Księga Pamięci

Księga Pamięci

Sokołowa Podlaskiego

redaktor M. Gelbart

Ziomkostwo Żydów z Sokołowa Podlaskiego w Izraelu

Sokołowskie Ziomkostwo w Ameryce

Tel Awiw, 1962

 

[str.7]

 

Kolegium redakcyjne Księgi Pamięci

Od prawej do lewej (w porządku alfabetycznym):
pierwszy rząd: Białylew A., Ber-Szolem (Frydlub) Ch., Gelbart M., Grinberg I.
drugi rząd: Zaklikowski G. (błp.), Poliakewicz S. i Rafałowicz P.

Uwaga: Zdjęć do rozdziałów o Zagładzie dostarczyli: Szabataj Grinberg – Tel Awiw, Studio Wąs – Jafa i Elja Szticnberg – Paryż.

Z przyczyn technicznych najpierw wydrukowane zostały wspomnienia nadesłane we wcześniejszym terminie.

 

[str.8]

 

[str.9]

 

Uwagi do planu Sokołowa:

1. Synagoga i jej podwórze.

2. Stary besmedresz.

3. Nowy besmedresz na Małym Rynku. Rankiem po święcie Jom Kipur w 1942 roku dokonano tam wielkiej rzezi sokołowskich Żydów.

4. Dom sokołowskiego rabina i jesziwa – podczas wojny mieściły się tam warsztaty.

5. Żydowska łaźnia i mykwa.

6. Miejska łaźnia.

7. Żydowska Kasa Pożyczkowa i Bank Rzemieślniczy.

8. Lokal TOZu.

9. Żydowska Szkoła Powszechna numer 2 przekształcona w lokal partyjny Poalej Syjon.

10. Mieszkanie Chany, żony rabina Eli Szyi (Wolmana) (10a) – w tym miejscu rozstrzelano ostatnich sokołowskich Żydów.

11. Duży Rynek z pomnikiem księdza Brzóski.

12. Budynek starostwa.

13. Budynek magistratu, kino oraz remiza strażacka.

[*14. Na mapie Sokołowa z 1925 r. mniej więcej w tym miejscu jest oznaczony budynek poczty]

14. [*w rzeczywistości 15] Miejski Urząd Skarbowy.

16. Sąd miejski.

17. Państwowa Szkoła Elementarna dla Chrześcijańskich i Żydowskich Dzieci.

18. Gimnazjum (salezjańskie).

19. Młyn i elektrownia.

20. Kościół katolicki.

21. Prywatny (chrześcijański) dom. Podczas wojny siedziba gestapo.

 

[str.10]

 

WSTĘP

Pisanie Księgi Pamięci jest jak opowiadanie o Sokołowie z przeszłości i o Sokołowie dzisiaj, o życiu i śmierci, o beztroskich dniach i czasach wielce niebezpiecznych. Pisanie Księgi Pamięci to też pisanie o walce, o prawie do życia i tworzenia, odkrywanie tajemnicy siły przetrwania i kształtu jej niezwykłości – to tworzenie duchowego pomostu między Sokołowem, który istniał, a który straciliśmy i Sokołowem przyszłości – ocalonymi, pozostałymi przy życiu i ich potomkami.

Czy udało nam się osiągnąć ten cel? Walczyliśmy z wieloma przeciwnościami. Pierwszym był brak źródeł. „Pinkas Sokołów” [Pinkas – kronika; spisywały je gminy żydowskie a nawet niektóre organizacje] – podwalina historii miasteczka – zaginął. Nie zachowały się także żadne inne ważne dokumenty o żydowskim Sokołowie. Jedynym naszym źródłem była niewielka liczba żyjących jeszcze świadków, którym udało się ujść z życiem i którzy mieszkają obecnie w Izraelu i w innych krajach.

Gdyby tego było mało, niewystraczające środki finansowe stały się wiernym towarzyszem naszej codziennej pracy. Ale mimo to, nie zważając na wszystkie przeszkody, Księga Pamięci, która leży przed wami, jest szczytną macewą wystawioną społeczności Sokołowa i wyrazem silnej woli osiągnięcia niniejszego celu.

Niniejsza Księga Pamięci zapisana został krwią i łzami ocalonych i pozostałych przy życiu braci i sióstr z Sokołowa, którzy czerpali swoje wspomnienia z głębi przeżyć i tęsknoty za utraconym domem.

Księga Pamięci została napisana przede wszystkim w jidysz, języku ojczystym ofiar, tylko jej mała część w naszym języku narodowym, po hebrajsku. Niestety ze względu na brak środków finansowych nie mogliśmy powiększyć części hebrajskiej. Wierzymy jednak, że sokołowianie rozsiani po całym świecie zatroszczą się o to i Księga Pamięci zostanie przetłumaczona na hebrajski, aby przyszłe pokolenia Żydów w Izraelu znały i pamiętały skąd pochodzą. A może nawet na angielski, język, którym najczęściej mówią potomkowie sokołowian rozsiani po świecie?

Zadbaliśmy o to, aby Księga Pamięci zawierała imienną listę ponad pięciu tysięcy ofiar z Sokołowa. Niestety udało nam się zapisać nazwiska tylko części. Pozostawiliśmy puste strony,

[str.11]

a obowiązkiem każdego sokołowianina jest dopisanie nazwisk ofiar, których nie ma na liście.

Ukazanie się książki jest wynikiem udanej współpracy wszystkich sokołowian, pojedynczych osób i całych ziomkostw. Przekazujemy nasze braterskie pozdrowienia:

a. Ziomkostwu Sokołowian w Chicago, działaczom i niezmordowanemu, oddanemu sekretarzowi H. Madońskiemu za ich wielką pomoc, dzięki której mogliśmy rozpocząć naszą pracę;

b. Ziomkostwu Sokołowian w Nowym Jorku, działaczom i pracowitemu przewodniczącemu M. Choinie za ich wielką pomoc przez cały czas prac;

c. Ziomkostwu Sokołowian w Paryżu, działaczom i energicznemu przewodniczącemu A. Gaftarnikowi za pomoc, oraz:

d. Działaczom i krajanom w Los Angeles, szczególnie M. Mandelbaumowi i Chaninowi Rotsztajnowi.

Dziękujemy także redaktorowi Księgi, pisarzowi M. Gelbartowi za jego niezłomną i oddaną pracę, która pomogła przezwyciężyć trudności powstania Księgi.

Dziękujemy naszemu krajanowi, myślicielowi Mojszemu Mejzlszowi za współpracę i redakcję hebrajskojęzycznej części książki.

Dziękujemy naszemu współpracownikowi Mojsze Zającowi za namalowany z pamięci plan Sokołowa. Jaki i autorom za ich współpracę i wzbogacenie treści tej książki.

Szczególnie dziękujemy wszystkim przyjaciołom i działaczom Ziomkostwa Sokołowian w Izraelu za znaczną i owocną współpracę.

Niech wydanie tej Księgi Pamięci po Zagładzie naszego domu w Sokołowie, służy jako pomost łączący w braterskiej odpowiedzialności wszystkich sokołowian na całym świecie.

Opłakujemy nagłą śmierć członka naszej redakcji, pisarza Gada Zaklikowskiego (błp.)

Komitet i Kolegium

 

[str.13]

 

Opowiedzmy

Nasza ojczyzna, Sokołów, została zniszczona i wyrwana z korzeniami przez najstraszliwszych zbrodniarzy naszych czasów, nazistów i ich pomocników.

Sokołów, źródło naszego bijącego życia, kołyska naszych młodzieńczych marzeń, nasze miasto rodzinne, w którym mieszkało ponad siedem tysięcy Żydów, z jego wspaniałą synagogą, besmedreszami [*bes merdasz, beit midrasz – dom modlitwy], sztiblami i minjanami [*minjan – (hebr. ‏ מִנְיָן‎, liczba) – w judaizmie kworum modlitewne, wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn], szkołami, organizacjami, instytucjami kulturalnymi i pomocowymi. Nasz dawny Sokołów został unicestwiony podobnie jak inne żydowskie gminy w Polsce.

Opowiedzmy, jak żyły pokolenia sokołowskich Żydów, zakorzenione w głębokiej wierze i tęsknocie za zbawieniem.

Opowiedzmy o ich zmaganiach z obcym i wrogim otoczeniem, o zmaganiach o fizyczną i duchową egzystencję, o zaharowujących się na śmierć żydowskich robotnikach, rzemieślnikach i handlarzach, którzy służalczo znosili jarzmo ich ciężkiego, ale uczciwego życia znosząc wszystkie zagrażające ich egzystencji próby i zdarzenia.

Oczywiście nie możemy zapomnieć opowiedzieć o świętach w miasteczku, o uczonych i bogobojnych Żydach, chasydach i misnagdach [*początkowo przeciwnicy chasydyzmu; później określenie to wiązało się ze stylem reprezentowanym przez Wielkiego Gaona Litewskiego], działaczach gminnych i społecznych, bojownikach o prawa Żydów i tych marzących o zbawieniu, o rewolucjonistach i chalucach – wszyscy ci dobroduszni Żydzi, którym żadna męka i żadne zmartwienie nie mąciły ich głębokiego wewnętrznego żydowskiego i ludzkiego światła.

Przez tysiące lat Żydzi budowali swoje miasteczko Sokołów. Na wąskich ulicach i uliczkach budowali swoje domy i instytucje – fizyczne i duchowe domy głęboko zakorzenionego żydowskiego życia. Jakim sposobem to tak nagle zniknęło? Jak unicestwione zostało życie i twórczość przeszło dwudziestu pokoleń Żydów?

[str.14]

My, ocaleni i osieroceni, tragiczni świadkowie zagłady Sokołowa, spróbujemy z całą siłą miłości i tęsknoty odbudować na nowo, w pamięci nasz stary dom w jego wszystkich kolorach, aby wiernie go opisać przyszłym pokoleniom.

Z drżącymi sercami będziemy wspominać i opowiadać o sokołowskiej rozgorączkowanej młodzieży walczącej z żydowską małomiasteczkowością, budującą i tworzącą poczucie żydowskiej wartości, marzącą o nowym, lepszym świecie – nasze drogie i kochane dzieci, siostry i bracia – przelejemy nie jedną łzę nad ich tak młodo zakończonym życiem.

Przejdźmy w pamięci ulicami i uliczkami naszego tak nam drogiego miasta, zajrzyjmy do każdej żydowskiej izby, zapoznajmy się z ojcami i matkami, siostrami i braćmi, przyjaciółmi i towarzyszami. Zawołajmy ich po imionach i dzielmy z nimi rozpacz ukrywając się podczas straszliwego, śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Opowiedzmy naszym dzieciom i dzieciom naszych dzieci, aby pamięć o żydowskiej społeczności Sokołowa przetrwała przez pokolenia.

Chaim Ber-Szolem (Frydlub)

 

[str.15]

 

Stary dom

B. Sott: Szabasowe popołudnie przy jidyszowej Biblii

 

[str.17]

 

Icchok Rajzman
(Detroit)

Sokołów Podlaski
(Historia i społeczność żydowska do końca XVIII wieku)

Sokołów i Podlasie powstały jako prywatne miasta około XV wieku i były własnością słynnej w tamtych czasach rodziny Kiszków („Słownik geograficzny“, tom 11, s. 30).

Według historyka o nazwisku Bielski („Kronika polska“, tom 2, Kraków 1859) Sokołów jako miasto został po raz pierwszy wspomniany w 1443 roku w związku ze sporem o granicę między księciem Bolesławem Mazowieckim a wielkim księciem litewskim Kazimierzem Jagiellończykiem, któremu książę Bolesław sprzedał ziemię drohicką (Drohiczyn). Według Bielskiego Kazimierz Jagiellończyk zajął również obwód węgrowski. Granica między Mazowszem a Litwą przebiegała wówczas na rzece Liwcu, na której prawym brzegu znajduje się miasto Węgrów.

Okolice Sokołowa i Węgrowa były wtedy bardzo ważne, ponieważ krzyżowały się tam trakty litewski i gdański w kierunku Warszawy.

Sokołów oddalony jest od Węgrowa o około 16 wiorst i stanowił niejako „przedsionek” węgrowskiej gminy żydowskiej, do której także odprowadzane były podatki z Sokołowa. Węgrowska gmina była częścią okręgu podlaskiego i przez pewien czas podlegała gminie żydowskiej w Tykocinie.

W drugiej połowie XVII wieku (w roku 1665), w okresie, gdy cała okolica przeszła w ręce nowego właściciela, królewskiego ministra finansów Jana Kazimierza Krasińskiego, zostają odnowione przywileje, które sokołowscy i węgrowscy Żydzi dostali od wcześniejszych włodarzy.

Przyznane przywileje potwierdzają ekonomiczną i sądowniczą sytuację Żydów zamieszkałych w tych okolicach, a miasto Węgrów próbowało wówczas zerwać więzy z Tykocinem jako stolicą gmin podlaskich, co w końcu mu się udało. Od tego czasu Węgrów stanowi centrum gmin żydowskich na Podlasiu i wysyła swojego delegata do Sejmu Czterech Ziem.

Do Węgrowa należy wówczas 8 miasteczek i 12 osad.

[str.18]

Poza Sokołowem do okręgu węgrowskiego należą Ciechanów i Międzyrzec. W roku 1717 okręg węgrowski składa się z 20.000 żydowskich podatników [rodzin?], które w sumie płacą pogłówne w wysokości 3.914,27 złotych (Dr Jakub Szacki: Regulacje dotyczące sokołowskich Żydów w XVIII wieku. („Sztiftn far ekonomik un statistik”, Berlin 1928, s. 31)).

Mieszkańcy Sokołowa zmagali się z większą biedą niż Żydzi węgrowscy i dlatego nie ma żadnych dokumentów świadczących o większych przedsięwzięciach, czy chęci samodzielnego egzystowania jak w przypadku gminy węgrowskiej. Przyczyną mógł być fakt, że większość mieszkańców Sokołowa była rzemieślnikami i drobnymi handlarzami, którzy szukali zarobku po wsiach, jak później się dowiemy z rozdziału o czeladnikach i wyrobnikach.

Prawdopodobnie tym można wytłumaczyć niewielką aktywność gminy sokołowskiej i ograniczenie się do najważniejszych funkcji takich jak rabin, czy przewodniczący gminy.

Jak już wspomniano, Sokołów był miastem prywatnym, w przeciwieństwie do innych, królewskich miast zamieszkiwanych przez Żydów.

Aby dobrze zrozumieć różnicę między miastami prywatnymi a królewskimi i ich znaczenie dla Żydów w tamtym okresie, trzeba napisać kilka słów o sytuacji ekonomicznej Polski w owych czasach.

Jak wiadomo, Polska była wtedy klasycznym przykładem państwa stanowego.

Podczas gdy bogata szlachta, właściciele wielkich majątków, wsi i miast ochraniali Żydów, którzy mieszkali w ich dobrach ziemskich i płacili arendę [*czynsz dzierżawny], szlachcice należący do tzw. szlachty drobnej, szukający zarobków w miastach, przyjaźnili się z nastawionymi wrogo do Żydów elementami wśród księży i mieszkańców miast. Uważali zgodnie, że naruszeniem ich praw jest dzierżenie przez Żydów takich posad jak poborca królewskich podatków. Księża wykorzystywali ludzi wrogo nastawionych do Żydów do swoich własnych porachunków.

Mimo specjalnych przywilejów nadanych przez króla, miejska drobna szlachta, przy współudziale

[str.19]

kleru, przysparzała mieszkańcom królewskich miast wielu kłopotów, a procesy o mord rytualny były w tamtym okresie częstym zjawiskiem.

W prześladowaniu Żydów w miastach czynny udział brały chrześcijańskie cechy rzemieślnicze, które skupiały miejskich rzemieślników i do których dostępu nie miał żaden żydowski wyrobnik.

W miastach królewskich problemem było ciągłe dążenie do uregulowania obustronnych stosunków w dziedzinie ekonomicznej. Regulowano je przez porozumienia. Gminy żydowskie zawierały umowy z magistratem i dzięki nim zapewniały sobie pewne, ograniczone czasowo, przywileje dla żydowskich mieszkańców.

W odróżnieniu od królewskich miast, szlachta posiadająca miasta i wsie – tak zwane prywatne – musiała oddawać je w arendę. Właściciele starali się wszelkimi środkami przyciągnąć Żydów jako mieszkańców i arendarzy ich dóbr ziemskich i tym sposobem pobierać podatki. Także Sokołów był miastem prywatnym, a przywileje wydane przez włodarzy miasta, potwierdzone przez właścicieli i ich potomnych, miały na celu zatrzymanie starych i przyciągnięcie nowych mieszkańców.

Jak już wspomniano, Sokołów założony został w XV wieku. Nie wiadomo natomiast kiedy dokładnie Żydzi zaczęli się tam osiedlać.

Opierając się na pracy N.N. „O historii Żydów w miastach Sokołowie i Węgrowie” („Jewrejska starina“, 1911, s. 286), z pewnością można stwierdzić, że już w XVII wieku, w Sokołowie byli żydowscy mieszkańcy, ponieważ w przywileju wydanym w 1650 roku wyraźnie zostało napisane, że nowy właściciel Sokołowa i Węgrowa, księże Bogusław Radziwiłł, przyznaje przywileje nie tylko po to aby „zatrzymać starych, ale także, aby przyciągnąć nowych mieszkańców”.

Biorąc pod uwagę, że miasto było pod jego władaniem, gdy jeszcze był niepełnoletni, a przywileje wydał dopiero w wieku dojrzałym, można wywnioskować, że Żydzi mieszkali

[str.20]

w Sokołowie już wcześniej. Możliwe jest także, że w obu miastach (Węgrów i Sokołów) mieszkała mała społeczność żydowska jeszcze za czasów rodziny Kiszków, to jest pod koniec XVI / na początku XVII wieku.

Dr Jakub Szacki w cytowanym wcześniej artykule, pisząc o okresie, w którym Żydzi mieli zacząć osiedlać się w Sokołowie, stwierdza, że nastąpiło to w latach 1766-1775. Swoją hipotezę próbuje autor uzasadnić „prawami” (opublikowanymi razem z artykułem), które wydał ówczesny nowy właściciel, książę Andrzej Ogiński. Nie chcemy podważać obecności Żydów w okresie wydania przez księcia Andrzeja Ogińskiego niniejszych praw, chcemy tylko zaznaczyć, że błąd autora polegał na tym, że przeoczył on przywileje pochodzące z roku 1650, które zostały wydane przez ówczesnego właściciela dóbr ziemskich, księcia Radziwiłła, co pokażemy poniżej. Te same przywileje potwierdził nowy właściciel, Krasiński. Odnowił je jego następca, królewski referendarz Jan Krasiński, a uznanie niniejszych przywilejów przez kolejnego właściciela, księcia Ogińskiego, jest faktycznie niczym innym jak odnowieniem starych przywilejów, które wydali dla ludności żydowskiej wcześniejsi włodarze tych ziem.

We wszystkich, następujących po sobie, dokumentach jest mowa o wcześniej wydanych przywilejach, które nowy właściciel odnawia. Jednocześnie podpisuje on je w celu „nie tylko zachowania starych, ale też przyciągnięcia nowych mieszkańców”. Bez wątpienia zatem pierwsi Żydzi osiedlili się w Sokołowie, jak już wspomnieliśmy, pod koniec XVI albo na początku XVII wieku.

Z chronologicznego punktu widzenia Sokołów i Węgrów były własnościami następujących włodarzy: rodziny Kiszków, Bogusława Radziwiłła, królewskiego ministra finansów Jana Kazimierza Krasińskiego, jego syna i spadkobiercy Jana Krasińskiego, królewskiego referendarza, aż w końcu Sokołów przeszedł w połowie XVIII wieku w ręce księcia Andrzeja Ogińskiego.

Wstęp do wspomnianego dokumentu, nazywanego przez nas przywilejem, brzmi następująco:

„… Z bożej łaski książę na Birżach, Dubnikach, Słucku, Kopylu i świętego rzymskiego imperium… Aby nie tylko zatrzymać, ale

[str.21]

także pozyskać nowych mieszkańców, zapewniam wszystkim poddanym różnego rodzaju wolności i ochronę i obronę przed postronnymi ludźmi”.

Dokument ten każdorazowo był odnawiany przez kolejnych właścicieli, ponieważ punkty zawarte w tym przywileju były faktycznie gwarancją dla żydowskich mieszkańców, że ich prawa nadal będę chronione i mogą bez przeszkód żyć, jak mieli to w zwyczaju za czasów wcześniejszych właścicieli. Odnowienie przywilejów leżało w interesie nowego właściciela, który musiał zadbać o to, aby „źródło podatków” nie wyschło. Z tego względu zrozumiałe jest, że potwierdzenie przywilejów przez nowego włodarza przypadało na okres zakupu dóbr ziemskich.

W 1764 Sejm postanowił, że w Sokołowie powstanie sąd okręgowy dla szlachty z drohiczyńskiego okręgu. Fakt ten wywołał ekonomiczne ożywienie miasta.

Jeden z członków rodziny Ogińskich, Michał Kleofas, ostatni litewski minister finansów, w latach 1793-1794, położył w Sokołowie podwaliny pod powstanie przemysłu tkackiego. W tym celu sprowadził z zagranicy majstrów, ale próba nie powiodła się. W Sokołowie ostała się tylko mała tkalnia lnu, ale wraz z wybuchem I wojny światowej i ona ewakuowała się z miasta.

We wspomnianych źródłach mowa jest o rzemiośle szewskim i garbarstwie, które miały rozwinąć się w obu miastach – Sokołowie i Węgrowie. Wzięło się to zapewne stąd, że w okolicy znajdowały się wielkie łąki dla bydła, a w wyniku częstych polowań w podlaskich lasach szlachta dostarczała skór, które garbarze obrabiali i z

[str.22]

których szewcy szyli buty. Należy w tym miejscu stwierdzić, że do wybuchu I wojny światowej (częściowo też w okresie międzywojennym) garbarstwo rozwijało się w Węgrowie, w Sokołowie zaś szewstwo. Tu też zjeżdżali kupcy z całej Rosji kupować obuwie.

Ekonomiczna sytuacja sokołowskich Żydów była przede wszystkim zależna od gwarancji bezpieczeństwa i ochrony, którą nadawały przywileje przyznające wewnętrzną autonomię. Spróbujemy streścić punkty niniejszych przywilejów.

Żydzi mieli własne sądy i nie zmuszano ich do rozstrzygania spraw w sądach należących do wójtów i burmistrzów. W przypadku apelacji mogli zwrócić się do szlachcica, albo jego zastępcy.

Żydzi zwolnieni byli z płacenia podatku miejskiego, a chrześcijanie nie mieli prawa go na nich nakładać. Podatki rozkładali sami wśród członków swojej społeczności, a starszyzna miała obowiązek pobierania podatków i przekazywania odpowiednich sum kasie miejskiej.
Dodatkowo musieli wszyscy żydowscy rzemieślnicy zapłacić wkupne do cechu rzemieślniczego.

W gminie żydowskiej zasiadało pięciu mężczyzn, wybieranych co roku „w drugą niedzielę po świętym Janie” spośród gospodarzy, którzy płacili nie mniej niż 25 złotych składkowego. Tych pięciu możnych wybierało starszyznę, która musiała zostać zaakceptowana przez szlachcica.

Szczególną organizacją była karobka [*z ros. skrzynia, pudło], gminna kasa. Zarządzał nią parnas hojdesz [*parnas – hebr. przywódca, hojdesz – jid., chodesz – hebr. miesiąc; osobę na tym stanowisko zmieniano co miesiąc, stąd taka nazwa], przedstawiciel gminy i szlachcica.

Kasa miała trzy klucze i aby ją otworzyć potrzebne były wszystkie trzy. Co miesiąc trzeba było dostarczyć szlacheckiemu ekonomowi zestawienie przychodów i wydatków z karobki. Wybierano z niej pieniądze tylko, aby spłacić długi,

[str.23]

zapłacić za usługi rabina i innych urzędników gminnych.

Z długiej i szczegółowiej listy podatków, które każdy kupiec musiał płacić, pominiemy wydatki na materiały i inne surowce, aby czytelnik mógł sam wyobrazić sobie sytuację ekonomiczną miasteczka w tamtym okresie.

Za towar zakupiony za własne pieniądze i sprzedawany w mieście, trzeba było zapłacić 2% podatku. Gdy ten sam towar sprzedawany był na targach w ilościach hurtowych, płacono mniej. Za towar kupiony za pożyczone pieniądze, albo wzięty w zastaw trzeba było zapłacić tylko 1%.

Na liście towarów znajdowały się różnego rodzaju surowe i wyprawione skóry, towary żelazne i części do pługów; tytoń, wosk i inne, które miały trafić zagranicę.

W dokumentach dotyczących miejskich handlarzy wspomina się o piekarzach, rzeźnikach, rybakach, gorzelnikach, handlarzach mąką, bydłem, produktami spożywczymi, mleczarzach, swatach, szynkarzach i woźnicach.

Spośród rzemieślników wymienia się natomiast kapeluszników, krawców, szmuklerzy, szklarzy, blacharzy i kotlarzy. Swoje sklepy w Sokołowie mieli także piekarze, gorzelnicy i rzeźnicy. Sprzedawali produkty, które sami wytwarzali, nie mieli problemów z konkurencją i pozyskaniem czeladników. Jeśli rzemieślnicy mieli problemy z konkurencją i czeladnikami, musiał zająć się tym cech miejski. Rybacy nie byli zaliczani do handlarzy, ponieważ sami nie sprzedawali ryb.

Zarówno w odniesieniu do handlarzy, jak i rzemieślników, ważne jest, że płacili oni mniejsze podatki wówczas, gdy zmuszeni byli do pożyczania pieniędzy na zakup materiałów lub surowców do produkcji. Wysokość podatków zależna była od miejsca sprzedaży towarów: czy odbywało się to w mieście, czy poza nim. Z tego można wnioskować, że było wielu handlarzy i rzemieślników, którzy musieli zapożyczać się i spłacać długi, aby prowadzić swój handel i zarabiać na życie. Należy także założyć, że

[str.24]

zakres działalności lokalnych rzemieślników był dużo większy niż samo miasto i jego mieszkańcy.

Szczególnym zagadnieniem jest organizacja rzemieślników w cechu. W dokumencie cechu z roku 1731 (paragraf 8) rozpatrywane są przypadki, kiedy majster może zatrudnić pracownika do pomocy, a kiedy nie. Chodzi tu o kapeluszników, ale zasady te obowiązywały też cechy innych rzemiosł. W jednym z akapitów tego samego paragrafu jest mowa o tym, że majster nie może zabrać swojego pomocnika na wieś, a chodzi tu wyraźnie o krawców. Powodem mogły być korzyści jakie krawiec mógł czerpać ze swojego pomocnika, gdyż ten mógł przyjąć i wykonać zlecenie za niego.

Jeśli czeladnik nie dotrzymywał kontraktu i opuszczał swojego majstra przed ustalonym terminem, wówczas, zgodnie z zapisem, nie mógł mu dać pracy żaden inny członek cechu bez pozwolenia starszyzny cechu.

W porównaniu z zasadami obowiązującymi w cechach innych miast (Mojsze Kremer: „Jidisze balmeloches un cechn in amolikn Pojln“, JIWO-Szriftn, tom 40), obyczaje sokołowskie są bardziej liberalne. Być może dlatego, że majstrzy i czeladnicy byli mniej więcej w tej samej sytuacji ekonomicznej, a w interesie wszystkich była konieczność przeciwdziałania konkurencji. Przepisy cechowe regulowały sposób zachowania się, ubiór członków cechu, nagabywania klientów, czeladników itd. Kary za nieprzestrzeganie zasad były bardzo surowe (np. wygnanie z miasta na rok bez możliwości podjęcia pracy, konfiskata materiałów itp.). W Sokołowie zaś kary były dużo łagodniejsze.

Jak już wspomnieliśmy powyżej, z pewnością można twierdzić, że Żydzi osiedlili się w Sokołowie już w XVI wieku lub na początku XVII. Ale ilu Żydów wówczas mieszkało

[str.25]

w mieście, ciężko powiedzieć. Ustalenie dokładnej liczby jest dziś zupełnie niemożliwe.

Pierwszy oficjalny spis odbył się w 1765 roku, gdy Sejm rozwiązał Sejm Czterech Ziem i nakazał Żydom spisać się w celu bezpośredniej zapłaty pogłównego w kasach rzemieślniczych. W tym okresie na Podlasiu mieszkało 19.043 Żydów w gminach liczących od 89 do 1577 osób („Archiw fun der historiszer komisje“, tom 8, 1898). Nie wiadomo, ile gmin w tym okresie było na Podlasiu, i dlatego nie można ustalić liczby mieszkańców w poszczególnych gminach.

Dr Szacki we wcześniej wymienionym artykule pisze o 163 Żydach mieszkających w Sokołowie, co wynikało ze spisu z 1765 roku. Nie pisze on jednak na jakiej podstawie podawana jest ta liczba.

Co się tyczy spisu z 1765 roku nie można zakładać, że podawane dane są oficjalnymi danymi mieszkańców żydowskich gmin. Spis ten został wykonany na specjalne zarządzenie Sejmu z roku 1764, który zniósł w Polsce i na Litwie Sejmy Czterech Ziem i zamierzał opodatkować Żydów tzw. pogłównym w wysokości 2 złotych rocznie od osoby.

Taki rodzaj oficjalnego spisu rządowego (w celu zapłaty pogłównego) zmusił każdego Żyda, w każdej gminie do zrobienia wszystkiego co możliwe w celu ukrycia przed rewizorem, mającym pobierać podatki, prawdziwej liczby płatników.

Jeśli nasze założenie jest słuszne, należy przypuszczać, że to, co Dubnow cytuje ze wspomnień Dow Bera Bolechowera jest prawdą (Szymon Dubnow: „Welt-geszichte fun jidiszn folk“. tom 7, s. 568):

„Ber Bolechower przyznaje, że on sam pomagał ukrywać żydowskich mieszkańców, aby gmina ‘nie popadła w nędzę’… W ten sposób w gminie, w której mieszkało rzeczywiście 1300 Żydów, oficjalnie było ich nie więcej niż 883 osób. W rzeczywistości należy założyć, że w 1765 roku w Polsce mieszkało około 1/3 więcej Żydów niż podają oficjalne rachunki”.

Jako dowód tego, że w tym okresie mieszkało w Sokołowie więcej Żydów niż podają oficjalne szacunki, może służyć fakt, że gmina miała wiele długów, które musiała spłacać, a robiła to procentowo. Zgodnie z cytowanymi wcześniej dokumentami, gmina była winna kościołom w

[str.26]

Sokołowie i w okolicach sumę 23.300 złotych, za którą zapłacono 825 złotych odsetek.

Poza „świętymi” długami w kościołach, sokołowska gmina była winna pieniądze księżom i różnym szlachcicom i węgrowskim Żydom. (Ostatnim była winna 5 tys. złotych podatku). Łączna suma długów wynosiła 13.400 złotych, od której zapłacono 1188 złotych odsetek. Długi te określane są w dokumentach jako „wzięte za porozumieniem”. Poza tym gmina miała „specjalne długi” u różnych Żydów na łączną sumę 1234 złote. Od sumy tej nie musiano płacić odsetek.

Gdy zliczymy wszystkie sumy, wynoszą one 37.934 złote, od której to sumy gmina płaciła 2000 złotych odsetek. Doliczmy do tego wydatki na pensję rabina i innych urzędników gminnych, które wynosiły łącznie około 1000 złotych. Trudno zatem sobie wyobrazić, że w Sokołowie w tamtym okresie mieszkało tylko 163 Żydów.

(Dla porównania: w XVII i XVIII wieku pensja rabina w dużym mieście wynosiła 8-10 złotych tygodniowo i 5-6 złotych w małym. W Witebsku np. rabin zarabiał w 1738 roku 5 złotych tygodniowo. W Gorkach w 1637 roku – 200 złotych rocznie (Bałaban: „Geszichte fun jidn in Rusland“, Moskwa 1919, s. 145)).

Kolejny fakt, który podważa tak niską liczbę żydowskich mieszkańców w oficjalnych statystykach, o którym już wcześniej wspominaliśmy, to suma pogłównego, którą sokołowscy Żydzi uiszczali rocznie. Zgodnie ze wspomnianym przywilejem, gmina płaciła 934 złote pogłównego. Gdy założymy, że płacono 2 złote od osoby, to nawet według oficjalnych rachunków wychodzi liczba 467 mieszkańców w wieku starszym niż jeden rok. Także w tym przypadku należy sądzić, że faktyczna liczba żydowskich mieszkańców była wyższa niż oficjalna.

Dokładną statystykę mamy z późniejszych okresów. B. Wasiutyński („Ludność żydowska w Królestwie polskim“, Warszawa, 1911, s. 57) przytacza następujące tabele z różnych okresów dotyczące wszystkich i żydowskich mieszkańców Sokołowa:

[str.27]

W „Słowniku geograficznym” („Słownik geograficzny“, 10-12, s. 30) podano następujące liczby dotyczące dwóch lat:

W roku 1858 mieszkało w Sokołowie 2522 Żydów w stosunku do całkowitej liczby 3964 mieszkańców. W roku 1861 – 2420 żydowskich mieszkańców na 5154 wszystkich. Przytoczone powyżej ogólne liczby ze „Słownika geograficznego” pokazują, że liczba Żydów częściowo się zmniejszała. To samo wynika ze statystyki [*Bohdana] Wasiutyńkiego, który pokazuje, że w roku 1893 mieszkało 5 329 Żydów, a w 1897 tylko 4248.

Zmniejszającą się liczbę mieszkańców można wyjaśnić faktem, że niektórzy żydowscy handlarze, a może też rzemieślnicy, mieszkali w mieście tymczasowo i gdy nie mieli już w Sokołowie żadnego zajęcia, wracali do domów.

O ile doszliśmy do pewnego konsensusu odnośnie dokładniej liczby żydowskich mieszkańców w Sokołowie, o tyle odnoście ekonomicznej struktury społeczności żydowskiej, struktury zarobkowej i dokładnej liczby zatrudnionych w poszczególnych zawodach, szczególnie w początkowym okresie, nie mamy prawie żadnych dokumentów, na które moglibyśmy się zdać. Musimy zatem polegać na wszelkich najmniejszych nawet wyrywkach informacji.

Według informacji ze wspomnianego artykułu dr. Szackiego („Szriftn fun ekonimik un statistik”) Żydzi w prywatnych miastach mieli więcej praw i byli mniej narażeni na prześladowania ze strony kleru i nieżydowskich mieszkańców. Za to musieli płacić większe podatki i dlatego najczęściej Żydzi mieszkający w tych miastach zajmowali się mleczarstwem i handlem. Rozumie się samo przez się, że także w Sokołowie handel i mleczarstwo były głównym źródłem dochodów Żydów, także tych którzy mieszkali w okolicy i przy różnych okazjach jeździli do miasta.

[str.28]

Według tego samego autora, rzemieślnicy z reguły uprawiali więcej niż jedno rzemiosło, bo jedno nie wystarczało dla zapewnienia uczciwego zarobku. Zrozumiałe jest, że rzemieślnik wędrując po wsiach także sprzedawał towary i dorabiał tym sposobem coś na boku.

 

[str.29]

 

Gad Zaklikowski
(Petach-Tikwa)

Cadyk z Sokołowa Podlaskiego
Reb Icchok Zelig Morgenstern (błp.)

Sokołowski rabin reb [*określenie „reb” oznacza osobę szanowaną, niekoniecznie rabina] Icchok Zelig [* w wersji hebrajskiej Icchak] Morgenstern [*na oficjalnych dokumentach z tego okresu widnieje zarówno pisownia Morgenstern jak i Morgensztern] urodził się w Kocku w roku 1869 i w wieku 12 lat (w roku 1881) zaręczył się z córką reb Abrahama Mordechaja Szajnfelda z Pińczowa (znanego lepiej pod imieniem reb Motl Pińczowski, dla którego Tora była największą świętością, człowieka słynnego, wielkiego uczonego, bogacza i mędrca). Panna młoda, Chaja Hinda, która była starsza od pana młodego o niecałe dwa lata, była bardzo piękna, szczupła i urocza, do tego miała wiele zalet. Czytała i pisała po żydowsku, polsku, niemiecku i trochę po rosyjsku i była obeznana z żydowskimi naukami. Rabin bardzo wcześnie się ożenił – w wieku 16 lat (w 1884 roku), ale pierworodny syn reb Jakow Menachem Mendel (błp.), węgrowski rabin, przyszedł na świat dopiero kilka lat po ślubie (pod koniec 1886 roku). Później rabinowa prawie co roku rodziła kolejne dziecko. Gdy rebe przejął urząd rabinacki w Sokołowie, w roku 1900 był już ojcem dziewięciorga dzieci.

Kiedy sokołowski rabin, reb Binjomen [*Benjamin] Ali wyjechał po Sukot roku 1898 z miasta do Zaleszyna, postanowiono zwrócić się do rabina z Pilawy, aby ten objął urząd w Sokołowie. Z reb Pinie Aszerem ustalono, że na Szawuot [*Szawuot – żydowskie Święto Tygodni, zwane też Świętem Żniw lub Świętem Zbiorów] pojedzie do pilawskiego rabina, w celu rozmówienia się w sprawie sokołowskiego rabina. Gdy wrócił od pilawskiego rabina z pozytywną odpowiedzią, urządzono u reb Pinie Aszera zebranie z gminnymi dozorami, na którym opowiedział on o swojej rozmowie z pilawskim rabinem. Potem miało miejsce drugie zebranie u reb Pinkasa z przedstawicielami chasydzkiego sztibla, synagogi i besmedreszu i z cenionymi rzemieślnikami. Wszystko dokładnie omówiono. Misnagdzi i rzemieślnicy poprosili o dwa tygodnie do namysłu i po dziesięciu dniach u reb Eliezera Szachny odbyło się ostatnie zebranie, na którym wybrano wysłanników mających pojechać do Pilawy. Dano im podpisany list rabiniczny

[str.30]

powołujący pilawskiego rabina na urząd rabina w Sokołowie. W piśmie tym (spisał je szames [*osoba przygotowująca synagogę do nabożeństwa], reb Ben-Cijon swoim pięknym charakterem pisma) pozostawiono puste miejsce do wpisania sumy pieniędzy, którą rabin miał za urząd zapłacić.

Posłannictwo składało się z następujących osób: Reb Pinchas Ajzenberg, reb Pinie Aszer Hendel, reb Zelikl (mełamed w „Safat Emet”), reb Eljezer Szachne Rozencwajg, reb Szachno Ali Tuwje Rubinsztejn, reb Fajwele Hochman (kocki chasyd), reb Jakob Szimon, reb Herszl Szmerl Rzetelny (znany krawiec, działacz społeczny), reb Chaim Rozenberg, syn rabina (zięć sokołowskiego rabina), a za reb Binjomena Alego – reb Judl Plocker oraz reb Alter Dowid Rozenbaum. Ustalono następujące zapisy: a) nie żądać od pilawskiego rabina więcej niż 12 tys. rubli (taką sumę postanowiono dać szojchetowi reb Joslowi Berowi Skulskiemu, którego trzeba było zdjąć z urzędu, ze względu na podeszły wiek i zarówno chasydzi z Góry Kalwarii jaki i z Kocka zgodzili się na to, ponieważ reb Josl Ber pojechał do reb Mendla, a potem do Chidusze ha-Rim [*chodzi o Icchaka Meiera Altera]), b) nie przyjmować na stanowisko rabina żadnego z synów pilawskiego rabina, ale rabina z Pilawy we własnej osobie. Pierwszy punkt – kwestia pieniędzy – został wypełniony od ręki, bo wysłannicy natychmiast dostali 1200 rubli z zastrzeżeniem, że z pieniędzy tych dwie trzecie ma otrzymać reb Mojsze Bialistoker. (Stary chasyd z Kocka, reb Mojsze Mawszawski opowiadał, że pierwsze trzysta rubli z otrzymanych dwunastu dostał jego ojciec). Drugi punkt dotyczący powołania pilawskiego rabina na urząd rabinacki, nie mógł zostać spełniony z różnych powodów. Po pierwsze rabin z Pilawy żądał odpowiedniej pensji i chciał zostać oficjalnie zatwierdzony (nie chciał już dostać żadnych pieniędzy od rebego), na co wysłannicy nie byli przygotowani. Sądzili, że dla rabina, który dostaje pensję od chasydów, kwestia pensji jest nieistotna. Po drugie rabin żądał porządnego mieszkania (a z czasem i własnego besmedreszu) nie gorszego niż to, w którym teraz mieszkał. Pokazał wysłannikom nawet swój obecny dom, a oni wiedzieli, że w Sokołowie nie znajdzie się nic odpowiedniego. Nie chcieli wracać do domu z niczym, więc nie pozostało im nic innego, jak wziąć na stanowisko rabina jednego z synów rabina z Pilawy. Udało im się zaprzyjaźnić z jednym z nich, poznali się także na jego przenikliwości, erudycji w tłumaczeniu i w kabale, jak i na jego wiedzy na temat świata doczesnego. Wszystkim bardzo się spodobał, także dlatego, że nie stawiał żadnych warunków.

[str.31]

Sokołowski rabin reb Icchok Zelig Morgenstern (błp.)

Rebecyn Chaja Hinda Morgenstern (błp.)

[str.32]

Stanęło na tym, że pieniądze dla rabina zostaną wzięte od nowego szojcheta. Rabinowi przekazano więc list rabinacki. Co prawda reb Szachno Ali Tuwje, cichy i spokojny mędrzec mówił: „Po co ten pośpiech? Czy wszystko zostało omówione? Trzeba pojechać do domu i to przemyśleć”, większość wysłanników sądziła, że miasto już za długo jest bez rabina, a dajan [*sędzia] reb Josele, osiemdziesięcioletni już starzec nie da rady dłużej rozsądzać wszystkich spraw i trzeba czym prędzej zatrudnić nowego rabina. Przekonywano, żeby rabinem uczynić syna pilawskiego rabina. Przekonywał sam pilawski rebe, jego ojciec, gdyż syn miał już wyrobioną opinię na dworze. Jest tajemnicą poliszynela, że dzieło pilawskiego rabina „Szalom Jeruszalajmi” o emigracji chasydów do Erec Isroel napisał i zredagował sokołowski rabin (jest to też napisane w liście od rabina). Wysłannicy chcieli też, aby rebe przybył do miasta na Jamim Noraim [*Jamim Noraim – (z hebr. ימים נוראים Groźne Dni, Straszne Dni, Dni Trwogi) – w judaizmie, pierwsze dziesięć dni miesiąca tiszri, okres pokuty, ciąg dni podczas których decyduje się los człowieka na następny rok]. Ale ponieważ musiał jeszcze załatwić wiele spraw, z których najważniejszą było przygotowanie się do rabinackiego egzaminu w ministerstwie edukacji zatwierdzającego na urząd rabina, musiał przełożyć swój przyjazd po Sukot. 11-ego dnia miesiąca tewet [*8 stycznia] 1900 roku rebe objął urząd rabina.

