. Zdarł z piersi koszulkę i krzyknął stłumionym głosem jak zarzynany byk:

– Panowie! Grzesznicy! Zgrzeszyłem! Proszę o wybaczenie sokołowskich robotników i wszystkich robotników na całym świecie…

Przyjechali żydowscy aktorzy

Schodząc od besmedreszu ulicą w dół, tuż przy kockim sztyblu mieszkał Żyd o nazwisku Szepsel Herszl Pejes. W podwórzu miał wyszynk. Kto chciał wypić butelkę piwa, szklaneczkę gorzałki, zjeść nadziewane szyjki czy smażone żołądeczki, przychodził do niego.

Jego drzwi zawsze stały otworem. Nawet późno w nocy, po godzinie dwunastej przychodzili do niego woźnice i rzeźnicy, aby coś przekąsić. Jego wyszynk był też najlepszym, najbezpieczniejszym miejscem na zebrania, bo kramarz płacił tygodniowe łapówki strażnikowi Kotowowi, aby ten do niego nie zaglądał. Dlatego u Szepsla Herszla Pejesa spotykali się wszyscy bundyści z Mojszem Mordechajem na czele. Ten ostatni wygłaszał tam wykłady o socjalizmie i literaturze, uczył też śpiewać nowe piosenki, które przywiózł z Warszawy.

Szepsel Hersz Pejes zarabiał na tej rozśpiewanej, rozwichrzonej hałastrze. Bogate panny płaciły pieniędzmi, które podkradały z szuflad ich rodziców. W szabasowe wieczory w szynku było tłoczno jak w gęsiej klatce. Ludzie siedzieli na łóżkach, na stołach, jedzono solony bób i popijano słodki kwas.

Menucha Alter i Lea, córki bogaczy, zawsze siedziały na wielkiej skrzyni, która stała przy ścianie. A gdy ich pobożni chasydzcy ojcowie odmawiali psalm „Barchi nafszi” [*„Błogosław duszo moja” (hebr.)] albo w religijnym uniesieniu kołysali się w kockim sztyblu do „Atkinu seudata” [*”Szykujcie posiłek”(hebr.)], któremu towarzyszyła tęsknota za Królową Szabat, z ich zbuntowanych ust niósł się potężny śpiew: „Nienawidzą nas i przepędzają”. A ich religijne matki, szepcząc serdecznie, żegnały święty szabas, który zmierzchał w wieczornym spokojnym błękicie, tymi oto słowami:

„Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba –
Boże, niech błogosławione będzie Twoje imię,
Chroń twój święty lud Izraela
w swojej chwale.
Przez siedem dni niech nam sprzyjają
szczęście, werwa i dobra praca
a wszystkim daj dobrego zdrowia,
amen!
Daj nam dobry tydzień,
nowy tydzień
i dostatni tydzień
dla mojego męża i dzieci
i dla całego ludu Izraela. –

W tym czasie ich córki śpiewały: „W słonym morzu ludzkich łez”. Zdarzało się, że Mojsze Mordechaj intonował chasydzki nigun z Warki, który jego ojciec nucił w szabas przy kolacji, ten sam nigun, który nuci się w kockim sztyblu jedząc trzy szabasowe posiłki. Śpiew pobożnych ojców i wyzwolonych dzieci zlewały się w jedno i towarzyszył Królowej Szabat w jej dalekiej drodze.

*

Przy wyszynku mieszkał woźnica Chaim Beniamin, gruby, przysadzisty mężczyzna. Kark miał tłusty i nabiegły krwią. Codziennie jeździł wozem zaprzężonym w dwa konie do Siedlec. Z miasteczka zabierał pasażerów o świcie, a wracał wieczorem. Gdy stał tak w Siedlcach, tuż za miastem na drodze sokołowskiej, podeszła do niego grupka dziwnych postaci ze starymi, podniszczonymi plecakami na grzbietach.

Na nogach mieli lakierowane buty na malutkim obcasiku, na szyjach białe, sztywne kołnierze obwiązane kolorowymi wstążkami. Kobiety wcisnęły zzieleniałe i niewyspane twarze do budy, aby sprawdzić, czy jest wystarczająco miejsca dla wszystkich.

– Jest miejsce, wszyscy się zmieścicie! Będzie wygodnie – zwrócił się do nich woźnica.

– Kiedy będziemy w Sokołowie? – zapytał przywódca trupy, wysoki i chudy młodzieniec o kościstym nosie.

– Wieczorem, przed zachodem słońca.

– Czy znacie jednego takiego Mojsze Mordechaja, syna magida? – zapytał ten sam aktor.

– Co za pytanie? Czy znam syna Isroela Lejbele? Jesteśmy sąsiadami. Jak tylko dojedziemy do Sokołowa, zaprowadzę was do niego.

Wszyscy aktorzy wpakowali się do budy i z niecierpliwością czekali, aż woźnica ruszy z miejsca. Chaim Beniamin jednak nie ruszał. Nie wiedział, co robić. Nie ufał tym dziwnym typom. Czy mają pieniądze, aby zapłacić za podróż?

Zdarzyło się już, że grupa kuglarzy, którzy pokazywali swoje sztuczki na sokołowskich ulicach, fikali koziołki, połykali sztylety i ogień, nosili małe dziecko na wysokiej drabinie, którą wiózł z Siedlec do Sokołowa, nie miała pieniędzy, aby zapłacić za podróż. Cóż więc on zrobi, gdy okaże się, że ci oto komedianci nie mają ani grosza przy duszy, aby zapłacić za drogę? Czy będzie musiał się z nimi bić?

Woźnica stał więc i nie ruszał się z miejsca.

– No, wujaszku, ruszcie się. Strzelcie z bata. Robi się późno. Zajedziemy do miasteczka o zmroku – krzyczeli aktorzy z budy.

– Dzieci, macie pieniądze? Muszę po drodze w jednej z wiosek kupić owies dla koni.

Aktorzy powyjmowali z kieszeni wszystkie srebrne monety, które mieli ze sobą, i zapłacili z góry.

– Tylko szybko, wujaszku, ruszajcie już z miejsca!

Była pełnia lata. Pachniało owocami z sadów. Na polach stali chłopi w rozpiętych prostych koszulach. Kosili i wiązali dojrzałe zboże. Po drodze wóz zatrzymał się we wsi u żydowskiego pachciarza. Aktorzy wyleźli z budy, kupili bochenek czarnego chleba i dzbanek zsiadłego mleka i nasycili swoje puste żołądki.