Watro również opowiedzieć o imponującym powitaniu. Z obu stron miasta ulicami Węgrowską i Siedlecką nadciągały karety, dorożki i bryczki z rabinami, chasydzkimi rabinami i chasydami. Woźnice zaprzęgli swoje najlepsze, wystrojone konie, a woźnica reb Jechoszue-Josl, chasyd z Góry Kalwarii, w świątecznej atłasowej kapocie, przyśpiewując cały czas swoją przyśpiewkę: „Sziru lo, zamru lo, sichu be-chol niflaotaw” [*hebr. „Śpiewajcie Mu i grajcie Mu, rozpowiadajcie wszystkie Jego cuda!” Psalm 105,2] jechał przodem w wypucowanym i lśniącym wozie obwieszonym miedzianymi dzwoneczkami i prowadzonym przez wyśmienitego konia (pożyczonego od reb Chaima Welwla Wichera, arendarza w Przeździatce i starego chasyda z Góry Kalwarii i Kocka). Przodem szli dumni blacharze Jone i Alter oraz Mendele mąż Jehudis. Wszystkiemu towarzyszyła skoczna muzyka. Naczelnictwo i policja w białych rękawiczkach pilnowała porządku. Gdy przestał padać ulewny deszcz, uznano to za dobry znak i dziwiono się, kiedy rabin przywitał się z naczelnictwem po rosyjsku.

Z synagogi zaprowadzono rabina do domu reb Pinie Aszera, gdzie zakwaterowano go w mieszkaniu reb Lewi Hendela. Przed domem stali wszyscy mieszkańcy i witali rabina pełni zachwytu. Imponujący był pierwszy szabasowy wieczór, gdy chasydzi z Góry Kalwarii i Kocka (wśród

[str.33]

nich też byli chasydzi jak reb Mendele)

Reb Mojsze Morgenstern (błp.), syn sokołowskiego rabina

Reb Mojsze (Szachno), szames (błp.)

Zięć sokołowskiego rabina
Rabin ze Sterdyni reb Benjamin (syn rabina z Sokołowa)

[str.34]

zarówno miejscowi jak i przybyli z bliskiej okolicy zebrali się, aby pogratulować i złożyć życzenia. Z wielkim ożywieniem rozmawiali na powszednie tematy rodem z kockiego besmedreszu, a rebe w rozpiętym jedwabnym płaszczu i śnieżnobiałej kamizelce stał przy stole i promieniał nowymi interpretacjami Tory i numerologii.

O udziale rabina w słynnym petersburskim zjeździe, który carski rząd zwołał w 1910 roku zostało już wiele napisane (istnieje nawet wydrukowany protokół, brakuje w nim jednak ważnych szczegółów). Wśród przedstawicieli gmin żydowskiej udział brali również wielki gaon [*geniusz, znakomitość; tytuł honorowy] Chaim Soloweiczik, rabin z Brześcia, rabin z Lubawicz, baron Ginzburg, słynny adwokat Szlosberger i słynny milioner bankier Lazar Poliakow.

Na słynnym petersburskim zjeździe odbywały się także modlitwy. W „Sichat Chelin” [*najprawdopodobniej chodzi o antologię tekstów] napisano, że na niniejszym zjeździe rabin był jednocześnie nauczycielem i uczniem. Ale gazety donosiły tylko o tym, czego nauczał innych uczonych, a nie o tym, czego się sam nauczył. Później, gdy Agudas Haortodoksim przekształciła się w Agudas Isroel [*Aguda – Agudat Israel, Związek Izraela; międzynarodowa polityczna organizacja ultraortodoksji żydowskiej, założona w 1912 r.] rebe został zagorzałym działaczem partyjnym. Zasłynął on swoimi wyniosłymi przemowami i przenikliwymi polemicznymi interpelacjami także skierowanymi przeciwko Polsce. Gdy na zebraniu, na którym przemawiał, zgromadziły się tysiące słuchaczy, mówił on: „Można sądzić, że dopiero w naszej Agudzie nauczyłem się wygłaszać przemówienia. Fachu tego uczyłem się jeszcze w Petersburgu, doskonalę go tu, w Agudzie. Przecież i rebe Jochanan ha-Sandelar był dobrym rzemieślnikiem, ale nie rzemiosło uczyniło z niego rebe Jochanana. Ten właśnie Sandelar nauczył nas, że jeśli chcemy, aby ze zjazdu wynieść coś dobrego, musi on być z bożej łaski. Oczywiście dużo mówiło się o tym, że rabini powinni stać się lekarzami, byleby nie odwrotnie: lekarze rabinami”.

Rebe był na każdym zebraniu, a gdy nie mógł uczestniczyć, wysyłał swoich przedstawicieli, którzy go później dokładnie informowali. Wiedział nie tylko o najdrobniejszych szczegółach filantropijnej działalności, ale troszczył się o to, aby wykonywane było wszystko, co potrzebne. W sprawach Agudy reprezentował go syn reb Benjamin, który był również sumiennym i pracowitym działaczem jesziwy. Miasto miało wielki pożytek zarówno z jego prac (do miasta cały czas przyjeżdżali chasydzi) jak i z jesziwy, którą rabin wszelkimi sposobami wspierał i utrzymywał z datków pieniężnych i własnych pieniędzy. Jesziwa słynna była na całą Polskę i Litwę. Również miasto za sprawą rabina zyskało na prestiżu.

[str.35]

Już w roku 1937 podczas pogrzebu reb Mojszego (syna rabina), rabin był ciężko chory. Ale jak wszyscy wiedzą, nie umniejszało to jego mądrości i błyskawicznym odpowiedziom w czasie polemik z ideologicznymi przeciwnikami w czasie żarliwych rozmów. Nie ucierpiała także jego doskonała czujność w sprawie różnych wydarzeń. Być może dlatego lekarze nie sądzili, że jest on tak ciężko chory. A może i dlatego, że obeznany był w medycznych sprawach i czytał wszystkie wystawiane mu recepty, wystrzegał się przepisywanych chorym syropów. Niespodziewane nieszczęście, śmierć reb Mendla (jego syna), węgrowskiego rabina, tak go załamało, że opadł z sił, a gdy udało mu się je odzyskać, wystarczały one nie dłużej niż na kilka tygodni.

Chasydzi opowiadają, że w Jom Kipur pod koniec 1939 roku przed modlitwą Nile, prawie w tym samym momencie, gdy mordowano jego syna, rebe wybiegł z przeraźliwym krzykiem: „Mendel, mój chłopcze, gdzie jesteś? Nie widzę cię! Ludzie, gwałtu! Zamordowali go!” i padł zemdlony. Gdy chcieli położyć go do łóżka, poprosił, aby pozwolili mu dosiedzieć do końca modlitwy Nile. Potem dopiero położono go do łóżka, z którego nie wstał już do śmierci. Trzeciego dnia miesiąca cheszwan 1939 roku [*16 października 1939 r.] rabin zmarł w wieku około 70 lat. Chasydzi także na jego pogrzebie rozpaczali, tak jak Chidusze ha-Rim rozpaczał na pogrzebie dziadka reb Mendla, który również umarł w wieku siedemdziesięciu kilku lat.

Pogrzeb rabina była bardzo przykry. Kilka minjanów Żydów z wielkim oddaniem towarzyszyło orszakowi pogrzebowemu z Otwocka do Warszawy. Po drodze zostali napadnięci przez Niemców, którzy zgolili im brody z kawałkami skóry, bili okrutnie i rozgonili. Jak tylko Niemcy odjechali, chasydzi kontynuowali orszak pogrzebowy. Z zabandażowanymi twarzami ostatkiem sił dotarli do Warszawy. Dzięki dużemu wysiłkowi chasydów i gminnych dozorów, głównie dzięki staraniom reb Ajzika Bera Ekermana, działacza Agudy i dziennikarza, udało się przeprowadzić pogrzeb.

Rabina pochowano na cmentarzu przy ulicy Gęsiej, w pobliżu grobu reb Abrahama Mordechaja Altera, syna Chidusze ha-Rim.

[str.36]

Tak właśnie rozerwana została kocka dynastia, a jej pierścienie leżą porozrywane po całym świecie. Któż je pozbiera? Zjednoczy?
Chciałbym jeszcze w tym miejscu poświęcić trochę miejsca pamięci dzieci rabina: reb Mendel Jakow Menachem, węgrowski rabin – zamordowany; Ester, Tauba, Rochl, błogosławione ich imiona. Reb Mojsze (zmarł w Warszawie w 1937 roku), niekiedy zastępował rabina w pełnionych obowiązkach; reb Benjamin – rabin w Sterdyni, zięć rabina z Amszinowa [*pol. Mszczonowa]. Po śmierci sokołowskiego rebe chasydzi wybrali go swoim rebem. Aby żyła wiecznie, Bejla (rebecyn, żona reb Nachmana Mordechaja Perlowa, aby żyła długo, teraz w Brooklyn, Nowy Jork, Sara i, aby żyła wiecznie, Lea (żona reb Arona Jakowa Grinberga, wiceprezydenta Knesetu).

 

[str.37]

 

Icchak Kaspi
(Tel Awiw)

Rabin reb Mojsze Cwi Wajngarten

 

[Z hebrajskiego przełożyła Regina Gromacka]

Rabin reb Mojsze Cwi Wajngarten to interesująca i niemal legendarna postać. Był rabinem Sokołowa Podlaskiego, sprawującym swój urząd w połowie XIX wieku. Wskutek donosu do władz złożonego przez jakiegoś nikczemnika rabin Mojsze Cwi musiał porzucić swoją posadę i przenieść się do Siedlec. Tam pełnił funkcję aw bejt dina [*Aw bejt din (hebr.), przewodniczący sądu rabinackiego – przyp. tłum.] i przewodniczącego jesziwy. Do opuszczenia przezeń gminy sokołowskiej w niemałym stopniu przyczynili się fanatyczni chasydzi, którzy nieustająco toczyli zażarte spory z miejscowym rabinem.

Przed przybyciem do Sokołowa Podlaskiego reb Mojsze Cwi pełnił funkcję rabina w Makowie [Mazowieckim]. W sumie służył jako rabin przez czterdzieści lat.

Rabin reb Mojsze Cwi był znakomitym uczonym, znakomitym znawcą Tory pisanej, Talmudu i późniejszych komentatorów. Prowadził korespondencję z najwybitniejszymi przedstawicielami judaizmu, którzy zwracali się do niego z pytaniami w kwestiach halachy [*Halacha (hebr.), prawo religijne – przyp. tłum.]. Jako zagorzały misnaged [*Misnaged (z hebr. mitnaged), przeciwnik chasydyzmu – przyp. tłum. ] [dla celów polemicznych] zajmował się okultyzmem i studiował kabalistyczne księgi. Jego rozliczne prace, przechowywane przez syna, reb Dawida, który był rabinem w Chorzelach, padły pastwą ognia podczas jednego z pożarów w tamtym miasteczku [Wstęp syna autora w: „Sefer chiduszej Maharam Cwi”, Warszawa 1891.]. Tylko jedno dzieło, „Sefer chiduszej Maharam Cwi”, ukazało się drukiem wiele lat po śmierci autora, w roku 1891. Książka ta zwiera rozważania dotyczące traktatu talmudycznego „Chulin” oraz kazania rabina Mojsze Cwiego. Znajdują się tam między innymi dwa kazania wygłoszone przez błp. rabina w Sokołowie w 1856 roku [Tamże, s. 39 i nast.].

Rabin Wajngarten był też człowiekiem nadzwyczaj skromnym i bogobojnym. Miał w zwyczaju zachowywać post od zakończenia jednego szabatu do początku następnego. Zwykł był także wstawać późnym wieczorem po to, by o północy zanurzyć się w mykwie i odmawiać nocne modlitwy aż do bladego świtu. Mimo że był zaciętym przeciwnikiem chasydyzmu, jego przedstawiciele utrzymywali z nim bliskie stosunki, szczególnie rabbi Izaak z Warki. Odwiedzał on dom reb Wajngartena, kiedy przybywał do którejś z gmin, w których ten sprawował urząd rabina. Jednakże nie wszyscy chasydzi odnosili się do niego z szacunkiem. Niektórzy z ich obozu szukali pretekstów, żeby zeń szydzić, któregoś razu posunęli się tak daleko, że w czasie gdy rabin przewodził szalosz seʽudot [*Szalosz seʽudot (hebr.), trzeci posiłek szabatowy spożywany w sobotę po południu – przyp. tłum.], wpuścili mu do domu psa przez okno [J.N. Weintraub, Sefer Jizkor le-kehilat Szedlec (Księga pamięci gminy w Siedlcach), Buenos Aires 1956, s. 548.].

Na starość rabin Mojsze Cwi stracił wzrok, lecz choć cierpiał z tego powodu nieopisane udręki, w dalszym ciągu rozstrzygał w sprawach halachy. Kiedy dowiedział się o tym rabbi Izaak z Warki, rzekł o nim: „To jest Żyd, który prawdziwie prosił Pana, niechaj będzie błogosławiony: ››Oświecić nasze oczy Twoją Torą‹‹, i zostało mu to dane” [Zob. Sefer chiduszej Maharam Cwi, dz. cyt.].

[str.38]

W czasie pełnienia funkcji rabina w Sokołowie rabin Wajngarten, z pomocą miejscowych parnasów [*Parnas (hebr.), członek starszyzny gminnej, przedstawiciel i urzędnik gminy żydowskiej – przyp. tłum.], znalazł źródła dochodu na finansowanie działalności gminy w tym mieście. Nałożył podatki na koszerny ubój, na wino do kiduszu [*Kidusz (hebr., uświęcenie), modlitwa odmawiana nad kielichem wina, m.in. na początku szabatu i innych świąt – przyp. tłum.], drożdże i mąkę. Nawet gdy rabin opuścił już Sokołów, podatek ten nie został zniesiony. W 1867 roku dochód ze wspomnianych podatków wyniósł aż 1916 rubli. Dla rosyjskiego zaborcy sprawa ta była solą w oku. W tajnym memorandum przesłanym przez doradcę prawnego Prieobrażenskiego [*nie udało się ustalić dokładnych personaliów] do naczelnika powiatu [*być może chodzi o gubernię] siedleckiego z 14 września 1873 roku potępiono nielegalne zbieranie funduszy [Komitet Materiałów Życia Żydowskiego w Polsce 1874, s. 402 (po rosyjsku).].

Okazuje się, że Prieobrażenski śledził poczynania rabina reb Mojsze Cwiego Wajngartena oraz parnasów w Sokołowie i posiadał szczegółowe informacje o dochodach z każdego spośród wyżej wymienionych rodzajów towaru, na które nałożono podatki.
O powodach ucieczki rabina z Sokołowa Podlaskiego krążyła wśród ludu następująca historyjka [Icchak Kaspi, Megilat praot Szedlic bi-sznat 1906, Tel Awiw-Jafo, 19, s. 16.]:

Opowieść o donosicielu, który wydawał młodych żonatych mężczyzn w ręce władz w czasach „wyłapywania” kantonistów [*Kantonista – młodociany Żyd przymusowo wcielony do carskiej armii, gdzie poddawany był indoktrynacji, po czym kierowany do regularnych oddziałów, w których służba trwała 25 lat – przyp. tłum.]. Tutejszy rabin przestrzegł donosiciela, żeby zaprzestał swych poczynań. Ten jednak ostrzeżenia nie posłuchał. I ni stąd, ni zowąd zaczął go dotykać paraliż, atakując kolejne kończyny i członki. W miasteczku rozeszły się pogłoski, że odkąd donosiciel zachorował, rabin zniknął bez śladu, nie wiadomo, dokąd się udał. Po jakimś czasie okazało się, że reb Mojsze Cwi potajemnie zajmuje się tworzeniem glinianego golema, i im bardziej golem nabierał kształtów, tym dotkliwiej choroba atakowała owego nikczemnika. Donosiciel uznał więc, że to sprawka rabina, i poskarżył się władzom. Reb Mojsze Cwi został zmuszony do opuszczenia Sokołowa i przyjęto go na posadę rabina w Siedlcach.

W nowym miejscu swej służby nie zmienił poglądów ani trybu życia. Chasydom okazywał coraz większą zaciekłość. W pierwszym dniu Pesach nakazał rebecyn ugotować kluski i wystawił miskę klusek w oknie swego domu, aby wszystkim pokazać, że kwestia szruja w Pesach nie pochodzi z Tory [*Chodzi o sporną kwestię maca szruja (hebr., namoczona maca). Chasydzi nie spożywali w święto Pesach macy, która po upieczeniu miała styczność z wodą. Uważali, że w ten sposób ryzykowaliby zjedzenie odrobiny niewyrobionego dokładnie ciasta, które mogłoby skisnąć. Gest rabina Wajngartena miał im dać do zrozumienia, że obyczaj ten nie jest zakorzeniony w Torze, nie ma więc mocy obowiązującej – przyp. tłum.].

Rabin Mojsze Cwi Wajngarten zmarł w 1858 roku i został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Jego grób był zaniedbany aż do 1904 roku, kiedy to wzniesiono nad nim ohel [*Ohel (hebr., namiot), drewniany lub murowany budynek nad grobem zasłużonego rabina, cadyka lub ich synów – przyp. tłum.]. Rabin był ojcem czterech synów i dwóch córek. Trzej jego synowie byli znanymi rabinami w gminach żydowskich.

W Sefer chiduszej Maharam Cwi wymieniono nazwiska czterech znakomitych mężów z Sokołowa, którzy pomogli synowi rabina opublikować to dzieło. Oto oni: Szachna Rubinsztajn, Cwi Tuwja Beki, Eliezer ben rabbi Szlomo [?; w oryginale tylko inicjał „Sz”] Rozencwajg i Dawid Szlomo Wajcman.

 

[str.39]

 

Chaim Mojsze Majzlisz
(Jerozolima)

Sokołowski nigun

Każde żydowskie miasteczko w Polsce, zapewne podobnie jak i inne miasta w całej Europie Wschodniej, miało swój własny nigun [*nigun – specyficzny typ żydowskiego melodyjnego śpiewu grupowego]. Żydowskie życie w tych krajach było przepełnione melodiami, a miasteczko stanowiło centrum tryskające żydowskością. Grano i śpiewano niguny, znane dobrze ogółowi społeczności żydowskiej. Nie trzeba było też być wielkim znawcą, aby rozpoznać te specyficzne i niepowtarzalne melodie, które unosiły się nad każdym uświęconym żydowskim miasteczkiem. Dominowały ze zrozumiałych względów melodie modlitewne, a wraz z nimi szczególny styl pieśni kantorskich, które rozkwitały w każdej żydowskiej społeczności. Wraz z nimi roznosił się z besmedreszy, jesziw i chasydzkich sztibli głos Tory i towarzyszące mu niguny, zarówno te śpiewane w jesziwach, jak i w chasydzkich sztiblach. Rozwijały się także pieśni ludowe, uliczne, a także wyrafinowane, nowoczesne. Wpływ na uformowanie się tych specyficznych żydowskich melodii miała ogólna muzyczna atmosfera panująca w każdym kraju. Małe miasteczko stanowiło urodzajny grunt pod prawdziwą, zakorzenioną żydowskość i źródło niemal wszystkich żydowskich nigunów.

Znam się jednak tylko na Sokołowie, Sokołowie Podlaskim, bo taka była jego oficjalna nazwa, mieście położonym na Podlasiu w pobliżu Siedlec i wschodniej granicy Polski.

Sokołów także miał swój własny nigun. Czuć go było w powietrzu, mruczały i wyśpiewywały go usta w specyficznej, przeciąganej wymowie wielu sokołowskich Żydów i przede wszystkim sokołowskiej młodzieży. Był on wytęskniony, melancholijnie przyjemny i przede wszystkim swojski, własny.

[str.40]

Młodzież w Sokołowie była muzykalna, lubiła śpiewać. A śpiewano wszystko – nie zwracano wiele uwagi na partyjne granice językowych niesnasek. Oczywiście były także ideologiczne pieśni różnych ugrupowań politycznych, które wśród sokołowskiej młodzieży zajęły miejsce chasydzkich sztibli z ich specyficznymi pieśniami i nigunami. Ale umiłowanie do muzyki przełamywało wszystkie granice. Gdy więc [Menachem] Kipnis [*znawca muzyki żydowskiej] i [Zimra] Zeligfeld [*śpiewaczka, żona Kipnisa] zaczęli popularyzować żydowskie pieśni ludowe, a z Erec Isroel zaczęły napływać pierwsze pieśni chalucowe, sokołowska młodzież i inteligencja rozśpiewała się z taką nabożnością, że aż ściskało za serce. W każdym kącie partyjnych lokali, w każdej izbie w żydowskich domach przy długich sokołowskich ulicach i małych bocznych uliczkach rozbrzmiewał serdeczny, słodki, przepełniony tęsknotą i otuchą żydowski nigun.

Sokołowska młodzież organizowała muzyczne „sztafety”. Było to też bardzo poruszające. W każdy poniedziałek lub czwartek ktoś jechał do Warszawy i wracając przywoził ostatni szlagier z Qui pro Quo [*teatrzyk stylizowany na kabaret literacki] lub Morskiego Oka [*teatr rewiowy, rywalizował w Qui pro Quo]. Świeże kuplety, soczyste tanga zaraz podchwycane były przez młodzież, a tutejszy repertuar rozrastał się i odświeżał raz po raz.

Sokołowskie melodie wyróżniały się jednak nie liczbą śpiewanych pieśni, ani nie ich nowością. Różniły się sposobem ich śpiewania. Po tamtej stronie Bugu „Litwacy”, w krótkich marynarkach o ostrych umysłach, śpiewali swoje piosenki inaczej. Niby ta sama melodia, a jednak bardziej melodyjna, przesłodzona i przepełniona tęsknotą. Każda melodia, skąd by nie pochodziła, dopasowywała się do ogólnego, serdecznego tonu i stawała się nową jakością. Miała miejsce też naturalna selekcja importowanych pieśni i melodii. Niektóre przychodziły i po chwili znikały. Możliwie nie pasowały do muzykalnych upodobań śpiewającej młodzieży. Inne znów urosły do rangi głównych pieśni i stały się oficjalnymi hymnami różnych grup i grupek. Morza przyjacielskiej sympatii wyśpiewywane jednym tchem i marzenia wypływające w ciasnym małym miasteczku.

***

[str.41]

Sokołów miał także swoje osiągnięcia w dziedzinie muzyki. Być może brzmi to nieprawdopodobnie, ale jest to prawda. W Sokołowie wystawiono skomponowaną, własną żydowską operę.

W besmedreszu rabina, w tym świetlistym budynku, założono w okresie pierwszej wojny światowej jesziwę. Chasydzi z Kocka kładli duży nacisk na naukę i to na intensywne studia. Była to jesziwa przeznaczona na wewnętrzny użytek miasteczka, a także cotygodniowe lekcje Tory wyśpiewywane były przez lokalnych młodzieńców z besmedreszu. Sokołowski rabin tylko od czas do czasu przysłuchiwał się naukom młodzieńców i sprawdzał ich wiedzę, przede wszystkim tych, którzy pięknie wyśpiewywali lekcje. Dopiero później do jesziwy zaczęli przychodzić młodzieńcy z daleka, to jest z drugiej strony Bugu, Litwacy w krótkich marynarkach i o ostrych umysłach, byli oni wielką niespodzianką w chasydzkim Sokołowie. Wówczas zatrudniono także przewodniczącego jesziwy, do miasta zaczęli przypływać znani uczeni i profesjonalni kaznodzieje, a jesziwa stała się słynna na cały kraj. Za moich czasów wszystko jeszcze było dość „amatorskie”, swojskie, bez impetu i rozmachu.

W tej oto jesziwie powstał chór złożony z jej uczniów. Czy uchodzi posiadać chór w jesziwie i to jeszcze na dworze u rebego? Kto wpadł na ten pomysł? I jak do tego doszło – nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że odpowiedzialny za całe to zajście był Jekl Grinberg, który ogólnie odpowiadał za wiele dziwnych rzeczy. Jekl już wtedy był zagorzałym zwolennikiem partii Mizrachi. Powstanie chóru było być może odpowiedzią na dążenie do narodowego odrodzenia.

Jednym słowem, w Sokołowie powstał prawdziwy, profesjonalny i zdyscyplinowany chór. Tenor i baryton objęli bracia Jekl i Dowid Lustigmanowie, ostatni wyśpiewywał też cotygodniowe porcje Tory. O braciach tych krążyły w mieście przeróżne opowieści, ich też bali się nawet carscy urzędnicy. Altami i sopranistami byli również uczniowie jesziwy. Jednak prawdziwą gwiazdą chóru był Szmuel Gozowski, zegarmistrz, który prowadził modły w minjanie zwolenników partii Mizrachi, młody, szlachetny i wybitny śpiewak. To on śpiewał z chórem różne pieśni, z których w pamięci pozostały mi „Mizmor szir chanukas” w dwóch wersjach, jedna szybsza od drugiej, „Achawa raba”, „Naarichha” – potężne chóralne kompozycje, które Bóg jeden wie, jaki anonimowy

[str.42]

twórca skomponował. Dopiero 25 lat później będąc w Nowym Jorku spotkałem człowieka podśpiewującego „Mizmor szir chanukas”, który powiedział mi, że jest to melodia chasydów z Kocka. Jeśli pozostałe melodie także powstały w Kocku, to może się on szczycić nie tylko wybitną umysłowością, ale i bogatą muzyką.

Chór dawał też publiczne koncerty. Jeden, z okazji Chanuki, zorganizowano w domu modlitwy należącym do rabina. Publiczność, rodzice dzieci i zaproszeni goście, przyszli popatrzeć na ten cud. Ludzie zasiedli na długich ławkach ustawionych w rzędy jak w teatrze, a z przodu na wysokiej scenie siedzieli możni na czele z synem rabina. Najpierw wygłaszano różne przemowy i dopiero później chór zaczął śpiewać. Gdy murarz Szlojme rozśpiewał się swoim słodkim altem w „Ma beca bedamai” każdemu zrobiło się ciepło na sercu. Takich cudów nikt w Sokołowie jeszcze nie widział i nikt o nich nie słyszał.

Punktem kulminacyjnym było „przedstawienie”. Na Purim chór przygotował prawdziwą operę – mieszankę „Ofiary Abrahama” ze „Sprzedaniem Józefa” i „Megili Estery”, w której bohaterowie nie wypowiadali ani słowa prozą, ale wyśpiewywali wszystko rymowanym wierszem. Pieśni były słodkie i chwytające za serce, i jednocześnie wesołe i zabawne jak wiele pieśni ludowych. Trzeba było przygotować operę, wystudiować role i przygotować „scenę”. W domu piszącego te słowa znajdowała się „fabryka” kostiumów dla aktorów. A co to były za kostiumy! Złote korony i królewskie szaty dla Abimelecha i Achaszwerosza oraz także dla Waszti i Ester; skrzydła – białe dla dobrych aniołów i czarne dla złych, którzy występowali w Ofiarowaniu. Do tego jeszcze orientalne kostiumy, zrobione z papieru, dla Abrahama i jego świty, dla Mordechaja i przede wszystkim Hamana, jego domowników oraz dla pozostałych ludzi na dworze. Do dekoracji użyliśmy prześcieradeł i dywanów.

Przedstawienie miało się odbyć w domu modlitewnym samego rabina, w którym już rozciągnięto sznurek, na którym miała zawisnąć kurtyna. Ale w ostatniej chwili przyszedł „z góry” rozkaz, że nie w domu modlitwy. Przedstawienie ma się odbyć w Purim, ale gdzie? Musieliśmy je niestety przenieść do sali w piwnicy, która służyła jako sala pomocnicza w jesziwie. Mimo tego serdeczne pieśni wynagrodziły nam tę zmianę.

***

[str.43]

Sokołów miał też swoje muzykalnie wybitnie uzdolnione dziecko. Chłopiec nazywał się Szlojme Gołąb, był mały i bardzo blady, jak każde dostojne żydowskie dziecko z biednego domu. Jego starsi bracia, maskilowie [*zwolennicy asymilacji], wyczuli jego zamiłowanie do muzyki. Kupili mu skrzypce i po chederze kazali chodzić na lekcje muzyki u miejskiego nauczyciela – antysemity. Po pewnym czasie nauczyciel musiał przyznać, że więcej nie jest w stanie chłopca nauczyć i ze złością dodał, że chłopiec ma „coś w sobie”. Oświeceni bracia zabrali go do Warszawy, zapisali do konserwatorium. Noszono go tam na rękach. Profesorowie zabierali go na wszystkie koncerty, na których występowali światowej sławy pianiści, aby zapoznać go z najlepszymi kierunkami w muzyce. A gdy mały wracał do domu na święta albo na wakacje, chodził po mieście rozmarzony, jakby przyjechał z zaświatów. Gdzie jest dziś ze swoimi skrzypeczkami?

***

Największym sokołowskim osiągnięciem w dziedzinie muzyki był Jecheskiel prowadzący modlitwy w sztiblu chasydów z Aleksandrowa. Nazywał się on Jecheskiel Kramarz, ale wszyscy wołali na niego po prostu Jecheskiel. Chasydzi nie lubią nieswoich rabinów i rabinicznych autorytetów. Gdy go poznałem, był około sześćdziesięcioletnim mężczyzną, biedakiem, handlował czymś na targu i ledwo wiązał koniec z końcem. W tym starym, umęczonym, ale serdecznym człowieku kryła się dusza, która, nie zapomniała niebiańskich pieśni, których słuchała zanim zeszła na grzeszny padół. Jakaś prehistoryczna elementarność kryła się w jego modlitwach, jednocześnie subtelna i muzykalna, i współczesna. Słyszeliście może „Kadisz” Ravela, słynnego kompozytora Bolera? Jeden jedyny motyw przeciągnięty na cały utwór. Jest to tylko daleki, blady ślad tego jak brzmiał Jecheskiel. Jego modlitwy promieniały, biły jasnym przejrzystym blaskiem podniosłej duchowości, który oświetlał wszystko wokół.

Jak już wspomniałem, Jecheskiel prowadził modlitwy w sztiblu chasydów z Aleksandrowa. Ale jak to robił! Ale skąd śpiew kantora w chasydzkim sztiblu? Cóż był to za śpiew! Wydaje się ten sam, co we wszystkich żydowskich gminach, ale zupełnie inny. Jakby z innej strony, jakby nie tą drogą i wychodziło z tego coś zupełnie innego, bardziej melodyjego i głębszego,

[str.44]

prehistorycznie żydowskiego, jakby z czasów pierwszej świątyni. W sposób, w jak Lewici wyśpiewywali swoje modlitwy w besmedreszu służąc Bogu. Tak niepowtarzalny był jego sposób modlenia się i nikt nie był w stanie nawet w najdrobniejszym stopniu go podrobić. Nawet sam Dowidcze Rozenblum, który raz-dwa podchwytywał melodie i potrafił naśladować wszelkie głosy i odgłosy, nie potrafił go naśladować. Zaczynam wierzyć, że nawet nuty nie byłyby w stanie oddać dokładnie całej słodyczy i doniosłej melodyjności modlitwy Jecheskiela w czasie Jamim Noraim.

Być może z uwagi na słabość, albo z powodu wrodzonej skromności prowadzenia modlitw w synagodze przy pulpicie, w dzień powszedni, czy w szabas, zbierał wszystkie siły i dary, które otrzymał od Boga, na Jamim Noraim. A gdy raz na początku miesiąca przy spóźnionym minjanie, gdy nie było już nikogo innego, Jecheskiel podchodził do pulpitu i zaczynał śpiewać Psalmy, to w synagodze dosłownie jaśniało.
I to światło zgasili, zamordowali te piękne żydowskie pieśni – niech ich dusze spoczywają w pokoju.

 

[str.45]

 

Mordechaj Choina
(Nowy Jork)

Jesziwa sokołowskiego rabina
(Pamięci moich kochanych rodziców)

W przeddzień Jom Kipur (roku 1916), gdy mój ojciec, jak było w zwyczaju we wszystkich chasydzkich domach, błogosławił mnie i pozostałe rodzeństwo, zauważyłem, że tym razem jest jakoś szczególnie zasmucony i podłamany. Położył dłonie na moim czole i łamiącym się głosem prosił, abym jeszcze pilniej wziął się za naukę. Życzył mi, aby w nowym roku moje serce jeszcze bardziej pragnęło Tory. Po policzkach mojego ojca popłynęły łzy.

Nie rozumiałem wówczas skąd jego złamane serce i dlaczego tym razem w Jom Kipur był tak bardzo poruszony. Tuż po świętach zagadka się wyjaśniła. Ojciec chciał, abym wstąpił do jesziwy rabina. On sam, przed ślubem, uczył się w różnych jesziwach i później będąc na utrzymaniu teściów w sztiblu chasydów z Aleksandrowa. Teraz chciał, abym poszedł w jego ślady. Nie za bardzo mi się to podobało, bo chciałem zostać robotnikiem, nowoczesnym człowiekiem. Wiedziałem, że rodzice ledwo wiążą koniec z końcem i w domu nie ma za dużo miejsca. Jednak mój opór nie trwał zbyt długo. Ojciec zwyciężył, a ja zostałem zapisany do jesziwy, która nosiła imię „Bejt Isroel” [*Dom Izraela] na pamiątkę ojca sokołowskiego rabina.

Gdy ojciec usłyszał od rebego, że jesziwa jego i tak jest już przepełniona i przyjmie mnie tylko, gdy udowodnię, że już potrafię „studiować”, tj. samemu przestudiować stronę Gemary, ojciec był przeszczęśliwy. A jeszcze szczęśliwszy był, gdy egzamin

[str.46]

zdałem i zostałem od razu przyjęty do klasy „alef” [*pierwszej]. Ja sam, mimo iż wcześniej buntowałem się przeciwko jesziwie, szybko zmieniłem zdanie. Atmosfera, melancholijny zaśpiew, serdeczna pracowitość i braterstwo przemówiły do mojego serca. Szybko przekonałem się, że jesziwa nie jest więzieniem, nie jest ciemnym lochem, a serdecznym miejscem, w których przeżyłem i doświadczyłem wielu pięknych chwil.

W klasie „alef” codziennie, pięć razy w tygodniu zwykło się powtarzać lekcje z Talmudu. Ci, którzy je nam powtarzali należeli do specjalnego komitetu. Członkami byli Dowid Lustigman, Jakow Lustigman, Chaim Mordechaj Bronsztajn, Abraham Cebula, Jechiel Majer Princ, Szmuel Baruch Sladżyner, Pinkas Czernicki, rabin Nachman Mordechaj Perlow (zięć rabina), Chaim

Dom rabina i jesziwa

Mojsze Majzels, Szbataj Grinberg i Jakow Grinberg. Ostatni był także dyrektorem jesziwy. Jego zadaniem było zapewnienie dobrych warunków do nauki. Sprawami administracyjnymi zajmował się Dowid Lustigman, który dbał o to, aby uczniowie jesziwy niemieszkający w Sokołowie mieli gdzie zjeść obiad, a także aby miejscowi chłopcy z biednych domów mieli co do ust włożyć. Wśród uczniów kursowało powiedzenie: „J. Grinberg jest ‘tatą’, a D. Lustigman

[str.47]

‘mamą’ jesziwy”. Obaj byli niezbędni dla prawidłowego funkcjonowania jesziwy.

W jesziwie funkcjonowała ciekawa instytucja, jaką był własny sąd, który składał się z trzech uczniów i jednego członka zarządu. W każdy piątek sąd zbierał się i „osądzał” grzeszników. Przewinienia oskarżonych polegały najczęściej na zbyt późnym stawieniu się na nauki, tj. po godzinie ósmej rano, rozmawianiu w czasie lekcji, złym występie albo oblaniu „przesłuchania”. Za te przewinienia sąd skazywał na kary adekwatne do przewinienia: za spóźnienie delikwent musiał przez cały tydzień przychodzić godzinę wcześniej niż inni; za rozmowy – przez cały tydzień stać podczas powtarzania porcji Talmudu (a trwało to trzy godziny). Poza tym karano także karami pieniężnymi. Była to jednak tylko kara teoretyczna, bo zamieniano ją zawsze na przestudiowanie dwóch stron Gemary dodatkowo, a pieniądze przeznaczane były na cele dobroczynne dla Erec Isroel [*Ziemi Izraela; wówczas Palestyny, obecnie Izraela] lub fundusz pomocowy dla najbiedniejszych uczniów jesziwy, na ubrania i jedzenie. Za dwie strony Gemary sokołowski rabin płacił 10 kopiejek. Nauka Gemary na pamięć była w sokołowskiej jesziwie bardzo popularna i ogólnie podziwiana. Od tego zależała też czasowo materialna sytuacja uczniów jesziwy, bo za każde nauczone na pamięć dwie strony Gemary, przesłuchujący wystawiał kwit na 10 kopiejek. Za każde przestudiowane 10 stron było się uprawnionym do udziału w loterii, w której można było wygrać kwit w wysokości od 20 kopiejek do jednego rubla. „Czeki” wystawiane w jesziwie akceptowane były wszędzie jako pieniądze, tak samo jak recepty wystawiane przez rabina po łacinie przyjmowane były w miejskiej aptece.

Gdy młodzieniec przestudiował już 50 stron Gemary i nauczył się ich na pamięć, przesłuchujący wystawiał „certyfikat”. Później trzeba było jeszcze zdać egzamin przed przedstawicielem zarządu, aby jesziwa mogła podstemplować certyfikat, by można było przystąpić do najwyższego egzaminu przez obliczem samego rabina. I jak z powodzeniem zdano już i ten egzamin, rebe przystawiał swoją osobistą pieczęć i podpisywał swój certyfikat. Później wręczał uczniowi kieszonkowy zegarek z hebrajskim cyferblatem i napisem: „Doskonałość w Gemarze”. Taką samą procedurę trzeba było przejść, gdy nauczono się na pamięć całej talmudycznej Masechty, aby dostać cały Talmud babiloński w małym

[str.48]

rozmiarze.

Rozkład dnia w jesziwie był następujący: od 8 do 11 rano – nauka na pamięć, od 11 do 12 – jedzenie, od 12 do 3 po południu nauka cotygodniowej porcji Talmudu; od 3 do 5 po południu godzina na jedzenie i godzina na naukę niemieckiego, hebrajskiego, jidysz i arytmetyki. Od 5 do 7 po południu powtarzanie lekcji, a od 7 do 8 wieczorna nauka Tanachu. Tak czy inaczej każdy uczeń musiał spędzić 12 godzin w jesziwie.

W czasie niemieckiej okupacji [*w okresie I wojny światowej] w Sokołowie rozkwitła bujnie działalność partii politycznych. Największe poparcie miała u nas wówczas Poalej Syjon kierowana przez Ajzika Platnera, Barucha Winogórę, Szlojme Hohberga, Szimona Rubinsztejna, Icze Farbiarza, Basię Jeleń, Brejndla Rozengartena i Szlojme Szercmana, którzy otworzyli świetlicę dla robotników z biblioteką, wygłaszanymi referatami, wieczornymi posiłkami itp. Wygłaszane referaty przyciągały prawie całą sokołowską młodzież. Gdy wiadomość o tym dotarła do jesziwy, niektórzy uczniowie, co bardziej odważni, zaczęli też chodzić do świetlicy robotniczej. Pewnego razu moja najstarsza siostra Rochl namówiła mnie, abym poszedł z nią na referat warszawskiego mówcy. Jednak za przyjemność tą zapłaciłem wysoką cenę. Następnego dnia po wykładzie, gdy siedziałem już w jesziwie i studiowałem, ktoś uraczył mnie mocnym ciosem w policzek, a gdy poskoczyłem ujrzałem przed sobą rabina we własnej osobie. „Chodzisz do gojów do świetlicy robotniczej? Chcesz mi zepsuć dzieci?” Krzyczał, a ja nie odważyłem się wypowiedzieć ani słowa. Skończyło się tym, że musiałem przyrzec, że tak długo jak będę się uczył w jesziwie, nie przekroczę progu świetlicy robotniczej.

Może się wydawać, że nauka w jesziwie było jedną wielką udręką. Ale było też wiele świetlistych momentów, przyjemnych momentów pełnych radości, oczywiście w religijnym znaczeniu tego słowa. A to dzięki tolerancji naszego dyrektora, Jakowa Grinberga, który sam miał dobre serce i na swój sposób był wesołym człowiekiem, kochał Torę i serdeczne braterstwo. Dzięki niemu mieliśmy możliwość odwiedzenia biblioteki Mizrachi, która znajdowała się niedaleko jesziwy, a w wolnych chwilach czytaliśmy „Dabri chul”. Podobno sam rebe wiedział o tym, ale udawał, że tak nie jest. Z inicjatywy Jakowa Grinberga i z pozwoleniem rebego wystawiliśmy raz z okazji Purim dramatyczną sztukę, w której uczniowie

[str.49]

po raz pierwszy w życiu występowali jako „artyści”. Wystawiliśmy popularną piosenkę ludową pt. „Kum aher du filozof” za pomocą obrazów. „Rebe” ze swoimi chasydami siedzieli przy stole, a rebe prowadził dyskusję z „filozofem” (granym przez piszącego te słowa). Dyskusja kończyła się ogólnie zachwycającym śpiewem. My, uczniowie jesziwy i widzowie byliśmy przekonani, że osiągnęliśmy najwyższy stopień sztuki i przez lata byliśmy pod wielkim wrażeniem naszego „spektaklu”.

Niespodziewanie jednak nad jesziwą przeszła wielka burza, a zaczęło się to tak. Jakow Grinberg był jednym z czołowych działaczy Mizrachi. Gdy rebe został aktywnym działaczem Agudy i widział, że wpływ Grinberga na uczniów jesziwy był duży, bardzo się wystraszył. Dla rebego Mizrachi było trefną partią i dlatego obawiał się, że Grinberg zepsuje jego dzieci, to jest wszystkich uczniów jesziwy. I mimo że rebe bardzo lubił Grinberga, postanowił zastosować radykalne środki i usunąć Grinberga ze stanowiska dyrektora. Jednak Grinberg był bardzo popularny i lubiany wśród uczniów. Gdy wiadomość o jego dymisji dotarła do jesziwy, powstał taki tumult, że nadzorca jesziwy Abraham Lejb Białostocki, nie mógł utrzymać należytego porządku.

Po południu wszyscy uczniowie jesziwy udali się do lokalu synagogi, gdzie miało miejsce burzliwe zebranie. Postanowiono zastrajkować i wysłać rabinowi ultimatum. Komitet strajkowy, który wybraliśmy był pierwszą ofiarą, ponieważ gdy członkowie komitetu poszli prowadzić pertraktacje, rabin, który z natury chętnie bił, zaczął dzielić razy na lewo i prawo, i członkowie komitetu rozbiegli się (największą ofiarę poniósł Mojsze Rozengarten, dostał on cios blaszką). To tylko spotęgowało złość uczniów i w tym samym lokalu zwołano nowe zebranie. Miało ono miejsce w piątek wieczorem i postanowiono „walczyć do zwycięstwa”. Całe miasto było wywrócone do góry nogami, a Grinberg, który włożył wiele siły w budowę jesziwy bał się, że cały budynek rozpadnie się. Poprosił więc uczniów, aby zakończyli strajk, ale i Grinberg nie mógł nic wskórać i strajk trwał dalej.

Koniec końców rebe się ugiął i powiadomił przez

[str.50]

swojego najstarszego syna Mojszego, że kapituluje, tj. że Jakow Grinberg zostaje na stanowisku dyrektora jesziwy i że wszyscy uczniowie mają wrócić do jesziwy następnego dnia w szabas. Gdy następnego dnia przyszliśmy na „przesłuchanie” cotygodniowej porcji Talmudu, tak jak w każdy szabas, rebe gorzko policzył się z nami. Każdy z nas otrzymał raz w policzek i nazwany został „strajkującym”, niezależnie od tego, czy znał, czy nie znał tygodniowej porcji Talmudu.

Aby uczcić nasze zwycięstwo wszyscy trzej najbliżsi przyjaciele: Josef Rozencwajg, Abraham Piekarski i ja, piszący niniejsze słowa – w dni między Pesach i Sukot, które są wolne od nauki – poszliśmy do fotografa Judla Libracha i sfotografowaliśmy się w tych samych ubraniach, które nosiliśmy w jesziwie. Jeden z uczniów jesziwy, który mieszkał w sąsiedztwie, zauważył jak wchodziliśmy do fotografa. Zaraz pobiegł do jesziwy i opowiedział o tym Benjaminowi, synowi rabina, który w tamtych okresie zajmował się administracją jesziwy. Gdy wracaliśmy, przypadkowo jako pierwszy do budynku wszedł Josef Rozencwajg, a Benjamin zaraz zaatakował go obelgami i ciosami. Gdy ja i Abraham Piekarski dotarliśmy do jesziwy towarzysze ostrzegli nas o karze, która na nas czeka. Tym sposobem uratowali nas i natychmiast poszliśmy do domu. Josef Rozencwajg ukarany został grzywną, jego ojciec musiał zapłacić podwójną opłatę. Abraham Piekarski i tak nie chciał już dłużej zostać w jesziwie i ja również straciłem ochotę do dalszej nauki.

Nawet dziś, gdy myślę o czasie spędzonym w jesziwie, tęsknię za przeszłością. I mimo wszystkich razów, konfliktów i nieporozumień między rabinem, zarządzającymi jesziwą i uczniami, nauka w jesziwie każdemu z nas dużo dała i wierzę, że każdy z nas, byłych uczniów sokołowskiej jesziwy, czuje po dziś dzień duchowy wpływ tamtych czasów.

(Nowy Jork, 1946)

 

[str.51]

 

Herszl Madański
(Chicago)

Nasz dom na podwórzu synagogi

Kto może zapomnieć swoich rodziców, żonę, dzieci, brata, siostrę, kuzynów i przyjaciół? Kto może zapomnieć swój dom, w którym się urodził, gdzie jego matka śpiewała nad kołyską kołysanki? A potem lata spędzone w chederze? Ojciec – wysoki, z czarną brodą, w ciemnym sukiennym kapeluszu, prowadzi swojego owiniętego w tałes syna pierwszy raz do chederu. Kto może zapomnieć spacery po zielonych polach wokół Sokołowa?

W piątek po południu zamykał ojciec swój warsztat szewski mówiąc do matki: „Dość na ten tydzień!”. Łapał za rękę swojego syna jedynaka i razem szli do mykwy. Matka przez cały piątek harowała piekąc chałki i przygotowując szabasowe potrawy. Później, gdy szames Ben-Cijon chodząc sokołowskimi ulicami zwoływał wszystkich do synagogi, stół nakryty białym obrusem gotowy był i pełen zakrytych chałek, a sześć świec melancholijnie płonęło w miedzianym świeczniku z okazji świętego szabasu. Gdy wracaliśmy z synagogi, ojciec opowiadał, że każdemu Żydowi, który wraca w piątek wieczorem z modlitw do domu, towarzyszą dwaj aniołowie.

Kto może zapomnieć swój zniszczony dom? Taka zagłada! Taka katastrofa! Obok ojcowskiego domu na podwórzu synagogi znajdował się stary besmedresz, chasydzki sztibel [*sztibel – (jid. שטיבל – “pokoik”) – to budynek lub jego część, będący małym domem modlitewnym chasydów], dom dla podróżnych, mykwa i łaźnia. Pod tym szczególnym kawałkiem miejskiego nieba było zawsze gwarno i tłoczno – mieszanka radości i smutku. Wesoły śpiew chumeszowych [*Chumesz – Pięcioksiąg Mojżeszowy, pierwsza część Biblii Hebrajskiej] wersów dobiegający z chederu i bezustanny kobiecy szloch w domu modlitwy, życzenia szybkiego powrotu do zdrowia dla chorych, wesołe wesela i biedacy z torbami. Także sokołowski rabin z szamesem idąc do mykwy zwalniali kroku, gdy zbliżali się do synagogalnego podwórza. Czarny sztrejmel rabina przekrzywiał się wówczas, a jego jedwabna kapota była rozpięta,

[str.52]

długie cyces trzęsły się na białych jedwabnych spodniach. Ojcowski dom został zbudowany razem z domem Mojsze Lejzerkesa. Z domu Lejzerkesa całymi dniami słychać było terkot maszyny do szycia, przy której dziewczyny szyły sukienki dla kobiet z miasta. W szabes [*Szabat – (hebr. ‏ שַׁבָּת‎, odpoczynek) – w judaizmie i tradycji chrześcijańskiej ostatni dzień każdego tygodnia. Rozpoczyna się w piątek po zachodzie słońca, kończy w sobotę po zachodzie słońca] jego dom zmieniał się w dom modlitwy dla chasydów z Kałuszyna, w którym Jenkl Szpadel czytał z Tory.

Mój ojciec był niczyim chasydem. Wyznawał tylko psalmy króla Dawida, które znał na pamięć. Był też członkiem sokołowskiego towarzystwa psalmowego. Gdy tylko ktoś zachorował, szybko zakładał długą czarną kapotę, palcami przeczesywał czarną brodę i z Księgą Psalmów w ręku szedł prosić Boga o zdrowie dla chorego.

Mój ojciec został błogosławiony siedmiorgiem dzieci: sześcioma córkami i jednym synem. Dlatego zmuszony był do ciężkiej pracy i ciągle gonił za zarobkiem. Matka także była bardzo pobożna i w każdej wolnej chwili rozmawiała z Bogiem prosząc go, aby jego dzieci wyrosły na dobrych ludzi. Także ona była wiecznie zmęczona i zaharowana pomagając mężowi zarabiać pieniądze. W sercu nosiła życzenie, aby jej dzieci były nie tylko pobożne, ale i dobrze wykształcone. Za zaoszczędzone grosze wysyłała najstarszą córkę na nauki do rebecyn, aby ta nauczyła ją modlić się i czytać Chumesz w jidysz.

W Tisza be-Aw [*przypadający latem dzień upamiętniający rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej] zbierały się w naszym domu kobiety, przy świecach i świetle lampy naftowej, siedząc na odwróconych szewskich ławkach, słuchały czytanych przez matkę Lamentacji Jeremiasza i razem z nią rozpaczały z powodu zburzenia Jerozolimy. Tym razem Lamentacje Jeremiasza zmawiał ze złamanym sercem szames Ben-Cijon, a jego głos stawał się coraz smutniejszy i Żydzi siedząc w skarpetkach opłakiwali zniszczenie Świątyni. Na podwórzu synagogi kręcili się ludzie idący na cmentarz.

Zbliżał się dzień zmawiania modlitwy slichot. Głosy szofaru i ludzi zmawiających modlitwy na Jomim Noraim unosiły się na podwórzu synagogi. Słychać też „króla” Iczele (Sztrusmana) i jego piękny głos. Powoli zbliżają się Straszne Dni, nadchodzą Sukot i Simchat Tora. Nowe, wesołe tony zapełniają podwórze synagogi. Dzieci cieszą się z paczuszek na Simchat Tora.

***

Kto może zapomnieć żydowski smutek i żydowską radość? Nasze miasteczko rozkwitało szybko. Ulica Bóżniczna z dnia na dzień zyskała nowy

[str.53]

wygląd. Nowe domy, nowa synagoga i dom modlitwy, dzieci rosną, a jednocześnie pojawiają się nowe zmartwienia.

U nas w domu też pełno zmartwień. Skąd wziąć dla córek narzeczonych, skąd na posag? Matka pociesza się, że Bóg jest ojcem. Mamy nowy dom, będzie też i na posag. Nowe miejsce – nowe szczęście. Najstarsza córka dostanie w posagu dom. Na pogawędkę z Kosowa wpadł do nas Mojsze Lejbele. Opowiadał, że ze służby z Rosji wrócił jego brat, Dowidl Zawel, syn stolarza. Był on szewcem, dobrym, sprytnym i potrafił uszyć buty samemu cesarzowi. Lejbele pyta o posag. Matka zachwala zalety córki: potraf napisać list w jidysz, modli się i czyta Chumesz w jidysz – czyż to nie wystarczy jako posag? „Poza tym mamy ładny pokój w nowym domu. Będzie na mieszkanie dla dzieci po ślubie. No, toż przecież wyśmienity posag!” „Dobrze, dobrze” – uśmiechnął się Mojsze Lejbele – „Zatroszczę się o to, aby rodzina szczęśliwie się powiększyła”.

A gdy za sprawą bożej pomocy Dowidl Zawel, syn stolarza, zamieszkał w naszym domu i zaręczył się z Chane Rochl, radość rodziców nie znała granic. Rozpromieniony ojciec rzekł: „Naszej najstarszej córce powinniśmy urządzić wesele jak bogaci miejscowi Żydzi. Niech wszyscy wiedzą, że Abraham szczęśliwie wydaje za mąż swoją córkę”. Ustalono datę ślubu. Mijają dni, tygodnie, miesiące, w domu zgiełk. Radość staje się jeszcze większa w przeddzień ślubu. Dziewczyny w domu pomagają matce piec ciasta, bułki, smażyć ryby i mięso. Nie mogą się doczekać dnia, w którym stanie chupa [*baldachim ślubny]. Klezmer Mojsze-Chaim rozmawia z ojcem o cenie za muzykę. Podają gorzałkę i wszystkim staje się lżej na sercu. W dniu ślubu panna młoda chodzi po domu cicha, spokojna, na wszystkich patrzyła swoimi czarnymi oczami, a w sercu coś ją gryzie. Na zewnątrz, na ulicy prowadzącej do synagogi unosił się krzyk: To nadjeżdżał pan młody z rodzicami! W domu zgiełk zrobił się jeszcze większy, dzieci biegały, woźnice krzyczeli. Pojawiały się coraz to nowe, wystrojone postaci z Kosowa i wszyscy ściskali sobie dłonie. Mojsze-Chaim grał serdecznie, jego towarzysz Szepsl Pojker dął w wielką trąbę, Hirsz-Ber przeciągnął smyczek po wielkim kontrabasie, a Mojsze-Nachman udaje, że zna się na muzyce… Teściowie stoją z zamyślonymi oczami słuchając słów wodzireja Berisza. Matka patrzy w stronę nieba i prosi Boga o szczęście… Rodzice przygotowują się, aby zaprowadzić pierwsze dziecko pod chupę. Kto może czuć rodzicielską radość? Klezmerzy idą i grają.

[str.54]

Dowidl wstawił swój warsztat szewski do małego pokoju, który to dostał w posagu i zaczął szukać roboty. Mijały tygodnie i miesiące. Chane-Rochl wygląda już zupełnie inaczej… Bóg dopomógł i głos nowonarodzonego dziecka jak dzwoneczek roznosił się po domu… Dano mu imię po dziadku – Jakow-Herszl. „Panie w niebiosach!” – woła matka – „Niech mój wnuk wyrośnie na takiego mędrca uczonego w Torze jakim był jego dziadek Jakow-Herszl z Kosowa!” Z rana, przed obrzezaniem zięć i teść idą do mykwy. Po modlitwie do naszego domu przyszedł szames Ben-Cijon, mohel Lejzer, Żydzi owinięci w tałesy przygotowują się do wielkiej micwy [*dobrego uczynku]. Szames Mojsze przyprowadził rabina, reb Icchoka Zeliga Morgensterna. Rabinowi podano płaczące dziecię.

***

Na ulicy prowadzącej do synagogi pojawił się wielki plakat: wojna! Niemcy wypowiedziały wojnę [*chodzi o I wojnę światową]. Wybuchła panika. Wszyscy, którzy służyli w armii mieli stawić się w Siedlcach. W naszym domu panuje ponura atmosfera. Dowidl ma iść na wojnę. Po podwórzu synagogi niosą się głosy płaczących kobiet. Kobiety biegną do besmedreszu, na stary cmentarz, aby wykrzyczeć swoje żale. Chane-Rochl siedzi z dzieckiem na ręku, a z jej oczu płyną łzy. Matka pyta ciągle: „Na co rosyjskiemu carowi wojna? Brakuje mu ziemi albo bogactw? Po co przelewają niewinni ludzie krew?” Dni i tygodnie ciągną się jak lata. Codziennie wyglądamy listów od Dowidla. Bieda w mieście pogłębia się z dnia na dzień. Ludzie w domu modlitwy zamiast studiować Gemarę, rysują na mapie stanowiska wrogich wojsk i ich ruchy.

Niemcy zajmują Sokołów, a w mieście rośnie bieda i strach. Razem z głodem rośnie ciche niezadowolenie. W domu coraz więcej żydowskich książek, a na ulicy nowych partii. Słychać nowe pieśni: „Nastąpi jeszcze, choćby był daleko, czas miłości i pokoju. Nadejdzie wcześniej niż później ten czas – to nie jest sen…”

W wieku 12 lat zaczynam pomagać ojcu w warsztacie, a matka wzdycha: „Rabinem nie będzie” – mówi ojciec – „Może pomóc zarabiać pieniądze”. I chociaż matka się na to nie zgadza już wieku 13 lat zostałem kamasznikiem i pracowałem po 16 godzin na dobę.
Rok 1917 zmienia szturmem całe nasze życie: w Rosji wybuchła rewolucja. Nie ma już cara Mikołaja. W Niemczech bunt. Niemcy opuszczają Polskę. Dowidl wrócił z niemieckiej niewoli.

[str.55]

Jest ledwo żywy, ale cieszy się bardzo na widok żony i syna Jakowa Herszele. Matka dziękuję cały czas Bogu za cud, a Chana-Rochl karmi wygłodzonego męża. W mieście Sokołowie pojawia się nowa władza. Wczorajsi poddani zostają włodarzami… Bracia Górscy, którzy przychodzili do nas kupować stare buty zostają kierownikami magistratu i policji a… wśród żydów powstają nowe partie: 16 godzin pracy to za dużo dla człowieka. Na ulicy wszyscy mówią o Erec-Isroel. W synagodze pojawia się Chaim Zilberman przewodniczący sokołowskiej Poalej Syjon, działacz syjonistyczny i utalentowany mówca, a razem z nim – Jankiel Tikulski. Chaim Zilberman mówi o konieczności pomocy w budowie Erec Isroel, kraju ludu Izraela.

W szabes wieczorem matka jak zawsze odmawia: „Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba…”, w drugim kącie dzieci prowadzą zażarte dyskusje o wykładach Barucha Winogóry, Ajzika Płatnera i innych. A gdy Gad Zaklikowski, syn szamesa Mojszego (jeden z pierwszych syjonistów w mieście) otwiera wieczorową szkołę hebrajską, moje siostry były jej pierwszymi uczennicami. Wzięły Chumesz i zaczęły czytać. Ojciec nie mógł zrozumieć, na co jego córkom Chumesz. Gospodarze powiadali, że córki szewca Abrahama gotują obiad po hebrajsku…

 

[str.56]

 

Mojsze Mandelbaum
(Hollywood)

O miasteczku
(Reminiscencje)

Minęło już ponad pięćdziesiąt lat od kiedy pewnego pięknego słonecznego jesiennego dnia wyjechałem z Sokołowa. Bryczka zawiozła mnie drogą węgrowską do dwutorówki. Towarzyszyli mi mój brat Herszl Grinberg i moja siostra, córka Bejli – pogodna, blondynka Rochl. Siedzieli naprzeciw mnie i za nimi rozciągała się cała sokołowska panorama i morze porannego złotego światła otoczonego czarodziejskim niebieskim niebem.

Jedziemy i milczymy, ale moje chłopięce serce jest niespokojne i bije jak dzwon. Nie mogę oderwać oczu od czarodziejskiej panoramy, od moich towarzyszy, od pogodnej postaci Rochl. Chcę to wszystko wchłonąć, wyryć w pamięci, zabrać ze sobą wszystko z mojego miasteczka, w którym spędziłem moje dziecięce lata.

Moi towarzysze próbują przerwać niezręczną ciszę i Herszl mówi, żebym zaraz napisał, jak tylko przekroczę granicę. Rochl dodaje, że jak tylko dotrę do Paryża, mam natychmiast napisać. Nie mogę powiedzieć ani słowa, usta drżą, oczy wypełniają się łzami i tylko kiwam głową, że „tak”.

Jeszcze dziś mam wyraźnie i jasno przed oczami ten obraz. Cała okolica, szosa, słoneczne piaszczyste drogi, które ciągną się przez zielone pola, wiją się w wysokim zbożu, plączą po zielonych lasach i prowadzą do naszego miasteczka Sokołowa.

Drogi i ścieżki zmieniły się, ulice i uliczki – żydowskie ulice i uliczki, które ciągną się wzdłuż i wszerz, gdzie odbywa się „sokołowski

[str.57]

targ”. Chłopi z wozami i różnymi produktami przyjeżdżają z miast, miasteczek i wsi.

Zanim jeszcze zacznie widnieć, zjeżdżają się na targ, krzyczą. Wszędzie zgiełk i stukot końskich kopyt na wybrukowanych ulicach. Kołaczą pokryte żelazem koła polskich wozów, na których leżą, poza różnymi produktami, związane prosiaki i kwiczą w niebogłosy.

Dworzec w Sokołowie

Bydło, prowadzone na targ, tupie kopytami o bruk. Owce spętane na wozach beczą tak żałośnie, jakby miały już przed oczami rzeźnika z nożem… Powietrze przecina cienkie gdakanie drobiu na wozach i w koszach niesionych przez chłopki z okolicznych wsi.
Plac targowy zapełnia się szybko, a ci, co przychodzą później, muszą zająć miejsca na ulicach wokół targu. Jesienią, gdy targi są duże, prawie całe miasto zamienia się w jeden wielki plac targowy – prawdziwe targowisko!

Sokołów, żydowski Sokołów, żyje czwartkowym dniem targowym. Żydowscy szewcy, blacharze, futrzarze, kapelusznicy,

[str.58]

piekarze i inni rzemieślnicy stoją na rynku i sprzedają rozłożone na stołach produkty. Wszędzie krzyki, zgiełk, kupcy targują się z klientami i uściskiem dłoni przyklepują wytargowane ceny za buty, parę spodni, watówkę czy kapelusz. Tłoczno i głośno jest też przy straganach, gdzie odbywają się groszowe transakcje. Przekupki głośno zachwalają swoje wyroby. Słychać dźwięk ich wag i stawianych pospiesznie odważników. Cichszy i bardziej stonowany handel odchodzi w murowanych sklepach, które stoją na środku rynku. Ich mury są ciężkie, masywne, ściany grube, murowane a drzwi gotyckie i wąskie zamykane wielkimi żelaznymi kluczami. Okna zabezpieczone są okiennicami. W sklepach sprzedaje się materiały, wyroby żelazne itp.

Handlarze i handlarki przemieszczają się szybko między końmi, wozami i macają, macają i macają. Macają wozy, pełne worki, macają bydło i drób – aż wymacają coś, z czego można by wyprawić szabes i oddać zapomogę, którą dostało się ostatnio, aby mieć co do garnka włożyć.
Przy sklepie monopolowym, gdzie sprzedawano gorzałkę, i na schodach do niego prowadzących, przesiadywali starzy żebracy – dziady, obrośnięte włosami i długimi siwymi brodami. Z ich barków zwisały wielkie żebracze torby a oni – rzępoląc na skrzypkach – nucili modlitwy, żegnali się i błogosławili, gdy ktoś wrzucił jałmużnę do ich czapek, leżących na ziemi.

Często w jakimś kącie wybucha wrzawa i głośne krzyki. To chłopi opuścili już monopolowy i opróżniwszy butelki gorzałki rozpoczynają bójki. Zewsząd słychać krzyki, przekleństwa, chłopi łapią swoje kłonice i zrazu biją się po łbach. Wystraszone konie zaczynają brykać w powietrzu.

Na rynku nie brakowało też Mojsze Putermana, miejskiego czarodzieja. Często pokazywał swoje sztuczki wywołując u publiczności śmiech i poczucie bezpieczeństwa.

Przez tłoczny rynek idzie w wielkim pośpiechu Szmuel-Lejb Szpanke w towarzystwie dwóch mężczyzn w krótkich czarnych frakach i długich spodniach założonych na wypucowane kamasze. Mężczyźni ci mają szpiczaste bródki, czarne

[str.59]

kapelusze, w ręku laski ze srebrnymi główkami. Widać od razu, że to nietutejsi. To kupcy z głębi Rosji. W Sokołowie jest wielu szewców. Szewstwo jest jednym z głównych rzemiosł w mieście. Wielki ruch mają sokołowscy szewcy, gdy przyjeżdżają kupcy z głębokiej Rosji. Przyjeżdżają do Sokołowa, dwa razy w roku, kupić buty i kamasze, które sokołowscy szewcy produkują i wieszają na długich kijach rozciągniętych od ściany do ściany, w ciemnych sypialniach, wysoko nad łóżkami pod sufitem. Wiszą one parami w rzędach, jak nogi żołnierzy i czekają na kupców z Rosji. Szmuel-Lejb Szpanke jest komisjonarzem – prowadzi kupców od jednego szewca do drugiego. Pakują i zabijają ćwiekami wielkie skrzynie z butami i kamaszami, które wysyłane są w głąb Rosji. Potem idą do wyszynku Doby-Chai wznoszą toasty, zagryzają kawałkami gąski, a w sypialniach u szewców robi się trochę jaśniej – sufit jest już pusty.

W takie targowe dni do Sokołowa zjeżdża także moja ciotka z Mokobód, moja najukochańsza ciotka, siostra mojej zmarłej matki. Gdy już kupi potrzebne rzeczy, idzie do chederu, w którym studiuje „pamiątkę” po jej zmarłej w młodym wieku siostrze – pulchna sierotka. Wchodzi do chederu i z szacunku zatrzymuje się w pobliżu stołu rebego. Rebe uczy nas Chumeszu, ciotka stoi z dala, przygląda się milcząc i płacze, płacze. Czytam na głos i czuję jej wilgotnie oczy skierowane na mnie. Słyszę jej stłumiony szloch. W gardle rośnie mi gula, a z oczu płyną po twarzy łzy i kapią na błyszczące kartki ojcowskiego, w skórę oprawionego, Chumeszu.

Rebe mnie zwolnił, wziął za rękę i płaczącego wyprowadził na rynek. Dopiero wychodząc z chederu na ulicę, ciotka odezwała się szlochając:

– Twoja młoda matka spoczywa w ziemi. Czy jesz przynajmniej do syta u twojej siostry Bejli?

– Tak, ciociu, oczywiście – odpowiadam płacząc.

– Twarz twojej matki błyszczała jak słońce. Masz przynajmniej szabasowy chałacik i świeżą koszulę na święto?

– Tak, ciociu, oczywiście.

[str.60]

– Twarz twojej matki była okrągła jak księżyc. Masz przynajmniej wygodne łóżko?

– Tak, ciociu, wiem.

– Co wiesz?

– Że twarz mojej matki błyszczała jak słońce i była okrągła jak księżych w pełni. Moje siostry Bejle i Sore-Dine opowiadały mi o niej i ja sam ją widziałem.

– Kogo widziałeś? Nie miałeś nawet roku, gdy twoja matka zmarła.

– Tak, ciociu, widziałem mamę. Śniła mi się. Była zima, a mama owinęła mi szyję szalikiem, abym się nie przeziębił. I gdy szedłem do chederu widziałem jej twarz. Tak ciociu, jej twarz była jasna i okrągła jak księżych w pełni…

Ciotka znów rozpłakała się na głos i szlochając błądziliśmy między końmi i wozami, chłopami, chłopkami, aż dotarliśmy do siedzących między straganami przekupek. U jednej z nich ciotka kupiła mi karmelki, u drugiej łakocie, u innej – jabłko i landrynki. Ciotka otarła fartuchem zapłakaną twarz i szlochając powiedziała:

– Pulchna sierotka, pulchna sierotka.

Przekupki wzdychając wyraziły swoje współczucie dla płaczącej ciotki i pulchnej sierotki dając ekstra po jednym karmelku i landrynce, i pozwalając wybrać najładniejsze jabłko.

Wyszliśmy z powrotem z targu, a ciotka cały czas szlochając powiedziała:

– Weź landrynkę – powiedziała – landrynki są dobre, słodko-kwaśne.

Wyjąłem z papierowego woreczka landrynkę i włożyłem ją do ust mokrych od kapiących łez. Gdy wziąłem ją do ust okazało się, że ma ona jeszcze jeden smak: słodki, kwaśny i słony…

Wyszliśmy z targu. Ciotka pożegnała się ze mną i wcisnęła w rękę miedziaka:

– Ostatni grosz – powiedziała tonem, który miał do mnie przemówić – bo miałeś dobrą matkę i uczciwego ojca. Po świętach, jak Bóg da, będzie jechał wóz do Mokobodów, to jak Bóg da, przyjedź do mnie na kilka dni.

Minęło już ponad pół dnia. Do domu wracam sam. Słońce praży i wysuszyło ostatnie łzy na mojej twarzy. Nagle czuję się dobrze.

[str.61]

Tak dobrze! Wolne od chederu! W jednej ręce papierowy woreczek pełen łakoci, w drugiej ciepłe od dłoni miedziaki! Ciotka jest tak dobra dla mnie! Chyba bardzo mnie kocha. Też przekupki są dla mnie dobre, ulice, domy, całe miasto jest dla mnie dobre! Chyba mnie kocha moja ciotka, tak! Wydaje się, że mnie kocha! Kocha mnie! I pobiegłem uradowany do domu!

Rynek w Sokołowie

II

[str.62]

W piątek stróżowie czyszczą rynek. Zamiatają wielkimi miotłami i wyrzucają brud, który został po wczorajszym targu, po koniach i bydle, do skrzyń na wozach, które wywiezione zostaną później na pola.

Białe murowane sklepy na placu targowym i białe mury na okolicznych ulicach stają się jeszcze bielsze, jaśniejsze. Młode zielone drzewa, które „szalony burmistrz” kazał zasadzić wokół rynku i wzdłuż głównej ulicy, wyglądają świeżej i jeszcze bardziej zielono. Jakby z okazji szabasu, który miał wkrótce nadejść. Słońce na bezchmurnym, niebieskim niebie oświetla ulice, domy, żydowskie domy o surowych, blaszanych dachach i śnieżnobiałych kominach. Z okien przedostaje się na ulice smaczny, słodki zapach pieczonej chałki, tortów, gotowanej na szabas ryby. Słodkimi zapachami i śpiewem przepełnione są żydowskie ulice i uliczki. Śpiew dobiega przez otwarte okna na ulice.

Chłopcy z chederów śpiewają: „Szir – pieśń, haszirim – nad pieśniami!” „Mai ku maszma lun” [*aram. „Co to dla nas oznacza?” – pytanie zadawane przy czytaniu Tory i Talmudu]. Przez otwarte okna w starym besmedreszu i chasydzkich sztiblach, dobiega głos młodzieńców studiujących Gemarę. „Brider un szwester in arbet un nojt” rozbrzmiewa śpiew szewców i krawców przemieszany z uderzeniami szewskich młotów i hałasem krawieckich maszyn do szycia. „Oj, lato już przyszło, tralala, oj, nie chciał mnie już on, tralala…” cienkim głosikiem nuci szwaczka, słynna na cały Sokołów „facetka”.

W przeddzień szabesu biedacy chodzą po domach. Jeden po drugim pukają i stają w drzwiach bez słowa, i czekają na jałmużnę. Pierwszemu daje się chałę, drugiemu chleb, „ważnemu” biedakowi dają grosz. Do izby po jałmużnę wchodzi Mojsze-Jankiel, wysoki mężczyzna w wysokich butach i długim, szarym chałacie, gęstej, szarej jak żelazo brodzie i pejsach, za którymi chowa się prawie cała jego twarz, na głowie zaś czarny sukienny kapelusz. Mojsze-Jankiel jest tak wysoki, że musi się schylić wchodząc do izby. I zanim jeszcze udaje mu się wyśpiewać na dziwną melodię słowo „groooo-siiii-kaaaa i raaa-dooo-ściii” dostaje swój grosz wraz z życzeniami zdrowia. W żadnym z domów nikt nie mówi do niego:

[str.63]

„Nie bierz mi za złe, ale nic dla ciebie nie mam”. Wręcz przeciwnie. Mimo, iż prosi tylko o grosik, ludzie dają mu cztery, sześć. Mojsze-Jankiel jest królem żebraków w miasteczku.

Wieczorem Siedlecką drogą ciągną stada krów i wołów, idą powoli i przeżuwają. Po bydle z pola schodzą owce tą samą drogą i tymi samymi ulicami. Chłopcy lubią wbiegać w środek stada i stać w otoczeniu wystraszonych zwierząt, które ze strachu biegają i skaczą jedno po drugim. „Meee, meee” – meczą owce, biegną wzruszając biały kurz, który mieni się czerwienią w zachodzącym słońcu. Na końcu idzie pastuch niosąc na rękach nowonarodzone na polu owieczki. Ich matka ledwo idzie przy pastuchu, który niesie jej dzieci, wzdycha, meczy: mee, mee. Matczyne meczenie unosi się jeszcze w powietrzu długo gdy stado znika za horyzontem.

Złote krzyże na kopule rosyjskiej cerkwi po wschodniej stronie miasteczka i złote krzyże na polskim kościele po zachodniej stronie płoną w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Słońce świeci też na wielki czerwony dach i wysokie masywne mury oraz szerokie, wysokie okna z kolorowymi szybami naszej sokołowskiej synagogi. Po ulicach chodzi szames Ben-Cijon w szabasowej kapocie i szabasowej aksamitnej czapce, mężczyzna o bujnej czarnej brodzie i pejsach, i pełen wesołości w oczach. Szybkimi krokami przemierza ulice i przeciągłym głosem nawołuje: „Do syyyynaaaagooogiii!” Młyny młynarza Szyi, które swoimi skrzydłami cały tydzień głaszczą błękitne niebo, zatrzymują się, wypoczywają. Dwa skrzydła skierowane do nieba, tak jak w modlitwie. Spóźnione przekupki pędzą do domów z koszami i ławami. Tragarze, cali w mące od pięciopudowych worów mąki, które przenoszą przez cały tydzień, spieszą do domów, a ich głośne kroki unoszą się echem po pustych ulicach. Są cali biali, jak wyryci z białej skały. Tylko ich buty z wysokimi sięgającymi kolan cholewami są czarne i święcą od świeżego tranu, którymi zostały wyczyszczone z okazji szabasu. Buty świecą w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Dla sokołowskich tragarzy szabas zaczyna się od butów, zaraz za nimi podążają spiesznie zakładanie szabasowe czapki.

Szabasowe świeczki płoną już we wszystkich oknach. Powietrze przepełnia cisza,

[str.64]

spokój, świętość. Czerwony ogień, w którym mieniły się kościelne krzyże powoli gaśnie. Ostatnie promienie słoneczne odbijaną się w wodzie strumyka i lśnią kolorami tęczy, odpływają z prądem, który płynie teraz tak cicho i spokojnie przez miasto, ze wschodu gdzieś na zachód. Przepływa przez pola i lasy, między żydowskimi i polskimi domami, przy płocie starego cmentarza, który dziś leży w samym centrum miasta. Wśród wysokich traw i starych drzew leży ukryty Zdrój, w którym jutro w sobotni wieczór sokołowskie dziewczęta wystrojone w szabasowe sukienki przyjdą czerpać zdrojową wodę na herbatę po hawdali [*nabożeństwo na zakończenie szabatu].

W szabes rano ludzie wystrojeni idą do synagogi, do domów modlitwy i chasydzkich sztibli modlić się. Tak samo jak każdego ranka, tak i w szabes, tragarze, woźnice i inni ciężko pracujący idą do synagogi na pierwszy minjan. W synagodze panuje jeszcze tajemniczy mrok. Jest jeszcze wcześnie i chłodno. Mężczyźni stoją owinięci w tałesy przy wysokich, zimnych ścianach. Masywne kolumny na środku synagogi obejmują pulpit i podtrzymują półokrągły sufit pomalowany jak gwieździste niebo. Niektórzy modlący zgromadzili się wokół dużych murowanych skrzyń pełnych piachu, w które w czasie święta Jom Kipur wsadza się woskowe jomkipurowe świece. Z góry, z całej długości wschodniej ściany spoglądają na ludzi znaki zodiaku wymalowane w okrągłych ramach. Na aron ha-kodesz [*szafa, w której przechowuje się zwoje Tory] tańczą wyryte lwy, jelenie i fantastyczne ptaki. Słońce wschodzi, a przez wysokie okna na wschodniej ścianie, z obu stron aron ha-kodesz, przenikają przez kolorowe szyby – czerwone, zielone, żółte i niebieskie świetliste promienie. Świetliste pasy uginają się jak tęcza i spadają na głowy, ramiona i plecy owinięte w tałes.

Gdy bogaci Żydzi i chasydzi idą do swoich domów modlitw, robotnicy już dawno zmówili kidusz [*modlitwa nad kielichem wina] i zjedli ryby, które ich żony przygotowały na szabas. Ryby upieczone zostały ze skórą i ościami, bo tak taniej. Inni jedzą zmrożone grudy klusek, usmażone na oleju od olejarza Szmuela.

Gdy wszyscy wrócą już z synagogi, ludzie grupkami chodzą na spacer. W szabasowych kapotach, a chasydzi w czarnych atłasowych płaszczach opasanych jedwabnymi

[str.65]

pasami i w szerokich czarnych jedwabnych czapeczkach i sztrejmlach [*futrzanych czapkach]. Mienią się i świecą różnymi kolorami paciorki i świecidełka przyszyte do jedwabnych i atłasowych sukien ślubnych, które noszą jeszcze matki i babki w szabes, i w święto idąc do synagogi.

W szabas chłopcy i dziewczęta spotykają się w domach na tańce. Tańczą do śpiewanych przez siebie piosenek. Śpiewają i tańczą polkę, węgierkę, walca. Inni idą na spacer, na pola, do lasu. Widać jeszcze ślady wielkiego pożaru w Szawuot roku 1910. W mieście panuje cisza i spokój. Nie działają partie, nic się nie rusza. Młodzi ludzie są biedni, duchowo osieroceni, ale szukają, tęsknią za czymś, czegoś sami nie są w stanie nazwać. Z biblioteki Mojsze Chaima Szpilmana przeczytane zostało już wszystko, co można było przeczytać. A gdy Josef Brawerman pożyczył od Abrahama Mendla książkę, cieszymy się z tego wszyscy, jak z jakiegoś skarbu. W szabes bierzemy pożyczoną książkę i ostatni numer „Frajnda” [*„Przyjaciel”, dziennik żydowski wydawany w Warszawie], „Roman-cajtung” [*„Gazeta opowieści”, ilustrowany tygodnik o tematyce kulturalnej wydawany w Warszawie] i „Der Sztral”, które z przyjaciółmi zamówiliśmy w Warszawie. Codziennie biegaliśmy na pocztę, bo nie mogliśmy się doczekać, aż listonosz nam je przyniesie. Chodziliśmy do pobliskiego lasku i czytaliśmy, czytaliśmy od deski do deski, do ostatniej linijki na ostatniej stronie gazety, czy magazynu.

Spośród sokołowskiej młodzieży, spotykaliśmy się małą, serdeczną grupką, do której należeli Josef Brawerman, Szmulke Bornsztajn, Abraham Icchok Goldberg, Grincze Bornsztajn, Zisele Mendl Stoler, cukierniczka Gela, Nachum Fridman, ja i jeszcze kilka dziewcząt i chłopców. Każdego tygodnia składaliśmy się po sześć groszy, za zebranie pieniądze kupowaliśmy w Warszawie książki. Za każdym razem, gdy pocztą przychodziło kilka książek było to dla nas jak wielkie święto, a nasza biblioteka, ukryta w sypialni Josefa Brawermana, wzbogacała się o kolejny egzemplarz. Jego ojciec Jehuda Hersz udawał, że o niczym nie wie i pozwalał przechowywać książki u siebie w domu.

Szliśmy z naszymi własnymi książkami pod pachą do parku, na pola albo do lasu. Wśród spacerujących pośród kasztanowców grupek i par przechadzających się po parku lub węgrowskiej szosie, widywało się także byłych rewolucjonistów z lat 1903, 1904, 1905. Już dawno zdjęli czerwone bluzki i czerwone lampasy i szybkim krokiem zmierzali na poranne modlitwy do synagogi, z błękitnymi woreczkami na tałesy pod pachą…

[str.66]

Herszl (syn dużego Lejzera) Grinberg spaceruje sam. Idzie powoli, pogrążony we własnym świecie, jakby nikogo wokół nie było. Twarz zachmurzona, blada, oczy spoglądają gniewnie przez jego binokle, z których zwisa czarny jedwabny sznureczek i opada na białą wyprasowaną kamizelkę. Czarne, grube wąsy spoczywają na jego ustach. Wyglądają jak wycięte z czarnego jedwabiu wyginające się w kąciki ust. Jego gęste czarne włosy nakrywa mała czarna czapeczka. To miejski inteligent, uczony. Czyta książki, rosyjskie gazety i magazyny. Wiele dziewcząt i chłopców uczy się u niego pisać w jidysz, po rosyjski i po polsku. Pisze on listy dla narzeczonych, którzy nie potrafią sami napisać do swoich wybranek i odwrotnie. Jest też u nas w miasteczku nauczycielem muzyki, uczy grać na skrzypcach i innych instrumentach. Na ścianach jego samotnego maleńkiego pokoiku na ostatnim piętrze w domu Arona Karpela wiszą skrzypce. Późnymi wieczornymi godzinami, gdy ostatnie promienie słoneczne przenikają przez szpary w okiennicach i gasną na śniegu, słychać jak jego skrzypce płaczą. Płacz dobiega z okna i razem z wątłym światłem rozbiega się po nocnym niebieskawobiałym śniegu…

III

Niedziela, żydowska niedziela w Sokołowie, nie jest jak każdy inny dzień tygodnia. Bicie dzwonów z polskiego i rosyjskiego kościoła, spacery wystrojonych rosyjskich urzędników i świątecznie ubrani Polacy podążający do swoich świątyń, przeganiają dużą część żydowskiej codzienności.

Od czasu do czasu zabije też dzwon straży ogniowej na końskim targu. Na ulicach bieganina: znów jest pożar! Gdzie się pali? U kogo? Szybko jednak staje się jasne, że to nie ogień, a „fanfary”. Do Sokołowa zjechał gubernator! A miasto chce się pokazać z jak najlepszej strony, zademonstrować swoją „straż ogniową”. Bije

[str.67]

zatem strażacki dzwon. Już biegnie Bolek w jasnoniebieskim mundurze i miedzianym hełmie na głowie, który błyszczy i mieni się w słońcu. Trąbi zaraz w swoją miedzianą trąbkę zwołując towarzyszy. I ze wszystkich zakątków miasta zbiegają się „strażacy”, zapinają w biegu niebieskie mundury, zbierają się przy szopie na ulicy Siedleckiej. Szeroka brama prowadząca do szopy otwiera się i strażacy wynoszą pomalowane w zielono-czerwone pasy beczki z wodą, długie wozy z drabinami, pikami i sikawkami. Jakub zwany grubym prosiakiem, dowodzi. Wydaje rozkazy, jego tłusta twarz błyszczy w słońcu jak miedziany hełm na jego głowie i miedziane guziki w mundurze.
Brygada ogniowa ustawia się w rzędzie i pędem wraz z całym sprzętem biegnie ulicą Siedlecką na koński targ. Z czerwono-zielonymi beczkami, kołami, sikawkami, wozami, niebieskimi mundurami i miedzianymi błyszczącymi czapkami. Aż oślepia! Na czele w pierwszym rzędzie biegnącej parady, biednie Calek Orłowski, jedyny żydowski strażak w sokołowskiej komendzie. Calek nosi chorągiew brygady. Biegnie w swoim niebieskim mundurze w pierwszym rzędzie, wysoko nad głową niesie czerwoną trzepoczącą chorągiew, a jego białą bujną brodę wiatr rozwiewa na niebieskim mundurze. Wygląda jak sam dowódca brygady.