Wieczorem wszyscy dotarli do miasteczka. Zajechali pod wyszynk Szepsla Hersza Pejesa. Na przyzbie koło karczmy siedzieli wszyscy sąsiedzi: woźnice, tragarze i rzeźnicy odpoczywali po ciężkim dniu pracy. Dzieci siedziały z wyszczerbionymi żelaznymi miskami w rękach i jadły młode kartofle z olejem. Grupka chłopców biegała środkiem uliczki za blaszanym kółkiem. Z otwartych okien w kockim sztyblu słychać było głosy odmawiające modlitwę wieczorną.

Gdy aktorzy dotarli do wyszynku, wszyscy wstali z przyzby i poszli podziwiać gości. Dzieci porzuciły swoje miski i oblegały wyszynk, nie mogąc przestać gapić się na artystów. W kockim sztyblu młodzieńcy z kręconymi pejsami przekazywali sobie nowiny zamiast studiować święte księgi. Opowiadali, że do miasta przyjechali aktorzy i zatrzymali się u Szepsla Herszla Pejesa.

Chaim Beniamin zaprowadził ich przywódcę do Mojszego Mordechaja. Aktor wyciągnął z kieszeni liścik i podał mu, z prośbą, aby go przeczytał. Był to liścik od sekretarza siedleckiego „Ha-Zamir” [*hebr. słowik; prawdopodobnie chodzi o nazwę teatru], Jankiela Tenenbauma. Mojsze Mordechaj przeczytał go na głos, tak aby wszyscy mogli słyszeć:

„Aktorzy przyjechali do was do Sokołowa, aby wystawić ››Sprzedanie Józefa‹‹. Będą potrzebować waszej pomocy. W wielu miastach są prześladowani. Fanatyczni, religijni Żydzi nie pozwalają im grać. Zdarzyło się, że wygnano ich z miasteczka. Życzyłbym sobie, aby robotnicy się nimi zaopiekowali. Zróbcie wszystko, aby odnieśli sukces w waszym miasteczku”.

Mojsze Mordechaj zwrócił się z uśmiechem do przywódcy trupy: „Nie bójcie się. U nas będziecie grać wasz teatr, pomożemy wam! Wszystko będzie dobrze!”

Wrócił z nimi do wyszynku i postawił aktorom szklaneczkę gorzałki na swój koszt.

W mgnieniu oka po miasteczku krążyła już wiadomość, że przyjechali żydowscy aktorzy, aby zagrać „Sprzedanie Józefa”. W sztyblu chasydów z Góry Kalwarii tuż po wieczornej modlitwie mełamed Mojsze Aron rozzłościł się niemożebnie: „Nie pozwolimy na taką samowolę w naszym mieście. Nie pozwolimy, aby chłopcy i dziewczęta grali teatr, robili sobie żarty z pobożnych Żydów. Musimy ponieść ofiarę, zginąć męczeńską śmiercią, ale musimy przegnać tych komediantów z naszego miasta. Pójdziemy do rabina, niech z nami wspólnie zaprotestuje!”

*

Bund postanowił, że przedstawienie musi się odbyć, aby udzielić należytej lekcji „Bożym Kozakom” i dać im nauczkę, żeby nigdy więcej nie prześladowali żydowskich aktorów. Robotnicy już wcześniej wykupili wszystkie bilety. Aktorom zapewniono jedzenie i łóżka w domach towarzyszy. Menucha Alter upiekła wielki tort. Wzięła z domowej spiżarni mąkę, cukier i garnuszek z gęsim smalcem, a także kilka rubli. Lea przyniosła pieczoną gęś i gąsior soku wiśniowego. Czeladnik Mordechaj Gołąbek ukradł rzeźnikowi Majerowi Kurcerowi, u którego pracował, wołowe płucka i żołądki i zaniósł je aktorom, aby mieli co jeść. Kilku mężczyzn i kobiet zaprowadzono za miasto do Abrahama Mojszego Tetenbauma, który mieszkał przy rzeźni. Miał on wielką stajnię, w której na strychu leżało świeżo ścięte siano. Położono tam kołdry i urządzono im nocleg.

Lejbele zabrał do siebie przywódcę trupy. Spał z nim razem na jednej ławie, która stała w kuchni domu szewca Mojszego Symchy.

Towarzysze wystarali się także o pozwolenie na wstęp u miejscowej policji. Abraham Mojsze Tanenbaum, u którego aktorzy spali w stajni na sianie, był za pan brat z naczelnikiem. Dał po pięć rubli każdemu ze strażników Kotowowi i Jaworskiemu i otrzymano pozwolenie na występ. Postarano się także, aby w teatrze była muzyka. Zebrano trochę pieniędzy i zamówiono miejscowych klezmerów.

Miejska kapela słynęła w całej okolicy. Wodzirejem był Mojsze Chaim Szpilman, pochodzący z klezmerskiej rodziny Szpilmanów. Był eleganckim, zawsze wystrojonym mężczyzną z arystokratycznie przystrzyżoną bródką. Nosił wyprasowane spodnie z białymi lamówkami, elegancki surdut i białą kamizelkę. Zgrabną posturą przyciągał uwagę innych ludzi. Dobrze znał swój klezmerski fach – wyśmienicie grał i był znawcą klezmerskiej sztuki. Miał też słabość do teatru. On sam wspólnie z jego dziećmi, które miały talent i umiały ładnie śpiewać, wystawił kilka muzycznych operetek.

Gdy przyszła do niego delegacja z przywódcą trupy na czele i zaproponowała mu, aby jego kapela towarzyszyła aktorom, chwilę zwlekał nie wiedząc, czy będzie mu się to opłacało. Wiedział, że aktorzy wywołali poruszenie i złość wśród religijnych Żydów. Czy opłaca mu się mieszać w ten konflikt i zadzierać z pobożnymi Żydami, na których weselach grywał? Czy warto konfliktować się z rabinem, który wkrótce będzie wyprawiał wesele córce?

Ale Mojsze Chaim miał słabość do aktorów. Wiedział, że będzie mógł od nich coś skubnąć i nauczyć się słów i nut wszystkich piosenek ze „Sprzedania Jakuba” i innych przedstawień i operetek. Zgodził się więc zagrać w czasie przedstawienia.

W jego kapeli na klarnecie grał także jego syn Josele. Wdał się on w ojca, był elegancki i przystojny. Miejscowe dziewczęta specjalnie przychodziły na wesela, aby popatrzeć na Josele.