Wśród publiczności, dorosłych i dzieci, którzy biegną na rynek zobaczyć to przestawienie, jest też żona Calka, golarka Jenta. Jest teraz najszczęśliwsza! W dni powszednie Calek jest krawcem, a jego żona Jenta golarką. Goli pobożnym żydowskim kobietom głowy, a gojom ich „trefne mordy”. Ale dziś, w takim dniu Calek nie jest zwyczajnym krawcem, a ona prostą golarką.

Ale prawdziwie pięknymi świątecznymi dniami w Sokołowie były dni, w których odbywały się wesela lub, rzadsze, święto zakończenia cyklu czytania Tory. Tygodniami, miesiącami przygotowywano się do tych wielkich wydarzeń. Już same przygotowywania wprowadzały świąteczny nastrój, który nasilał się i gęstniał im bliżej był moment, w którym wszyscy, całe miasto prowadziło pana i pannę młodą po ulicach, w towarzystwie skocznej muzyki, na podwórze synagogi. Gdy wnoszono Torę do synagogi, była piękna letnia noc. Gwiazdy świeciły na niebie jak lampki. Pomiędzy nimi wisiał księżyc, jak wielki błyszczący reflektor i oświetlał idącym drogę do synagogi. Na przedzie szedł blacharz Jone w dziwacznym stroju, w masce na twarzy i papierowej koronie na głowie. Blacharz Jone podbiegał na przód i w tył jakby tańczył skocznego walczyka. Jone jest bardzo wysoki. Uczniowie chederu, którzy biegali

[str.68]

wokół niego porównywali go do Oga, króla Baszanu [*Og, król Baszanu, to fikcyjna postać opisana w Biblii; miał zaatakować Mojżesza i zginąć w walce]. Bali się, że Jone tak długo będzie wydawał rozkazy, aż zaczepi swoją koroną o księżyc, który świeci teraz tak jasno i jeszcze mu spadnie…

Po Jone idą rycerze, Żydzi przebrani w wywinięte na lewą stronę futra. Wyglądali jakby byli prawdziwą armią Izraela. Z rycerzami biegną chłopcy z płonącymi pochodniami na długich patykach. Pochodnie rzucają żółtawo-czerwone światło, które miesza się z błękitnym blaskiem księżyca. Inni polewają naftę na ledwo płonące pochodnie, a te rozpalają się na nowo i znów płomień ognia unosi się w powietrze i rzuca czerwone światło na mury domów.

Za rycerzami na długim patyku idzie niesiona przez kogoś latarnia. Na ściankach latarni wykonanych z cienkiego kolorowego papieru szames Ben-Cijon pracował tygodniami. Tyle czasu zajęło mu wycięcie wszystkich ptaszków, jeleni, lwów, menor, gwiazd Dawida, kwiatów i innych motywów. W latarni płonie teraz duża lampa naftowa. Niosący przesuwa patyk z latarnią i naszym oczom ukazuje się płonący brązowy lew z czerwonym językiem i zielonym napisem: „odważny bohater”. Zaraz za nim jeleń z rozłożystym porożem. Latarnia mieni się przeróżnymi kolorami. Niosą ją do chupy, dokąd idą też wszyscy klezmerzy. Hersz-Nachum ze swymi skrzypkami po środku, bębniarz Szepsele z jednej strony, a Hersz Ber z kontrabasem po drugiej. Śpiew Hersz-Nachuma miesza się z melodią z jego brązowych skrzypek z białymi strunami, po których w górę i w dół biega smyczek. Bardziej podskakuje niż idzie ten nasz Hersz-Nachum, tak jak skaczą po strunach jego palce. Gra i śpiewa twarzą zwrócony do chupy, do Tory… Gra i śpiewa dla Tory…

Bębniarz Szepsele słynący w miasteczku ze swoich żartów i psot, które stroił dziewczętom i młodym kobietom na weselach, teraz jest innym człowiekiem. Na jego usianej piegami i otoczonej żółtawą brodą twarzy rysuje się powaga. W grę wkłada cały swój talent i próbuje jak najpiękniej, jak najkunsztowniej bębnić swoimi miedzianymi tackami i dzwoneczkami do taktu skrzypek Hersza-Nachuma. Nawet Hersz-Ber ze swoją „jałówka” (tak przezywano w mieście jego wielki kontrabas), trzymaną w prawej ręce, nie jest taki jak zawsze. Hersz-Ber potrafi rzępolić na swoim kontrabasie przez całe wesele i nie podnieść

[str.69]

wzroku wyżej niż ponad czubek swojego buta. Hersz-Ber nic nie mówi – „Co mam gadać? O czym?” Nie ma nic do powiedzenia. A gdy już przez swoją gęstą brodę wyda jakiś dźwięk, to jest on tak niezrozumiały jak jego rzępolenie. W środku Hersza-Bera coś się robi – jego gęsta broda drży, porusza się jakby chciał coś powiedzieć. Może, tak jak Hersz-Nachum i on chce tańcować w stronę Tory. Ciężko odwraca się ze swoim ciężkim kontrabasem, porusza smyczkiem w tę i we w tę, i już stoi twarzą do Tory. Jego ciężka głowa w czarnej płóciennej czapce unosi się. Broda drży, dwoje wielkich wilgotnych oczu otwierają się. Hersz-Ber spojrzał w stronę chupy, spojrzał na Torę! Zaraz jednak znów przymyka oczy i opuszcza głowę. Podążając za smyczkiem szybko się odwrócił – Hersz-Ber zawstydził się, a może wręcz wystraszył się świętej Tory.

Ostry gwizd przecina powietrze! Chemiele słynie wśród targowych tragarzy i woźniców ze swoich świstów. Gdy Chemiele pojawia się na rynku bosy, w szmatach i w czymś na głowie przypominającym czapkę, zaraz robi się głośno: „Chemiele, zagwiżdż!” Chemiele szczyci się swoim talentem. Wie, że nikt nie potrafi tak gwizdać jak on. Niech krzyczą. „Figę, a nie będzie gwizdał!” Chemiele podchodzi utykając, wkłada do ust palce, jeden z jednej, drugi z drugiej strony, wygina język i gwiżdże. A każdy jego gwizd przecina powietrze jak strzała. I nikt już nie musi prosić go, aby zagwizdał, bo Chemiele nie przestaje gwizdać. Cieszy się i gwiżdże na chwałę Tory!

Torę zabrano na noc do synagogi. Ludzie rozchodzą się i z daleka słychać jeszcze ostatnie kroki rycerzy wracających do domów. Robi się cicho. Nocna, spokojna cisza. Księżyc i gwiazdy są jeszcze bliżej i świecą jeszcze jaśniej. Tak blisko, że aż je słychać. Droga mleczna rozpościera się na nocnym niebie jak biały błyszczący atłas. Gasną ostatnie żółte promienie wpadające przez szpary w okiennicach. Szzzzzzzz, miasteczko śpi… Moje miasteczko Sokołów śpi…

IV

Zachodzące słońce podpaliło niebo, a ogień

[str.70]

rozprzestrzenił się po całym zachodzie. Ogniste chmury migoczą, jak płonące statki na szturmowym morzu.

Żydzi w drodze na modlitwę poranną i południową przystają, i zdziwieni przyglądają się temu diabelskiemu ogniowi. Zamyśleni mamroczą: „Znak wojny”. Ale uczniowie z chederu dobrze wiedzą, że jest to piekielny ogień i że płoną w nim teraz zbóje.

Ogień robi się jeszcze bardziej piekielny i rzuca czerwony blask na całe miasto, na domy, na ulice, ludzi i nawet uliczny bruk mieni się różowym światłem…

Młode dziewczęta w lekkich, letnich sukienkach i młodzieńcy, większość w niebieskich bluzkach opasanych czerwonymi paskami i zwisającymi frędzlami, schodzą się z okolicznych ulic i uliczek i zbierają się w czerwonym świetle pod płonącym niebem, na ulicy Siedleckiej. To spotyka się właśnie sokołowska klasa robotnicza.

Ustawiają się w rzędy zajmujące całą szerokość ulicy i maszerują ulicą Siedlecką od początku drogi na Siedlce aż do nowego besmedresza i z powrotem. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Gdy z naprzeciwka nadchodzi inna kolumna, przecinają się i każda idzie dalej w swoją drogę.

Policja nie pozwala na demonstracje, ludzie idą zatem na rzekomy spacer. Spacerować można. W każdej kolumnie jest jeden mówca – „agitator”, który mówi o wolności, o równości, braterstwie Żydów, Polaków, Rosjan, o wolności dla wszystkich narodów we wszystkich krajach. Wolność dla całego świata! I w czerwonym powietrzu pod płonącym niebem eksplodują nowe, jeszcze nigdy tu niesłyszane słowa: „Proletariat! Walka! Barykady! Rewolucja!”

Ogień na niebie gaśnie. Ogniste chmury wypaliły się. Zapalają się teraz srebrne gwiazdy na nocnym niebie.

Znaki wojny zniknęły. Znak rewolucji jest na ulicy Siedleckiej jeszcze całkiem żywy…

[str.71]

Szosa siedlecka

Sokołowski koński targ

 

[str.72]

 

Mojsze Zając
(Kirjat-Tiwon)

Sokołów pomiędzy dwiema wojnami

Ze względu na częste w Sokołowie pożary, stare miasto, które prawie w całości zbudowane zostało z drewna, zniknęło z powierzchni ziemi. Z tamtych czasów nie pozostały żadne starodawne budynki, czy choćby ich ruiny. Najstarszym miejscem w mieście był stary cmentarz [*przy obecnym zbiegu ulic Magistrackiej i Wiatraki], na którym wiele prostych macew zapadło się albo wrosło w ziemię. Z biegiem lat trudno było także rozczytać napisy na kamieniach. Stary besmedresz [*przy obecnej ul. Magistrackiej] nie był wcale taki stary. Przydomek „stary” otrzymał być może dlatego, że został odbudowany po pożarze na fundamentach prawdziwie starego domu modlitwy. Także wielka synagoga [*przy obecnej ul. Magistrackiej 1], której budowa nie została zakończona do dzisiejszych czasów, niekompletne było przede wszystkim jej wnętrze, też została zbudowana na fundamentach starej spalonej synagogi, której ściany częściowo wykorzystano w nowej budowli.
Stary besmedresz nie był pod żadnym względem stary, ani jego architektoniczny styl na zewnątrz, ani wyposażenie wewnątrz (aron ha-kodesz [*szafa na zwoje Tory] czy podesty). Było to proste, długie pomieszczenie z wielkimi oknami na wschodniej ścianie. Z ulicy kilka niskich schodków prowadziło do przedniego budynku skąd wchodziło się do synagogi.

Wewnątrz na wschodniej ścianie między dwoma oknami stał prosty, drewniany aron ha-kodesz i podest dla prowadzącego modlitwę. Po środku – wielkie ogrodzone sztachetami wywyższenie, na które wchodziło się po niewielkich, po obu stronach umieszczonych schodkach. Pod ścianami stały długie drewniane stoły z ławami, które w czasie modlitwy, w szabesy i święta zajęte były przez modlących się, a w

[str.73]

dni powszednie między jedną modlitwą a drugą przez uczniów jesziwy, młodzieńców będący na utrzymaniu teściów, starców i stałych uczniów. Zachodnia ściana synagogi z małymi, zakratowanymi drewnianymi sztachetami oknami, tworzyła swoistą granicę między męską, a kobiecą częścią synagogi. Na przedzie stały kobiety, które rozumiały hebrajski. Jako pierwsze wyłapywały słowa chazana [*kantora, urzędnika gminy pełniącego różne funkcje], powtarzały je na głos, a po nich wszystkie pozostałe kobiety powtarzały słowa modlitwy. Kobiety – zogerki [*kobiety, które pomagają w modlitwie niepiśmiennym] potrafiły już nadać odpowiedni ton modlitwie. Gdy modlitwa miała być spokojna, słychać było z babińca tylko cichy szmer, a gdy powtarzały modlitwy na Jamim Noraim to z babińca dobiegały szlochy i rozdzielające serce jęki, jakby kobiety ze wszystkich sił chciały pomóc chazanowi, aby rozstąpiło się niebo. Często kobiece głosy były tak donośne, że z męskiej części krzyczano: „Kobiety, cicho! Nie można się modlić!” Wówczas kobiety nieco urażone ściszały głosy, powtarzały słowa chazana trochę ciszej i dawały mężczyznom samym wyprosić wszelkie dobra u Pana w Niebiosach.

Ważne miejsce w besmedreszu zajmował piec. Stał on przy drzwiach wejściowych, niedaleko miedzianej beczułki wykorzystywanej do przemywania rąk. Piec był czterokątny i wysoki aż po sufit, zbudowany z białych kafli, miał po obu stronach parę okrągłych metalowych drzwiczek służących do grzania oraz kwadratowe drzwi, za którymi można było podgrzewać wodę na herbatę. Piec synagogalny był instytucją samą w sobie. „Siedzi w synagodze pod piecem” stało się w miasteczku swoistym porzekadłem i znanym wszystkim biedakom, bezdomnym, kalekom i włóczęgom, adresem. Także rozmowy o politycznych wydarzeniach i lekcje strategii wojennych odbywały się pod piecem. Stary besmedresz był często miejscem spotkań żydowskich bezdomnych, ludzi, którzy uciekli przed pogromem lub zwykłych tułaczy, przesiedleńców. Nieszczęśnicy walczyli ze sobą o miejsce przy piecu, a gdy miejsce przy piecu nie było zajęte przez nikogo z obcych, to szybko znajdował się swojski sokołowski bezdomny, jak na przykład Jidl Plinder, czy ktoś inny.

Stary besmedresz znajdował się na końcu ulicy Bóżnicznej [*obecna Magistracka] przy strumieniu (mały płynący strumyk o nazwie

[str.74]

„Cetynia” [*w oryginale Cytryna]), który latem prawie całkowicie wysychał. Chętnie wykorzystywali go woźnice, aby napoić w nim konie i praczki, aby wyklepać w nim pranie. Przez długie lata stary cmentarz otwarty był ze wszystkich stron, a ponieważ porośnięty był wysoką trawą, był dobrym miejscem do wypasu miejskich koni i kóz. Niedługo po zakończeniu I wojny światowej dzięki temu, że miejscowy bogacz Bucze Rubinsztejn (albo jak go nazywano w miasteczku – oceciarz Bucze) podarował dużą sumę pieniędzy, [zbudowano] murowany płot, który otoczył cmentarz. Cmentarz był zaniedbany i opuszczony. Po grobach nie było nawet śladu. Było tam tylko kilka zapadniętych w ziemi kamieni, na których nie można było już nic rozczytać i nikt nawet nie fatygował się, aby uprzątnąć z nich gęsty mech, aby odczytać imię i datę, które mogłyby pomóc w ustaleniu daty powstawania żydowskiej społeczności w Sokołowie. Jedynymi odwiedzającymi stary cmentarz byli uczniowie z chederu [*elementarnej religijnej szkoły żydowskiej], którzy w przeddzień Tisze be-Aw przychodzili pozrywać małe jagódki rosnące na drzewach, którymi później obrzucali modlących się. Także w czasie Jamim Noraim nieliczni odwiedzali groby swoich przodków przynosząc kwitle [*kartki z prośbami] na groby cadyków. (W czasie okupacji nazistowskiej murowany płot został rozebrany, teren cmentarza zaorany i żaden ślad po nim nie pozostał).

Po wielkim pożarze w roku 1910 ze starej synagogo pozostały tylko fundamenty i część ścian. Na jej pozostałościach wybudowano nową synagogę. Z tego powodu synagoga odbudowana została zgodnie ze starym zwyczajem, jak twierdza. Miała więc grube murowane ściany, małe okienka, wysoko prawie pod dachem, aby niełatwo przychodziło ich rozbicie. Był to wielki kwadratowy budynek zakończony półokrągłym dachem.

Synagogę otaczał szeroki wybrukowany plac znajdujący się naprzeciw starego besmedreszu. Wejście do synagogi było po stronie zachodniej. Ciężkie dębowe wypolerowane drzwi prowadziły do przedsionka, a stąd do wnętrza synagogi. Od strony południowej było wejście na babiniec, który znajdował się na piętrze. Przez duże dziury w ścianie podzielonej drewnianymi sztachetami kobiety śledziły modlitwy.
Z przedsionka można było wejść do dwóch pokoi, w których uczniowie

[str.75]

szkoły Jawne [*szkoły, które łączyły wychowanie religijne z narodowo-syjonistycznym] studiowali w ciągu tygodnia, a w szabasy i święta służyły one za bożnice dla rzemieślników.

Wejście do synagogi z przedsionka robiło wielkie wrażenie. Pięknie rzeźbiony aron ha-kodesz zajmował całą długość wschodniej ściany. Do aron ha-kodesz prowadziło kilka schodków, a ozdobiona była ona jedwabną zasłonką, na której wyhaftowano złote litery. Po obu stronach schodków leżały dwa wyrzeźbione z drewna i pomalowane na złoto lwy strzegące świętości.

Obie strony aron ha-kodesz i miejsce ponad nim były swoistym dziełem sztuki ukazującym ludowe święte motywy wyrzeźbione w drewnie i ozdobione złotem i innymi kolorami dopasowanymi do naturalnego wyglądu wyrzeźbionych motywów. Każda część, prawie w rzeczywistym rozmiarze, którą można było zdjąć i włożyć z powrotem na miejsce, była sztuką samą w sobie. Lwy, biegnący jeleń i szybujący po niebie orzeł, który rozpostarł swoje skrzydła, były wyrzeźbione prawie w rzeczywistych rozmiarach. W specjalnym kącie stała laska Mojżeszowa, którą dokonywał cudów na oczach faraona. Laska była większa niż niejeden człowiek i kończyła się okrągłą główką ozdobioną różnymi motywami. Obok błyszczały pięknie szaty Arona i nie wprowadzając żadnych ludzkich postaci [*judaizm zabrania przedstawiania ludzkich sylwetek w malowidłach synagogalnych], artysta pięknie przedstawił naszych praojców – Mojżesza i Arona. Po drugiej stronie stał rzeźbiony ołtarz z motywami chleba, plemion Izraela, owocami w najpiękniejszych naturalnych kolorach. Szczególne miejsce zajmowała siedmioramienna menora [*świecznik], szofar [*róg, instrument dęty], lulaw [*gałąź palmy daktylowej] i etrog [*owoc cytrusowy] – a wszystko w rzeczywistych rozmiarach i kolorach. Nad aron ha-kodesz znaki zodiaku oznaczone literami symbolizującymi dziesięć przykazań, a na górze wielka złota korona – korona Tory. Całość stanowiła wielkie ludowe dzieło, które nawet u niereligijnych ludzi (albo chrześcijan) wywoływało zachwyt. Także sufit, nowoczesne podesty i ławki zachwycały. Wszystkie namalowane na ścianach zwierzęta, motywy z Erec Isroel [*hebr. Ziemia Izraela] takie jak Ściana Płaczu, grób matki Racheli, niewola babilońska i wzorowa czystość i porządek, tworzyły wygląd naszej nowoczesnej synagogi.

Synagoga służyła nie tylko za dom modlitwy, ale także

[str.76]

miejsce wielkich żydowskich zebrań dotyczących różnych gminnych spraw. A gdy administracja synagogi przeszła w syjonistyczne ręce, odbywały się tam także syjonistyczne mityngi na rzecz Keren Kajemet [*fundusz gromadzący środki na zakup ziemi w Palestynie] czy Keren ha-Jesod [*organizacja zbierająca fundusze na organizację żydowskiej imigracji do Palestyny]. Usłyszeć było można także ostre głosy protestu przeciwko krwawym wydarzeniom w Erec Isroel. Po przemówieniu liczna publiczność wyszła demonstrować na ulice wznosząc okrzyki przeciwko morderczym rękom przelewającym żydowską krew w Erec Isroel, aż policja rozgoniła demonstracje.

Przez wiele lat sokołowscy Żydzi zbierali pieniądze i budowali swoją synagogę. Każdy miejscowy działacz, zacząwszy od Herszla Grinberga, żydowskiego sekretarza niemieckiego burmistrza Sokołowa w czasach I wojny światowej, który pomógł zarządowi gminy stworzyć ten piękny rzeźbiony aron ha-kodesz i podarował synagodze wielki mosiężny lichtarz, aż po ostatniego energicznego gabaja [*pracownika] synagogi, syjonistycznego działacza, Binjomena Rubinsteina, każdy robił co mógł aby ukończyć budowę i upiększyć synagogę. Sokołowscy Żydzi mogli być dumni ze swojej synagogi, drugiej takiej nie było w żadnym innym małym polskim miasteczku, a w całej Polsce tylko kilka.
Zdarzało się, że na żydowskich ulicach w Sokołowie rozbrzmiewał śpiew i muzyka żydowskich klezmerów [*muzyków], gdy ludzie w religijnej ekstazie prowadzili pod chupę [*baldachim ślubny] nowy, ozdobiony koroną zwój Tory. Pobożne kobiety szyły i wyszywały złotymi nićmi płaszczyk [*Tora była zawsze ubrana w ozdobną szatę], miejscy bogacze dali pieniądze na wyszyte drzewo życia, a ludzie z chęcią płacili za literki albo jakiś ścieg.

Któż nie brał udziału w uroczystościach w wielkiej synagodze? Nawet niedowiarki tłoczyły się w wielkiej ciasnocie, aby popatrzeć na tańczących ludzi ze zwojem Tory na ręku. Na przedzie szli dostojni bogacze z miasteczka, którzy mogli nosić Torę na samym początku. Za nimi szli zwykli ludzie, a na końcu dzieci niosące chorągiewki i płonące świeczki i czerwone jabłka wbite na szczycie chorągiewek. Święto Simchat Tora [*Radość Tory, święto oznaczające koniec czytania Tory w danym roku] było szczególne ważne dla sokołowskich tragarzy, woźniców i zwykłych rzemieślników. Była to dla nich jedyna okazja, aby być tak blisko Tory i sokołowskiego rebe, który przychodził do synagogi

[str.77]

na uroczystości. Łapali więc Torę w swoje silne spracowane ręce, wybierali specjalnie największy i najcięższy zwój i tańczyli z nią i czuli się z nią bardzo dobrze, jak z dobrym bratem, którego nie chce się wypuścić z ramion.

Stareńki i siwiuteńki szames Ben-Cijon musiał zaprowadzać porządek i kazać przekazać Torę kolejnemu, który niecierpliwie czekał na swoją kolej. Szames Ben-Cijon cieszył się ogólnym szacunkiem. Chłopcy z chederu opowiadali, że jest on jedynym, który nie boi się przejść obok synagogi po północy. Ludzie opowiadali, że pewnego razu, późną zimową porą,

Szames Ben-Cijon

przechodząc obok synagogi, słyszał, jak ktoś wzywa go do czytania Tory. Szybko zrozumiał, że to przyszły szukać zbawienia grzeszne dusze, które za swoje występki na tym świecie, nie znalazły miejsca na tamtym. Szames Ben-Cijon nie wystraszył się, podszedł do drzwi synagogi, zastukał swoją ciężką laską i trzy razy zawołał na głos: „Zmarli, zaznajcie spokoju!” Zmówił do tego kilka linijek Kriat Szma [*wyznanie wiary; „Słuchaj Izraelu…”] i w synagodze zapadła cisza. Więcej już nigdy nie wywoływano go do czytania Tory.

Pierwsze wrażenie po przybyciu do miasteczka było

[str.78]

dobre. Szczególnie ładne było centrum miasta. Ci, którzy znali Sokołów z czasów carskiej władzy, dobrze widzieli zmianę i postęp, jaki miasto zrobiło we wszystkich obszarach, w ciągu dwudziestu kilku międzywojennych lat. Po pożarze z 1910 roku wykształciły się dwie równoległe podobne ulice przy których wybudowane zostały piętrowe murowane domy. Place targowe jak i centralne ulice wybrukowane były zwykłymi kamieniami (kocie łby), które oczywiście nie były tak szykowne jak ulice asfaltowe, ale dzięki temu w Sokołowie latem nie cierpiano z powodu kurzu, a zimą błota. Przed domami i sklepami zbudowano szerokie chodniki. Ulice codziennie zamiatano, a o czystość dbali wszyscy pod groźbą kary. Miasto oświetlane było eklektycznymi i gazowymi latarniami. Zrozumiałe jest, że boczne ulice, na których mieszkała żydowska biedota, nie były tak zadbane. Podupadłe, drewniane domy, których pożar nie dopadł i podwórza były wystarczająco brudne. Wtedy w Sokołowie nie było jeszcze kanalizacji. Wodę do bogatych domów przynosili tragarze, a biedacy sami nosili wodę ze studni. Pomyje i inne nieczystości wylewano na podwórze. Wiele żydowskich dzieci z Sokołowa miało blade twarze i krzywe nogi. TOZ [*Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce], żydowska instytucja zdrowotna, miała wiele pracy w dziedzinie higieny żydowskiej społeczności w Sokołowie.

Pod względem ekonomicznym Sokołów niewiele się rozwijał. Poza fabryką cukru „Elżbietowem”, do której zresztą żaden żydowski pracownik nie miał wstępu, w Sokołowie nie było innych zakładów przemysłowych, które zatrudniałyby robotników i pomagały w ekonomicznym rozwoju miasta. Żydowska społeczność będąca większością w mieście, składała się głownie z rzemieślników i kupców. Po I wojnie światowej miasteczko było w bardzo złej sytuacji ekonomicznej. Tzw. bolszewicka inwazja (1920-1921) także przyczyniła się do zrujnowania społeczności. Żydzi, którzy od zawsze częściej operowali pieniędzmi niż innymi dobrami, z powodu wielkiej inflacji bardzo zubożali.

Z tego okresu pochodzi sokołowski Komitet Pomocowy. Dzięki pomocy z amerykańskiego Jointu [*American Jewish Joint Distribution Committee; organizacja charytatywna] w Sokołowie założono kuchnię ludową,

[str.79]

która trzy razy dziennie rozdawała żydowskiej społeczności jedzenie. Długie kolejki ustawiały się codziennie przy starym besmedreszu, gdzie wydawano posiłki. Z garnuszkami i miseczkami w rękach, stały w zastępstwie zawstydzonych rodziców przede wszystkim dzieci, które cierpliwie czekały aż dostaną odrobinę ciepłej strawy, z którą biegły szybko do domu.

Powoli sytuacja się stabilizowała. Nowy polski złoty zyskiwał na wartości. Sokołowscy szewcy i kuśnierze mieli ręce pełne pracy, bo eksportowali buty i futra aż do Rosji.

Żydowska Kasa Pożyczkowo-Oszczędnościowa pomagała żydowskim rzemieślnikom udzielając małych pożyczek na zakup materiałów lub nowych maszyn potrzebnych do pracy. Jednak niewielu miało pracy w nadmiarze. Młodzi rzemieślnicy uciekali więc do wielkich miast, przede wszystkim do Warszawy, doskonaląc swój fach. Byli szczęśliwi, że udało im się zostać tam i znaleźć pracę.

Nie lepiej wyglądał żydowski handel w Sokołowie. Mimo, że handel w miasteczku należał, do wybuchu II wojny światowej, prawie wyłącznie do Żydów, był to w większości handel drobny, a dochód z niego skromny. Wyjątkiem były pojedyncze duże sklepy, manufaktury i spichlerze, które ciężko na sukces pracowały. Większość żydowskich sklepikarzy ledwo wiązała koniec z końcem.

Żydowscy handlarze zarabiali pieniądze przede wszystkim na polskich chłopach z biednych wiosek, którzy w mieście sprzedawali swoje wiejskie produkty, a kupowali wszystko, czego potrzebowali. W Sokołowie żydowscy kramarze czekali z niecierpliwością na czwartkowe targi i prosili Boga, aby tego dnia nie padał deszcz, a handel przebiegał pomyślnie. Był to dzień zarobku, gdy chłopi z okolicznych wsi zjeżdżali do miasta i ustawiali swoje wozy na wielkim placu targowym w centrum miasta. Wokół tego placu koncentrowały się żydowskie sklepy i stragany. Wszystkie kramy były własnością szlachcica [*Ludwika] Hirschmanna. Żydzi dzierżawili od niego sklepy, płacili czynsz, cierpieli z powodu widzimisię szlachcica i ciągle grożono im eksmisją. W dni targowe kramarze wystawiali przed sklepy niewielkie stoły (stoiska) z kawałkami tkanin, tanim płótnem i kolorowymi materiałami bawełnianymi

[str.80]

na sukienki dla chłopek, produktami galanteryjnymi, igłami, nićmi, guzikami, klamrami i szpilkami do włosów i sztabkami mydła. Sprzedawcy przy stolikach cały dzień kłócili się ze sobą próbując przekrzyczeć konkurencję. Klientów przyciągali za poły do swoich stolików i wmawiali, że tylko oni mają najlepsze i najtańsze towary. Już w środę wieczorem żydowscy kramarze przygotowywali się do dnia targowego, pożyczali na procent, aby sklep zapełnić materiałami.

Pierwsze wiejskie wozy zajeżdżały do miasta już z samego rana. A znajdowały się na nich wszelkie dobra: wielkie wory różnych zbóż, nabiał – ser biały, wielkie banie masła, zsiadłe mleko i śmietana, oraz drób i jaja. Na niektórych wozach leżały związane cielaki albo za wozem szła przywiązana sznurkiem krowa. Hałas na targu był ogromny. Krowy muczały, konie rżały, koguty piały, a głosy kupujących i sprzedających wypełniały całe miasto zgiełkiem i gwarem. Aż można było ogłuchnąć! Hałas ten napełniał żydowskich kramarzy radością i zwiastował dobry zarobek. Następnego dnia był już piątek i były pieniądze na rybę i mięso na szabas.

Pierwszymi kupującymi, którzy ukazywali się na targu wśród chłopskich wozów, byli żydowscy handlarze zbożem. Gdy tylko zobaczyli wór na wozie, lekko go macali i zaraz wiedzieli, co jest w środku. Trochę się targowali i zaraz zarzucali wór na plecy i biegli razem z chłopem do spichlerza Rubinsteina zważyć wór, zapłacić chłopu i już zarabiali na jego sprzedaży. Za chwilę też wracali na targ.

Żydowscy rzeźnicy chodzili między wagonami i oglądali bydło. Biedni rzemieślnicy zadawalali się cielakiem. Bogaci kupowali całe krowy. Gdy obejrzeli i obmacali krowę ze wszystkich stron, zaczynano się targować z chłopem o cenę. Jeden drugiemu przyklepywał w dłoń, a każde klepnięcie oznaczało wyższą albo niższą cenę. Obie strony, czasem też i trzecia, czyli pośrednik, który pomógł zakończyć interes i dostał pieniądze za pośrednictwo, szły do Zielonego, do karczmy na szklaneczkę gorzałki i śledzia. Chłop dostawał swoje pieniądze, a krowę zaraz prowadzono do rzeźni.

Szczególnymi skupującymi były kobiety, tak

[str.81]

zwane „przekupki”, które z chłopskich wozów kupowały drób, masło i jaja. Nawet z Warszawy przyjeżdżały przekupki wykupić konkurencji produkty i nie dawały miejscowym zarobić ani grosza. Dochodziło wówczas do ostrych kłótni między kobietami. Chłopki chowały towary w sklepach i żądały za nie większych cen.

Nie minęło nawet pół dnia, a chłopskie wozy były już puste. Zarobiwszy pieniądze na sprzedanych wiejskich produktach, chłopi kupowali w sklepach potrzebne im i ich gospodarstwom produkty. Każdy chłop miał zaznajomiony z nim żydowski sklep, w którym robił zakupy. Nawet gdy w Sokołowie otworzono chrześcijańskie sklepy, chłopi kupowali w żydowskich sklepach. Tam dostawali towary taniej, bo żydowscy drobni kupcy nastawiali się na minimalny zarobek, tylko aby zapewnić sobie przeżycie. W żydowskich sklepach chłopi czuli się też swobodniej, mogli się targować, wymienić towar i ogólnie mieli więcej zaufania do swoich znajomych Żydów niż do przyjezdnego „patriotycznego sklepikarza”. Nawet w czasach przed wybucham II wojny światowej, w czasach jawnego bojkotu i pikiet żydowskich sklepów wolał nie jeden chłop zostać nazwany zdrajcą i żydowskim pachołkiem, i nadal kupować w żydowskich sklepach. Ale byli to nieliczni.

Ekonomiczny bojkot, zainspirowany i popierany przez polski rząd zrujnował całkowicie chłopów i odebrał im od ust ostatnią kromkę chleba. Jeszcze przed hitlerowską okupacją Polski we wrześniu 1939 roku Polskę całkowicie ogarnęła hitlerowska antysemicka nagonka. W przededniu wybuchu wojny Polska nie widziała większego niebezpieczeństwa dla swojej niepodległości niż… żydowski handel. Sokołowski czwartkowy targ, dni handlu i zarobku, zamieniły się w dni antyżydowskiej nagonki i antyżydowskich rozruchów, a wielki targ był areną pogromu żydowskich sklepów, połamanych i poprzewracanych stołów i rozbitych żydowskich głów. Razem z chłopami, którzy ostatnio przyjeżdżali na targ, zjeżdżały się do miasta endeckie bojówki z kijami w rękach i zabierały się za święty pogrom. Część bojówkarzy prowadziła pikietę przed żydowskimi sklepami i nie wpuszczała do środka chrześcijańskich klientów. Inni „chłopcy” rozdawali

[str.82]

antyżydowskie odezwy wśród chrześcijańskiej ludności – odezwy cieknące trucizną dzikiego zwierzęcego antysemityzmu.

W Sokołowie mieszkali odważni [żydowscy] młodzieńcy, którzy mieli odwagę przeciwstawić się i bronić Żydów i żydowskich domostw. Nie była to żadna zorganizowana grupa, ale jak na zawołanie ludzie zjawiali się na ulicy, czeladnicy, żydowscy woźnicy, rzeźnicy i tragarze. Na ich czele stał znany w Sokołowie Chaimke Poszelenczyk [?]. Jeden z żelaznym prętem, inny z kijem albo kamieniem w ręku kroczyli w kierunku rynku. Do wielkich walk nigdy nie dochodziło. Wystarczały rozbite głowy polskich chuliganów, aby endeccy „bohaterowie” zaczęli się wycofywać.

Na początku, gdy chuligani buszowali, policji nigdzie nie było widać. Teraz zaraz się zjawiała i robiła „porządek”. Nie przychodziła, broń Boże, z pomocą rabowanym i bitym Żydom aresztować atakujących. Policja goniła tylko żydowskich obrońców. Przeciwko policji nie można było oczywiście wystąpić i żadnemu z żydowskich młodzieńców nie było w smak wpaść w ich ręce. Rozbiegali się zaraz i ukrywali jak najlepiej mogli nie przed chuliganami, a przed stróżami porządku. Chaimke musiał długi czas się ukrywać, bo szukała go policja.
Zrozumiałe jest, że taki dzień targowy był stracony. Chłopi szybko uciekali z rynku i wracali do wsi. Niektóre żydowskie sklepy znów się otwierały, ale żadnych klientów już nie było. Targ, który zapowiadał się tak dobrze i miał przynieść zarobek, kończył się pogromem.
Żydowski senator [Jankiel (Jakub)] Trockenheim, którego zaproszono, aby spędził w Sokołowie czwartkowy dzień i na własne oczy zobaczył, co wyczyniają endeckie bojówki, został przez nieobrażony i obrzucony kamieniami. Miejscowa policja nie uważała nawet za stosowne zatrzymać zbójów i tylko poradziła senatorowi, aby opuścił plac.

Sokołów zawsze słynął ze swoich antysemitów. W miasteczku nigdy nie było współpracy między

[str.83]

żydowską i chrześcijańską ludnością. Żydowscy radni siedzieli w radzie miasta. Na początku wielu, bo Żydzi stanowili większość w mieście, później – mniej, bo miejscowa władza w sztuczny sposób stworzyła chrześcijańską większość w mieście, dzięki przyłączeniu okolicznych wsi i ich czysto chrześcijańskiej ludności. Żądania żydowskich radnych nie były nigdy brane na poważnie. Często byli oni obiektem żartów ze strony chrześcijańskich radnych.

Nawet w spokojnych czasach żaden Żyd nie czuł się bezpieczny na spacerze poza czystko żydowskimi ulicami. Często, gdy żydowska spacerująca para chciała schować się sprzed oczu postronnych świadków i udała się wieczorem trochę dalej za miasto, na Kupientyńską albo Węgrowską Drogę, obrażani byli przez polskich chuliganów i bici, a romantyczny spacer kończył się smutkiem i bólem.

Sokołów obdarowany został dwoma typami chuliganów: tak zwanymi „glinkarzami” – była to znana z podziemia grupa złodziei koni, awanturników i zwykłych zawadiaków. Rozbicie Żydowi głowy było dla nich jak sport. Była to jednak grupa niewielka, z którą można było sobie poradzić. Można było ich przekupić nawet szklanką gorzałki. Gorsi byli „świadomi” chuligani, antysemici, członkowie polskiej antysemickiej partii „Narodowa Demokracja” (endecy – w czasie okupacji hitlerowskiej byli najwierniejszymi pomocnikami niemieckich okrutnych morderców).

***

Po I wojnie światowej kultura zachodnia nie wiedziała nic o panującej w carskiej Rosji edukacji i szkołach. Wśród Żydów działały wówczas chedery i jesziwy. Do chederów od czasu do czasu zaglądał nauczyciel i uczył dzieci odrobiny rosyjskiego, przede wszystkim wyuczył ich poprawnego wymawiana tytułu rosyjskiego cara.

Po I wojnie światowej, gdy zachodnia kultura szturmem wdzierała się do zacofanych polskich miasteczek, także

[str.84]

w Sokołowie odczuć można było zmiany w kulturalnym i społecznym życiu, zmiany na lepsze. Możliwość zakładania profesjonalnych stowarzyszeń i legalnych partii politycznych, była dla społecznego życia jak wielki krok na przód. Podczas gdy przed wybuchem I wojny światowej w dziedzinie partyjno-społecznej panował wśród Żydów prawie wyłącznie Bund i jego heroiczna walka z carską władzą, po deklaracji Balfoura z 1917 roku [*list brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Arthura Jamesa Balfoura do barona Waltera Rothschilda będący deklaracją brytyjskiego rządu dotyczącą utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”] zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu organizacje syjonistyczne. Podobnie jak w innych miastach, tak i w Sokołowie zaczęła organizować się partia syjonistyczna we wszystkich jej odsłonach – od religijnie skierowanej Mizrachi, czy Bnej Akiwy, Ogólnych Syjonistów po syjonistyczno-socjalistycznną partię Poalej Syjon Prawica i Lewica i jej organizacjami młodzieżowymi Hapoel i Haszomer ha-Cair, która była początkowo pierwszą na żydowskiej ulicy organizacją harcerską, a później pierwszym syjonistyczno-socjalistycznym i chalucowym ruchem. Wszystkie te partie poza działalnością partyjną, prowadziły rozległą działalność kulturalną i wychowawczo-edukacyjną, zakładały kółka teatralne i biblioteki.

Partie zajmowały się też kwestiami edukacji. Pierwszą próbę w tej dziedzinie podjęła Poalej Syjon zanim jeszcze rozdzieliła się na Lewicę i Prawicę. Partia założyła pierwszą klasę szkoły powszechnej z wykładowym językiem jidysz. Nie mając jednak potrzebnych na utrzymanie szkoły środków finansowych, kółko teatralne dawało specjalne przedstawienia, z których dochód szedł na szkołę. Ze względów finansowych, a przede wszystkim z powodu rozłamu w partii, szkoła nie przetrwała. Po rozłamie podzieliła się także Biblioteka im. Szolem-Alejchema. Przy Poalej Syjon Lewicy została Biblioteka im. Borochowa, a przy Prawicy Biblioteka im. Brenera.

Podjęto w Sokołowie próbę utworzenia freblówki – przedszkola z językiem hebrajskim jako językiem nauczania. Ale mimo uporu kilku syjonistycznych działaczy, którzy sami finansowo utrzymywali przedszkole, długo ono nie działało i musiało zostać zamknięte. Najdłużej utrzymał się cheder Mizrachi, w którym oprócz tradycyjnych zajęć, nauczane były także przedmioty świeckie, a szczególnie język hebrajski. Agudas Isroel miała szkołę Bejs Jakow. Talmud Tora chcąc iść z duchem czasu, także

[str.85]

wprowadziła kilka świeckich przedmiotów. Miało to na celu pokazać władzom, że chłopcy w chederze uczą się polskiego i nie muszą być posyłani do powszechnej szkoły zgodnie z ustawą o szkolnictwie.

Także w późniejszym okresie, gdy w Sokołowie działała już powszechna szkoła – polska szkoła dla żydowskich dzieci, w społeczności żydowskiej cały czas panował tradycyjny cheder. Do szkoły chodziły na początku tylko dziewczynki, chłopcy tylko do chederu i do jesziwy. Co bardziej postępowi rodzice zatrudniali dla swoich synów prywatnych nauczycieli, którzy uczyli ich świeckich przedmiotów, jednak cały swój pozostały czas spędzali w małomiasteczkowym chederze.

Działały także chedery zwane Talmud Torami. Dużych różnic między Talmud Torą, a prywatnym chederem nie było. Ten sam mełamed i ta sama Tora. Polska władza wymusiła nawet, aby wprowadzono tam lekcje polskiego, ale lekcje te wyglądały jak lekcje rosyjskiego w chederach za czasów carskiej Rosji. Jedyna różnica między Talmud Torą, a chederem była taka, że nauki nie odbywały się w prywatnym mieszkaniu rabina i uczniowie nie spędzali czasu z innymi domownikami wysłuchując narzekań rabinowej i płaczu dzieci. Rebe był jednak za każdym razem ten sam zły mężczyzna, który całą swoją złość przy każdej okazji wylewał na Bogu winnych uczniów, a oni na swój sposób odpłacali mu pięknym za nadobne.

Był w Sokołowie jeden rebe, który swoich uczniów nigdy nie bił. Tłumaczył Chumesz opowiadając niezwykłe bajki. Swoim taktowym zachowaniem zaskarbił sobie serca swoich uczniów. Był to Ben-Cijon, szames wielkiej synagogi. Nie było on oficjalnym mełamedem – nauczał tylko kilku chłopców, którzy później uczyli się w powszechnej szkole i chodzili do niego na lekcje, aby pogłębiać swoje religijne wykształcenie.

Nadszedł czas na szkołę ludową dla żydowskich sokołowskich dzieci. Polska władza wydała zarządzenie o obowiązkowej edukacji szkolnej. Pierwsze niższe klasy otworzono w dwóch pokojach drewnianego domu Mojsze Piekarskiego. Później, gdy liczba uczniów zwiększyła się, szkoła przeniosła się na ulicę Olszewskiego. [Miała siedzibę] W piętrowym domu, który wynajęto od

[str.86]

żydowskiego gospodarza (oficjalnie: Szkoła Powszechna numer 2 w Sokołowie – Polska Szkoła Ludowa dla Żydowskich Dzieci).
Szkoła numer 1 była dla chrześcijańskich dzieci. Program nauczania obu szkół niczym się nie różnił. W szkole numer 2 uczono się natomiast w niedziele, a nie w szabas. Także polskie patriotyczne nastroje nie były w żydowskiej szkole słabsze niż w nieżydowskiej. Było to zasługą nauczycieli, którzy byli całkowicie zasymilowani i nie chcieli nawet słyszeć o żydowskich problemach. Kierownik szkoły [Icko] Trumper, nauczyciele Grinberg, Gompl, Wachsberg, nauczycielki Steinerówna, Malewonczyk byli zagorzałymi asymilatorami. Trumper, Gompl i Wachsberg mieli do tego lewicowe poglądy i byli przeciwnikami syjonizmu. Mieli wielki wpływ szczególnie na wyższe klasy w szkole.

Żydowska szkoła z kierownikiem Trumperem i nauczycielem Grinbergiem

Wielu uczniów zostało z tego powodu przez całe życie zagorzałymi przeciwnikami syjonizmu. Przez długie lata w szkole nie było nawet nauczyciela żydowskiej religii i historii, a gdy koniec końców zatrudniono takiego nauczyciela, Mojsze Migdała, nie miał on w szkole nic do powiedzenia. Asymilatorsko-antysyjonistyczna atmosfera nie pasowała do miasteczka i wychowania dzieci w duchu ich domów, ale mimo tego szkoła miała dla młodego pokolenia

[str.87]

pierwszorzędne znaczenie. Gwarantowała jako pierwsza ogólną normalną edukację. Nauczyciele, a szczególnie dyrektor Trumper, byli wielce oddani szkole i poświęcali wiele sił, aby funkcjonowała na jak najwyższym poziomie. Większość nauczycieli ze szkoły nie pochodziła z Sokołowa, poza dwoma: Grinbergrzanką, która była bardzo lubiana przez swoich uczniów i szanowana jako dobra i oddana wychowawczyni. Ku wielkiej rozpaczy wszystkich zmarła w kwiecie wieku. Pogrzeb, w którym wzięła udział cała szkoła, był wyrazem dziecięcej miłości do nauczycielki. Druga, Helmanówna, wyszła później za mąż za dyrektora szkoły Trumpera i tym sposobem z niego uczyniła sokołowianina. Obie były faktycznymi kierowniczkami i dobrym duchem szkoły.

Szkoła ludowa z kierownikiem Trumperem i nauczycielką Steiner

Dzieci w szkole czuły się bardzo dobrze, mimo surowego kierownika, który nie raz ciągał uczniów za uszy. Dzieci bardzo ceniły własną szkołę, szkołę tylko dla żydowskich dzieci. Jej wielkie znaczenie stało się jeszcze bardziej widoczne, gdy kilka lat przed wojną szkoła została zlikwidowana. Żydowskie dzieci musiały uczyć się razem z chrześcijańskimi. Nie raz wracały do domu zapłakane z powodu wyzwisk,

[str.88]

a nawet pobite przez swoich chrześcijańskich kolegów. Antysemityzm wobec żydowskich dzieci nie był mniejszy niż wobec ich rodziców.
Pamiętam polskie patriotyczne obchody 1. maja lub specjalne obchody, które miały miejsce w Sokołowie z okazji odsłonięcia pomnika księdza Brzóski (polskiego patrioty, powieszonego przez carską władzę po powstaniu w 1863 roku). W szkole nie obchodzono żadnych żydowskich uroczystości, ale żydowskie dzieci brały masowo udział w polskich. Na odsłonięcie pomnika przyszły wszystkie szkolne dzieci. Ale miejscy włodarze nawet na nas nie spojrzeli i nie przydzielili nam specjalnego miejsca. Gdy zaprowadzono chrześcijańskie dzieci do kościoła na uroczystą mszę, nauczyciele z żydowskiej szkoły uznali za stosowne zaprowadzić tam i żydowskie dzieci, i ustawili je w rzędach na placu przed kościołem. Tam obrzucono nas dobrze znanymi wyzwiskami „Żydzi do Palestyny”, zostaliśmy też opluci przez chrześcijańskie dzieci.

Po całej ceremonii, gdy orkiestra chłopska już przestała grać i wszystkie chrześcijańskie dzieci i inne instytucje zaczęły się rozchodzić, dopiero wtedy podeszliśmy do pomnika i złożyliśmy wielki wieniec w imieniu naszej szkoły. Jeszcze dziś czuję smak wyzwisk, na które nasi zasymilowani nauczyciele nie reagowali.

Mimo tego myślę o nich ciepło, bo byli pierwszymi, którzy dali nam zasmakować świeckiej edukacji i możliwości dalszej nauki.

[str.89]

Pierwsza klasa żydowskiej szkoły powszechnej podczas I wojny światowej

Żydowska powszechna szkoła ludowa

[str.90]

Wycieczka żydowskich dzieci z rządowej szkoły powszechnej (szabasówka)

 

[str.91]

 

Sara Ber-Szalom
(Giwatajim)

Ulica moich lat dziecięcych

Gdy zbliżały się święta i zbliżała się jesień, w sercach miejscowych rzemieślników, w szczególności szewców, rodziła się nadzieja. Przez całe lato chodzili obdarci, zadawalali się byleczym, ale jesienią będzie można już podnieść głowę – tak myśleli ludzie.

Wśród szewców na ulicy Koziej byli i bardziej zamożni, tacy co to kiedyś posiadali „koncesje” i utrzymywali stosunki z Wołyniem, gdzie wysyłali buty. Ale ich liczba była niewielka. Większość była biedna, żyła w nędzy zarabiając tylko na poprawkach: tu podszyć cholewki, podbić podeszwy albo dać jakąś łatę. Dlatego wraz z nadejściem deszczów robiło się lżej na sercu. Będzie można oddać te kilka złotych w sklepie, bo jak długo można mieć długi?

***

Mocny Herszl, albo jak go przezywano „mocny groch”, bo mówił o sobie, że jest silniejszy niż groch, mimo że kiedyś był wątłym niskim chłopcem, we wczesnym dzieciństwie został sierotą i chował się u macochy. Już w wieku 10 lat siedział przy szewskim kowadle zarabiając na nauki. Czasem o głodzie, czasem syty, jak się złożyło. Tak wydoroślał, osiągnął swój cel, ożenił się i założył rodzinę. Ale tak, jak w wieku siedmiu lat, tak i w wieku siedemdziesięciu powodziło mu się kiepsko. Jego żona żyła w nędzy i biedzie, męczyła się bardzo, zachorowała i zmarła. A mocny Herszele został sam z tróją maleńkich dzieci.

Gdy okoliczni sąsiedzi łamali sobie głowę, jak mu pomóc, jak pomóc dzieciom, on sam zachowywał spokój. Był pełen nadziei. „Niech tylko przyjdzie jesień – mówił – wtedy wszystko się ułoży. Trzeba wierzyć.” Byli i tacy goje, co naprawiali buty tylko u Herszka,

[str.92]

choć nie był on w mieście najlepszym szewcem. Ale lubili z nim prowadzić interesy. W czwartki, gdy w miasteczku odbywał się targ, w jego izbie aż ciemno było od ludzi. Jego mieszkanie składało się z małego, drewnianego, zapadniętego pokoju z małym okienkiem, obok którego stał jego warsztat. Obok stała drewniana sofka, gliniany komin i mały składzik. Czego mi więcej trzeba? – zwykł pytać. Czy nie wystarczy? Chrześcijanie widząc jak żyje przynosili mu trochę kartofli, kaszę, czasem główkę kapusty, a na Pesach [*święto nazywane żydowską Wielkanocą] nawet snopek siana. Tak mijał rok za rokiem. Dzieci podrosły i zaczęły myśleć o „pracy”. Jedna z miejskich gospodyni potrzebowała porządnej „służącej”, zwróciła się więc do mocnego Herszla.

Tak mijał rok… Zima za zimą, lato za latem. Córki mocnego Herszla dorosły, mijały im lata… Sąsiadki głowiły się: Jak znaleźć męża bez grosza przy duszy? Hadasa Przeździecki była na ulicy Koziej lekarką. Zimą i latem, w dzień i w nocy każdy komu cokolwiek dolegało spieszył do Hadasy wyżalić się. Gdy kobieta rodziła dziecko, Hadasa była obecna. Gdy trzeba było postawić bańki, zrobić kompres, czy wysmarować plecy, wszystko to robiła Hadasa. Czegoż ona nie robiła? Nie było dla niej nic trudnego. Wszystko potrafiła i zawsze gotowa była pomóc. Ostatkiem sił włóczyła nogami od jednego chorego do drugiego. Nic ją nie męczyło, nikomu nie odmawiała pomocy.

Tak więc Hadasa nie mogła spocząć. Biegała od jednego do drugiego, radziła się, próbowała rozmawiać ze swatką Chajele, która udawała jeszcze bardziej głuchą niż była w rzeczywistości. („Co jej z takich swatów?”) Postanowiła więc pojechać do Węgrowa i tam „zbadać grunt”. A nie była to łatwa robota. Na całe szczęście jest jeszcze Bóg w niebiosach i czysty przypadek zdecydował, że znalazła dobrą partię.
Jak pomyślała, tak i zrobiła. Umówiono „widzenie” i pewnego szczęśliwego czwartku my, czyli wszystkie okoliczne dziewczęta, dostałyśmy polecenie tego wieczora schować się i nie ważyć nawet wyściubić nosa, narzeczony nie może spojrzeć w naszą stronę. „Widzenie” zakończyło się sukcesem. Narzeczona się spodobała, spisano

[str.93]

kontakt przedślubny i umówiono ślub na za trzy miesiące. Ale jak wszystko urządzić w tak krótkim czasie?

Hadasa nie była jedyna na froncie. Wieczorem zebrały się wszystkie sąsiadki i wypracowały dokładny plan wesela. Kejle, żona Abrahama Icchoka, szacowna gospodyni, miała konto u Ester-Gitl Piekarskiej. Obiecała, że zadba o wyprawkę.

Rochl, żona Jankiela Fajnera, niska gruba kobieta, też była obecna. Wraz z aptekarzem sporządzała przeróżne tajemne receptury. Wiedziała dobrze jak gotować powidła i oświadczyła, że ona już o to zadba. Malarka Fejga, która ma złote rączki, nagrzeje u siebie w piecu i upiecze bułki, łakocie i chałę na ślub. Jak to robić, nie trzeba ją uczyć.

Chaja, żona Hersza-Bera, wysoka kobieta o sokolim wzroku, pomaluje ściany i wybieli sufit. Piekarka Bluma nakryje stoły, bo jak ona nakryje do stołu to i car przy nim usiądzie. Dadzą łóżka, a i stół z ławą się znajdzie. Poszwy i poduszki już są. O prześcieradła i obrusy zatroszczy się Chaja-Sora. Chaja-Tojba uszyje poszwy i nawet wyhaftuje monogramy. Naczynia do kuchni obiecała Szwalebowa (nie wszystko trzeba mówić mężowi) i zadba też o prezent dla pana młodego z okazji jego pierwszego kazania.

Rzeźnik Abraham Icchak ma największy dom na ulicy Koziej. Wystawi się szafy i łóżka i pokój będzie ogromny. W rogu postawi się wyścielone krzesło, dwie wysokie wazy po obu stronach, na ścianie powiesi się dwa landszafty, na ziemi położy wielką zieloną kołdrę i już krzesło dla panny młodej gotowe. Zniesie się setki świec – będzie jasno i wesoło – co za radość! Stoły i krzesła będą już przygotowane w drugim pokoju. Dwa galony wody sodowej będą w kuchni, a Iczele Gecz będzie stał od rana i strzegł, aby nie dorwali się do tego jacyś zbóje.
Blada narzeczona (dziś jeszcze nic w ustach nie miała) w drugim pokoju robi ostatnie przygotowania. Malke Bychowski wystroi ją już z szykiem. A perukarka Itke zgoli jej głowę. Zapach gefilte fisz [*karp na słodko] zapełnia całą ulicę. Rosół już gotowy, nawet i migdały. Wszystko jest gotowe na wystawną ucztę. Ludzie zaczynają się przygotowywać. O szóstej wieczorem przyjdzie Mojsze Chaim z kapelą zagrać kilka melodii. Nie można zapomnieć zabrać świec z podłogi, aby łatwiej było tańczyć.

Wszystko jest gotowe. Goście z Węgrowa

[str.94]

już przyjechali. Także tutejsi zaczynają się już schodzić. Dzieci wykąpane, wystrojone w najlepsze ubrania nie mogą się już doczekać. Rodzina pana młodego, bliższa i dalsza, cały dzień nie pracowała, rankiem poszli do mykwy, wystroili się, jedni w atłasowe kapoty, inni w szabasowe chałaty. Wszyscy siedzą już z panem młodym u Hirsza-Bera. Naprzeciw – teściowa. Peruki świecą się na głowach.

Icze Gecz

Suknie – wystarczy tylko spojrzeć. Robi się wieczór. Długo oczekiwana godzina wreszcie nadeszła. Przyszedł też Mojsze-Chaim z kapela i zewsząd słychać: „Oj, oj, chosn – kale – mazl tow!” Dziewczęta wprowadzają pannę młodą i sadzają na krześle. Wszyscy są weseli, radość nie zna granic. Mojsze-Chaim wchodzi w swoją rolę: rozbrzmiewa melodia za melodią. Izba jest tak wypełniona gośćmi, że nie ma gdzie szpilki włożyć.

Dziewczęta po dwie, trzy już tańcują. Polka, walc. Mojsze-Chaim rozgląda się, a Abraham Icchak każe mu dalej grać. Radości nie ma końca. Jeszcze chwila i postawiona zostanie chupa. Zza chupy słychać szloch panny młodej. Wypłakuje wszystkie sieroce lata i nadchodzące radości. Słychać brzęk tłuczonych talerzy: „Mazl tow! Szczęścia! Aby się wiodło!”

Mojsze-Chaim podchodzi do pana młodego, wpada w entuzjazm i gra nieprzerwanie. Ludzie zasiedli do kolacji. Co za uczta! Jak

[str.95]

udało im się urządzić takie wesele? – pytają między sobą goście. Jak u grafa Potockiego!

Mojsze-Chaim gra micwe tencl [https://www.jewish-music.huji.ac.il/node/22247], a ludzie stoją w jednym miejscu, ramię w ramię w kole wszyscy razem. Nawet kulawa Fejga podryguje. Radosny mocny Herszele tańczy sam na środku izby. Wodzirej prowadzi ludzi. Co raz to opowiada przypowiastki z Tory i sypie frazesami, a ludzie się weselą.

Ktoś zaczyna napominać się o prezent na pierwsze kazanie. Ktoś ze strony pana młodego i ktoś ze strony panny młodej. Na podłogę lecą kielichy, sztućce i inne naczynia. Klezmerzy się zmęczyli, a i dziewczęta siadają, aby odpocząć. Dzieci zaczynają być śpiące. Matki spieszą położyć je spać. Węgrowscy goście jadą już do domów, rankiem trzeba znów wstać do pracy.

W izbie robi się coraz ciszej. Jeszcze trochę i w pokoju zostały tylko zmęczone kobiety. Mocny Herszele siedzi pod ścianą zmęczony. Unosi oczy i mówi: „Dzięki Bogu za to! Grunt to wiara!”

 

[str.96]

 

Perec Granatsztajn
(Columbo)

Nie przystępuj tutaj, zzuj obuwie twoje z nóg twoich,
gdyż miejsce, na którem stoisz, ziemią jest świętą.
(Exodus 3:5, tłum. Izaak Cylkow)

Ulica Kozia

Większość miejskiej biedoty mieszkała na ulicy Koziej. Prawie w każdym drewnianym domostwie mieszkało po pięć rodzin, a każda liczyła po kilka tuzinów dusz. Właściciele tych zapadających się chat zbijali deski i tworzyli maleńkie, wąziutkie kąciki wyglądające jak kurniki, do których upychali ilu się tylko dało lokatorów.

„Elitą”, samozwańczym gospodarzem na ulicy, był Szmuel Jankiel, szewc, który przez całe życie nie zrobił ani jednej pary butów. Mężczyzna o oczach zachodzących krwią. Szmuel Jankiel był spośród miejscowych łachmaniarzy najbardziej uczony. Modlił się w synagodze przy pulpicie, studiował Torę w bożnicy krawców i potrafił nawet zaklinać złe uroki, gdy któremuś z rzemieślników, nie daj Boże, nie wiodło się najlepiej.

Kolejnym był Kalmen Ber, krawiec z chłopskiego, swojskiego domu, gruby, wiecznie wzdęty, zawsze mówił przez nos. Gdy mówił, wydawało się, że ziemniaki sypią się z wora.

Hilel Flak, bo tak nazywano go na ulicy, był mężczyzną, który nigdy nie kupił sztuki dobrego mięsa. W jatkach kupował zawsze tylko tanie flaki. Tym sposobem otrzymał też swoją ksywę.

I te właśnie „grube ryby” były najświetniejszymi przedstawicielami i dowódcami całej armii króla biedaków.

W każdej izbie, zamieszkiwanej przez biedotę, był piec, na których stał żelazny trójnóg. Kobiety na nim gotowały strawę dla całej rodziny. Drewno dawała gospodyni. Często wybuchały kłótnie i skandale, bo Ester Malka, żona Szmuela Jankiela, kobieta o wychudzonej, zgorzkniałej twarzy, uważnie przyglądała się swoimi małymi zwinnymi oczkami i baczyła, aby sąsiedzi nie zużyli ani jednego zbędnego kawałka drewna. Święto było, gdy można było ugotować garstkę bobu na szabat.

[str.97]

– Co ty wyprawiasz?! Nie wynajęłam ci tej izby, abyś tu gotowała. Zużywasz na to cały nasz niewielki zapas drewna. Jeśli chcesz sobie gotować bób, to musisz sobie poszukać innego domu! – krzyczała Ester Malka swoim skrzypiącym głosem.

– Esterko, już nie będę nic gotować. Co mam zrobić? Nie mam na czym ugotować rosołu na szabas. A w izbie ani grosza. Mój mąż jeszcze nie wrócił ze wsi. Mam jedynie kilka fasolek bobu z zeszłego tygodnia, którymi chrześcijanin zapłacił mi za zreperowanie butów – tłumaczyła kobieta.

Przez cały tydzień ludzie z ulicy ciężko pracowali, harowali jak Żydzi w Egipcie. A to wszystko tylko na jeden dzień szabesu. O świcie, jeszcze zanim słońce wstało, wszyscy szli do swoich zajęć. Woźnice zaprzęgali konie, żebracy i domokrążcy ruszali w drogę do okolicznych wsi, szewcy i krawcy zasiadali do swoich maszyn. Zaharowani chodzili przez cały tydzień jak konie w zaprzęgu. Przed ich oczami jednak cały czas widniała i lśniła perspektywa tego jednego jedynego dnia ze wszystkimi jego przyjemnościami. Dnia przynoszącego tyle radości w ich ciężkim, bolesnym i mizernym życiu. Na wszystkich szlakach, w lasach i wioskach, wśród ujadających psów, wszędzie rozlśniewało lico królowej Szabasu. Domokrążca, który przez cały tydzień nie dojadał, chciał przynieść do domu trochę mąki, kaszy, drobiu, czasem nawet rybę, aby przynajmniej tego jednego dnia, w szabas, żona i dzieci mogły zaznać trochę wygody.

Także kobiety się przygotowywały. Przez cały tydzień gotowały rzadką zupę, tak aby wystarczyło i można było się najeść do syta chleba i kartofli. Nic więcej nikomu nie było trzeba. Tylko w szabas nie można było się niczego wstydzić. Podekscytowane i zalatane kobiety biegały po sklepach i jatkach. Dla rzeźników były one ważnymi klientkami. Żadnej nie odmawiali i nie wymyślali, gdy przychodziły w te pędy kupić kawałek mięsa. Ruwen Pęcik, rzeźnik, osobnik drażliwy i bezwzględny, u którego mięso kupowały wszystkie miejskie gospodynie, zobaczywszy w piątek wieczorem Żydówkę z ulicy Koźlej spoglądał groźnie i gniewnie spod oka i pytał:

– Czego chcesz kobieto?

– Jak to czego? Kawałka mięsa.

I Ruwen szybko odcinał kilka żeberek z wielkiego kawałka cielęciny.

– Ruweńku, wybaczże, nie miej mi za złe, ale daj mi

[str.98]

kawałeczek jagnięciny. Tam na ścianie wisi tłusta jagnięcina, dołóż kawalątek, będę mogła dorzucić do ziemniaków na czulent.

– To nie dla ciebie! – odpowiadał zdenerwowany Ruwen Pęcik.

– A co to? Mój pieniądz śmierdzi? Tylko bogaci mogą jeść jagnięcinę, a biedakom się nie należy? – odpowiadała wystraszona kobieta.

– Patrz ci ją! Specjalnie dla niej kupiłem od szlachcica z Repek tłustego barana! Czy ty przypadkiem do innego nie jesteś przyzwyczajona? Mam swoich stałych klientów, takich co kupują mięso przez cały tydzień. Dla nich ta jagnięcina. Dobrze bym na tym wyszedł, gdybym wyczekiwał wszystkich tych biedaczek z ulicy Koziej, które przychodzą raz na tydzień do jatki.

Wysłuchawszy ciętej riposty Ruwena Pęcika i najadłszy się wstydu, kobieta wracała do domu.

Nadchodzący szabas czuć było na ulicach. Z każdej z izb unosi się zapach piątkowych potraw. Na przyzbach siedzą dzieci z miseczkami pełnymi cymesu [*cymes – rodzaj potrawy, podawanej jako deser]. Dziatwa z umorusanymi buziami, z wielkim apetytem przeżuwa pajdy białego chleba i gotowane czarne jagody. Matki w wielkim pośpiechu wyczesują dziecięce główki i zakładają na zmęczone stopy wyglancowane i wypucowane woskiem buciki.

Herszl Ander, mężczyzna o wykrzywionym nosie podobnym do kartofla, ubrany w rozpiętą i rozchlastaną, uszytą przez żonę koszulą, spod której wyłaniała się porośnięta czarnymi włosami pierś, wyglądająca trochę jak wypłowiała barania skóra, zdejmuje z komina swoimi wielkimi, spracowanymi rękoma garnek pełen brukwi i stawia go na przyzbie. Ugniata brukwie wielką drewnianą łyżką i przez swoje chore i gnijące zęby krzyczy w stronę sąsiadów:

– Widzicie? Widzicie? Ta brukiew to niebo w gębie. Lepsza niż mięso. Kupiłem ją u jabłońskiego gospodarza. Dwa garnce kupiłem. Tylko twarda jest z lekka, musi się trochę pogotować.

Szymon Wół, rzeźnik, mężczyzna wielki jak niedźwiedź, o twarzy okrągłej i czerwonej, stoi na progu swojej izby i smaruje swoje juchtowe brązowe buty tranem. Szybko odpowiada sąsiadowi swoim basowym głosem:

– Reb Herszl, zanieś ten garnek z brukwią do Mojsze Isroela. Przywiózł on z Warszawy piłę, to wam je zetrze.

– Piła dziś stoi. Obluzowała się śrubka – odpowiada radośnie Herszl Ander.

Gdy gasły ostatnie złociste promienie słoneczne i ich blask znikał z pokrytych gontem dachów, a ogniste słońce kryło się

[str.99]

za przepastnym horyzontem, królowa Szabas powracała ze swojej długiej wędrówki i rozpościerała nad ulicami swój świąteczny welon. Za oknami żydowskich domów, zza bielusieńkich firanek dochodził blask zapalanych jedna po drugiej świec, które lśniły jak statki na morzu. Jak złamane orle skrzydła, spracowane, zmęczone matczyne ręce unosiły się nad szabasowymi świecznikami – „Baruch hu, baruch szemo” [*Błogosławiony On, niech będzie błogosławione jego imię].

Pierwszy z sidurem [*sidur – (hebr. סידור = “porządek modlitw”), modlitewnik] w ręku wychodzi z domu na podwórko i staje obok drewnianej bramy Mele Kik – chłop jak dąb. Mieni się jego siwiuteńka głowa. Ubrany jest w długi chałat, spod którego wystaje przydługa podszewka owijająca jego długie ciężkie nogi. Mele często wyrywa się do czytania Tory w bożnicy krawców. Stoi dumnie obok drzwi domu Szmuela Jankiela, gdzie zbierał się miejscowy minjan. Czekał na modlących się. Gdy rzemieślnicy zaczynali napływać do izby, zaraz stawał gotowy do czytania Tory. I jak zepsuty flet świszczał: „Pójdźcie, zaśpiewajmy Bogu, wysławiajmy opokę pomocy naszej” [Psalm 95, tłum. Izaak Cylkow].

Nad ulicą unosiła się świąteczna cisza. Z daleka dochodziły tylko echa krzyków gojów. Naprzeciwko minjanu siedział sąsiad-chrześcijanin Krowacki z dziko potarganymi włosami, a obok niego leżał jego stary, kudłaty pies. Krowacki klepał swoją tępą kosę, przygotowując ją na jutrzejsze żniwa. Odgłosy klepania towarzyszą głosom modlących się – skrzypienie kosy i lecha doidi, likrat kala, penej szabat bekabelach [*„Przyjdź mój umiłowany na spotkanie oblubienicy, powitajmy oblicze Szabatu”] mieszają się w jedno, wychwalając święty szabes.

Po pieśni Szolem-Alejchem i po odprawieniu kiduszu do szabasowej wieczerzy zasiadają wszyscy prawnukowie reb Jochanana ha-Sandelara. Śpiewają też zmiry. Swoje własne melodie dopasowują do święta. Nie nauczyli się ich w chasydzkich sztiblach. Marsze z Kocka, Góry Kalwarii, czy z Aleksandrowa są im obce. Są to melodie proste, pieśni śpiewane normalnie, bez egzaltacji, religijnych uniesień, bez zbędnych ruchów, gestów i grymasów. Do melodii śpiewanych w ciągu tygodnia ciężkiej pracy, przeciągając czarne, osmolone dratwy i podkuwając podeszwy, wplatają pieśni szabasowe. Także motywy robotnicze, o których czeladnicy śpiewają w swoich warsztatach, wybrzmiewają dalej przy zastawionych i pokrytych białymi obrusami stołach, wokół których zebrali się królowie biedy z ulicy Koziej.
Także Szmuel Jankiel nie spieszy się ze swoją piątkową kolacją. Po każdym daniu spogląda do siduru, opowiada swojej żonie Esterze Malce prastare żydowskie historie o naszych praojcach i podśpiewuje, gdy tylko usłyszy dochodzącą z podwórza pieśń, śpiewaną na melodię marszu miejskiej straży pożarnej.

[str.100]

Gdy zje już flaczki i rosół z płuckami i wątróbką, żona siada obok niego i wylewa morze swoich ciągłych pretensji i narzekań.

– Szmuel Jankiel, jak my skończymy? Już od ponad trzech lat ci ludzie nie płacą czynszu za bożniczkę. Moglibyśmy przecież ten kąt, gdzie stoi szafa z Torą wynająć. Za pieniądze kupilibyśmy drewno i ziemniaki na zimę. Cóż z tego mamy, że u nas się modlą? W mieście przecież pełno bogaczy z wielkimi kamienicami, niech oni dadzą im miejsce na modły.

Szmuel Jankiel patrzy na nią swoim przekrwawionymi oczami, uderza ręką w otwarty, leżący na stole Chumesz i zaczyna krzyczeć:

– Ciągle wygadujesz jakieś głupoty! To się w głowie nie mieści! Sądzisz, że do grobu ci włożą twój stary, podupadły dom? Jesteśmy już przecież starymi ludźmi. Całe życie harowaliśmy, męczyliśmy się, nigdy do syta się nie najadaliśmy, to miejmy przynajmniej jakąś przyjemność na tamtym świecie. Sądzisz, że Bóg w niebie nie wie, że oddaliśmy za darmo miejsce, w którym wszyscy rzemieślnicy się modlą i gdzie zbiera się minjan? On widzi wszystko i wie wszystko. Tam wszystko jest zapisywane. Tu, na tym świecie już wszystko przepadło. Już nam niewiele czasu pozostało.

Ester Malka odwraca tylko swoją małą główkę, otwiera powoli swoje wąskie usta i dumnie odpowiada:

– A to, że mamy w domu Torę to się nie liczy? Pokaż mi, który z tych wszystkich bogaczy ma u siebie w domu zwój Tory. Grosik do grosika zbieraliśmy, aż skończono naszą księgę. Już za to należy nam się tamten świat!

Szmuela Jankiela ucieszyły słowa żony. Uśmiechnięty i rozpromieniony zwraca się do niej:

– Powiedz, pamiętasz tamtą noc, gdy zakończono przepisywać naszą Torę?

– A czemu miałabym nie pamiętać?

– Bo ja, Ester Malko, mam ją przed oczami jakby to było wczoraj. Był ładny letni wieczór. Tysiące ludzi, mężczyźni, kobiety z dziećmi zebrali się u nas na ulicy. Pamiętasz ten wielki napis z kolorowymi literami sisu ve-simchu simchat tora [*tłum. Radujmy się wszyscy Świętem Tory. Pieśń śpiewana na święto Simchat Tora], który szewc Awromek Michl przygotował? Wszyscy żeśmy szli tanecznym krokiem, ręka w rękę, jak byśmy szli na spotkanie z Mesjaszem. A klezmer Mojsze Chaim ze swoimi skrzypkami – ależ on pięknie grał!

[str.101]

Coraz to nowe pieśni wygrywał, jakby skrzypce potrafiły mówić. Gdy grał wesołą melodię to nawet Szepsl Bębniarz z synem puścili się w tany. Wyglądało to, jakby Żydzi wychodzili z Egiptu i naprzeciw nam wychodziła tańcząc i grając prorokini Miriam. Gdy wychrzta, jak czarodziej, szybko chwycił skrzypce i przyłożył je do swojej ogolonej twarzy i przeciągnął smyczkiem po strunach wydając smutną, płaczliwą melodię, to wydawało mi się, że właśnie wyganiają Żydów na tułaczkę. A za nami idzie nasza matka Rachela i płacze patrząc na swoje dzieci, które przepędza się z ich kraju.

Szmuel Jankiel zamilkł na chwilę. Podszedł do ławy, na której stało drewniane wiadro z wodą. Zmoczył swoje twarde, ciężkie ręce, zmówił błogosławieństwo, zdjął swoją starą, podartą kapotę, którą nakładał w każdy szabas od dnia swojego ślubu. W białej koszuli wyszedł na podwórze i siadł na wielkim kamieniu. Wszyscy sąsiedzi siedzieli już na przyzbach. Krawiec Kalmen Ber siedział boso w bawełnianych spodniach. Jego gruby, wydęty brzuch okalał szeroki pas. Kalmen Ber sapał po jedzeniu jak wyprawiana gęś i opowiadał przyciszonym głosem:

– Byłem dziś w wiosce Niewiadoma. Wynająłem tam od głuchego Tuszyńskiego sad. Wszystkie drzewa w tym roku owocują, uginają się wręcz od jabłek i gruszek. Jak Bóg da i nie będzie burz, uda mi się za zarobione pieniądze zreperować dach w domu. Nie da się już tak dalej mieszkać. Pułap i podłoga są całe przegniłe od deszczu, który pada prosto do izby.

Miejski żartowniś, łaciarz Mocny Herszele, który przez cały czas siedział na kamieniu przeżuwając dorodną dynię, zabrał głos:

– Słyszeliście ludzie, co wydarzyło się w tym tygodniu? Przechodzę obok starej synagogi i widzę, że stoi tam mężczyzna z wozem pełnym szmat i krzyczy: „Skupuję szmaty, starzyznę, rupiecie!” Chce pan trochę staroci – zagaduję – to chodź pan do mnie do domu, sprzedam panu moje graty. Chłop nie znał się na żartach i pojechał przodem swoim wozem. „Chodźże do izby!” – krzyczy do mnie – „Gdzie macie te graty?” Pokazuję mu moją starą, która właśnie stała przy balii. „Oto i moja stara!”. Żyd tylko z hukiem zatrzasnął drzwi i zły wyszedł z izby.

[str.102]

– Ty odrapańcu – krzyknęła jego żona, która wyglądała jak kwaśne jabłko – Kto by widział, żeby całe życie opowiadać dowcipy i stroić żarty. Nic innego mu w głowie. Zbliżają się Jamim Noraim, a w domu ani grosza. Trzeba przygotować drewno na zimę. Trzeba kupić kilka worków ziemniaków, bo później będzie drożyzna. A jemu to nie przeszkadza. Ciągle tylko śmieje się z innych ludzi. Widzieliście już takiego wesołego biedaka?

– Zamilcz już, babo! Ale się rozgadała! Jak Bóg da, będziemy mieli wystarczająco ziemniaków, własne będziemy mieli. Nocami będziemy je wykopywać. Ja będę kopał cię, a ty mnie. A dziatwa, co to w jednym łóżku śpi, to mało kopie? Nie bój się, ziemniaków nie zabraknie…

Sąsiedzi pękali ze śmiechu. Z drugiego podwórka przyczłapał Alter Maier, syn Natana. Drobny mężczyzna z kozią bródką. Wszy nie dawały mu spać, wziął więc swój siennik, położył go na ulicy, a sam położył się na plecach i twarz skierował do nieba.

Na dworze pachniało skoszonym sianem. Przyjemny, słodki zapach świeżej koniczyny unosił się z pobliskich gojskich stodół. Z ciemnego, niebieskiego nieba gwiazdy spoglądały na ulicę Długą. Od czasu do czasu jakaś gwiazda spadała i pozostawiała na niebie długi, srebrny ogon. Żona Altera Maiera, wysoka i chuda jak łopata, o głosie cichym i piszczącym, prosiła męża:

– Alter, wejdź do izby. Gwiazdy spadają z nieba, a ty się położyłeś i chcesz spać na środku ulicy.

– Źle się czuję. Chcę się przespać na zewnątrz. Idź, przynieś mi ze studni rabina trochę wody. Nie czuję się dobrze po jedzeniu.

– Prosiłam cię przecież, abyś się tak nie najadał bobu, bo jest już zleżały. Ale mnie nie posłuchałeś i teraz źle się czujesz.

– A czy miałem coś innego do jedzenia? Dobrą rybę i mięso wykupili przecież bogacze. Na następny szabas, dla pewności, powinnaś się pospieszyć i wcześniej kupić tłustego kurczaka…

– Nie rób sobie żartów! Wejdź do domu i połóż się do łóżka – nalegała żona.

Starzy jeszcze posiedzieli i poleżeliby na zewnątrz, gdyby nie nadchodzące, spacerujące pary.

W późnych piątkowych godzinach wieczornych ulica przemieniała się w

[str.103]

romantyczną aleję, w miłosny ogród. Bogata młodzież, kobiety, których mężowie wyjechali do Ameryki – wszyscy, którzy swoich skrywanych miłostek nie mogli pokazać w mieście za dnia, przychodzili ze swoim „trefnym towarem” spacerować pomiędzy melancholijnymi, uśpionymi domkami. Tam też po dziś dzień leżą ukryte sekrety i piękne wspomnienia prawdziwej, niekiedy i odgrzewanej, miłości. Niejedna kobieta i niejeden mężczyzna w krajach żydowskiej diaspory przypomina sobie tę uliczkę, gdzie się całowali, kochali znane i nieznane kobiety i mężczyźni w ich najlepszych, najszczęśliwszych latach młodości. W niejednym pozostała wieczna niezagojona rana w przepełnionym bólem sercu.

Z walącymi sercami, pary przytulały się do siebie siedząc na ławkach stojących przy domach. Cała ulica spała pochłonięta nocną ciszą. Z podwórka Szmuela Jankiela niósł się jeszcze cichutki, przyjemny i rozkoszny głos śpiewanej pieśni. Kramarz Jecheskiel, prowadzący modlitwy w aleksandrowskiej bożnicy, zakończył swoje modły i słodko, jak stęskniony gołąb, odburknął – „Świątynia zostanie odbudowana, miasto Syjon powstanie z ruin. A my będziemy śpiewać nową pieśń i ruszymy w drogę” [*wers pochodzi z pieśni szabasowej „Cur Miszelo”].

Wraz z ucichającymi ostatnimi jego serdecznymi tonami, zgasły migające świece i zniknęły z okien domów na ulicy biedaków.

 

[str.104]

 

Nachum Zilberman
(Paryż)

Nasze miasteczko

Z moich dziecięcych lat dobrze pamiętam czym my sokołowianie bardzo się szczyciliśmy. Żydowskim uczestnikiem powstania kościuszkowskiego – Calkiem [Orłowskim], synem Abrahama, a mężem Jenty Gałązki, który był strażakiem. Drugim żydowskim strażakiem był kantonista Arie-Zelig.

W moim dziecięcym myśleniu bardzo mnie to dziwiło i zazdrościłem im, że było im to dane, a żadnemu innemu Żydowi w Sokołowie nie.
Poza tym w Sokołowie nigdy nie przestano opowiadać o wydarzeniach roku 1905, o manifestacji, która ciągnęła się od Brzozowa aż do miasta, o polskich i żydowskich robotnikach ruchu socjalistycznego.

Wśród ówczesnych rewolucjonistów szczególnie znani byli: Majer, mąż Sary, Kalman Jechiel, Szepsl Preger i Abraham Grinberg. (W mieście mówiono, że chciał przejąć cukrownie w Przeździatce, która należała do Niemca [Stanisława] Lessera [*urodził się jako Szmul w 1817 r. w Warszawie, zmarł w 1890 r.; był bankierem i przedsiębiorcą; w 1873 r. kupił cukrownię na Przeździatce w Sokołowie; nosił tytuł hrabiego Księstwa Sachsen-Meiningen und Hildburghausen, więcej: https://sztetl.org.pl/pl/biogramy/183196-lesser-stanislaw]).

Opowiadano także o Sarze-Michl, szwaczce, która również brała udział w tamtych rewolucyjnych manifestacjach.

Pamiętam też sensacyjną opowieść o miłości, gdy to Mojsze-Simche, syn Joela, oblał witriolem (kwasem solnym) twarz córki Szwajcera.
Przed oczami nadal mam dawny wygląd miasteczka: od Rogowskiej i Koziej, od Chaima-Arkesa do Chaima, syna rabina, Nachuma Wolfa, aż po „żelazny łeb”, gdzie kończyła się struga, po stary cmentarz. Bogacz Chaim Szmuel Rozenblum, młynarz i okoliczni biedacy. Podwórze synagogi od przytułku, aż pod łaźnię, koński targ, miejscy bogacze jak Bucze Rubinsztajn i inni, których prosiło się o szklankę rosołu dla biednych, chorych i tych, co w potrzebie.

[str.105]

W pewien Purym [*Purim – radosne święto upamiętniające wyswobodzenie Żydów z rąk Hamana], zaczynający się w czwartek, czyli w dzień targowy, biedni kramarze spieszyli się na czytanie Megili [*księgi] i zapomnieli sprzątnąć swoje stoiska, stoły i beczki. Na rynku szybko znalazła się grupa łobuzów, którzy popsuli stoiska, powywracali beczki i dotarli do przedsionka synagogi. Gdy więc czytając doszliśmy do Hamana, rozgorzała prawdziwa bitwa.. Beczki latały w powietrzu, stoły rozleciały się na drobne kawałki, szczapą drewna rozłupano miedzianą bekę. Dopiero wówczas kramarze zdali sobie sprawę, że to ich rzeczy.

Po wielkim pożarze, gdy miasto powoli zaczęło się odbudowywać, do miasta zawitał gość – wariat Bencyjon. Miał wówczas trzydzieści kilka lat, był wielkim uczonym, raz bywał pochmurny, innym razem całkiem wesoły. Jego smutek miał wziąć się z miłości i faktem jest, że nigdy nie przestawał mówić i śpiewać o miłości. Wzbogacił nasze miasteczko w piosenki o wydarzeniach, które były nam zupełnie obce. Część z nich nawet sam przetłumaczył na polski. Z jego repertuaru pamiętam: „Ksiądz sypia z gospodynią” (piosenka prymitywna i romantyczna), „Cóż będzie, moja miła, gdy się z tobą ożenię i urodzi nam się dziecię? Skąd weźmiemy kołyskę?”, „Tam na strychu stoi beczka”, „Na targu kury stoją i niczego się nie boją” i jeszcze piosenka na Jom Kipur: „Pocztmistrz, który roznosi wieści, jednemu przynosi dobrą, a drugi zaczyna już żałobę”, „Rankiem pożegnam się z tobą” (na melodię z „Halki” Moniuszki), „Kto zechce zniszczyć naszą miłość, niech zginie tragicznie”, „Gdybym był ptaszkiem, poleciałbym do Ciebie” i inne. Nasi krajanie, niezależnie od tego gdzie teraz są, z pewnością będą pamiętali te i inne piosenki. Mój ojciec także został wciągnięty w jego przyśpiewki i Chaim-Szmuel Rozenbojm, prowadzący modlitwy w synagodze, zaśpiewał jedną z jego piosenek na melodię z „Halki”, to wszystko dzięki Bencyjonowi.