Na bębnie grał blond młodzieniec z kozackimi pejsami i zezowatymi oczami. Był to bębniarz Mordechaj Szepsl. Także jego ojciec Szepsele, mężczyzna niski z wyliniałą brodą dął w trąbkę. Wołano na niego Szepsele Bębniarz, bo wszyscy jego synowie grali na bębnie.

Na kontrabasie rzępolił Hersz Ber, chłop wielki jak dąb, o owłosionej twarzy jak Rosjanin. Na tępej głowie nosił czapkę, kaszkiet z wysokim denkiem, na którym przymocowana była taśma z dwoma guzikami po bokach. Wołano na niego w miasteczku Hersz Ber z „jaliszką”, bo grał na wielkich stojących skrzypcach. Żydzi w miasteczku nie wiedzieli, co to kontrabas, nie znali tego słowa. Sami więc wymyślili określenie na te wielkie skrzypce i nazwali je „jaliszką”. Z tego powodu na klezmera Hersza Bera i całą jego rodzinę wołano „jaliszki”.

Na tle tej różnorodnej kapeli wyróżniał się rudy mężczyzna w okularach. Ubierał się po chasydzku. Nazywał się Hersz Nachum i miał zdolną głowę do studiowania Tory, a do tego był badchenem [*mistrz ceremonii na weselu]. Mojsze Chaim dbał o to, aby jego kapela była zgrana. Gdy ktoś odważył się zaprosić na wesele słynnego badchena reb Berisza, Mojsze Chaim zaraz albo odwoływał występ, albo zachęcał do skorzystania z usług swojego badchena.

Przed przedstawieniem trzeba było przeprowadzić próby, znaleźć statystów i przećwiczyć nowe piosenki. Próby odbywały się w domu bębniarza Szepsla. Mieszkał on na podwórzu synagogi w drewnianym domu w małej izbie, w której stały dwa łóżka z wysoko ułożonymi poduchami. Na ścianach wisiały wielkie obrazy. Na jednej ścianie wisiał obraz przedstawiający nagich Adama i Ewę z listkami figowym na lędźwiach. Nieco z boku wisiał portret Samsona z wykłutymi oczami, gdy niszczył kolumny w pałacu Filistynów. Między oboma obrazami wisiało wielkie jelenie poroże.

Na drugiej ścianie wisiały obrazu przedstawiające Mosesa Montefiore i Dziadka ze Szpoły [*tak w jidysz nazywano cadyka Arie Lejba ze Szpoły, (1726-1811)]. Na stole zawsze siedział czarny kot z białymi łatkami. Kota wszyscy sąsiedzi, a także Szepsele, nazywali Mindele. Gdy Szepsele wychodził na podwórze szukać kota, rozpytywał wszystkich wokół, czy nie widzieli jego Mindele.

Bębniarz Szepsele był także golibrodą. Wszyscy pobożni Żydzi i ich synowie chodzili się do niego strzyc. Stał on tak z nożycami w ręku i strzygł pobożne głowy. Robił to starannie i nikt nie wychodził od niego z zadrapaniami.

Na kominie stał garnuszek, w którym gotowano jedzenie. Stała tam zawsze twarzą zwróconą w stronę garnków jego żona Tejle Rechl, potężna, gruba kobieta. Szepsele coraz to podchodził do komina i w czasie strzyżenia zaglądał do garnków, sprawdzić, co żona dziś gotuje na obiad.

– Tejle Rechl, zapomniałaś rozbić mięso! Tejle Rechl, nie posoliłaś rosołu!

Drewno do ognia musiał podkładać sam, nigdy nie zdawał się w tej kwestii na swoją żonę.

Szepsele z żoną mieli oddzielne kasy. Gdy trzeba było kupić mięso, składali się i kupowali razem. Co pewien czas otrzymywali od syna z Ameryki pieniądze, który pisał wyraźnie: „Dla matki przesyłam oddzielne dziesięć dolarów”. Często kłócili się dzieląc porcje mięsa, a gdy nie mogli dojść do porozumienia, Szepsele mówił do żony:

– Tejle Rechl, odsprzedaj mi twoją porcję mięsa. – I wiele razy zawierano transakcję jeszcze w trakcie gotowania.

Tejle Rechl była jednak smakoszką i sama chętnie kosztowała cielęcinkę z rosołu. Zawsze gdy Szepsele wchodził na strych po kilka drewienek, wsadzała do zupy palce i wyjmowała kawałki mięsa. Ale bębniarz Szepsele nie dawał się oszukać. Wiedział, że gdy wchodzi na strych po drewno, żona go okrada. Wpadł więc na następujący pomysł. Gdy wchodził na strych, kazał żonie Tejle Rechl klaskać w ręce. Wiedział wtedy, że ma zajęte ręce i nie wtyka ich do garnka.

Tejle Rechl była jednak mądrzejsza niż jej mąż. Podciągała sukienkę i jedną ręką uderzała o nagie uda, drugą zaś wyciągała z garnka kawałeczki mięsa i wkładała prosto do buzi.

*

W mieszkaniu Szepsele odbywały się próby. Poza aktorami ściągnięto krawieckich i szewskich czeladników, którzy mieli grać synów Jakuba.

Każdego wieczora na podwórzu synagogi pełno było ludzi. Okupowali okna domu bębniarza Szepsele i słuchali pieśni, które chór śpiewał w „Sprzedaniu Józefa”.

„Pijcie, pijcie drodzy bracia,
wieczorem będziemy pieśni śpiewać.
Pijcie, pijcie dobrzy ludzie,
wieczorem Bóg nas pobłogosławi.
Pijcie, pijcie drogie dzieci,
wieczorem zaprowadzą owce do krów…”

Dzień przed przedstawieniem Mojsze Mordechaj zwołał zebranie wszystkich towarzyszy i aktorów. Na drodze do nowego cmentarza [*przy obecnej ul. Bartoszowej], która prowadzi dalej do Przywózk, tuż obok rosyjskiej cerkwi [*na skrzyżowaniu ulic Siedleckiej i Repkowskiej] leżała rozległa dolina. Był tam też dół pełen żółtego piachu. Wszystkie kobiety z żydowskiej biedoty zbierały ten żółty piach i posypywały nim podłogę na cześć świętego szabasu.

Na tym żółtym piachu rozsiadło się towarzystwo, aby wysłuchać wystąpienia Mojszego Mordechaja. Odbywało się to kilka tygodni przed Jamim Noraim. Chłodny wiaterek zawiewał znad skoszonych pól. Słońce zachodziło za horyzont jak ognista kula znikająca za górą i swoimi ostatnimi promieniami zalewało całą okolicę.

Gasły one na wysokich, mieniących się złotem i budzących strach krzyżach rosyjskiej cerkwi. Bosi pastuszkowie prowadzili do zagród owce i przyglądali się Żydom, kierując w ich stronę smagane wiatrem twarze i szczerząc zepsute zęby wystające z otwartych gęb.

Zapadał zmierzch. Chmura objęła czarnymi skrzydłami rosyjską cerkiew. Przez wysokie topole docierał tylko odgłos dzwonów nawołujących z nabożnością na wieczorne modlitwy: „bim-bam, bim-bam”. Gdy tylko przyprawiające o dreszcze kościelne dzwony umilkły, Mojsze Mordechaj rozpoczął swoją przemowę.

– Nasza walka skierowana jest przeciwko dwóm wrogom. Ten pierwszy to wróg z zewnątrz. Jest potężny, zniewolił już wiele narodów i miliony ludzi żyją przez niego w biedzie i nędzy. Nie chce dać on narodom wolności, abyśmy sami mogli decydować o swoim losie. Ten wróg rządzi siłą wojska i armat. Przysięgaliśmy na śmierć i życie, że razem ze wszystkimi ciemiężonymi narodami zerwiemy łańcuchy zniewolenia i usuniemy z tronu carskiego monarchę!

Czy mamy się obawiać naszego drugiego wroga, wroga wewnętrznego, który religijnym przymusem chce zamknąć nas w getcie i przeszkodzić nam w podążaniu nową drogą, drogą do wolności i szczęścia?

Setki lat ta religijność zduszała w nas radość. Walka z ciemnymi fanatykami jest częścią ogólnej walki. Jutro wszyscy mają być na przedstawieniu i pokazać, że żydowscy robotnicy nie boją się żadnego terroru. Odetniemy każdą rękę podniesioną na żydowskich aktorów!

Na ulicy Siedleckiej przy studni stała duża drewniana szopa. Należała do straży ogniowej i od niej ją podnajęto. Wyjęto beczki, gumowe szlauchy i długie drabiny. Stolarz Kalman Chil i kilku innych rzemieślników poznosili ze wszystkich składów drewna deski i szybko zrobili z nich scenę i ławki. Woźnice oddali swoje wielkie latarnie, wlano do nich naftę i powieszono na belkach. Menucha Alter i Lea przyniosły pluszowe koce, aby z nich uszyć kurtynę.

Drewniana szopa pełna była ludzi. W pierwszym rzędzie siedzieli włodarze miasteczka oraz Menucha Alter i Lea ze swoim ukochanym Lejbele. Przy drzwiach stali dorodni, silni miejscowi młodzieńcy. Bilety sprawdzał Kalman Chil. Z szopy biła radość. Publiczność śpiewała, zanim jeszcze rozpoczęło się przedstawienie.

Hałas, zgiełk jak w synagodze podczas procesji w Simchat Tora [*święto z okazji zakończenia rocznego cyklu czytania Tory]. Wszystkie oczy zwrócone w stronę pluszowej kurtyny, która kołysała się na długim sznurze przyszytym przez bogate towarzyszki. Mojsze Chaim Kapłan ze swoją kapelą stali tuż przy scenie. Na wielkiej strażackiej beczce leżały nuty. On sam wyglądał jak szlachcic, który zbłądził do małego, brudnego, ciemnego miasteczka.

Gdy Lejbele i Lea przechodzili obok, Szepsele powiedział do badchena Hersza Nachuma:

– Herszu Nachumie, co powiesz o tej parze? Jałóweczka dała się złapać Lejbele. Będą twoimi sąsiadami. Będą mieszkać obok ciebie na ulicy Łaziebnej.

– Głupcze, przecież jeszcze ślubu nie wzięli. Dla niej to tylko zabawa. Nie zostanie synową Mojszego Symchy. Uwierz mi, wiem, co mówię!

– Niech jej się wiedzie tak, jaką byłaby synową – odpowiedział Szepsele i zaczął stroić trąbkę.

*

Gdy artyści stali już w swoich historycznych turbanach i długich doklejonych brodach, Mojsze Chaim Szpilman naciągał struny swoich skrzypiec, a jego syn Josele wygrywał pierwsze takty na swoim klarnecie, ktoś krzyknął: „Rabin idzie!”.

Mojsze Chaim wszedł na scenę i schował się za kurtyną. Szepsele, Hersz Nachum i Hersz Ber skryli się za wielkimi beczkami. Ludzie zaczęli skakać po wielkich ławach i biec w kierunku drzwi, przy których stali Kalman Chil i inni silni młodzieńcy.

– Nikt stąd nie wyjdzie! Nie boimy się rabina, przedstawienie się odbędzie!

Młodzieniaszki z pistoletami w dłoniach stanęli przy drzwiach i nikogo nie wypuścili.

Rebe w towarzystwie kilkudziesięciu starszych Żydów podszedł do drzwi.

– Kalmanie Chilele, otwórzcie drzwi –warknął rabin.

– Rebe, nie otworzę! Nie wpuszczę was!

– Kto tam u was dowodzi? Kto jest wodzem?

– Mojsze Mordechaj!

– Kto? Syn magida Isroela Lejbele? Zawołaj go tutaj!

Mojsze Mordechaj spokojnym krokiem podszedł do rabina.

– Powiedzże synu Isroela Lejbele, czemu nie chcą mnie wpuścić do środka?

– Bo przyszliście przeszkadzać, bić się, dlatego was nie wpuścimy.

– Nie będziemy przeszkadzać. Chcę tylko popatrzeć, kto tam u was jest.

Mojsze Mordechaj otworzył drzwi i do szopy weszli rabin z mełamedem Mojszem Aronem. Reszta pozostała na zewnątrz.

– Czy są tu rozpustnice Altera Dowida? – rebe zwrócił się do Mojszego Mordechaja.

– Rebe, to nie są żadne rozpustnice, a towarzyszki z Bundu. I nie tylko one, wiele bogatych chasydzkich cór jest tu z nami.

– Powiedz mi, z jakiego powodu ci komedianci, te pajace stroją sobie żarty z naszych świętych praojców i grają „Sprzedanie Józefa”?