Tak życie toczyło się w naszym miasteczku, aż do pierwszej wojny światowej. Kalman Szepsl (ważna persona w miasteczku), który mieszkał naprzeciw Arona Karpela tuż przy miejskim rynku, miał fabrykę wody sodowej. Jedna część fabryki należała do Kalmana Szepsla, a druga część interesu do jego syna Icchoka-Dowida, który

[str.106]

sprzedawał łakocie i wodę sodową. Spośród częstych gości, oświeconych Żydów, pamiętam: Isroela-Lejbusza Tajbluma, Isroela Nate, Mendla, syna rabina. Icchok-Dowid był mądrym człowiekiem. Przychodził tam także Mordechaj Łukower, Mordechaj-Zalman Winogóra, mój ojciec Mojsze-Lejzer i Szlafmic. Mówiono tam przede wszystkim o polityce. Z gazet czerpaliśmy wiadomości o froncie. Dyskutowano o tym, kto wygra, a kto przegra. Tak było podczas pierwszej wojny światowej. Intersujące rozmowy.

W tym samym czasie do Sokołowa przyjechało wielu obcych Żydów. Byli to ludzie bardzo kulturalni, uczeni, studenci jesziw, którzy wywarli duży wpływ na kulturalne życie miasteczka. Gdy w 1915 roku Niemcy zajęli Sokołów i Żydzi zaczęli oddychać wolnym powietrzem, Mojsze-Chaim Szpilman założył pierwszą żydowską bibliotekę. Jej członkami byli dwaj przyjezdni: Becalel Fridman i Bencyjon Goldberg. Wtedy zaczęła się działalność kulturalna i narodowa. Becalel Fridman mieszkał u polskiego gospodarza przy miejskim parku. Mój drogi przyjaciel Nate Kaufman zaprosił mnie wtedy do sprzedawania „Dos jidisze folk” [*„Naród żydowski”, syjonistyczny dziennik] i „Hacefiry”, co nie było łatwym, ale bardzo ważnym zajęciem.

Trochę później dołączył do nas Szlojme Szercman z Siedlec. Był on bez wątpienia najbardziej intersującą osobistością, jaką wówczas znaliśmy. (Był sekretarzem w niemieckim sądzie okręgowym).

Szmojme Szercman założył w Sokołowie partię Poalej Syjon. Wkrótce w działalność zaangażowali się aktywnie Ajzik Płatner, Szimen Rubinsztejn, Baruch Winogóra, Icze Farbiarz, Nate Kaufman, Alter Szuster i Becalel Fridman. Założony został dom robotniczy z czytelnią i salą teatralną na kilkaset osób. Tam też grupa teatralna Arona Karpela po raz pierwszy wystawiła „Der wilder mencz” [*„Dziki człowiek”] [Jakowa] Gordona. Można było podziwiać jak Ajzik Płatner, który nigdy nie grał w teatrze, wyreżyserował tę sztukę i sam w niej grał.

Nie wolno zapomnieć o utalentowanej Zeldzie Rozenbaum i Brejndzie Rozengart. W tym samym czasie powstały w Sokołowie partie (między nimi „Ceirej Syjon” [*Syjonistyczna Partia Socjalistyczna „Młodzież Syjonu”]), szkoły i kursy wieczorowe prowadzone przez nauczyciela Holchekera, a później przez Becalela Fridman i Ben-Cijona Goldberga. Wśród Żydów rozwinął się także ruch rewolucyjny, który Niemcy traktowali wrogo. Po raz pierwszy przygotowywaliśmy się w Sokołowie do świętowania pierwszego maja… Niemiecka władza zamknęła dom robotniczy. Aresztowano

[str.107]

część komitetu, Szercman uciekł. Uroczystości pierwszomajowe odbyły się w lasku na drodze drohiczyńskiej, gdzie co 20 metrów stali nasi towarzysze i młodzież. Na zebraniu zjawił się Szercman. Nagle pojawiła się policja i żandarmeria konna. Manifestacja została natychmiast rozwiązania i zaczęliśmy uciekać. Część została aresztowana i wsadzona do sokołowskiego więzienia.

Założyliśmy więc konspiracyjny ruch działający do końca wojny. Niemcy odeszli, nastała Polska. Nasz ruch odżył, a nasz dom robotniczy u Szmuela-Josla Eliesa znów został otwarty. Becalel Fridman organizował młodzież pod egidą Poalej Syjon. W pierwszym komitecie był Elje Brawerman, Zwije Bekerman, Rywka Kawer, Motl Rozencwajg, Malka Szczerb, Nachum Zilberman, Icchok Walcer. Później doszli jeszcze inni. Był to najpiękniejszy rozdział w tamtych czasów. Młodzież prowadziła różnorodną działalność kulturalną. Zasilił nas swoją osobą Chaim Noah Winogóra, który wrócił z Austrii i wygłaszał wykłady na tematy kulturalne, społecznie i narodowe. Założył młodzieżowy klub dramatyczny, który z pewnością był jednym z najlepszych w całej okolicy. Nate Kaufman również zaczęła wygłaszać wykłady i zyskała dzięki temu dużą popularność.

W tym czasie, w Sokołowie działała znana bundystka Necha Waligóra [*w książce „Sokołów – moje zniszczone miasteczko” Pereca Granatsztejna to nazwisko występuje jako Winogórska, str. 44] – córka Chai-Sory Szualkis. Wszystko, co zarobiła, oddawała partii. Przez pewien czas działała w Warszawie, jednak tam głodowała i wróciła do Sokołowa, gdzie po ciężkiej chorobie zmarła. Przed śmiercią nie chciała wyznać grzechów, a na cały głos śpiewała bundowską „Szwuę” [*Di Szwue; jid. ‏די שבֿועה‎, Przysięga; hymn partii Bund]. Zmarła w piątek wieczorem, a w szabes wszystkie partie postanowiły, że pogrzeb odbędzie się w niedzielę. Postawiono straż, która miała pilnować, aby nie złożono jej do grobu wcześniej. Bracia Szpanke stanowili wartę honorową. Cała sokołowska młodzież, wszyscy społeczni działacze przygotowywali się do pogrzebu. Wóz, na którym miało zostać złożone ciało, pokryto kwiatami. Niesiono transparenty z różnymi hasłami, każda partia dodała coś od siebie. Pamiętam hasło młodzieży: „Bohater walczy, śpiewa i umiera” [*na tym pogrzebie śpiewano też: „Przyjaciele, jak umrę / zanieście na mój grób nasz sztandar, / czerwoną chorągiew wolności, / splamioną robotniczą krwią”].

Pochód ruszył w zimny deszcz. Mróz szczypał w dłonie niosących flagi i transparenty. Przodem szła straż i wzywała kramarzy do zamknięcia sklepów. Sokołowski rabin nie był zadowolony, ale nie mógł nic zrobić. Pochód przeszedł przed domem Chaima syna rabina, przez koński targ i ruszył w stronę ulicy Siedleckiej, aż

[str.108]

doszedł do fotografa Libermana. Czekał tam chór z Domu Robotniczego pod batutą Chaima-Nojecha Winogóry. Ze śpiewem na ustach i łzami w oczach towarzyszyliśmy jej do jej ostatniego miejsca spoczynku. „Unosimy ręce i przyrzekamy walczyć jak ty…” Przemowę nad grobem wygłosiliśmy Baruch Rozenbaum, Alter Szuster i ja ze strony młodzieży. Młodzi i staż, tego mroźnego dnia, brodzili w głębokim śniegu, w drodze do nowego cmentarza [*za obecną ulicą Bartoszową].

Nowa polska władza wiedziała, kto jest rewolucyjną siłą w mieście. Religijny Żydzi nie mogli nam tego wybaczyć. Wywarło to niezapomniane wrażenie na całym miasteczku. A my, ocaleni, także tego nigdy nie zapomnimy.

Był to okres zanim opuściłem miasteczko. Wiem, że wątek ten ciągnął się dalej. Marzyłem całe życie o tym, aby powrócić do mojego rodzinnego miasteczka, do Sokołowa Podlaskiego.

 

[str.109]

 

Abraham Białylew
(Giwataim)

Sokołów do czasów Zagłady

I

Senne miasteczko Sokołów leży wśród szerokich pół Podlasia. Znajdziesz tam drewniane domy przylegające jeden do drugiego, wieki koński targ i mały rynek, na który w każdy czwartek zjeżdżało się tysiące chłopów z okolicznych wsi i osad konnymi wozami przywożąc na handel prosiaki, drób, cielaki, zboże itp.

Targowy zgiełk zastępował wówczas w miasteczku idylliczną ciszę. Żydzi i Żydówki parami stali w swoich sklepach i przy straganach obsługując chłopów. Jeden sprzedał kilka funtów soli i nafty, inny kołacze, śledzie i inne rzeczy. Żydzi krążyli w tej gęstej mieszaninie koni i wozów, i przyglądali się bydłu, cielakom i workom pełnym zboża. Tandeciarze z rozstawionym wieszakami i stołami sprzedawali swoje wyroby.

Zdarza się, że pijani chłopi naśmiewali się albo próbowali wywrócić żydowską budę pełną towaru. Zaraz dostawali swoją lekcję od żydowskich rzeźników, woźniców, tragarzy i innych znajdujących się na targu ludzi. Wyróżniali się w tym wodogłowy Chaim i Jankele-Majer zwany kretem i inni. Strony zawierały pokój najczęściej w pobliskim wyszynku.

W mieście rządził rosyjski wachmistrz (nadzorca), który spotykał się z Żydami tylko w galwzuke [?], gdy w synagodze odprawiano modły za zdrowie cara. Żadne inne interesy nie wiązały go z Żydami. Nie było wówczas jeszcze politycznych partii, ani buntowników, czy rewolucjonistów. Tak mijały lata i rodziły się nowe pokolenia, a stare odchodziły w niepamięć. Zimą Żydzi przesiadywali w besmedreszu przytuleni do ciepłego pieca i

[str.110]

opowiadali sobie historie o Napoleonie, o rosyjsko-tureckiej wojnie, a przede wszystkim historyjki i opowiastki autorstwa mądrych Żydów.
Besmedresz cały dzień wypełniały rozśpiewane głosy chłopców i zwykłych mężczyzn studiujących stronę Gemary [*Gemara – zbiór rabinicznych komentarzy i objaśnień uzupełniających Misznę, czyli kodeks prawa obyczajowego w judaizmie. Obie księgi tworzą razem Talmud] z komentarzami.

W piątek wieczorem całe miasteczko witało szabes w synagodze, w której modlili się zarówno ci zmawiający swoje modlitwy po polsku jak i po hebrajsku. Szczególnym miejscem była bożnica krawców. W sąsiedztwie stał stary besmedresz zawsze pełen ludzi. Ze wszystkich ulic dochodziły Lecha dodi [*hebr. לכה דודי „przyjdź, mój umiłowany”; pieśń śpiewana na powitanie szabatu]: ze sztibla chasydów z Góry Kalwarii, Aleksandrowa, ze Skierniewic, Kocka i innych miast. Z jednego krańca miasta do drugiego rozciągały się królewskie śpiewy witające szabas.

Rabinackie urzędy w Sokołowie sprawowali słynni rabini, ale żadnemu z nich nie udało się utrzymać swojego urzędu przez dłuższy czas, a to za sprawą różnych machlojek wyrządzanych przez możnych w mieście. Zdarzyło się nawet, że siłą wygoniono z miasteczka jednego z rabinów.

Wyjątkiem był rabin reb Icchok Zelig Morgenstern (błp.), który był rabinem w Sokołowie ponad 40 lat (do wybuchu II wojny światowej). Poza tym, że był rabinem w miasteczku, był także rebem grupy chasydów, którzy zostali jego zwolennikami po śmierci jego ojca, rebe z Piławy (błp.). Sokołowski rabin brał również udział w delegacji rabinów, która pojechała do Petersburga. Założył też i prowadził w Sokołowie jesziwę i brał czynny udział w zjazdach i konferencjach Agudy.

Administracja gminy leżała w rękach miejscowego przewodniczącego gminy, który razem z rabinem i dozorami ustalał budżet na religijne wydatki i nakładał tzw. etat (podatek) na gospodarzy w mieście. Zwykli ludzie nie mieli pojęcia o tym, co dzieje się w gminnej administracji, ale i nie interesowali się tym za bardzo.

W Sokołowie podobnie jak w innych gminach mieszkał dobrodziej, reb Szmuel Grudka (błp.), który ze swoich własnych pieniędzy wybudował przytułek na synagogalnym podwórzu. Pomagano tam biednym i zaniedbanym wariatom, zapewniano nocleg i pobyt. Dał też pół sumy potrzebnej na budowę Talmud Tory.

Inny, Mojsze, mąż Malki, a właściwie Mojsze Borychowski wybudował nowy besmedresz prawie wyłącznie ze swoich własnych środków finansowych. Od

[str.111]

czasu do czasu niektóre rodziny zlecały napisanie na ich koszt zwoju Tory dla synagogi lub besmedreszu. Towarzyszyła temu wielka uroczystość, muzyka, tańce i odbywała się wielka uczta dla ludzi.

Do najpopularniejszych ludzi w miasteczku należeli łaziebni (Żydzi, którzy sprawowali arendę nad gminną łaźnią i mykwą). Któż nie chodziłby do łaźni lub do mykwy. Zadaniem dozorów było utrzymanie mykwy w należytym porządku. Gdy trzeba było przeprowadzić poważny remont, wciągano w to całe miasto.

Szczególnym stowarzyszeniem posiadającym własną autonomię była chewra kadisza [*bractwo pogrzebowe], na czele której stał wybierany przez jej członków przewodniczący. Jego rozkazy były świętością. Mojsze syn Lejzera, którego właściwe nazwisko to Mojsze Moszezon (błp.), krawiec damski, który szył wszystkim sokołowskim panną młodym ślubne suknie, był gabajem w synagodze krawców. (Przez długi czas przewodniczył też chewra kadisza. Członkowie gotowi byli na każde jego wezwanie, nawet w środku nocy, w wielki

Chewra kadisza

mróz i podczas największej zawieruchy, wykonywać swoje obowiązki. Swoim oddaniem wyróżniali się: Majer Rejzman (wołano na niego Majer-kret), Szmije Tame, Awolm Rejder, Judl Blacher i inni.

W Sokołowie działała również kooperatywa Pożyczkowa Kasa Oszczędności,

[str.112]

którą prowadzili Hersz Tojbe Ber, Jehuszua Linde, Mojsze Moszezon i inni. Księgowym był Ajzik Ber. Należy również wspomnieć, że grupa młodzieży założyła inne stowarzyszenie Linet-haCadik, działaczami którego byli dwaj żydowscy felczerzy Jakow Flinder i Jakow Bychowski (ten ostatni był też jedynym żydowskim członkiem ogniowej straży ochotniczej należącym do polskiej straży pożarnej).

W tym czasie w sokołowskiej społeczności żydowskiej nie było jeszcze wykształconych inteligentów. Jednym młodzieńcem pobierającym nauki w gimnazjum był syn Jakowa Flindera – Josele Flinder. Gdy przyjeżdżał na święta do domu, w swoim jasnym gimnazjalnym palcie ze srebrnymi guzikami, przyciągał uwagę całej społeczności i zazdrość sokołowskiej młodzieży.

Mimo zakazu wydanego przez władzę carską w Sokołowie działa syjonistyczna grupa młodzieżowa, która potajemnie zbierała datki na Keren Kajemet leIsrael i inne przedsięwzięcia. Syjonistyczne spotkania odbywały się w konspiracji w prywatnych mieszkaniach. Przed domem stali młodzieńcy i strzegli, czy nie pojawia się miejski żandarm lub wachmistrz. W tym czasie działała również bundowska grupa, która prowadziła swoją pracę również w konspiracji.

Żydowska ludność w Sokołowie składała się w 60% z rzemieślników: szewców (kilkaset rodzin), kuśnierzy, krawców itp. Reszta, 40% ludności to byli drobni kupcy, domokrążcy wiejscy, melamedzi i zwykli biedacy.

Mimo zakorzenionego od pokoleń w polskiej społeczności antysemityzmu, stosunki między Polakami i Żydami było bardzo zażyłe. W niedziele, z samego rana, wiejscy domokrążcy ruszali w drogę do okolicznych wsi z worami na plecach. Przez cały tydzień handlowali z chłopami, sypiali na świeżym sianie w stodołach, a zimą na ciepłym piecu w chłopskich domach. Na szabas wracali do żon i dzieci, i przynosili jaja, sery, kartofle, warzywa oraz niewielkie pieniądze na utrzymanie.

Rok 1905 przyniósł do Sokołowa rewolucyjną falę, która przepływała przez cały kraj i skierowana była przeciwko rosyjskiemu carowi. I na żydowskiej ulicy pojawili się rewolucjoniści ubrani w czarne bluzy i czerwone krawaty. Pewnego wieczoru, gdy przez miasto przechodziła kilkutysięczna demonstracja

[str.113]

robotników z pobliskiej cukrowni w Przeździatce (z udziałem parobków z Kupientyna i Rogowa w jej rzędach szli także żydowscy rewolucjoniści z flagami w dłoniach. Spośród nich warto wymienić Dowida Fridmana, Jechielka Roznbauma (syn biedaka Isroela Icla), Dowida Tenenbauma, Kalmana Jechiela Fridmana, Szolema i inni.

Burzliwe czasy nadciągnęły nad miasteczko. Pojawiły się oddziały rosyjskich wojsk i zaraz pojawiła się wiadomość o zamachu bombowym na siedleckiego komendanta wojskowego. Zaraz też miał miejsce w Siedlcach pogrom Żydów, zorganizowany przez wojsko cara. Było około 50 ofiar. Śmiertelny strach padł na ludzi i wielu wyjechało na wieś do znajomych chłopów, aby przeczekać tam niespokojne czasy. W między czasie miał też miejsce zamach na sokołowskiego wachmistrza Kutowa przeprowadzony przez żydowskiego rewolucjonistę.

Około roku 1910 w przeddzień święta Szawuot wybuchł w mieście pożar. Silny wiatr przeniósł ogień z jednego końca miasta na drugi i w przeciągu kilku dni stało w płomieniach całe miasto. Wielu ocalałych zbierało porozrzucane po ulicach i uliczkach rzeczy, i przenosiło je do dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie też tymczasowo osiedlali się u znajomych chłopów, siewców albo na polach. Należy wspomnieć o akcji pomocowej przeprowadzonej w okolicznych miastach: w Siedlcach, Węgrowie, Kosowie, Sterdyni i innych. Wkrótce nadciągnęły stamtąd wozy obładowane chałami, cukrem, mąką i innymi produktami spożywczymi.

Miasteczko zaczęło powoli się odbudowywać, ale cień strasznych czasów, rozłam, który powstał między społecznością żydowską i polską podczas wyborów do dumy, gdy Żydzi głosowali na kandydatów polskich partii demokratycznych, a nie na endecję albo kandydatów chłopskich, rzucił strach i ból na społeczność żydowską w Sokołowie.

W tym czasie, w miastach i na wsi powstawało wiele kooperatyw, endecka gazeta „Dwa grosze” rozsiewała antysemicką truciznę nawołując ludzi do niekupowania u Żydów. Hasło „swój do swego” bardzo popularne było wśród polskich mas, a żydowski handel z dnia na dzień stawał się coraz to bardziej zagrożony.

Tisza be-Aw roku 1914 spadła na miasteczko jak grom z jasnego nieba wiadomość o wybuchu I wojny światowej. Hiobowe wieści nadciągały z

[str.114]

miast i miasteczek. Carskie wojsko znaczyło swoją drogę żydowskimi ofiarami i ich krwią. Nadciągały rzesze bezrobotnych. Przyjmowani zostali przez komitet pomocowy, który szybko został utworzony i na czele którego stali Rakacz, Benjamin Elenberg, Pinkas Czernicki i inni. Wyjściu wojsk rosyjskich z Sokołowa towarzyszyła strzelanina i grabieże. Było dziewięć żydowskich ofiar. Miasto zostało zajęte przez Niemców cesarza Wilhelma.

Niemcy zajęci byli wprowadzaniem czystości i porządku w miasteczku. Rodzina Szafran dostała koncesje na prowadzenie elektrowni i w Sokołowie pojawiło się po raz pierwszy elektryczne oświetlenie, a w magistracie pojawił się żydowski radny (Herszl Grinberg).

Z powodu różnych ograniczeń i rekwizycji, przeprowadzanych przez władze wojskowe, życie w mieście stawało się co raz cięższe. Ale Żydzi w Sokołowie dawali sobie radę. Fortuna kołem się toczy i dotychczasowi bogacze stawali się coraz biedniejsi. Wyrastali za to nowi bogacze. Także w milicji zatrudnieni zostali żydowscy młodzieńcy.

W czasie okupacji społeczne i kulturalne życie w mieście bardzo się zmieniło. Staromodne ubrania zniknęły, powstawały biblioteki, kluby i partie. Od czasu do czasu występowały w mieście trupy teatralne.

Niemiecka władza okupacyjna wprowadziła porządek w zaniedbanej gminie żydowskiej. Opublikowany został gminny statut z zarządzeniem o powszechnych, proporcjonalnych i tajnych wyborach do gminy. Wybrano następujących dozorów: Mojsze Borychowski, Mojsze Lustigman, Jeszijahu Szafran, Jehoszue Landau i inni. Zarząd gminy otrzymał europejski i demokratyczny charakter.

Wojna się skończyła i Polska odzyskała niepodległość. Żydzi odetchnęli z nadzieją, że nowa Polska będzie bardziej demokratyczna… Z wielkim zainteresowaniem społeczność żydowska przyglądała się wyborom do Sejmu. Dzięki zrzeszeniu z innymi narodowymi mniejszościami w Polsce: z mniejszością niemiecką, ukraińską, białoruską i innymi, Żydzi dostali pokaźną liczbę mandatów.

Nie minęło wiele czasu od odzyskania przez Polskę niepodległości, a polski antysemityzm pokazał swoją jeszcze bardziej ostrą i brutalniejszą twarz. Antysemicka prasa nieustannie prowadziła nagonkę. Napadano na Żydów na ulicach i na kolei. Gmina żydowska musiała rozszerzyć swoje kompetencje na polskim terenie. Polityczne partie prowadziły intensywną działalność – od prawicy do lewicy.

[str.115]

Wybory do gminy żydowskiej przebiegały pod znakiem politycznych programów różnych partii. Partie walczyły, aby uzyskać jak największą liczbę przedstawicieli w żydowskiej gminie.

Wymienię i przypomnę nazwiska zarządców gminy, którzy sprawowali władzę w różnych kadencjach przed zagładą Sokołowa: Mojsze Lustigman („Auguda”), Chaim Jakow Szpadel, Hersz Kejt i Szije Zielonylas („Agudas”); Chaim Zilberman, Mendl Łosicki, Motl Szlafmic i Benjamin Rubinsztein (syjoniści); Alter Chaim Kafowy, Pinkas Czernicki, Kosower, Szwarcbart, Zindl Lerman i Szachne Radziński („Mizrachi”); Brawerman („Bund”); Abraham Ciciński i Abraham Wajnberg (rzemieślnicy); Dowid Liberman (Poalej Syjon lewica); Icchok Zarębski (Poalej Syjon prawica).

Członkami rabinatu byli: rabin Icchok Zelig Morgenstern (błp.) (zwany też rabinem z Sokołowa, zjeżdżały do niego tysiące chasydów z całej Polski) oraz wielki nauczyciel reb Mordechaj Halbersztam (błp.), naiwny i biedny jak mysz kościelna mędrzec i znawca, przywódca chasydów z Lubawicz.

Hitlerowska trucizna zaczęła coraz to bardziej przeciekać do Polski. Bojkot skierowany przeciwko Żydom przybierał ostrzejsze formy. Doszło do tego, że w 1938 polscy antysemici ustawiali przed żydowskimi sklepami pikiety, aby polscy klienci nie wchodzili do żydowskich sklepów. Pewnego targowego dnia, gdy miasto pełne było chłopów z okolicy, miał miejsce w Sokołowie pogrom. Każdy żydowski przechodzień został pobity, szyby i witryny zostały zniszczone, żydowskie stragany powywracane. Niektórzy członkowie gminy żydowskiej włącznie z piszącym te słowa, musieli bocznymi uliczkami biec do starosty i prosić o pomoc. Zaalarmowany został także żydowski klub parlamentarny w Warszawie, który wysłał delegata z celu zbadania sprawy i interwencji.

Były to pierwsze oznaki powodzi, która zalewała polskich Żydów, do września 1939 roku, gdy niemieckie wojsko weszło do miasta i rozpoczęło swój śmiertelny pochód.

[str.116]

Grupa „Bejs Jakow” z Sokołowa

 

[str.117]

 

Herszl I. Kaufman
(Paryż)

Wielki pożar

W wieczór poprzedzający święto Szawuot roku 1910 [*to święto przypadało w 1910 roku 13 czerwca], Żydzi jak zawsze sprzątali swoje domy i przygotowywali do uroczystych obchodów święta. Przeróżne aromatyczne warzywa, gałązki ze świeżymi, młodymi listkami wypełniały domy przyjemnymi zapachami. Makowce i maślane ciasteczka dopiero co wyjęte zostały z buchających parą pieców. W tym właśnie momencie niespodziewanie wybuchł pożar. A stało się to w następujący sposób. Pewna Żydówka postanowiła sprzedać żarzący się jeszcze węgiel krawcowi. Była bardzo zajęta i w pośpiechu oblała palenisko pierwszą partią pomyj, nie zwróciwszy uwagi na to, czy ogień rzeczywiście został ugaszony. Wstawiła węgiel do komórki pod schodami i przykryła workiem siana, więcej o tym nie myśląc. Po chwili zaprószony ogień rzucił się na worek siana. Nie dało się już uniknąć niebezpieczeństwa. Gęsty dym i płomienie przenosiły się z pomieszczenia na pomieszczenie, zapaliły się schody i wkrótce w mieście wybuchła panika. Ludzie musieli czym prędzej uciekać, aby nie paść ofiarą płomieni.

Ogień zaczął się rozprzestrzeniać i przeniósł na sąsiednie drewniane domy, rozhulał się po ulicach i po kolei pożerał całe rzędy budynków. Nieszczęście było niespodziewane. Panika rosła, ludzie łapali to, co wpadło im w ręce i uciekali. Kobiety wynosiły dzieci, bieliznę, poduchy… Mężczyźni

[str.118]

wykazywali dużą odwagę chcąc uchronić wszystko, co było jeszcze można, pomagali ratować starszych ludzi, chorych, kobiety i dzieci.
Silny wiatr przyczynił się do tego, że pożar tak szybko się rozprzestrzenił. Płomienie okrążyły ludzi i zmusiły do ucieczki. Zajęły się nowe domy i powstało wrażenie, jakby całe miasto stało w płomieniach.

Jednym bezpiecznym miejscem, które dawało schronienie był wielki, stary żydowski cmentarz. Wystraszone, wygłodniałe kobiety bez dachu nad głową, z dziećmi na rękach zbiegły się na cmentarz i włóczyły całą noc po okolicy drżąc z zimna. Mężczyźni energicznie pomagali strażakom lokalizując ogień i ratując inne części miasteczka.

W końcu wiatr uspokoił się i nie roznosił już dzikich płomieni po i tak rozgrzanych do czerwoności ścianach domów. Strażacy, gdzie było to możliwe, przedzierali się z wiadrami w ręku, oblewali ściany i tym oto sposobem zdarzył się cud. Ogień zgaszono, ale wiele domów spłonęło w płomieniach. Czad i dym unosiły się w powietrzu przez kilka dni. Na szczęście dni były pogodne, a to jakże radosne żydowskie święto ludzie spędzili płacząc i rozpaczając, głodni i wyczerpani na starym żydowskim cmentarzu.

Wielkie puste pogorzelisko wyznaczone przez ruiny spalonych domów, rozciągało się od starego besmedreszu, poprzez ulicę Nową, ulicę Szeroką aż do ulicy Długiej. Miejscami ogień próbował się przedrzeć na sąsiednie ulice, jednak bez powodzenia. Tam domy były murowane. Jednak i tam spłonęło kilka domów. Na kolejnej ulicy udało się ogień zatrzymać i opanować. Niedaleko znajdowały się gojskie domy i ogrody, i polscy sąsiedzi walczyli tam jak bohaterowie tak więc poza małymi wyjątkami udało im się zgasić pożar. Jakby cudem, dzięki wielkiemu wysiłkowi, strażaków i dobrej pogodzie, ocalało kilka żydowskich domów, które już otoczył ogień. Były to domy Kizowa, mleczarza Icla, Jankiela Brokera, Szyji, męża Dwory, mojego ojca i Abrahama futrzarza, którego dom dopiero co wybudowano. Inaczej wiele polskich domów,

[str.119]

spichlerzy i stodół poszłyby z dymem.

W Sokołowie Żydzi nie odczuwali biedy. W Ameryce nasi ziomkowie zbierali pieniądze i wysyłali je. Jednak w wyniku pożaru zamożni gospodarze stracili swoje majątki i klepali biedę już przez całe życie. Niektórzy nie mogli zapomnieć tego, co przeżyli i ze zgryzoty zaczęli chorować i po pewnym czasie umarli.

W pierwszych dniach po tragedii, gdy popiół jeszcze nie wystygł, po pogorzelisku kręciły się rodziny, kobiety, mężczyźni i dzieci. Zapłakani szukali w gruzach swoich rzeczy, niestety bez powodzenia. Ogień zniszczył również radość płynącą z tego jakże radosnego żydowskiego święta. Rodziny nie miały dachu nad głową, ludzie zostali goli i bosi, bezbronni.

Szybko jednak zaczęto zdroworozsądkowo podchodzić do pożaru. Kto mógł, zbierał pieniądze, aby odbudować dom. Kto nie miał na to żadnych perspektyw, sprzedawał sam działkę, aby za zarobione pieniądze wynająć gdzieś kąt. Zawierano także spółki – wkładem jednego był plac pod budowę, drugi płacił za materiały budowlane i tym sposobem ludzie zaczynali od nowa. W lasach wycinano wielkie dęby i sosny, drogami ciągnęły wozy z ciężkimi, długimi klocami drewna jadące w stronę miasta.

Lato minęło, a kolejna mroźna zima ciężko doświadczyła pogorzelców. Trudno było się zorganizować i przetrwać te czasy, ale wiosną, gdy tylko pożegnano zimę, zabrano się do odbudowy. Rąbano i cięto drewno, murowano fundamenty, stawiano ściany i gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się nowe domy. Minęło ponad 25 lat zanim puste place zostały zabudowane. Pozostałe otoczono płotem i kupcy prowadzili tam dobrze prosperującą sprzedaż drewna, desek i innych materiałów budowlanych.

Życie, nie bacząc na ludzką tragedię, samo pisało dziwaczne i często śmieszne scenariusze. Nie brakowało pajaców, którzy jeszcze wiele lat

[str.120]

naśmiewali się z tego. Tak to pewna kobieta w panice podczas pożaru tak się wystraszyła, że uciekła tylko z poduszką. Tak samo postąpiła inna. Chwyciła poduszkę, na której miało leżeć nowonarodzone dziecko. Dopiero później zorientowała się, że na poduszce brakuje niemowlęta. Uciekający w wielkiej panice ludzie znaleźli leżące na ziemi żywe dziecię, które spokojnie grzało się przy ogniu. Niemowlę oddano zrozpaczonej matce, która najadła się niemałego strachu.

Sokołowscy żartownisie słynęli ze swojego specyficznego słownictwa, którego używali do opowiadania dowcipów. Z ich językiem nie mogło konkurować żadne z okolicznych miasteczek. Władza miejska robiła wszystko, aby zapewnić pogorzelcom pierwszą pomoc. Szames Ben-Cijon napisał w tej sprawie nawet list do Ameryki.

Pogorzelców żartownisie podzielili na kilka kategorii: biedaków, żebraków, obdartusów i takich, co to nigdy nie mieli pieniędzy, a których nazywano ślamazarami. Ci ostatni nie żywili nigdy nadziei i nawet nie marzyli, aby cokolwiek osiągnąć. O nich żartownisie mówili, że są to najlepsi gospodarze w mieście, bo nigdy nic nie mieli i niczego w pożarze nie stracili.

W tym okresie wrócił z Ameryki nasz krajan Jankiel Dowid Cukier. Cukier żył tam kilka lat i udało mu się odłożyć kilka dolarów. Był jednym z pierwszym – prawdziwym pionierem – który w Sokołowie budował domy lokatorskie. W ten sposób też zarabiał na życie. Domy budował z tanich materiałów. Stawiał najpierw ściany i dach i dopiero, gdy wynajął wszystkie pokoje, kładł podłogę, zabielał sufit, wstawiał okna i drzwi. Lokator podczas dogadywania wynajmu, omawiał z właścicielem różne szczegóły: gdzie załatać dziury, podmurować cegły a gdzie podłożyć kamienie, aby schody się nie zapadły. W ten sposób robił interesy.

Drugim budowniczym pionierem był klezmer Hersz-Nachum. Ten jednak odnosił już dużo mniejsze sukcesy. Gdy przystąpił do budowy, poza działką nie posiadał niczego. Zebrał od lokatorów pieniądze, ale nadal nie miał wystarczająco środków aby ukończyć dom. Klezmer Hersz-Nachum całe życie miał długi i

[str.121]

nigdy z nich nie wyszedł. Sam musiał zadowolić się pokojem, którego też nie wykończył. Swoim pomysłem na interes wkupił się w łaski miejskich włodarzy i awansował do rangi miejskiego gospodarza. Niewiele jednak to mu dało, bo całe życie nie śmierdział groszem.

Niewielkie pieniądze zarabiał przygrywając na skrzypcach na żydowskich i nieżydowskich weselach. Przeciągał smyczkiem po chrypiących strunach i rzewnie przygrywał gościom. Cud, że Hersz-Nachum, miał w sobie talent do grania. Potrafił też ładnie rymować i często doprowadzał kobiety do łez. Jak mantrę powtarzał, że budowanie domu wyrwało mu kiszki z brzucha.

Kto miał działkę i środki, budował sam. Także Jankiel Bram i jego ojciec, z zawodu cieśle, wybudowali duży dom. Dziś nazwano by go pewnie „budynkiem”. Obaj mając doświadczenie w fachu, poradzili sobie dużo lepiej. Pieniądze pożyczyli w Kasie Straży Ogniowej, w której byli ubezpieczeni i szybko na placu postawili swoją własność. Byli i tacy, co budowali domy z cegły aby uniknąć skutków ewentualnego kolejnego pożaru.

Kilka lat później do miasteczka zawitał bardzo oryginalny mężczyzna, Nachum Wolf. Wolf składał grosz do grosza i razem z pożyczką, z Kasy Straży Ogniowej udało mu się zebrać sporą sumkę. Miejscy żartownisie stroili sobie ciągle z niego żarty, bo z wielkim szacunkiem traktował wszystkich i z uwagi na swoją stanowczość uchodził za ważną personę. Był krzykaczem, człowiekiem drażliwym, którego lepiej było unikać. Gdy szedł ulicą, sąsiedzi schodzili mu z drogi. Chłopcy w podartych białych kapotach czmychali przed nim gdzie „pieprz rośnie”. Inni gospodarze, nie chcąc mu się narażać, traktowali go z szacunkiem i zawsze serdecznie pozdrawiali. Miejscy żartownisie naśmiewali się z takich osób mówiąc, że zaraz ze strachu przed Wolfem zamkną się w swoich czterech ścianach i nie wyściubią nawet czubka nosa. Śmiano się także z jego lokatorów, spośród których wszyscy bez wyjątku byli wielkimi nieudacznikami.

[str.122]

Wcześniej już wspomniany drogi Jankiel-Dowid Gitkes wybudował swoje domy na działkach po tej stronie strumienia. Latem wszystko było tam porośnięte trawą. Czasami, w pewnych okresach, ziemia robiła się bagnista z uwagi na bliskość rzeki, która zalewała okoliczne tereny i groziła powodzią. Nasz drogi Jankiel-Dowid Gitkes nie był wybredny. Posadził nawet drzewko, któremu jednak niedane było spokojnie rosnąć, bo wiosną przybiegały nad rzekę chmary dzieci i drzewo złamały.

Po prawej stronie domu znajdował się głęboki dół, który kilka razy w roku wypełniał się wodą. Powiadano, że żyły tam nawet ryby. Prawdopodobnie była to jednak tylko fantazja. Tamtejsi mieszkańcy wrzucali do dołu naczynia i inne odpady więc bardzo tam śmierdziało a pod powierzchnią wody tworzyło się istne bagno. Latem dół wysychał. Cieszyło to dzieci, bo miały nadzieje znaleźć w mule jakieś skarby.
Niedaleko znajdowała się także żydowska mykwa, a cała okolica tworzyła specjalną zonę, którą nazywano „małym Paryżem”, albo „królewskimi włościami”.

Chłopcy z Sokołowa

 

[str.123]

 

Icchok Rajtman
(Detroit)

Stowarzyszenie „Haskome”

Nigdy nie przyszło mi na myśl, aby zajmować się sensem istnienia Stowarzyszenia „Haskome” [*„zgoda”]. Dlaczego jego członkowie modlą się w tej właśnie synagodze? Jakie były początki tego towarzystwa? Czy również w innych miasteczkach istniały podobne stowarzyszenia itp.? Teraz z perspektywy Zagłady, sądzę, że może być to dla kolejnych pokoleń interesujące. Opowiem, co pozostało mi w pamięci o Stowarzyszeniu „Haskome”, którego jedną z podpór był mój ojciec (błp.), miejscowy kantor.

O ile wiem, stowarzyszenie nie prowadziło żadnego Pinkasu, wierzę, że gdyby miasteczko nie zostało unicestwione, dowiedzielibyśmy się więcej o misnagdyjskich zwyczajach, o niesnaskach między misnagdami i chasydami, o osobach wiodących prym w tych kłótniach. Ale niestety nie jest to już możliwe i będziemy musieli się obejść tym, co pamiętam z dzieciństwa, okresu, gdy chodziłem z moim ojcem do synagogi w szabasowy wieczór, w czasie święta Simchat Tora i podczas dorocznych pesachowych minjanów.

To, co tu opowiem, nie jest niczym innym niż garstką wspomnień z mojego dzieciństwa. Wspomnień o Stowarzyszeniu „Haskome” i o naszym miasteczku.

Brak oficjalnej kroniki, z której zaczerpnęlibyśmy wiadomości o czasie i powodach powołania do życia Stowarzyszenia „Haskome”. Niemal pewne jest, że jego założycielami byli mieszkający w mieście misnagdzi.

Za moich czasów stowarzyszeniu przewodzili – a zapewne i je zakładali – Pinkas-Mojsze Nejdorf, Szimen Kalina i Herszl Rejzman. Byli oni, od kiedy pamiętam, przewodniczącymi towarzystwa. Oczywiste jest, że rytuały i modlitwy zmawiane w nieogrzewanej synagodze odbywały się na sposób misnagdyjski.

[str.124]

Wszyscy wiedzieli o kłótniach i niesnaskach w mieście wybuchających przeciwko albo w obronie jakiegoś rabina. Prawie pewne jest, że spory te były jednocześnie rozgrywkami między chasydami a misnagdami, w których zazwyczaj wygrywali ci pierwsi. Misnagdzi przez cały czas stanowili w miasteczku mniejszość, a Sokołów z biegiem lat stał się chasydzką ostoją.

Mój ojciec (błp.) z drwiną i przekąsem opowiadał, jak jeden z jego towarzyszy przez noc został chasydem. Oto cała historia: Jeden z kompanów zasiedział się wieczorem w synagodze i do domu wrócił bardzo późno. Późnym wieczorem zmówił wieczorną modlitwę, późno też zjadł kolację, położył się spać jeszcze później, wstał następnego ranka też późno i od tej chwili modlił się już późno razem z chasydzkim minjanem…

Ta prześmiewcza powiastka opowiadana była przez misnagdów w nawiązaniu do pogłosek, że jakoby chasydzi nie lubią wstawać wcześnie i wcześnie się modlić. Plotka ta była także podwaliną stowarzyszenia „Haskome”, które w każdy szabas, czy to zimową czy letnią porą, zmawiało swoje modlitwy skoro świt.

Trzeba było mieć odwagę i być gotowym do wyrzeczeń, aby znaleźć siły do opuszczenia ciepłej izby o bladym świcie i pójścia na modlitwy do nieogrzewanej synagogi. Według mnie krzepy dodawała im misnagdyjska wojownicza natura, która charakteryzowała misnagów jeszcze zanim do miasteczka zawitali chasydzi.

Prawie wszyscy zbierający się w synagodze o świcie w każdy szabes, czy to zimą, czy latem, byli rzemieślnikami. Mimo że była osobna synagoga dla krawców, a od czasu do czasu zbierał się szewski minjan, w stowarzyszeniu „Haskome” byli prawie sami rzemieślnicy.

Przychodzili oni chętnie do „Haskome”, bo z ulicy, na której stała synagoga mieli niedaleko do swoich domów. Zdaje się także, że ludzie pracy misnagdyjski styl życia mieli we krwi. Mocnych więzów między modlącymi się w stowarzyszeniu „Haskome” nie było i każdy bez przeszkód mógł przyjść na modlitwy, przyłączyć się do kiduszu albo nawet uczestniczyć w dorocznej uczcie z okazji święta Simchat Tora.
Nie było też żadnego obowiązku przychodzenia na modlitwy.

[str.125]

Mimo tego nie pamiętam ani jednego przypadku, aby nawet w najmroźniejsze dni w szabas nie zebrał się minjan. Oczywiście trójki, o której już wspomnieliśmy, która założyła, i prowadziła stowarzyszenie, nigdy nie brakowało.

Wszyscy w Sokołowie znali krążącą w miasteczku legendę o trupach, które rzekomo zbierały się po północy w synagodze i każdego, kto przejeżdżał albo przechodził obok wzywały do czytania Tory. Wezwany musiał wejść do synagogi, wejść na podest i zmówić błogosławieństwo. Zgodnie z legendą trupy znikały o świcie, gdy pojawiła się gwiazda zaranna. Gdy z moim ojcem chodziłem ciemnym zimowym porankiem do synagogi, z dziecięcą ciekawością szukałem śladów tajemniczych kroków wokół podestu, przy aron ha-kodesz i na przejściu prowadzącym do bocznych drzwi, przez które trupy miały wchodzić i wychodzić.