– Nie rebe, oni nie robią sobie żartów. Oni dają naszemu biednemu żydowskiemu miasteczku radość, śpiew, wiarę. Także niegdysiejsi nauczyciele rozweselali ludzi różnymi sztuczkami. W czasie Simchat Bejt ha-Szoewa [*rytuał pierwszego dnia święta Sukot] Szymon ben Gamaliel rozbawiał Żydów w Jerozolimie. Podrzucał ośmioma płonącymi pochodniami, tak że jedna nie dotykała drugiej. To rozweselało ludzi. Ale dla was to pajacowanie, żarty.

Rabin surowym wzrokiem patrzył na tego mądralę. Chciał spoliczkować go za tę zuchwałą gadaninę. Powstrzymał się jednak i pomyślał: „Teraz to już zupełnie inne czasy, inne lata”. To nie to co kiedyś, gdy wychłostał młodego wówczas kapelusznika Michoela Hersza i uderzył go w jego trefną mordę. Weź się teraz mierz ze strajkującymi, z buńczucznymi młodzieńcami, którzy noszą przy sobie pistolety, i których boi się nawet policja. Zrozumiał, że trzeba opanować zło i rozmawiać spokojnie z tym towarzystwem. Położył dłoń na ramieniu Mojszego Mordechaja i ojcowsko spoglądając na niego, zapytał:

– Powiedz mi, jak to się stało, że syn Isroela Lejbele przyjaźni się z buntownikami?

– Moja droga nie jest sprzeczna z drogą mojego ojca. Wasze sprawki we wszystkich żydowskich miasteczkach, wygnanie aktorów, używanie w tym celu policji to nie są żydowskie czyny! Wasz pradziadek, reb Mendele z Kocka, razem ze swoim szwagrem Icchokiem Majerem, rabinem z Góry Kalwarii, wspierali polskie powstanie. Wystosowali odezwę do bogatych Żydów, aby ci pomogli powstańcom w walce z carem. Wasz dziadek został zmuszony do ucieczki z Tomaszowa i przed długi czas musiał się ukrywać we Lwowie.

Rabin swoim ognistym spojrzeniem wodził po publiczności, złapał mełameda Mojszego Arona za rękę i powiedział:

– Chodź do domu, nie będę się zadawał ze strajkującymi, z socjalistami!

Kutow zostaje zastrzelony, a Mojsze Aron jedzie do Warszawy

W miasteczku były typy, które zajmowały się szemranymi interesami. Podłączali się oni często to do socjalistów, to do bundystów, aby znaleźć pod ich skrzydłami ochronę. Popierali też strajki. W konfliktach z majstrami zawsze opowiadali się po stronie robotników. Jednym z nich był jeden z najsilniejszych chłopów w miasteczku, woźnica Szlojmele.

Kutow dostawał od niego kilka rubli łapówki, bo Szlojmele nie chciał, aby ten zawsze stał mu na drodze. Za dużo wspólników było do jego interesów… Kutow był mocno znienawidzony przez bundystów. Szlojmele postanowił więc go sprzątnąć. Chciał pokazać bundystom, którzy nie chcieli przyjąć go do partii, jakim jest bohaterem.

Gdy Kutow ze swoją długą ciemną brodą pokazywał się na ulicy, na mieszkańców padał blady strach. Żydzi kłaniali się mu w pas, usłużnie schodząc z drogi. Kutow zataczał się pijany po ulicach, a jego świńska morda nabiegła trefną krwią. Na Małym Rynku Kutow kopał i niszczył skrzynki i kosze pełne warzyw, należące do biednych żydowskich przekupek.

Kobiety płakały i błagały, aby nie deptał owoców i warzyw. Ten zaś tylko sapał i dyszał, roztaczając z zapitego gardła opary gorzałki. Nagle, gdy oddalał się ulicą w stronę besmedreszu, dał się słyszeć wystrzał z pistoletu. Kutow upadł na ziemię jak podcięty, zbutwiały dąb.

Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że była to robota Szlojmele. Wielu bundystów aresztowano, między innymi synów Abrahama Mojszego Tanenbauma, Dowida i Naftalego. W siedleckim więzieniu spędzili ponad rok, czekając na proces. Abraham Mojsze dał Szlojmele pieniądze, aby ten mógł pokryć koszty podróży do Ameryki. Znany adwokat Ettinger [*prawdopodobnie Henryk Ettinger, 1859-1929] bronił braci i argumentował, że Szlojmele, który uciekł do Ameryki, zastrzelił Kutowa. Synów Abrahama Mojszego zwolniono.

Wiele oszustw i nadużyć popełniano w imieniu Bundu. Wiele strajków zostało też sprzedanych. Majstrom udało się podkupić niektórych działaczy. Płacono im kilka rubli i strajk się kończył.

Gdy ktoś w miasteczku miał osobiste porachunki z drugim człowiekiem, oskarżał go, że jest w zmowie z policją i donosi na bundystów.

Nieraz bundowscy działacze popełniali błąd, nakładając kary pieniężne albo stosując akcje terrorystyczne wobec niewinnych ludzi.

Dwaj furmani, Mojsze Aron i Szyje Grdyka, handlowali do spółki jajami i drobiem. Swój towar zawozili do Warszawy. Na rynku Szyje Grdyka pokłócił się i pobił z innym woźnicą, warszawiakiem, który także woził jaja i drób do Warszawy.

Nazywał się on Jankel i pochodził z sąsiedniego miasteczka Drohiczyna. W Warszawie miał syna, aktywnego działacza Bundu. Chłopak rozpowiadał na Szyję Grdykę kłamstwa, jakoby ten donosił na policję podczas strajku u szewca Elego Tamy. Warszawscy bundyści pobili Szyję i zabronili mu przyjeżdżać do Warszawy.

Mojsze Aron i Szyje Grdyka spędzili kilka długich miesięcy bez pracy. Bali się pojechać do Warszawy. Mojsze Mordechaj wysłał do stolicy specjalnego wysłannika, stolarza Kalmana Chila Fridmana, który miał wyjaśnić zaistniałą sytuację z warszawskimi towarzyszami. Zdjęto klątwę, a Mojsze Aron i Szyje Grdyka znów mogli jeździć do Warszawy.

W miasteczku ułożono potem piosenkę, którą śpiewano przez wiele, wiele lat:

„Mojsze Aron,
możesz już pojechać do Warszawy,
wybito już
wszystkich strajkujących”.

Tragiczny koniec

Wszystkie miłostki bogatych chasydzkich cór z szewcami i stolarzami stopniały jak wczorajszy śnieg, przeminęły z wiatrem. Piękne, porządne panny spacerowały, zakochiwały się i spędzały czas z młodzieńcami z miasteczka, ale gdy przychodziło do konkretów, do zaślubin i chupy, szybko traciły ochotę.

Menucha Alter i Lea, córka bogacza, pomagały szyć czerwone flagi, wykradały bogatym rodzicom pieniądze, wspierały strajkujących robotników i pomagały biednym żydowskim aktorom. Porwać mogłyby się nawet na usunięcie z tronu cara, nie bały się nawet Boga najwyższego, ale rewolucja skierowana przeciw ich przyszłemu, wygodnemu, bogatemu i sytemu życiu, jaką byłoby poślubienie zwykłego robotnika, buntownika i zaprzepaszczenie bogatej chasydzkiej tradycji, to było już za wiele. Co to, to nie! Na to nie były gotowe.

Menucha Alter ugięła się przed wolą ojca. Ten dał jej wielki posag i wyprawił wesele z lubelskim kupcem, który uchodził za bardzo dobrą partię. Dla Lejbele jednak jego miłość do Lei była sprawą bardzo poważną.

Ciężko przyszło mu zrezygnować z pięknej dziewczyny jaką była Lea, która latami romansowała z nim na drodze na Przywózki wśród wysokich topoli. Obiecała nawet, że ucieknie z nim do sąsiedniego miasteczka, do Siemiatycz, gdzie mieszkał jego krewny, i tam wyprawią wesele, nie mówiąc o niczym rodzicom. Ale od słów do czynów droga jest długa.

Lea, córka bogacza, nie chciała zostać synową szewca Mojszego Symchy Joela i mieszkać na ulicy Łaziebnej. Rewolucjonista Lejbele prawie postradał zmysły z powodu odmowy, jaką dostał od pięknej Lei, która jeszcze niedawno w romantyczne noce przyrzekała mu wieczną miłość.

W sercu Lei walczyły ze sobą dwie miłości. Jedna do Lejbele, druga do jej ojca, dla którego ślub z biednym szewcem byłby wielką tragedią. Obie miłości długo w jej sercu ze sobą wojowały. Widziała smutek ojca. Załamany i smutny stał przed nią Jakow Mojsze i prosił o litość:

– Lejusiu, nie czyń mi tego wstydu! Twój ślub z tym szewczykiem zapędzi mnie za młodu do grobu! Oddam ci cały mój majątek, abyś nie przyniosła na dom takiego poniżenia!

Jakow Mojsze chodził po mieście jakby był w żałobie, z nikim nie rozmawiał. Ludzie wiedzieli, rozumieli, dlaczego ma złamane, bolące serce.

W aleksandrowskim sztyblu, gdzie zazwyczaj się modlił, nie widywano go już po szabasie odprawiającego kidusz. Blady, zrezygnowany zaraz po modlitwach wracał do domu. Litość dla ojca była silniejsza niż miłość do Lejbele. Lea ze wszystkich sił próbowała zdusić swoje uczucia, ukrócić myśli o ukochanym. Przyrzekła sobie, że takiego wstydu ojcu nie zrobi.

Lejbele wyczuwał jej niechęć i chłód. Z jej słodkich ust zniknął uśmiech, jej ciało nie drżało już przy pocałunkach. Smutek bił z jej aksamitnych oczu. Nie poznawał jej, to nie była ta sama Lea.

Przestała się też z nim spotykać. Mijały tygodnie, a oni się nie widzieli. Lea siedziała w domu pogrążona w smutku i walczyła z cieniem Lejbele, próbując go od siebie przegonić. Wieczorami, gdy siedziała sama w pokoju, przed oczami przebiegały jej sceny i spotkania z ukochanym, z okresu, kiedy dopiero co zaczęła z nim romansować, a kiedy to Mojsze Mordechaj pracował na wsi, a potem w Warszawie. Jakie to było dobre, jakie piękne. Dziś życie jej zbrzydło. Do głowy przychodziły jej straszne myśli. Czasem chciała się nawet otruć i skończyć ze sobą. Cały czas miotała się między ojcem a ukochanym.

Była jednak za słaba i nie zdecydowała się na ostateczny krok. Nienawidziła życia, ale i bała się śmierci. Każdej nocy w myślach czekała na Lejbele w tym samym miejscu wśród gęstych drzew w miejskim parku, skąd zawsze dalej wyruszali na spacer.

Po miesiącach niewidzenia się Lea nagle przyszła do parku i spotkała Lejbele siedzącego na drewnianej ławce. Ten zapracowaną dłonią złapał jej dłoń i zwrócił się do niej tymi słowami:

– Powiedz mi, Lea, w co ty ze mną grasz? Umówiliśmy się przecież, że razem uciekniemy do Siemiatycz do moich krewnych i tam się pobierzemy. To nie jest zabawa. Mijają tygodnie, a ciebie nie ma. Znikłaś.

– Lejbl, nie pojadę do Siemiatycz. Nie chcę wychodzić za mąż, jeśli moi rodzice nie będą mi towarzyszyć pod chupą! Nie mogę tego zrobić mojemu ojcu! Prędzej odbiorę sobie życie niż przysporzę mu takiej zgryzoty!

– Tu nie o twojego ojca chodzi! Ty sama nie chcesz za mnie wyjść za mąż!

– Niech będzie tak, jak mówisz. Przyszłam ci powiedzieć, abyś już na mnie nie czekał w parku. Nie będziemy się już widywać.

– Dobrze, bardzo dobrze. Nie chcesz wziąć mnie za męża. Ale romansować ze mną, to chciałaś! Czy chociaż opowiesz twojemu przyszłemu bogatemu chasydzkiemu mężowi, że spędziłaś ze mną wiele nocy w piachu za rosyjskim kościołem?

Lea wyrwała rękę z jego dłoni i rozpłakała się. Chusteczką otarła łzy, które spływały po jej rozpalonej twarzy, i zniknęła za gęstymi drzewami. Lejbele stał, jego nogi drżały, patrzył w stronę znikających czarnych warkoczy, które jak dwa węże wiły się w powietrzu. Dwie wplecione czerwone jedwabne wstążki widać było jeszcze zza gęstych gałęzi.