Zimą modlący się zakładali tałesy na grube zimowe palta i chowali ręce w futrzane rękawy. Chodzili po synagodze przestępując z nogi na nogę, aby się trochę rozgrzać. Tym sposobem szybko zmawiano poranną modlitwę, odczytywano tygodniową porcję Tory, prędko studiowano komentarze i udawano się gdzieś na kidusz albo rączo do domów. Rzadko kto zaglądał do sąsiedniego besmedreszu, aby się ogrzać. A tam od świtu żarliwie zmawiano Psalmy.

Najradośniejszym okresem było lato. Rankiem słoneczne promienie zaglądały przez kolorowe okna i wysoko pod sufitem rzucały na sklepienie kolorowe światło. Przez otwarte okna wlatywały ptaki i zaglądały do swoich gniazd ulokowanych pod sufitem synagogi, wypełniając pomieszczenie radosnym śpiewem. Modlący nie spieszyli się. Modlitwy zmawiano głośno a brzmiało to jakby grupa dorosłych skarżyła się ojcu na swój los. Robili to bez obaw, bo wiedzieli, że jeśli zwrócą się do niego, spojrzą ku niebu z prośbą o pomoc, to wyciągnie on do nich pomocną dłoń.

Uczucie to ożywa we mnie szczególnie, gdy przypomnę sobie jak kantorzy i modlący wplatali w modły swoje osobiste zmartwienia i troski. Takie szabasowe modlitwy, jak np. modlitwa Niszmat,

[str.126]

która były bardzo uroczysta i podniosła, były nijako pośrednikiem pomiędzy ludźmi a Bogiem i aniołami. To samo już dodawało im odwagi i napełniało ich wiarą i nadzieją na rychłą pomoc.

Zgodnie z historyczną prawdą wymieniłem już o dwóch założycieli Stowarzyszenia „Haskome”. Chciałbym jednak dodać szczególny i oddać należny hołd mojemu ojcu i opowiedzieć o jego roli w towarzystwie.

Gdybym chciał opisać jego funkcję nowoczesnym, dzisiejszym językiem, powiedziałbym, że był jego duchowym przywódcą. W synagodze zawsze prowadził modlitwę poranną albo modlitwę musaf, czasem, przede wszystkim w zimowe szabasy, przewodniczył im obu. Często studiował księgi i był wzywany do czytania Tory. W Simchat Tora prowadził procesję, czytał Torę siedząc przy drugim stole, dbał o to, aby nikt nie został pominięty przy wezwaniu do aliji [*alija – hebr. wstępowanie; wezwanie do czytania Tory], a na koniec gromadził wszystkie małe dzieci, zmawiał z nimi błogosławieństwo chowając je pod tałes, a jego twarz promieniała jakby był najszczęśliwszym ojcem wszystkich przyszłych żydowskich pokoleń.

Przy kiduszu albo przy uczcie w czasie Simchat Tora oddawał prym Pinkasowi-Mojszemu i Szmienowi Kalinie. Wówczas był tylko zwykłym modlącym się, jednym z tłumu i nikim więcej.

Jeśli jest coś, co wyróżnia misnagdyjską naturę, a co również starannie praktykowane było w Stowarzyszeniu „Haskome”, to była to celebracja szabasu.

Pierwszą cechą charakterystyczną modlących się członków Stowarzyszenia „Haskome”, był fakt, że nigdy nie zmawiali wypełniających pobliski besmedresz Psalmów, mimo iż zaczynali modlitwy bardzo wcześnie. Obce im były radosne modlitwy odmawiane bez zastanawiania się nad znaczeniem słów charakteryzujące wszystkich modlących się w besmedreszu.

Rozważania nad znaczeniem słów były charakterystyczne dla misnagdów. Nie dopuszczano żadnych innych tłumaczeń, niż te najprostsze, wynikające z zapisanych zdań. To też wyraźnie odróżniało ich modlitwy. Przysłuchiwałem się, jak mój ojciec w szabasowe poranki, gdy miał szczególnie dobry humor, tłumaczył znaczenie słów występujących w modlitwie.

W pamięci pozostał szczególny sposób analizy słów, tak dobrze widoczny, gdy zmawiał modlitwę Kdosze. Gdy ojciec

[str.127]

dochodził do tej właśnie części porannej modlitwy, lubiłem słuchać jak spierał się słowami Kdosze z Bogiem.

Koniec modlitwy zmawiał już zrezygnowanym tonem: „Wywyższony i uświęcony bądź w Jerozolimie, twoim mieście przez wszystkie pokolenia na wieki i wieków, a nasze oczy niech ujrzą twe królestwo…” Było to podporządkowanie się losowi i, nie mając innego wyjścia, oczekiwanie na przyjście Mesjasza.

Spory ze Stworzycielem Nieba i Ziemi odbijały się w letnie szabasowe poranki echem po całej synagodze i mieszały się z trelem ptaków. Kłótnie były dla mnie gloryfikacją duszy, chasydzkimi nigunami i wybuchem entuzjazmu, który widziałem później w różnych chasydzkich sztiblach i besmedraszach.

 

[str.128]

 

Baruch Rozenbaum
(Chicago)

W miasteczku

Wesele

Gdy w Sokołowie wyprawiano wesele, brało w nim udział całe miasteczko. Zarówno zaproszeni, jak i nieproszeni goście… Dom, w którym uroczystość miała miejsce, cały tonął w świetle i w muzyce. Goście zapełniali wszystkie izby, a ciekawscy zaglądali przez okna i drzwi. Po dachu wspinali się wścibscy gapie.

Klezmerska kapela składała się z sześciu grajków: Mojsze-Chaim na skrzypcach, jego syn na trąbce, Hersz-Nachum też na skrzypcach, Szepsl na bębnie, a Hersz-Ber na kontrabasie.

Mojsze-Chaim zawsze wyglądał schludnie. „Elegancik” z wysokim kapeluszem. Zwinnie kłaniał się gościom i rodzicom młodej pary i wszystkich wprowadzał w dobry nastrój. Dziewczęta podziwiały jego wytworny wygląd. A gdy którąś z dziewcząt złapał za podbródek, ta prawie padała na kolana. „Chacze, – mówił – Zelda jest w porównaniu z tobą jak wczorajsze kartofle”, a gdy zaczynał grać na skrzypkach, cała izba tonęła w muzyce.

Hersz-Nachum, człowiek prosty, pobożny, miał garstkę dzieci i zawsze potrzebował pieniędzy. Gdy kazano mu grać na weselu, grał, a między jednym weselem, a drugim przesiadywał w starym besmedreszu i modlił się do Boga prosząc, aby ten mu coś zesłał. Za to Szepsl i Hersz-Ber mieli dodatkowe zajęcie – byli fryzjerami.

Bębniarz Szepsl był cyrulikiem lepszym, był elegancki i miał spiczastą bródkę, nosił okrągłą czapkę z lakierowanym daszkiem. Z tego powodu sokołowska młodzież strzygła się u niego.

Hersz-Ber ścinał włosy ludziom biednym i dzieciom, i przy tym cicho

[str.129]

pohukiwał w kołnierz jakby przeciągał smyczkiem po kontrabasie, kierując złorzeczenia w stronę swojego brata Szepsla, jego konkurenta.
„Już dawno nie było żadnego wesela. Jak sądzisz, kiedy będzie kolejne? Na weselu robi się złoty interes” – tak mruczał, aż usnął wtulony w kołnierz któregoś z klientów.

Na weselu Hersz-Ber stawiał się ze swoim wielkim kontrabasem jako pierwszy. Raz powiesił swój instrument na haku wystającym ze ścian i… trach! Kontrabas rozpadł się na kawałeczki. Hersz-Ber stał tak nad zepsutym kontrabasem i mamrotał: „Ludzie, uwierzcie mi, tam w ścianie był gwóźdź!”

Opowieści szamesa Ben-Cijona

Co roku przed świętem Hoszana-Raba [*siódmy dzień święta Sukot; procesja okrąża wtedy synagogę siedem razy] w naszym domu pletliśmy lulaw. Otwarcie sezonu plecenia wierzbowych gałązek było zawsze dla mnie wielkim świętem. Po pierwsze – zrywanie. Z ojcem szedłem na pole pełne świeżych roślin, zboża i kwiatów, i wkrótce dom nasz zamieniał się w pole… Pachniało latem.

Wieczorem zbierali się u nas wszyscy: mój ojciec, Bencyjon, Mojsze-Szane i Simche-Jual. Siadano przy stole i pleciono gałązki. W domu robiło się błogo: na piecu gotował się barszcz z kapustą, a Bencyjon, mężczyzna z wielką fantazją, opowiadał bajki.

„Pewnego wieczoru po weselu – mówił – poszedłem do synagogi zapalić świeczkę na podeście. Otwieram drzwi, wchodzę i widzę: synagoga pełna ludzi, ale same obce twarze – nikogo znajomego. Chazan stoi na podwyższeniu i z dziwnym zaśpiewem recytuje ustęp z Miszny zaczynający się od słów: „אוי לרשע ואוי לשכנו” [*hebr. biada złu i biada sąsiadowi].

Podszedłem więc do szamesa i mówię: „Daj i mi sidur”. Patrzę w modlitewnik, ale słowa mi się plączą przed oczami. Pochodzę więc do stołu i mówię: „Na pamięć moich przodków zaklinam was, odjedzcie!” Nagle zrobiło się ciemno, wokół wielki zgiełk, tupanina, gwizdy. Ludzie biegali to na strych, to na dach, to po schodach. Wtem ktoś zagwizdał i wszystko ucichło. Zapaliłem świeczkę i poszedłem do domu”.
– A opowiadałem wam już jak wołano pana młodego na modlitwę do synagogi?

[str.130]

– Jeszcze nie, opowiedz!

– Późnym wieczorem, w tygodniu weselnym, pan młody przechodził obok synagogi. Usłyszał jak ktoś woła z zaśpiewem jego imię, a we wszystkich oknach w synagodze płoną świece. Wszedł do synagogi, a tam ślub, chupa stoi już na podeście. Panna młoda cała w bieli czeka, a ktoś szepcze mu do ucha: „To twoja narzeczona”. Badchen [*osoba zabawiająca gości weselnych, popularna funkcja w społecznościach chasydzkich] zabawia gości:

„Panienko, panienko, ty się nie zamartwiaj,
kim ty byłaś wczoraj,
jutro już nie będziesz.
Od dziś już we dwoje będziecie,
Bóg i ludzie radują się na całym świecie!”

Gdy przyszedłem do synagogi uroczystość dobiegała już końca. Podszedłem do panny młodej zapytałem: Czyją córką jesteś? Pokazała mi tylko język, wstała i uciekła. W synagodze nagle zrobiło się ciemno i cicho. Słychać tylko głos badchena:

„W noc letnią
leci gęś biała;
tańczy czarownic krąg
szaleńczy tan.
Hu! – krok w prawo,
hu! – krok w lewo;
Do nieba ulatuje chmura dymu –
i nie słychać już ani mru mru.

I zapadła cisza. Zapaliłem światło i zobaczyłem leżącego na podłodze zemdlałego pana młodego.

Proletariacki pogrzeb

W Sokołowie zmarła towarzyszka Neche Wieligóra [*to nazwisko występuje też jako „Winogórska” (Perec Granatsztejn „Sokołów – moje zniszczone miasteczko” lub „Waligóra” str. 107]. Przed wojną mieszkała w Warszawie. Gdy wybuchła wojna bezrobocie zmusiło ją do powrotu, do matki, do Sokołowa. Matka jej miała stragan na rynku. Przypominał on ten sportretowany w opowiadaniu Sz. Fruga „A Kreml”. Można było kupić u nich szpilki, guziki, wstążki i zaczepki, kolczyki i nici, koronki i zatrzaski – jednym słowem wszystko i nic. W ten sposób matka

[str.131]

zarabiała pieniądze. Wróciwszy do domu, Neche pomagała matce na straganie.

Gdy Niemcy wkroczyli do Polski, stragan podupadł, aż w końcu został zamknięty. W domu panował wielki głód, a Neche – szlachetna i wygłodniała – zmarła na proletariacką chorobę – suchoty.

Komitet Bundu z Sokołowa postanowił zorganizować demonstrację przeciwko polskiemu rządowi, który wówczas był już u władzy. Komitet wezwał Poalej Syjon do zjednoczonego pochodu w ramach pogrzebu towarzyszki Wieligóry. Pogrzeb robił wielkie wrażenie. Czegoś podobnego Sokołów jeszcze nigdy nie widział. Demonstracja wypełniała całą szosę Siedlecką i ciągnęła się aż do parku. Demonstranci wypełnili też cały koński targ, stali zebrani naprzeciw posterunku policji. Stąd pochód ruszył na nowy cmentarz. Po drodze słychać było śpiew bundowskiej „Di szwue”:

„Brider un szwester fun arbet un nojt,
ale, wos zenen cezejt un ceszprejt” [*„Bracia i siostry, w walce i pracy / Wszyscy – ci dalsi, i ci odlegli”, tłum. Michał Bilewicz; https://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/hymn-bundu-przysiega/].

Oraz pieśń:

„Arbeter frojen, lejdnde frojen,
frojen vos szmochten in hojz un fabrik” [*„Pracujące kobiety, cierpiące kobiety / kobiety, wegetujące w domach i fabrykach”].

Poalej-Syjon śpiewała:

„Mir hejbn di hent cu mizrach un szwern
baj alc vos mir libn un hejlik mir ern…” [*„Wznosimy ręce ku Wschodowi i przyrzekamy / na wszystko co nam drogie i święte…”]

Podczas pogrzebu przemawiali Awrom Grinberg, Mojsze Hochman, Nachum Zilberman i ja.

Tej samej nocy aresztowano kilku towarzyszy, przetrzymano ich jakiś czas w więzieniu a później zwolniono.

Pogrzeb ten zapamiętają na zawsze wszyscy, którzy wzięli w nim udział.

 

[str.132]

 

Isroel Koszer
(Kibuc Neba)

Moje miasteczko Sokołów

Na mojego ojca (błp.) wołano Motl, syn Griny. Dlaczego? Nie wiem. Pochodził on z miasteczka Kosów.

Całą wielką rodzinę – wujów, ciotki, synowe, a nawet wnuki nazywano imieniem babki Griny, dla przykładu: Berisz Griny i tym podobne. Być może powodem było to, że cały ciężar zarabiania pieniędzy spoczywał na mojej babce. Babka, jaką pamiętam z moich dziecięcych lat, była małą, ruchliwą i cały czas zajętą kobietą. Nosiła wysoki czepiec ozdobiony kolorowymi koralikami i latem i zimą nosiła długi fartuch. Gdy miała wolną chwilę, czytała Sidur cicho mamrocząc coś pod nosem.

Mój dziadek Mojsze-Hersz, syn Lejzera, (na niego też wołano Mojsze Griny), był, jak zachowałem go w pamięci, niskiego wzrostu, miał wysokie, jasne czoło, przezroczystą, bladą twarz i parę świecących, czarnych oczu. Zimą i latem siedział przy piecu i zajmował się nauką, zagłębiał się w święte księgi.

W mroźne wieczory pokój mojego dziadka zamieniał się w hałaśliwe, gwarne miejsce zawziętych i żarliwych dyskusji, którym często towarzyszyły głośne lamenty od świtu do późnej nocy. Cienie sylwetek pokazujące się na ścianie podnosiły się i kiwały. Będąc dzieckiem lękałem się bardzo gdy musiałem pójść do dziadka… Odwiedziny u niego były dla mnie ciężkim przeżyciem. Gdy mój dziadek uparł się na swoją interpretację midrasza [*rodzaj opowieści wyjaśniających fragmenty Biblii], czy jakiegoś ustępu z Tory, nikt za żadne skarby nie mógł go do czegoś innego przekonać. Nawet, gdy pokazano mu czarno na białym. Z tego powodu wołano na niego „Mojsze uparciuch”. Jego największym przeciwnikiem w studiach nad Torą był szojchet [*rzeźnik] Mendel-Mojsze, syn Arona – mający problemy ze wzrokiem mężczyzna średniego wzrostu. Księgi trzymał prawie przy samej twarzy, zawsze miał ładnie uczesaną brodę i nosił jasny chałat, opasany długim, szerokim pasem. Nie raz mężczyźni zagłębieni byli w sprzeczkach, kłócąc się tak zawzięcie, że wyglądali jak zacietrzewione koguty…

[str.133]

O zmierzchu, gdy zbliżała się noc, łagodnieli i odpuszczali sobie ostre kłótnie. Na pożegnanie uśmiechali się do siebie dobrodusznie, a na ciemnych schodach życzyli już sobie dobrej nocy.

Częstym gościem był u nas łaciarz Mendel Idikes [?], który miał sklep na Małym Rynku. Chodził wystrojony w czarną kapotę i nosił wypolerowane buty. Był niski i zawsze wesoły. Pamiętam po dziś dzień jego prztyczki w nos, którymi mnie raczył.

Gdy blacharz Jonie, mały i chudy z parą wesołych oczu i w połatanym do niemożebności chałacie, (który sam wyglądał jak stara blacha), gdy wchodził do nas do domu przynosząc swoje opowieści, panująca u nas poważna atmosfera wnet pryskała. Rozweselał wszystkich, nawet na twarzy mojego dziadka znikała powaga. Mimo tego blacharz Jojne był wielkim biedakiem. Powiadano, że potrafi zrobić wszystko, tylko nie potrafi zarobić na szabas.

***

Przy ulicy, przy której stał stary besmedresz, w jednej z piwnic mój dziadek miał fabrykę wody sodowej. Przy wejściu do tej pogrążonej w mroku piwnicy, piętrzyły się skrzynki pełne butelek i buteleczek o różnokolorowych etykietach. Na całej długości schodów stały miedziane, większe i mniejsze beczółki i wielkie kotły do gotowania wody. Oczywiście nigdy wody nie gotowano, gdy kocioł stał na schodach.

Przy maszynie z wielkim kołem i dwoma rączkami stał „postny” Lejzer Pasmante i kręcił kołem. Od kiedy pamiętam u dziadka pracował tylko jeden człowiek, Lejzer, na którego wołano „postny”. Opowiadano, że lubi tylko postne potrawy. „Postny” kręcił kołem maszyny oraz roznosił butle napełnione wodą sodową do sklepów. Najwięcej pracy miał latem, w czwartkowe dni targowe. Wówczas koło kręciło się nieustannie, aby na czas zaopatrzyć wszystkie sklepy w wodę. W piątkowe wieczory, gdy zewsząd krzyczano tylko: „Szabes, szabes!”, a ludzie szybko zamykali swoje sklepy, postny Lejzer roznosił na swoich chudych plecach pojemniki z lodem.

[str.134]

Za dużo pieniędzy nigdy nie miał. Harował bezustannie od rana do wieczora, roznosił wodę i lód albo kręcił kołem. Mimo tego był bardzo wesoły, śmieszek, jak zwykło się mówić.

Mój dziadek posiadał także lodownię w ogrodzie starego aptekarza. Latem stary aptekarz przesiadywał w swoim pięknym sadzie, w towarzystwie kilku pań. Towarzystwo grało w karty. Kobiety paliły papierosy (co w tamtych czasach było nie do pomyślenia), a chłopcy z chederu notorycznie im przeszkadzali, próbując ukraść jabłka przez dziurę w płocie, przy wejściu od strony starego besmedresza. Gdy mój dziadek zmarł (byłem wówczas na obozie przygotowującym do wyjazdu do Erec Isroel), reb Mendel-Mojsze, syn Arona, w Tisza be-Aw poszedł na cmentarz i płakał na grobie Mojsze-Hersza, syna Lejzera, bo nie miał już z kim zamienić słowa. Wkrótce i on zmarł, i serdeczni przyjaciele znaleźli miejsce ostatniego spoczynku obok siebie.

Mój ojciec, na którego wołano w miasteczku Motl Griny pochodził z miasteczka Kosowa i był synem szojcheta. Małżeństwo między nim a matką doszło do skutku, gdy obaj ojcowie spotkali się u aleksandrowskiego rabina.

Gdy ojciec skończył studiować, dostał swój posag – sklep z dodatkami szewskimi.

W letnie wieczory, będąc dzieckiem, przesiadywałem w sklepie na wielkim stole albo na worku pełnym drewnianych ćwieków i słuchałem fantastycznych bajek opowiadanych przez szewców. Opowiadali o rosyjskich złodziejach, których spotkali służąc w armii cara.

Częstym gościem u nas był szewc Jankiel, zdrowy, duży, prosty mężczyzna z czarną przystrzyżoną brodą i okrągłą czapką noszoną na bakier. Jego opowieści o Rosjanach, a szczególnie opowieść o mieczu, robiły na mnie wielkie wrażenie. W mojej dziecięcej fantazji był on zawsze jak Bar Kochba [*Szymon Bar Kochba – dowódca wojsk żydowskich w wojnie z Rzymianami w II w]. Sklep otwarty był do późnego wieczora.

Gdy zapadała noc, szewcy jeszcze wpadali do nas po wieczornej modlitwie, zanim w ich domach podana została wieczerza, kupić jednego albo dwa papierosy. Nawet ci zarabiający krocie, kupowali najwyżej pół paczki, oczywiście nie tych najdroższych papierosów.

Nasze miasteczko Sokołów słynne było jako miasto rzemieślników – krawców i szewców. Krawcy szyli przede wszystkim „tandetę” dla ludzi z okolicy. Chałupnicy pracowali od rana do późnej nocy, a kupcy całymi dniami chodzili z wypełnionymi po brzegi wózkami, po okolicznych miastach i miasteczkach.

[str.135]

Na targ przychodziły prawie całe rodziny.

Branże dziedziczono. Gdy ojciec zajmował się jeżdżeniem na targ i sprzedażą gotowych ubrań, to samo robiły jego dzieci i wnuki, i stawało się to rodzinnym zajęciem. Często dochodziło do ostrej rywalizacji, nawet między rodzonymi braćmi.

Przed I wojną światową buty z Sokołowa eksportowano do Rosji. Popularne wówczas było przysłowie, że szewcom tak dobrze się powodzi, że dodają figi do czulentu.

Moja babka Grina opowiadała, że gdy dziadek miał jeszcze sklep z dodatkami szewskimi, rozdawał pieniądze chanukowe [*Chanuka – doroczne święto żydowskie trwające osiem dni, podczas którego zapala się świeczki w chanukiji] szewcom.

Od rana do wieczora szewcy siedzieli na swoich małych ławeczkach i uderzali młotkiem w ćwieki. Śpiew czeladników rozchodził się po ulicach i uliczkach. Wśród szewców zaczęła rodzić się pierwsza partia polityczna – sokołowski Bund. Ludzie opowiadali, że pierwszy strajk wśród szewców zorganizował Szepsel Perger. Strajk miał wywalczyć zakaz pracy w szabas wieczorem.

Najdłuższą ulicą i centrum miasta była ulica Długa. Ciągnęła się aż do stacji kolejowej. Latem była to aleja spacerowa sokołowskiej młodzieży. Wzdłuż linii kolejowej nie było prawie żydowskich domów. Przez ostatnie lata mieszkał tam Chaim Szmuel, który miał przy starym cmentarzu pierwszy w miasteczku młyn, a który musiał sprzedać Nacie z Patrykoz, który zarobił dużo pieniędzy u szlachcica w Patrykozach i przerobił go w nowoczesny młyn.

Chaim-Szmuel przez wiele lat zmawiał modlitwy w czasie Jamim Noraim w wielkiej synagodze. Jego serdeczny głos zawsze porywał wszystkich modlących się. Na podwórzu domu Chaim-Szmuela stała studnia z drewnianym wiadrem przywiązanym grubym sznurem. Ludzie przychodzili tam często w letnie szabasowe wieczory napić się zimnej, czystej wody.

Na początku ulicy Długiej stał hotel Szlojmego Rozenberga – pierwszy nowoczesny hotel w mieście. Zatrzymywali się w nim kupcy, pośrednicy, artyści, kaznodzieje i inni „inteligentni” ludzie.

[str.136]

Naprzeciw budynku, przez wiele lat znajdował się kolejny hotel, w którego ponurych pokojach chętnie zatrzymywali się pobożni Żydzi, głównie chasydzi odwiedzający sokołowskiego rebe w czasie świąt.

***

Między rzędem kasztanowców rozciągały się piękne mury ulicy Długiej oraz jej wybrukowane trotuary. Gdy do miasta zjeżdżali się w dni targowe chłopi, odgłosy kół opatrzonych w żelazne obręcze roznosiły się po całej ulicy. Na ulicy Długiej znajdowały się przede wszystkim sklepy, golarnie i piwiarnie.

Wyszynk mojej babki był naprzeciw rynku, na którym stał pomnik Brzóski. Obok – studnia z pompą, z której cała ulica pobierała wodę. Obok karczmy stały dorożki, które woziły pasażerów do stacji kolejowej. Na schodach przesiadywali tragarze, na czele z Isroelem Pindukiem, którzy od czasu do czasu, po wykonanej pracy, wpadali na kieliszek gorzałki. Wyszynk prowadziła moja babka Grina wespół z dziećmi i w niejeden targowy czwartek, gdy chłopi byli weseli i zadowoleni, po całej izbie latały ławki, butelki i szklanki – aż policja odprowadzała zakrwawionych chłopów do kozy. W dni targowe do karczmy zaglądało też dwóch gojów ze swoimi harmonijkami, którzy na przemian grali i pili, a właściwie więcej pili niż grali. Przy wielkiej bece piwa zaopatrzonej w miedziany kranik stał wuj Pinkas i do wielkich, żeliwnych kufli wlewał piwo i pianę. Wieczorami babka mrucząc modlitwy z jej kobiecego siduru [*modlitewnika] prosiła Boga, aby dni targowe były dostatnie i aby wszystko przebiegło pomyślnie.

Rankiem zaspani jeszcze Żydzi z tałesami pod ramieniem i narzuconymi niedbale chałatami z jedwabiu maszerowali w dół ulicy do starego besmedresza. Rzemieślnicy już po pierwszym minjanie, szybko wbiegali w górę ulicy i wracali do swoich młotów i nożyc.

Będąc dzieckiem, a potem młodzieńcem z pejsami i okrągłą czapką na głowie oraz chałatem z rozporkiem z tyłu, idąc na modlitwy do starego besmedresza zawsze oblatywał mnie strach, gdy przechodziłem obok wielkiej, wysokiej, pięknej synagogi z jej kolorowymi oknami. Na suficie było wymalowane gwieździste niebo. Ptaki wlatywały do synagogi i przelatywały nad wysokim Aron ha-Kodesz.

[str.137]

My dzieci, opowiadaliśmy sobie, że ptaki te są zagubionymi duszami.

Na pierwszym piętrze, przy wejściu na babiniec, stały wielkie skrzynie ze starymi księgami, o których mówiono, że niczym dusze leżą i czekają na zbawienie. Stała tam też skrzynia z piachem, która miała symbolizować wszystkie obrzezania, jakich dokonano w miasteczku.

W dół ulicy, za besmedreszem, stała mykwa, która obsługiwała całe miasteczko, biednych i bogatych. Dla bogaczy, majętnych gospodarzy, łaziebny reb Awrom, (miał on także dodatkowe zajęcie – był blacharzem) podkładał więcej drzewa.

W pobliżu mykwy przepływał niewielki strumyk, który niekiedy można było przejść suchą stopą. Był to jedyny strumyk, który służył gospodyniom do prania i odprawiania wszystkich micw [*nakazów religijnych]: koszerowania naczyń na Pesach i Rosz ha-Szana, zmawiania pokut itd.

W pobliżu leżał stary cmentarz, pełen zapadniętych macew, otoczony wysokim parkanem. Będąc dziećmi, opowiadaliśmy sobie, że trupy z cmentarza chodzą nocą modlić się w synagodze. W zimowe wieczory, gdy musieliśmy wracaliśmy z chederu do domów, z latarniami w rękach, w wielkim strachu biegliśmy ulicą ile mieliśmy sił z nogach. Zimą ludzie idąc ulicą ślizgali się i próbowali podeprzeć o mury. Gdy był duży mróz lub zawierucha, niejeden najadł się strachu zanim dotarł do synagogi.

Przy wejściu do starego besmedreszu stał wielki stół, gdzie sprzedawca książek, rudy, wysoki i zły człowiek, sprzedawał sidury, tałesy i inne książki. W zimowe wieczory, gdy do miasta przyjeżdżał magid, kantor albo jakiś inny wielki uczony, za stołem stał gabaj i z pomocą tragarzy nie pozwalał ludziom rozejść się nie zapłaciwszy kilku groszy. Stół ten wykorzystywali też przyjezdni biedni młodzieńcy (nazywano ich „wędrowcami”). Całymi dniami chodzili po domach i sklepach, i w czasie modlitw w synagodze czekali przy stole, aż któryś z gospodarzy zabierze ich na ciepłą kolację.

Mój ojciec (błp.) mimo że był oddanym i długoletnim działaczem Mizrachi, był zwolennikiem rabina z Aleksandrowa. Tałes nosił pod płaszczem, a jarmułkę pod okrągłą czapką i w zimowe wieczory modlił się w aleksandrowskim sztiblu.

[str.138]

W przedsionku starej synagogi, w małym pokoiku, znajdował się aleksandrowski sztibl. Zawsze było tam ciasno, chasydzi stali ściśnięci i stłamszeni jak sardynki i modlili się z zapałem. Sztibl przepełniał zapach szabasowych kapot, czarnych żupic i szerokich, długich pasów, które huśtały się w rytm modlitwy.

***

Nowa synagoga [*chodzi o dom modlitwy między Małym Rynkiem a ul. Długą], która znajdowała się na jednej z ulic Małego Rynku nie miała przedsionka i wchodziło się od razu na modlitwę. Nie było tam zgiełku i hałasu, który towarzyszył wchodzącym i wychodzącym możnym mieszkańcom. W nowej synagodze nie było też chłopców z jesziwy, była ona raczej miejscem dla ciężko pracujących, zwykłych ludzi – krawców, szewców, rzemieślników. W zimowe długie piątkowe wieczory, Josef Mendel Rzetelny (nazywany rabinkiem), mężczyzna niskiego wzrostu, z zawodu kapelusznik – wraz z zaharowującymi się, zmęczonymi po całym tygodniu rzemieślnikami, którzy gromadzili się wokół stołu, czytał tygodniową porcję Tory.

***

Na Małym Rynku, na małych stołeczkach przesiadywały handlarki i latem sprzedawały czerwone wiśnie, wielki zielony i kwaśny agrest, który uczniowie chederu kupowali za kilka groszy. Gdy przychodził sezon na ogórki, na ziemi leżały wielkie góry ogórków, a przed Jamim Noraim i Sukot wielkie wory pełne jabłek, gruszek i śliwek. Podczas zimowych śniegów i mrozów przekupki, opatulone, z ledwo widocznymi twarzami, z kociołkami wypełnionymi żarzącym się węglem pod nogami sprzedawały zmrożone jabłka, które smakowały jak „niebo w gębie”!

W czwartek gospodynie kupowały na targu rybę, popularne były przede wszystkim wielkie żywe karpie i szczupaki. Miasteczko słynęło z tego, że ludzie lubili tu dobrze zjeść. Duże żywe ryby bez problemu można było kupić tylko w czwartkowy dzień – biada gospodyni, która tego dnia nie zaopatrzyła się w rybę. Musiała się obejść w piątek małymi rybkami dla biednych ludzi.

***

[str.139]

Latem mój ojciec (błp.) modlił się w synagodze Mizrachi u Altera Bekermana. W tygodniu pomieszczenie wykorzystywane było jako cheder, pierwszy postępowy cheder w miasteczku (poza polską szkołą powszechną), gdzie uczono przedmiotów świętych i świeckich. Nazywano go szkołą Jawne. W Sokołowie nie było żydowskiej szkoły, nie było też żydowskiej szkoły średniej, tylko jedna Talmud Tora, w której uczyły się przede wszystkim biedne dzieci. Część dzieci, mających bogatych rodziców, uczyła się w gimnazjach w innych miastach i tylko na wakacje wracała do miasta w swoich gimnazjalnych czapkach, wywołując powszechną zazdrość.

Do „Mizrachi” należeli przede wszystkim ludzie klasy średniej, między innymi tacy, co to ciężko walczyli o każdy kawałek chleba.
Gdy zbliżał się szabas zawsze byliśmy przesłuchiwani przez różnych gospodarzy z „Mizrachi”. Pamiętam, że najlepiej czuliśmy się u Pinkasa Rafałowicza, bo ten zawsze witał nas okrzykiem: „Gut szabes, dzieci!” i uśmiechał się szeroko. Najpierw przyjmował nas owocami i struclą i dopiero potem kazał recytować lekcję z Gemary.

Z okazji Chanuki synagoga przygotowywała przedstawienie teatralne i wystawiono „Chanę i siedmiu synów”. Dzieci były w siódmym niebie.
Młodzież „Mizrachi” to były gospodarskie dzieci, których ojcowie modlili się w sztiblach chasydów z Góry Kalwarii, Kocka czy Aleksandrowa. Ich „rewolucyjnym” występkiem było to, że nosili krótkie ubrania, a większość nosiła kapelusze i modliła się w szabes w „Mizrachi”.

Jednym z ważniejszych przedstawicieli młodzieży był Mojsze Szpiro (zwany Mojszelem), chudy, niski i tylko oczy miał błyszczące i żywe. Zawsze uśmiechnięty, urodzony aktywista, był sierotą, nie miał ojca. Jak pamiętam już w wieku 13 lat został zaciągnięty do carskiej armii (kiedyś rodzice nie zapisywali dokładnej daty urodzin).

Osobistością, która również modliła się w synagodze „Mizrachi” był „Martwy” – albo „martwy Szmuel” [*Martwy Szmuel pochodził z Węgrowa; więcej o nim w książce Pereca Granatsztejna “Sokołów – moje zniszczone miasteczko”, str. 109]. Był jedynym synem i już w wieku 13 lat nosił białe szaty. Stąd jego przydomek „martwy Szmuel”. Zajmował się sprzedażą gazet. Wielce się na tym nie wzbogacił. Ludzie powiadają,

[str.140]

że Bóg zsyła biedakom wiele dzieci i rzeczywiście u „Martwego” izba pełna była dzieci. Ale tak wesołego człowieka jak „martwy Szmuel” nie było w całym mieście – dla każdego miał dobre słowo.

Szczególne i uroczyste były obchody święta Simchat Tora w synagodze Mizrachi. Było to najweselsze ze świąt. Zaraz po modlitwie porannej zaczynano zmawiać kidusz, a potem chodzono po domach roznosząc łakocie przygotowane zawczasu przez gospodynie. Nie raz „Martwy” sam jeden chodził po domach i rozdawał ludziom wszystko, co jego żona przygotowała na święta. Wielka radość przychodziła dopiero tuż przed świętem Simchat Tora, gdy stawiano wielką beczkę piwa z miedzianym kranikiem i alkohol lał się strumieniami. Pamiętam, gdy byliśmy jeszcze dziećmi, radość była ogromna, gdy „Martwy Szmuel” kładł się na ziemi, otulony w tałes i zapalał nad głową świeczkę i wszyscy gromadzili się płacząc wokół niego, aż nadchodził jeden ze starszych Żydów i widząc ten teatr, brał wiadro zimnej wody i wylewał na niego. Szybko „Martwy” wstał z martwych.

Szanowanym członkiem Mizrachi był również Lejb Princ. Mężczyzna wysoki, postawny. Na ulicy Długiej miał sklep z olejami i farbami. Zawsze siedział u siebie w sklepie ubrany w elegancki chałat. W wolnym czasie zagłębiał się w księgi, czytał książki, żurnale i gazety. Mimo, że był bardzo pobożny, Lejb Princ był zagorzałym czytelnikiem świeckich książek i znawcą klasycznej literatury. Miał on książkę poświęconą naszemu miasteczku, którą pewien Żyd napisał jakieś sto lat temu. W szabes Lejb Princ był w uroczystym szabasowym nastroju, nakładał czarną jedwabną kapotę i ze swoimi błękitnymi jak niebo oczami, krwistoczerwoną brodą wyglądał jak jedna z postaci z Chumeszu. Jego serdeczny ton modlitw, szczególnie tych zmawianych podczas Jamim Noraim, łamał serca wszystkich modlących.

W szabesy, gdy szyby w oknach zaczynały być mroczne i ciemne, urządzano ucztę, jedzono chałę i śledzie. Inni w tym czasie spotykali się w grupkach, aby ze sobą pogawędzić. Słońce opieszale i melancholijnie zachodziło het, het za miasteczkiem. Kobiety już wówczas zmawiały „Bóg Abrahama” i powszedniość owładniała świat.

[str.141]

W jednej z grup byli także Lejb Princ, Mojsze Zarębski, Szmuel Ajznkremer, Gdalie Feler i mój ojciec. Czekali na pierwsze gwiazdy, stali i rozmawiali o polityce albo opowiadali historie z zamierzchłych czasów z miasteczka Sokołowa. Ja, jeszcze dziecko, stałem przy moim ojcu niecierpliwie przysłuchując się różnym opowieściom, które pozostały w mojej pamięci po dziś dzień.

Miejski park

Sprzedawcy tandety

[str.142]

 

Mordechaj Reznik
(Saint-Louis)

 

Dziadek przepisuje zwój Tory

 

Przepisanie zwoju Tory było dla każdego człowieka, a tym bardziej prostego Żyda, wielkim marzeniem i nieopisanym zaszczytem. Ale komu w tamtych czasach takie marzenie mogło się spełnić? No, chyba że było się bogaczem. Jednak i biedni Żydzi nie chcieli rezygnować z tego honoru i przepisywali Torę wspólnymi siłami.

Także mój dziadek, Szmuel-Jakow, człowiek prosty, biedny sprzedawca, marzył o przepisaniu Tory. Robił wszystko, aby wypełnić tę ważną micwę [*przykazanie, obowiązek], aż koniec końców i jemu się to udało. Gdy dziadek wpłacił skrybie Icchokowi pierwszą ratę, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mimo, iż na sam akt przepisywania musiał czekać cały rok.

Nigdy nie zapomnę wieczoru, gdy u dziadka uroczyście obchodzono zakończenie prac. Całą ulicę prowadzącą od domu Szmuela-Jakowa do besmedreszu przepełniały radość i szczęście. Odświętnie ubrani mężczyźni, kobiety i dzieci z pochodniami w rękach, tłocznie otoczyli zwój Tory, towarzysząc mu w drodze do besmedreszu. Zwój Tory przystrojony był w bordowy atłasowy płaszczyk, wykończony złotymi nićmi – prezent od dzieci z Ameryki. Ludzie przepychali się, chcieli być jak najbliżej świętej księgi, aby móc ją ucałować albo choć dotknąć.
Mimo że długie lata dzielą mnie od tej nocy, lata rozłąki i tęsknoty za prawdziwym żydowskim życiem, cały czas słyszę dźwięki i głosy ludzi tańczących wokół besmedreszu.

W każdy piątkowy wieczór i szabasowy poranek modlono się w domu mojego dziadka i czytano z jego Tory. Byłem wtedy jeszcze za młody, aby zrozumieć powagę i znaczenie tego wydarzenia. Dopiero, gdy podrosłem, zapytałem dziadka: „Dlaczego dziadku, przepisywałeś zwój Tory?”

Odpowiedział: „Odpowiem ci moje dziecko. Zrobiłem to z dwóch powodów. Po pierwsze, wiesz dobrze, że jest to

[str.143]

wielka micwa. Po drugie wiesz też, że mój Josef (jedyny syn) wyjechał do Ameryki. Ja już na pewno tam nie pojadę, a czy on zmówi kadysz [*modlitwa za zmarłych] po mojej śmierci? Nie wiem… A jak człowiek ma swój zwój Tory, to on zmawia za ciebie kadysz…”

Mój drogi dziadku!

Twoją Torę, która miała zmówić za ciebie kadysz, spalono razem z sześcioma milionami Żydów. A ja, twój wnuk, stoję pochylony tak daleko od twojego grobu i podziwiam twoją świętą wolę.

„Jitgadal we-jitkadasz szmeh raba” [*pierwszy wers aramejskiej modlitwy Kadysz: „Niech będzie wywyższone i uświęcone Jego wielkie Imię”],

B. Satt: Uczniowie z chederu

 

[str.144]

 

Mojsze Sztajngart
(Nowy Jork)

 

Noc opowiada

 

O czym opowiada ci noc
myślicielu z żydowskiego kraju?
To to samo niebo,
co wczoraj i przedwczoraj
i każdej nienasyconej nocy
pojawia się w twoim śnie.

Noc opowiada o wielkim nieszczęściu.
O Żydach, których wróg na drzewach powiesił,
o łzach, które trawy na całym bożym świecie pochłonęły.
I o zaprzęgniętym słońcu, każdej kropli
zaraz przy pierwszych oznakach świtu.

Noc opowiada o wielkim gniewie,
którym kat splamił wszystkie drogi,
o głosie, którego nie można zdusić
i ostatnim dźwięku skrawków papieru.
Boże, zgasiłeś wszystkie światła,
wszystkie gwiazdy zdmuchnąłeś,
dlaczego zostawiłeś mnie samego w taką noc?

Nie pytam o twoje racje.
Nie dopytuję, dlaczego.
Proszę tylko –
pozwól mi być jednym z tych,
na których podniosłeś swoją dłoń kata.
Niech oświecony przyjdę do ciebie.

[str.145]

Towarzyszę mojemu ojcu

Dzikie wiatry, lipowe dni.
Ślepe niebiosa, wychudzone noce.
drzewa zazielenione,
zajmowały mnie od jesieni do jesieni.

Moja pamięć była jeszcze dziecięciem.
Wczorajsze dni nie miały jeszcze swoich dat.
Wolny na polu stanąłem
i zwinnie kołysałem się w kołysce ze zboża.
Każdy czas rzucał na mnie dni
i zdałem sobie z tego sprawę dopiero
gdy pierwszy deszcz zmoczył żółte pszenne kłosy.

Żniwiarz już dawno swoje plony
zebrał w świetliste snopy.
Mój ojciec zabrał ze sobą swój cień,
i jak gałąź z jednym jedynym liściem
wisiałem nad szerokim pustym
wyletnionym polem.