Załamany wrócił do wyszynku Szepsla Hersza Pejesa i kazał sobie podać kwas i bób. Towarzysze, którzy siedzieli w karczmie, wiedzieli, że Lea, córka bogacza, już się z nim nie spotyka.

Tragarz Zawele, młodzieniec o szerokich plecach, człowiek prosty i dobry, nie zgadzał się na krzywdy, które miały miejsce w miasteczku, i zawsze próbował załagodzić kłótnie między tragarzami a stolarzami. Wstał od stołu, przy którym siedział z innymi tragarzami, podszedł do Lejbele i zapytał:

– Lejbele, kiedy się rozweselisz? Ludzie gadają, że będziesz nam stawiać zagryzkę i gorzałkę. No, co tak nagle zrobiło się cicho?

– Zawele, idź stąd. Zostaw mnie w spokoju. Nie mam na to ochoty.

– A co? Jakowowi Mojszemu nie podobał się taki zięć? A jakże to? Taki dobry kawałek towaru nie dla nas, zwykłych ludzi? Wszystkie piękne dziewczęta należą do bogaczy, do chasydów, ale nie do robotników!

W oczach tragarza Zawele zapłonął piekielny ogień, wyglądał tak, jakby zbierał siły do załadowania na wóz ciężkich pakunków. Stuknął pustą butelką o stół i krzyknął do tragarzy, którzy siedzieli przy stole:

– Nie możemy milczeć, musimy nauczyć ich, że nie można stroić sobie żartów z naszego towarzysza! Musimy się zemścić! Za to, że zawstydziła naszego człowieka, trzeba tej dziewusze wysmarować smołą twarz, aby wszystkie bogate dziewczyny wiedziały, że świat nie jest zabawą!

Lejbele bez słowa wstał, poszedł do domu i położył się do łóżka.

Następnego dnia, gdy Lea z koszykiem w ręku szkła do sklepu, towarzysze wylali na nią witriol. Jej piękna, świetlista twarz była bardzo poparzona. Długo leżała w szpitalu. Ojciec Jakow Mojsze sprowadzał najlepszych lekarzy. Medycy wycięli kawałki ciała i załatali poparzenia na twarzy.

Minęły lata i wybuchła pierwsza wojna światowa. Te wszystkie osobliwe postaci: Mojsze Mordechaj, Lejbele, Lea i inni młodzi ludzie, niczym ptaki, które jesienią opuszczają swoje gniazda na wysokich drzewach i odlatują do dalekich, ciepłych krajów, pozostawili za sobą swój miejski los i rozjechali się po dalekim świecie. Tylko ci, którzy nie mieli na to środków, zostali jak ptaki z podciętymi skrzydłami w zimnym, smutnym miasteczku.

Co się z nimi stało? Dokąd udały się te wszystkie interesujące postaci?

Część z nich jest już na tamtym świecie. Mojsze Mordechaj umarł w Ameryce, Lejbele w Rosji. Niektórzy są dziś starcami i są rozrzuceni po całym żydowskim świecie. Mieszkają w różnych krajach, także w Izraelu.

Spotykam czasem na telawiwskich ulicach albo na uroczystościach w ziomkostwie stolarza Kalmana Chila Fridmana, który z białych syberyjskich śniegów dotarł do brzegów Państwa Izrael. Tego samego Kalmana Chila, który nie chciał wpuścić rabina do szopy, gdy żydowscy aktorzy grali „Sprzedanie Józefa”. Wspomina on swoją przeszłość: wyszynk Szepsla Herszla Pejesa, tajemne zebrania za miastem na drodze do nowego cmentarza, ich „rabina” Mojszego Mordechaja, który zrobił z niego w Warszawie socjalistycznego bojownika. Kalman Chil zawsze przegrywa swoją bitwę z przeszłością, a w jego zmęczonym i zgasłym oku mieni się łza.

Miłość na spółkę

Spośród młodzieńców przesiadujących w sztyblu chasydów z Białej Podlaskiej było dwóch takich – Menachem i Azriel, którzy zawsze trzymali się razem. Jeden nie ruszał się bez drugiego ani na krok.

Menachem był wysoki i miał ogniste oczy. Nosił długą, powycieraną kapotę. Był jednym z najlepszych studentów w sztyblu. Jego rodzice byli bardzo biedni, mieszkali w piwnicy wśród przekupek przy besmedreszu na Małym Rynku i wypiekali gryczane babki.

Azriel był eleganckim młodzieńcem z czerwonymi, okrągłymi policzkami. Był też jedynakiem. Jego rodzice mieli sklep farbiarski i własny dom. Sztybel znajdował się właśnie w jednym z pomieszczeń tego domu.

Azriel nie miał głowy do studiowania Tory. Jego ojciec, farbiarz Awrom, starał się jak mógł i robił wszystko, aby jego syn mógł całymi dniami studiować. W tym celu wysłał go do brzeskiej jesziwy. Miał najlepszych nauczycieli, ale nie było to na jego głowę. Od czasu do czasu wieczorami zaglądał do Gemary, którą jego przyjaciel Menachem pilnie studiował, ale aby ją pilnie przestudiować – to, to już nie.

Farbiarz Awrom czasem zwracał się do Menachemem z prośbą, aby ten pilnował jego syna i pozwalał, aby razem studiowali.

– Menachemie, studiuj z moim Azrielem co wieczór. Kupię ci za to prezent – zegarek! – błagał farbiarz Menachema.

W dni targowe, gdy sklep farbiarza Awroma pełen był chłopów i chłopek, a farbiarka Riwkele w ubłoconej spódnicy i z brudną od sadzy twarzą, nie mogła poradzić dobie z klientami, także Azriel stał przy kasie i liczył pieniądze, które goje płacili za farby.

Gdy wieczorem spotykał się ze swoim przyjacielem w bialskopodlaskim sztyblu albo na grze w karty z innymi młodzieńcami z miasteczka, kieszenie Azriela pełne były srebrnych monet. Azriel wszędzie chodził ze swoim przyjacielem Menachemem. Gdy kupowali łakocie, ciepłe kiełbaski, które popijali piwem, Azriel płacił pieniędzmi, które wyjmował z ojcowskiej szuflady. Gdy Azriel kupił sztywny biały kołnierz, za który dostał od ojca lanie, okazało się, że w rzeczywistości kupił dwa, jeden dla Menachema.

Farbiarz Awrom był bardzo chorowitym człowiekiem. Ciągle latał po lekarzach. Więcej czasu spędzał leżąc w łóżku niż na nogach. Azriel ciągle musiał chodzić do apteki, która znajdowała się na ulicy Węgrowskiej [*obecnie zachodnia część ul. Wolności] i kupować tam leki przepisane ojcu przez najrozmaitszych lekarzy. Obok apteki mieszkała Malka Szpiner, dziewczyna o bladej twarzy i dwóch cienkich warkoczach. Malka chętnie czytała książki i obracała się w socjalistycznych kręgach. Była jednak nieco zarozumiała i nie chciała kolegować się z prostymi młodzieńcami, tak jak robiły to inne chasydzkie córki.

Szukała porządnego, pobożnego mężczyzny, z którym mogłaby spacerować. W oko rzucił jej się wystrojony młodzieniec, który przechodził obok jej domu idąc do apteki. Od tego czasu wiele wieczorów spędzili spacerując za miastem, za starym cmentarzem.

Azriel w czasie spacerów miał kieszenie pełne czekolady i chałwy. Słodycze bardzo mu się przydały. Zamiast rozmawiać z wybranką, co raz to wkładał w jej cieniutkie usta kawałeczki czekolady.

Po wielu miesiącach romansowania Azriel poszedł o krok dalej, stał się śmielszy, bardziej zuchwały i głaskał jej splecione warkocze. Trzymał je jak klejnoty, jak estrog przed błogosławieństwem. Nigdy w swoim życiu nie czuł takiej przyjemności jak wówczas, gdy trzymał i głaskał warkocze Malki. Jego przyjaciel Menachem był bardzo zafrapowany – minęło tyle czasu, a Azriela jak nie było, tak nie ma. Czekają na niego z kartami, a on nie przychodzi. Gdzież on jest?

Gdy spotkali się w szabas w bialskopodlaskim sztyblu, Azriel zdradził Menachemowi swoją tajemnicę:

– Spaceruję z Malką Szpiner za starym cmentarzem. To bardzo oczytana dziewczyna, czyta dużo książek.

– Skąd ją znasz? – Menachem wytrzeszczył swoje ogniste oczy.

– Poznaliśmy się przy aptece.

– A co takiego porabiacie? O czym rozmawiacie?

– Ona opowiada o tym, co przeczytała, i o nowym świecie, który zbudują socjaliści.

– To wszystko? – Menachem wzruszył ramionami.

– Ma dwa piękne plecione warkocze. Na spacerze biorę je w dłonie i bawię się nimi.

Menachem wziął Azriela pod ramię i zwrócił się do niego przyjacielsko:

– Weź mnie ze sobą, będziemy spacerować w trójkę. Ona będzie szła w środku, a my po jej obu stronach. Ty będziesz trzymał jeden warkocz, a ja drugi.

I tak długimi tygodniami spacerowali z Malką Szpiner za starym cmentarzem. Dzielili się swoim szczęściem, na spółkę trzymali i głaskali jej warkocze.

Zbliżała się jesień ze swoimi zamglonymi deszczowymi dniami. Droga do cmentarza była zabłocona, pełna gliny i nie dało się po niej spacerować. Menachem wytężył swoją mądrą głowę i myślał, jak znaleźć miejsce, w którym mogliby się spotykać z Malką Szpiner. Koniec końców w jego głowie pojawił się pomysł:

– Słuchaj, Azriel, wymyśliłem, gdzie i jak możemy się spotykać z Malkele. O dziewiątej zamykają bialskopodlaski sztybel. Klucz zanoszą przecież do twojego domu, a twoja matka trzyma go w swojej watowanej szubie. Gdy położy się spać, wyjmiesz go i będziemy mogli z Malką się tam wkraść. Twoi rodzice wcześnie chodzą spać, nic nie usłyszą.

Azriel wieczorami, gdy rodzice leżeli już w łóżku, wyjmował kluczyk do sztybla, który znajdował się na piętrze ich domu, tuż nad ich mieszkaniem. Cichaczem, na koniuszkach palców, jak złodzieje wkradali się z Malką do bialskopodlaskiego sztybla.

W sztyblu przy ścianie stał piec kaflowy. Stawali więc przy nim, aby nieco się ogrzać. Malka Szpiner stała przy piecu z przodu, a dwaj młodzieńcy po jej obu stronach. Trzymali jej plecione warkocze i ogrzewali przy piecu swoje zmarznięte ciała.

Nagle dał się słyszeć krzyk. Farbiarka Riwkele zerwała się ze snu i głośno krzyknęła:

– Awrom, zakładaj spodnie! W sztyblu są złodzieje! Kradną Torę! Ktoś zabrał mi klucz!

Farbiarz Awrom i jego żona chwycili lampę i wspięli się do sztybla. Menachem nie stracił fasonu. Wziął Azriela i Malkę pod rękę i kazał im stanąć za drzwiami tuż przy wejściu. Gdy małżonkowie otworzyli drzwi, Menachem machnął czapką przed lampą, a ta zaraz zgasła.

– Gwałtu, złodzieje! Gwałtu, złodzieje! – zaczęli krzyczeć rodzice.

Wszyscy troje rozpłynęli się w ciemności. Następnego dnia w miasteczku było gwarno jak w ulu. Rwetes i zgiełk! Złodzieje chcieli z bialskopodlaskiego sztybla wykraść zwój Tory.

Pogrzeb towarzyszki Nechy

Krawcowa Necha Waligóra wiele lat mieszkała w Warszawie. W stolicy przeziębiła się i wróciła śmiertelnie chora do biednej matki do domu.

W starej ruderze, na strychu domu handlarza zbożem, Herszla Abusze, pewnego zimowego mroźnego dnia jej dusza opuściła ciało.

Śmierć Nechy pogrążyła miasteczko w żałobie. Po raz pierwszy w miasteczkowym życiu śmierć prostej dziewczyny z ludu wzbudziła takie poruszenie i wzburzyła, rozgniewała całe żydowskie społeczeństwo. Przez pokolenia ludzie przyzwyczajeni byli oddawać ostatnią posługę i urządzać wielkie pogrzeby z przemowami tylko rabinom, uczonym i bogaczom. Ale takiego doniosłego pogrzebu i takiego konduktu żałobnego, jaki miała towarzyszka Necha, miasteczko nigdy nie widziało.

Na wszystkich ulicach, na ścianach domów i na płotach wisiały żałobne obwieszczenia, które czarnymi literami wzywały wszystkich robotników do przerwania pr