Kto wie jakim językiem mówi noc?
Kto wie, co wiatr opowiada zbożu,
gdy słońce ogrzewa pierwszy kłos?
Wiem tylko –
cały czas kołysze się we mnie pierwszy liść,
i dzikie wiatry, dni z lipy,
zamknięte oczy,
gdy w polu budzi się noc.

[str.146]

Gdyby żył twój dziadek, mógłby
nawet jednym jedynym liściem z cienkiej gałązki
łatwo cię w najdzikszych wiatrach ukołysać.
Gdy odchodzi cień twojego ojca,
odprowadzasz po raz pierwszy sam siebie.
Za tobą już nikt nie idzie.
Puste miejsce wypełnia pierwszy kadysz,
który zmawiasz po samym sobie.

Nie jesteś już wolny.
Każdy twój krok mierzony jest ostrą miarą
pierwszych ślepych niebios.
Dni z lipy
będą oddychać za dzikie wiatry.
Cienka noc –
uśmiech dla dziecka,
które idzie dalej już samo.

 

[str.147]

 

Gad Zaklikowki
(Petach Tikwa)

 

Z miasteczkowej przeszłości

 

1. W starym besmedreszu

Miało to miejsce, gdy nowy besmedresz przy ulicy Siedleckiej, w okolicach Małego Rynku, nie został jeszcze całkiem wewnątrz wykończony. Stały jeszcze rusztowania, a murarze układali w górę cegły kończące ścianę gzymsem. Od drugiej strony, od której zaczęto pokrywać

Na pierwszym planie kamień, który pozostał jako pamiątka po zniszczeniu pięknej sokołowskiej synagogi.

budynek blaszanym czerwonym dachem, zaczęto już tynkować. Wszędzie leżały cegły, zwały gliny, wapna i grudy ziemi. Z tego powodu trudno było się dostać do wejścia. Poza tym trzeba było unikać świeżych wapiennych kupek i glinianych

[str.148]

stożków, które to dopiero co zostały usypane przy wylewaniu fundamentów pod sztybel [*niewielki budynek lub nawet jeden pokój służący jako dom modlitwy chasydów] chasydów z Mszczonowa, którego jedna ściana przywierała do besmedreszu.

Nie powstrzymywało to targowych krzykaczy, rzemieślników i sklepikarzy, którzy posiadali warsztaty, i których sklepy stały otwarte na oścież przyciągając klientów. Nie powstrzymywało to także modlących się rankiem kramarzy z targu rybnego i z okolicznych ulic od szturmowania niewykończonego besmedreszu, który był dla nich jak wybawienie. Nie musieli już w wielkim pośpiechu przechodzić takiego szmatu drogi do starego besmedreszu i znów gonić do swoich prac. No bo jaki smak miały modlitwy odmawiane w takim pośpiechu? (Sztybla Chaj-Adam ulokowanego na sąsiedniej ulicy, wówczas jeszcze też nie było). A gdy po obu stronach aron ha-kodesz [*szafa w synagodze, w której przechowuje się Torę] ustawiono dwa wielkie, długie stoły i cztery ławy, a na półkach z książkami zawieszonych na murowanych ścianach pojawiły się grube Gemary, Miszny i inne księgi, które ludzie podarowali besmedreszowi, zaczęli zbierać się tam modlący, a w śród nich Arie-Mojsze, Awromele-Majer Korcer, Bucze-Awrom i jego siostrzeniec Gdalie-Baruch, syn Icla Fridmana, piękny chłopak, zdolny uczony, brat Kalmana-Jechiela, który zawsze prowadził modlitwy.

Tym sposobem w miasteczku przybył nowy besmedresz. Ale starych, stale modlących się i przesiadujących tam godzinami Żydów, w nowym besmedreszu nie było. Dlatego też swobodne modlitwy nienadzorowane przez nikogo przyciągnęły do nowego besmedrasza wielu młodzieńców ze starego domu modlitwy. A gdy wstawiono wspomniane już stoły, towarzystwo nożykami, scyzorykami i innymi kozikami wyryło na blatach sześćdziesiąt cztery pola do gry w szachy (na stołach stojących pod ścianą wschodnią nie odważyli się tego zrobić), a ze starych kartonowych pudełek po papierosach wystrugali małe kwadratowe figurki, które później podpisali: król, królowa, wieża, skoczek, pionki. Część pomalowali na czarno tuszem, część na biało podgrzanym zapałką wapnem. Tym sposobem mieli czarne i białe figury, a w szachy grali zawsze, gdy opuszczała ich ochota do dalszej nauki. Od czasu do czasu, do domu modlitwy przypadkowo zaglądał jakiś Żyd, czasem też rezydujący u teściów młodzieniec i zapatrzywszy się na grających, zostawał na partyjkę szachów. Jednym z najwierniejszych szachowych obserwatorów był Henech-Dowid, syn Icla, prawdziwy cichy, chasydzki młodzieniec, skromny uczony, który grającym co raz to udzielał wskazówek: „Ruch! Co robisz, zbóju?! Dasz się zbić, ty partaczu!”

[str.149]

Do nowego besmedreszu zabłądzili także ubrani zawsze odświętnie młodzieńcy, pod których małą sukienną czapeczką kryły się elegancko wyczesane grzywki. Do nowego besemedreszu przyciągały także, szczególnie w jesienne, zimne i pochmurne dni po Jamim Noraim (nie wspominając już o zimowych dniach) dwa wielkie i czyste piece kaflowe, które sięgały do okienek babińca. Palono w nich węglem, a palenisko hermetycznie zamykano podwójnymi drzwiczkami, które miały piękna mosiężną klamkę. Były przeciwieństwem szerokiego, nieporęcznego i niewygodnego murowanego pieca ze starego besmedraszu. Kopcił on tak, że stanąwszy przed nim dłużej niż minutę nie dało się doczyścić osiadającej na człowieku sadzy, chyba że człowiek zdjął chałat i modlił się w samych spodniach. Ale jak to wyglądało…
To wszystko przyciągało młodzieńców ze starego besmedraszu, którzy najpierw przychodzili tylko popatrzeć. Tym sposobem stary dom modlitwy pozostał prawie pusty, nie było już tam żadnych modlących się. Zostało tylko kilku starszych Żydów. Awromele-Mojsze, syn krawca Lejzera, krótkowzroczny skryba o pięknym charakterze pisma; syn woźnicy, schludny, elegancko uczesany, cichy i mądry Chaim-Chajkl, wnuk reb Zelika; Awromele Zyskind śpiewak z uciętym palcem (być może w wyniku służby w carskiej armii), a także kilku młodszych: Isroelke Cebula, wielki Rojzes, Dowid Gitkes, szewc i producent octu Mojsze-Bucze znający wyśmienicie rosyjski. Jednym słowem stary besmedresz, pierwotne miejsce modłów, zaczęło pustoszeć. Jako pierwsi zauważyli to chasydzcy kramarze z pobliskiego Dużego Rynku, zaglądający do domu modlitwy, aby przez chwilę się ogrzać i przeczytać choć zdanie ze świętej księgi.

Zobaczywszy pustkę, zapytali starego szamesa, reb Szmuela, później także reb Ben-Cijona, szamesa z synagogi Ejn Jakow, który z ludźmi w besmedreszu studiował, skąd ta pustka. Ci tylko wzruszyli ramionami, bo nie wiedzieli, co odpowiedzieć. A gdy zapytano stolarza Chaima-Josla, gabaja w besmedreszu, który mieszkał tuż przy nowym domu modlitwy i widział, kto przychodzi się tam modlić, wyjaśnił, że ich wszystkich, jak magnes przyciągnął nowy besmedresz, bo uczący się są tam cały dzień bez nadzoru. Jak wolne ptaki. Poza tym Ejzikl, zięć Szimszona kapelusznika, miał przylegający do jednej ze ścian besmedresza sklep z łakociami, gdzie kupić można było kiszkę, słodkie ciasteczka, ciastko-„lusterko” (ciastko z którego środka wystawał cukierek), cienką macę polaną słoną glazurą, ciemne piwo, które

[str.150]

mełamed Czarny Chaim produkował sam i inne gorzałeczki i zagryzki. A gdy jeszcze dawał je na kredyt… Wszystko to przyciągało młodzieńców, którzy studiowali księgi sami dla siebie.

Jednym słowem, zaczęto rozmyśleć, co zrobić, aby stary besmedresz znów tętnił życiem i stał się miejscem przepełnionym Torą. Myślano też, jak doszło do tego, że tak święte miejsce, gdzie cadyk rebe Lewi Izaak z Berdyczowa [*cadyk, przywódca chasydyzmu, ur. 1740, zm. 1810] we własnej osobie, modlił się (uciekając z Żelechowa) [*cadyk z powodu konfliktu z misnagdami musiał opuścić miasto; w 1780 r. został rabinem w Pińsku; prawdopodobnie w tym roku odwiedził Sokołów], świeci teraz pustkami. Tuż po porannej modlitwie w starym domu modlitwy zgromadzili się najwybitniejsi uczeni z całej okolicy: Ber Lejb, Josef Akiwa, Icze Majer Awrom. Razem z Mendelem doszli do wniosku, że trzeba z chasydzkich sztybli przyciągnąć do starego besmedreszu zdolnych młodzieńców.

Rozmówiono się w tej sprawie z gabajami [*administratorami] chasydzkich sztybli i już po kilku dniach chasydzcy młodzieńcy, kawalerowie i młodzi mężowie zapełnili stary besmedresz, a modlili się i studiowali tak żarliwie, że wszyscy w okolicy wiedzieli, że gdy kto chce na poważnie się pomodlić, to powinien skierować swoje kroki do starego domu modlitwy. Młodzieńcy urządzali w każdy czwartek bezsenną noc, w którą cały czas studiowali Talmud. A miało to wszystko miejsce przy stole po lewej stronie aron ha-kodesz w starym besmedreszu. Wieczorami dom modlitwy był tak pełny, że nie było nawet gdzie odłożyć Gemary.

2. Bezsenna noc

Do młodzieńców, którzy czwartkowe noce spędzali na nauce, dołączyli chasydzi z Kocka, z Aleksandrowa, a nawet z Góry Kalwarii [*nazwy miejscowości, pojawiające się przy grupie chasydów, oznaczają, że byli oni zwolennikami znanego cadyka pochodzącego z danej miejscowości, a nie że sami stamtąd pochodzili], z którymi razem uczyliśmy się w jednym chederze: Eljezer-Kalman, Awromele-Mendel Judl Szachno, syn rabina Szaulke, reb Benjamin Alis, Mojsze-Isroel i Jankele-Jehoszua. Ten ostatni jako jedyny studiował w jesziwie, a do domu wrócił tak wystrojony, że wszyscy sobie z niego stroili niewinne żarty. Był on starszy od nas o pół roku. Dlatego Szyje-Josl, woźnica w atłasowej kapocie, nie mógł go już dłużej trzymać w chederze. Jankele na to odparł: „Skoro tak, to jadę do Łomży, do jesziwy” [*jesziwa w Łomży mieściła się przy ul. Jana z Kolna 8]. Teraz wróciwszy do domu opowiadał nam jak mało pobożni są Żydzi w Łomży. Na własne oczy widział mężczyznę modlącego się bez pasa! Rabin nie nosił długich pejsów i – niech Bóg na strzeże –

[str.151]

chodził w krótkiej kapocie i długich spodniach. Na głowie zamiast sztrejmla [*futrzanej czapy] miał kapelusz z wysokim denkiem. Sokoro więc rabin chodzi tak ubrany, to jak wyglądają zwykli Żydzi?! Szyje-Josl odparł, że łatwo tam zostać misnagdem. Ale Jankele, który już przesiąknięty był litewskością odparł, że jak Bóg da, na początku miesiąca cheszwan [*październik/listopad], znów pojedzie do jesziwy. Może tym razem do Białegostoku [*jedna z najbardziej znanych jesziw w Polsce, w tamtym okresie rozproszona w kilku budynkach]. A ponieważ było on porządny, to powierzyliśmy mu organizację wszystkiego, co odbywało się w bezsenną noc.

Pierwsze, o co Jankele-Jehoszua poprosił to był wielki szabasowy obrus, bochen żytniego chleba i bochen pszennego, kartofle, marchewki, łyżki i widelce. Trochę się z niego naśmiewaliśmy twierdząc, że on już bywał w wielkim świecie, ale my jeszcze nie nawykliśmy do widelców. I skąd wziąć szabasową chałkę? Toż to czwartek, więc dopiero wieczorem będzie gotowa. U Mindly Poczers zakupiliśmy tłuste śledzie, syn rabina Szaulke, który mieszkał niedaleko przyniósł miedziany dzban do obmywania rąk w czasie jedzenia, jak nakazuje tradycja. Później udaliśmy się do piekarki Chai, żony reb Naftalego i za dwudziestaka kupiliśmy czternaście ciasteczek i kilka ciastek jajecznych. A gdy piekarka Chaja zapytała na co nam to potrzebne, a my odpowiedzieliśmy jej, dołożyła nam jeszcze kilka ciasteczek z makiem i plecioną szabasową chałkę. Gdy staliśmy już przy drzwiach, znów nas zawróciła i zapytała, co jeszcze przygotowaliśmy. Gdy jej odpowiedzieliśmy, kazała przynieść śledzie, tylko szybko, bo czwartkowy wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Gdy przynieśliśmy śledzie, szybko je nam oczyściła, wyjęła ości i pokroiła. Na talerz nasypała odrobinę pieprzu, położyła kilka śledzi i powiedziała: „Weźcie te do kartofli”. Po resztę mieliśmy przyjść później. A gdy po niedługiej chwili wróciliśmy, wszystko już było gotowe: na jednym talerzu leżały posiekane śledzie z cebulą, mąką, octem, wszystko przyprawione do smaku. Do tego mlecz ze śledzia – niebo w gębie! „Bierzcie – powiedziała – to barszcz” (tak nazywała tę potrawę). Na drugim talerzu śledzie z kawałkami cebuli w słodzonej wodzie wymieszanej z octem, po bokach ikra. Istna uczta. Zdjęła ze ściany dwa talerze, zakryła nimi nasze potrawy i powiedziała:

[str.152]

„Jedzenia nie można trzymać bez przykrycia”. Wcisnęła nam na odchodne po kilka placków z cebulą i makiem do kieszeni i kazała odnieść sobie talerze.

Co za szczęście, bo dużo pieniędzy na jedzenie nie mieliśmy. Matki nie dały nam pieniędzy, a zaproponowały jedzenie, abyśmy mogli wyprawić prawdziwą chasydzką ucztę.

Wróciliśmy do besmedreszu ze wszystkimi tymi dobrami oraz z błogosławieństwem, którego udzieliła nam piekarka Chaja, a z jej wilgotnych oczu biła taka moc: „Abyśmy zawsze pożądali świętej Tory”.

Upieczone kartofle zdjęto z ognia i włożono do żaru, aby nie wystygły. Jankele-Jehoszua powiedział: „Towarzysze! Należy nam się po kieliszeczku gorzałki!” I już ktoś pobiegł po gorzki trunek. A ponieważ zostały nam pieniądze, których piekarka Chaja nie chciała wziąć za swoje wypieki, Jankele kazał jeszcze kupić zagryzkę u starej Chany-Chaji, na którą wołaliśmy reb Chana-Chaja ze względu na jej wiek, niski wzrost i niewielki, ciasny sklepik, w którym urzędowała. Męża za to miała wysokiego. Poszliśmy więc do starowinki i za złotówkę kupiliśmy trzydzieści ciasteczek z nadzieniem. Dwa dała nam na dokładkę. Gdy liczyła po raz któryś ciasteczka, zajrzeliśmy przez szklane drzwi do środka jej izby i zobaczyliśmy wielkie łoże z baldachimem – jedyne w mieście. Od Chany-Chaji poszliśmy do Gruny, której czepek zawsze zsuwał się na jedno ucho. Gdy tylko ktoś zwracał jej na to uwagę pospiesznie poprawiała swój czepiec, a ten znów zsuwał się na drugą stronę. Kupiliśmy u niej jeszcze kiszkę po trzy grosze za sztukę i szybko wróciliśmy do domu modlitwy. Dołączył do nas Mojsze-Isroel z czajnikiem pełnym przesłodzonej herbaty, który wsadzono do pieca. Z kieszeni wyjął szklanki. Po nim przyszedł Efraim niosąc garnek pełen wątróbki. Na tym też skończyły się przygotowania.

Ludzie powoli się rozchodzili i zostaliśmy sami. Reb Simche Joel, starszy szames w palcie z futrzanym kołnierzem, dał nam kilka świeczek. Staremu Eli pokazał, co zrobić, gdy lampa się zepsuje i jako ostatni wyszedł z besmedreszu. Dopiero teraz rozsiedliśmy się

[str.153]

przy stole, na którym wisiała lampa. Prawie wszyscy siedli pod ścianą plecami do okna, aby nie patrzeć na stojącą naprzeciw synagogę, o której opowiadano, że nocą modlą się w niej martwi.

Umówiliśmy się, że zaczniemy od masechty [*traktatu talmudycznego] i zakończymy na dyskusji. Ktoś zatem musiał pójść do szafy po księgę, zamknąć oczy, chwycić Gemarę, którą będziemy studiować. Wyciągnięto masechtę Chagiga, która składa się z nie więcej niż trzech rozdziałów. Przestudiowaliśmy je wszystkie. A gdy robiło się trudno, ktoś wnet klasnął w ręce i robiliśmy krótką przerwę. Ten, kto znał wyjaśnienie, tłumaczył. Gdy nie wiedzieliśmy, co dalej, wszyscy zagłębialiśmy się w treść i koniec końców znajdowaliśmy wyjaśnienie. Tak więc z zapałem i ochotą przestudiowaliśmy pierwszy rozdział pt. „Wszyscy muszą”. Wszyscy muszą pojawić się w czasie trzech wielkich świąt w synagodze. Była to masechta, której nigdy nie studiowaliśmy, a jednak była nam ona tak bliska i dobrze znana. Gdy tylko zaczęliśmy studiować, to jakbyśmy przenieśli się do Erec Isroel. Byliśmy razem z pielgrzymami w Jerozolimie, w Świątyni [*mianem świątyni w judaizmie określa się tylko Świątynię Jerozolimską, której jedyną pozostałością jest Ściana Zachodnia, zwana też Ścianą Płaczu]. Tak nam było dobrze! I nagle natrafiliśmy i musieliśmy zatrzymać się przy misznie [nauce]: „Nie należy wykładać o zakazanych stosunkach w obecności trzech uczniów […] ani studiować Boskiego Rydwanu w pojedynkę”. I już musieliśmy opuścić Erec Isroel, Jerozolimę i Świątynię. A tak ciężko przyszło nam pożegnać się z tą piękną wizją. Wtedy znów zajrzeliśmy do Miszny. A tam Bertinoro [*dokładnie Owadia ben Abraham z Bertinoro, 1445-1515, rabin, autor komentarzy do Miszny] kłócił się z Rambamem [*Majmonides, 1135-1204, filozof, autor komentarza do Talmudu], dlaczego ten twierdzi, że Be-reszit [*Księga Rodzaju] to natura, a Merkawa [*mistycyzm] jest pełna mądrości. Czy wolno nam było mieszać się w kłótnie między Bertinoro a Rambamem? Tak więc znów na chybił trafił otworzyliśmy Misznę i niedługo trwało, aż znów znaleźliśmy się w Jerozolimie i w Świątyni. Półtorej godziny czytaliśmy ostatni rozdział. Robiło się nam coraz goręcej. Ta entuzjastyczna serdeczność rozlewała się po całym naszym ciele. Jeszcze godzina, może trochę dłużej, a skończylibyśmy masechtę [*traktat talmudyczny]. Ale w tym momencie prowadzący nasze studia Jankele-Szyje uderzył dłonią w stół i zawołał: „Towarzysze, przerwa!” Zamknięto Gemarę, rozłożono obrus, i

[str.154]

przygotowano ucztę. Przy jedzeniu każdy z nas, będąc wiernym uczniem swojego rebe, opowiadał o jego naukach (faktycznie nikt ich nie słuchał). Ktoś zaintonował wesołą melodię, którą zaraz wszyscy podchwycili. Ustawiliśmy się w kole i tańczyliśmy. Zrazu zrobiło się głośno i nasze śpiewy słychać było na ulicy. Usłyszał je także stary strażnik Iwanow, z którym ludzie rozmawiali po żydowsku i który zawsze zmawiał błogosławieństwo nad tytoniem, zanim zaczął palić. Wszedł do besmedreszu zobaczyć, co świętujemy. Ugoszczono go szklanką gorzałki i wciągnięto do koła. Strażnik schował poły swego płaszcza za pasem, odpiął szablę i położył ją na ławie i obcasami zaczął wystukiwać rytm kozaka. Uderzając się w pierś wołał: „O Boże, wszyscy, my, Żydzi, już ja stary”. Wypił jeszcze szklaneczkę, zabrał szablę i poszedł.
Gdy zaczęło świtać i gdy skończyliśmy czytać masechtę Chagagi część z nas poprosiła Jankela-Jehoszuę o pozwolenie na wspólną podróż do jesziwy.

 

[str.155]

 

Neta Kaufman
(Akka)

Żydowskie życie ekonomiczne w Sokołowie

Handel żydowski w Sokołowie odbywał się na niewielką skalę. Większość sklepów stanowiły stragany i kramy, które [August Fryderyk] Hirschman [*jego syn Ludwik jest pochowany na starym cmentarzu katolickim w Sokołowie], szlachcic i właściciel miejskiej ziemi, kiedyś wybudował. Niewielki procent kupców posiadał własne sklepy. Pozostali handlowali na stołach, które rozstawiali na rynku między straganami za niewielką opłatą uiszczaną w miejskiej kasie.

Ekonomiczne przedsięwzięcia, zarówno te rzemieślnicze jak i handlowe, które zaopatrywały ludność miejską i wiejską w mieście oraz okoliczną ludność wiejską, do której jeździło się w dni targowe, były niewielkie i ograniczone. Pierwszym powodem był fakt, że kupcy i rzemieślnicy zależni byli od kredytów, których ciągle brakowało. Prywatne pożyczki były bardzo drogie, było ich też bardzo mało, a kredyty spółdzielcze nie zawsze można było wziąć. Gdy pojawiły się w ostatnich dziesięcioleciach w formie kas pożyczkowych oraz kasy Gemilut Chesed [*bractwo samopomocowe zajmujące się dobroczynnością] założonej przy bractwie Tiferet Bachurim [*hebr. dosł. Chwała Młodzieńców], niewiele pomogły biedakom. Tym niemniej pomogły wielu związać koniec z końcem. Za niewielką sumę rzemieślnik mógł kupić jedynie niewielką ilość surowców potrzebnych do przerobienia lub przeznaczonych do sprzedaży w jego sklepie. Tylko tak mógł cokolwiek zarobić na życie.

Drugim powodem ograniczonej działalności handlowej i rzemieślniczej była konkurencja, która co roku wzmagała się wśród obcych i „swoich” kupców, handlarzy i rzemieślników, próbujących zwiększyć swoje profity.

Sytuacja polepszyła się nieznacznie, gdy kupcy z przygranicznych miast zaczęli przyjeżdżać do Sokołowa, aby kupować towary od miejscowych handlarzy i rzemieślników. W niektóre sezony pewne branże

[str.156]

odżywały. Zapobiegliwi odkładali nawet pieniądze na „czarną godzinę”. Albo zarobione pieniądze odkładali na własne lokum, co było wiecznym marzeniem mieszkańców naszego rodzinnego miasteczka.

Branża garbarska

Wyjątkiem była branża grabarska, której przedstawiciele wiedli sielskie życie głównie w okresach, gdy kupcy z rosyjskich guberni w czasach cesarstwa rosyjskiego, a w czasach niepodległej Polski kupcy z Kresów, składali u nich wielkie zamówienia. Wówczas produkowali dniami i nocami, i zarabiali wielkie pieniądze. Gdy kupcy nie przyjeżdżali, albo gdy nie składali zamówień, warsztaty i maszyny (z niewielkimi wyjątkami) stały bezczynnie. Zarówno majstrowie jak i ich czeladnicy bardzo się martwili. W tym fachu zatrudnionych było wielu drobnych wykwalifikowanych rzemieślników (partacze [*rzemieślnicy nienależący do cechu], szwacze), którzy nie potrafili przystosować się do trudnych czasów. A wymagały one lepszej, bardziej produktywnej pracy na rodzimym rynku, który tak czy inaczej był o wiele za mały dla takiej ilości zakładów grabarskich (produkujących pantofle i kozaki). Z tego powodu niektórzy zostali zmuszeni do „ekonomicznego przewrotu”. Kryzysowa sytuacja zmusiła wielu do przebranżowienia się, aby nie stracić źródeł utrzymania.

Takim przykładem byli wiejscy domokrążcy. Skupowali od chłopów stare, znoszone palta, kozaki, szczecinę, zwierzęcą skórę. Byli też i tacy, co jeździli do bliskich i odległych wiosek swoimi wozami i prowadzili handel wymienny, wymieniając się z chłopami na gliniane i porcelanowe naczynia, fajans, a otrzymując w zamian stare żelazo, szmaty i inne śmieci. Inni znów skupowali jaja, drób i cielaki, a cały towar wywozili do Warszawy.

Z branży garbarskiej wywodzili się także woźnice, tragarze, pośrednicy, drwale i domokrążcy. W mieście istniały dwie kompanie tragarskie, które wykłócały się o każdy grosz, mimo że w Sokołowie bardzo ciężko było o zarobek. Żydowscy drwale, którzy konkurowali z gojskimi, prowadzili dodatkowo zawziętą walkę z chalucami [*syjonistami, przygotowującymi się do wyjazdu do Palestyny poprzez naukę uprawy ziemi] z Mizrachi [*organizacja syjonistyczno-ortodoksyjna, popierająca budowę państwa żydowskiego w Palestynie] o prawo do rąbania drewna dla miejskich gospodarzy.

[str.157]

Pośrednicy kręcili się bez przerwy po miejskim rynku, chodząc od jednego chłopskiego wozu do drugiego i próbując wytargować zboże i obniżyć cenę o 10-20 groszy, aby móc w wielkich workach dostarczyć je do kupieckich spichlerzy. Wiejscy domokrążcy zadowalając się nawet suchym chlebem, ledwo wiązali koniec z końcem. Rzadko kiedy udawało im się wyrównać rachunek strat i zysków, a dla żony i dzieci zostawało także niewiele. Byli i tacy, co zagłodzili swoje konie nie mając dla nich żadnej paszy. Poza wiejskimi domokrążcami, w miasteczku byli także wiejscy krawcy, szewcy, zegarmistrze i inni. W niedziele rano udawali się na wieś, a wracali dopiero na szabas w piątek wieczorem. Przed laty wędrowni rzemieślnicy stanowili szanowaną grupę społeczną wśród mieszkańców naszego miasteczka. Dowody na to znajdujemy w statutach cechów krawieckich z lat pięćdziesiątych XVIII wieku (JIWO-Bleter, numer 40). Regulowały one także prawo czeladników do wykonywania prac na wsi.

Kuśnierstwo

Także inne sezonowe fachy miały swoje lepsze i grosze dni. Do nich należało kuśnierstwo, w którym Żydzi byli licznie reprezentowani. Żydowscy kuśnierze musieli również zderzyć się z ostrą konkurencją ze strony polskich rzemieślników. Zdarzało się, że magazyny pełne futer przez cały sezon stały nienaruszone i nie udawało się sprzedać ani jednego palta. Ciężko było też zaciągać nowe kredyty, bo zeszłoroczne nie zostały jeszcze spłacone. Tego typu kryzysy były w tej branży przejściowe i wynikały z przesycenia rynku zarówno tego najbliższego jak i rodzimych rynków przyjeżdżających do miasta kupców. Nie miało to wielkiego wpływu na fach, a sytuacja materialna kuśnierzy nigdy nie była beznadziejna, mimo że cały czas zależni byli od kredytów (prywatnych i spółdzielczych) finansujących funkcjonowanie ich warsztatów. Wśród kuśnierzy zdarzali się także prawdziwi bogacze. W branży skórzanej było jednak także wielu bezrobotnych rzemieślników. To wszystko prowadziło do tego, że tylko niewielu z branży, nawet posiadających największe warsztaty, udało się wybić i sfinansować zakup własnego domu…

[str.158]

Sektor krawiecki i warunki pracy krawców

Wśród istniejących w Sokołowie warsztatów krawieckich wyróżnić można dwa rodzaje: warsztaty połączone ze sklepem oraz warsztaty prywatne. Pierwsze zaopatrywały miejscowy rynek i cotygodniowe targi w okolicznych miasteczkach. Do niedawna rzemieślnicy rozstawiali w każdy targowy czwartek wzdłuż placu targowego swoje stoiska z eleganckimi ubraniami, kusząc chłopki i chłopów. W ostatnim czasie prawie wszyscy krawcy przystosowali się do nowoczesnych mód i panujących nurtów, i sprzedawali swoje wyroby w sklepach. Tylko na targi jeździli cały czas ze swoimi stołami pełnymi lnianych strojów.

Tacy krawcy zatrudniali na umowy indywidualne lub za pośrednictwem Profesjonalnego Bractwa Krawieckiego wielu pracowników.
Na początku XX wieku majstrzy krawieccy wprowadzili system pracy chałupniczej. Ubrania szyli tzw. „chałupnicy” w swoich domach i wynagradzani byli od sztuki. Chałupnicy z kolei sami zatrudniali pracowników, którym co tydzień płacili pensje. System ten wcielono w życie w przededniu odzyskania przez Polskę niepodległości i miał na celu uniknięcie płacenia wysokich rządowych podatków, które od majstrów i fabrykantów pobierane były od liczby zatrudnionych pracowników. System ten rentowny był dla zamożnych krawców, ale dla drobnych wyrobników i chałupników był bardzo niekorzystny. Wyzysk przez pracodawców był bardzo rozpowszechniony, nie było też wielu możliwości obrony. Walka zwykłych wyrobników z ich majstrami nigdy nie kończyła się sukcesem. Próba wciągnięcia chałupników w akcję wymierzoną w krawieckich majstrów również się nie powiodła. Z tego powodu tygodniówka, którą otrzymywali wyrobnicy, nigdy nie była unormowana, nigdy też prawnie jej nie uregulowano.

Jako ilustracja tego, o czym była mowa powyżej, niech posłuży następujący epizod. W roku 1926 krawiecki związek zawodowy podjął pertraktacje z majstrami krawieckimi dotyczące wprowadzenia obowiązującego w Polsce ośmiogodzinnego dnia pracy. Te jednak nie powiodły się. Zjazd

[str.159]

delegatów związku zawodowego ogłosił w mieście powszechny strajk, do którego przyłączyli się także chałupnicy. Majstrzy krawieccy robili wszystko, aby złamać strajk. O pomoc poprosili miejskiego starostę i inspektora pracy, i wymusili na tych „stróżach prawa” wywarcie presji na przywódców strajku. Majstrowie zwołali wspólnie ze starostą zebranie i straszyli przywódców strajku ciężkimi konsekwencjami (zesłanie do Berezy Kartuskiej z wyrokiem za ekonomiczny terror itp.). Gdy i to nie pomogło, a strajk był kontynuowany, majstrowie szukali innych sposobów, aby zmusić chałupników do przerwania strajku. Koniec końców strajk przerwano. Produkcja stała przez sześć miesięcy, ale nie osiągnięto celu, jakim był ośmiogodzinny tydzień pracy.

Wśród krawców-sklepikarzy było wielu biednych rzemieślników, którzy jednak trzymali się swojego fachu.

Także w prywatnym sektorze branży krawieckiej, przy próbach polepszeniach warunków pracy, pracownicy potrzebowali pomocy związków zawodowych, mimo iż prywatni majstrzy zarabiali dużo lepiej. Było ich jednak niewielu i większość z nich nie rozstawała się z pracą, aby zarobić na życie.

Kapelusznicy

Ilu kapeluszników w naszym mieście by nie było, zawsze było ich za dużo dla miasta i całego regionu. Poza jednym bogatym kapelusznikiem, który zatrudniał wielu wyrobników, wszyscy byli bardzo biedni. Aby związać koniec z końcem pomagali sobie dodatkowymi pracami. Handlowali dla przykładu rybami, owocami albo na utrzymanie zarabiały ich żony, które także pracowały w branży odzieżowej.

Ważne miejsce w krajobrazie sokołowskich rzemiosł zajmowało przerabianie palt i starych butów. Wystarczyło przenicować stare czapki albo inne ubrania, podreperować stare buciory! Tacy majstrowie, którzy bogaci byli tylko w dzieci, w dni targowe wystawiali swoje towary, próbując przyciągnąć do siebie klientów (wiejskich chłopów) konkurencyjnymi cenami. Dużo łatwiej było, gdy klienci przychodzili

[str.160]

do krawca bezpośrednio do domu. Wówczas też w zaufaniu rozmawiali ze „starozakonnym”, a „starozakonny” sprzedawał „panu dobrodziejowi” nowe buty albo płaszcz za cenę korzystną dla obu stron. Trzeba także wspomnieć, że „przeciąganie” klientów, które odbywało się pomiędzy kupcami, było zawsze przykrym widokiem.

Stolarze i murarze

W Sokołowie pracowali stolarze dwóch rodzajów: pierwsi produkowali meble, drudzy stawiali domy. Ci pierwsi produkowali dla wielkich sklepów i na prywatne zamówienia. Niewiele było tego rodzaju warsztatów, niewielka była także liczba zatrudnionych w nich pracowników. Większość pracowała w pojedynkę i tak zarabiała na życie. Ci zaś nieliczni stolarze, którzy zatrudnieni byli w warsztatach, zawsze potrzebowali pomocy profesjonalnych związków zawodowych w uzyskaniu podwyżek.

Stolarze-budowniczowie rzadko zatrudniali pracowników, którym płacili dniówki. Zazwyczaj wchodzili w spółki z innymi stolarzami. Z powodu ogólnej biedy panującej w miasteczku, budowano bardzo niewiele. Nawet w okresie międzywojennym stały w mieście jeszcze puste działki po pożarze w roku 1910.

Murarze w Sokołowie byli bardzo biedni.

Piekarze

Jedynym fachem, który nigdy nie przeżywał kryzysów, było w Sokołowie piekarstwo. Piekarnie cały czas produkowały i zatrudniały pracowników. Związek zawodowy z dużymi sukcesami dbał o godziwe warunku pracy i płacy. Gdy zdarzyło, że z jakichś powodów, jeden z pracowników stracił pracę, związek sprawiedliwie dzielił pracę pośród zatrudnionych w pozostałych piekarniach piekarzy i zapewniał zajęcie bezrobotnemu.

Kowale

Spośród siedmiu żydowskich kowali, którzy mieli swoje

[str.161]

kuźnie w Sokołowie, było kilku takich, którzy urodzili się, wychowali i pracowali przez całe życie na wsi, do momentu aż upiorny cień Ruchu Narodowego, polskich hitlerowców, przesłonił Polskę. Dotarł również na polską wieś i zaraził chłopów swoim zwierzęcym antysemityzmem. Wówczas też wygnano ze wsi wszystkich żydowskich kowali. Poza dwoma młodzieńcami, wspólnikami prowadzącymi kuźnię, wszyscy byli już siwymi starcami ni to bogatymi, ni to biednymi, ale pracowitymi rzemieślnikami, brodatymi Żydami, którzy od świtu do zmierzchu dmuchali w miechy i sami lub z pomocą żon zarabiali na życie. Naprawiali i wyrabiali wozy, pługi a pieniędzy starczało im na skromne życie. Byli pobożni, zmawiali Psalmy, a w wolnym czasie przesiadywali w besmedreszu i przysłuchiwali się dysputom uczonych.

Wszyscy byli jakby od jednego ojca i jednej matki. Prości, uczciwi i pracowici, zawsze cisi i spokojni, milczący, że wydawało się (i była to prawda), że ich ciężka praca z młotami, żelazem i palącym ogniem wyssała z nich siłę do prowadzenia rozmów.

Ci wszyscy rzemieślnicy podzielili w czasie Zagłady tragiczne losy sokołowskiej społeczności żydowskiej.

W 70% społeczności żydowskiej, która zajmowała się ciężką pracą fizyczną, podział procentowy poszczególnych fachów w stosunku do ludności nieżydowskiej wyglądał następująco:

wśród woźniców – sami Żydzi
wśród dorożkarzy (poza jednym Polakiem) – sami Żydzi
wśród tragarzy – sami Żydzi
wśród garbarzy, rymarzy, łaciarzy [*krawców zajmujących się łataniem, przeróbką starej odzieży] – sami Żydzi
wśród stolarzy produkujących meble – sami Żydzi
wśród producentów sznurów, przekupek, sadowników, kowali, ślusarzy, budowniczych – 80 % Żydów
wśród piekarzy, szewców i rzeźników – 80 % Żydów
wśród kuśnierzy – 60 % Żydów
(także handel drewnem i węglem znajdował się w żydowskich rękach)

Polacy stanowili około 5–6 % wszystkich kupców. W procencie tym uwzględniono już

[str.162]

indywidualne oraz nowo powstałe sklepy różnego rodzaju, także spółki.

Procent Polaków wśród okolicznych rzemieślników wygląda następująco: kuśnierze – 40%, szewcy, budowniczowie, kowale i ślusarze – 20%, piekarze i rzeźnicy – 20%, Polacy w rolnictwie i piastujący miejskie stanowiska – 100%.

Procentowy rozkład zawodów w obu grupach społecznych pokazuje nam, jak bardzo jedni zależni byli od drugich. Informuje także o przyjacielskich, wzajemnych oddziaływaniach, które wynikały ze wspólnoty losów historycznego i rzeczywistego sąsiedztwa. I rzeczywiście przez wiele pokoleń, w każdy targowy czwartek, począwszy od wschodu, słońce, unosząc się tuż nad horyzontem, błogosławiło swoimi promieniami zmierzające na targ wozy. Ciężko wypracowane dobra podlascy chłopi zwozili ze swoich wiosek wszystkimi drogami prosto na sokołowskie ulice i zalewali nimi całe miasto, aż stoły uginały się pod ich ciężarem. A Żydzi, drobni i wielcy kupcy, rzemieślnicy połączeni z nimi wspólnotą losów, sprzedawali swoje produkty „panom dobrodziejom”, czemu towarzyszył wzajemny szacunek i zaufanie.

W naszej okolicy, podobnie jak w całym kraju, zarówno szlachta z dworów jak i chłopi z okolicznych wiosek chętnie wchodzili z Żydami w mniejsze lub większe spółki. Także polska ludność miejska, rzemieślnicy często zwracali się do Żydów z prośbą o pomoc, gdy mogło im to ułatwić życie. Kupowali buty, palta i dzięki temu wychodzili „na ludzi”. Czasami też dorabiali sobie pracując u Żydów i otrzymywali od nich kredyty na zakup najpotrzebniejszych do życia rzeczy.

Także wśród Polaków we wszystkich warstwach społecznych byli i tacy, którzy mieli „swoich Żydów”, którzy znali ich upodobania, zyskiwali ich zaufanie i pomagali w ciężkich czasach albo po prostu cenili sobie ich przyjaźń. Było to jednak dość rzadkie i nie da się porównać ze wspomnianymi powyżej działaniami i przyjaźnią, jaką Żydzi darzyli Polaków.

Żydom jednak prawie nigdy niedane było zaznać spokoju…

Żydowski handel i rzemiosło, żydowska mentalność zawsze

[str.163]

wywoływały zazdrość wśród wielu Polaków. Chcieli być kupcami czy rzemieślnikami i zająć miejsce Żydów w miasteczku. I podobnie jak w całym kraju, tak też w Sokołowie tacy zawistnicy stali się nosicielami demagogicznych i chuligańskich nastojów, zatruwając okoliczną polską społeczność otwartą i ukrytą wrogością skierowaną nawet wobec tych Żydów, którzy kiedyś tym demagogom i chuliganom pomagali. Ta właśnie otwarta i ukryta zawiść i wrogość, która tkwiła w polskich sąsiadach, w różnych okresach syciła się żydowskimi ofiarami i ukrywała ślady morderców. Krawiec reb Herszl Orkes (błp.) (kiedyś popularny w miasteczku, zagorzały psalmista w krawieckim sztyblu oraz gorliwie zmawiający modlitwy poranne i wieczorne w starym besmedreszu) wyszedł pewnego razu jak miał w zwyczaju do pracy na wsi i żywy z niej nie wrócił. Żydowski mieszkaniec wsi Sawice, reb Dowid, drobny wiejski domokrążca, został zamordowany w drodze z jednej wsi do drugiej. Sokołowski handlarz rybami, reb Lejzer (błp.) został zamordowany idąc z miasta na wieś, gdzie miał kupić ryby – we wszystkich przypadkach morderców nie wykryto. Tak było „kiedyś”, w lepszych czasach. W burzliwych czasach oskarżeń o mordy rytualne, razem z chuliganami, polscy rzemieślnicy rozpowszechniali kłamstwa przeciwko nam, a w czasie wielkiego kataklizmu przelewali żydowską krew na równi z naszymi mordercami [*Niemcami]. Mimo tego, że zawsze znaleźli się tacy, co ukrycie albo jawnie byli antysemitami, mimo braterstwa, które Żydzi wobec nich odczuwali, a na które Polacy co jakiś czas się powoływali prosząc Żydów o pomoc, nadal wśród Polaków modne było cyniczne powiedzenie, które dobrze charakteryzowało ich stosunek do Żydów: „Jak bida, to do Żyda. Po bidzie, pocałuj mnie Żydzie”.

Związki zawodowe

Zanim w Sokołowie pojawiła się Żydowska Partia Robotnicza Bund, Żydzi od pokoleń żyli biednie. W środowisku panowała też społeczna niesprawiedliwość, duchowo-społeczne zacofanie i zabobony. Nigdy

[str.164]

w Sokołowie nie było szkół zawodowych dla żydowskiej młodzieży. Większość biednych dziewcząt zostawała służkami, wyjeżdżała do Warszawy, marnowała kolejne lata swojego życia zapracowując się dniami i nocami u krwiopijców-pracodawców. Takie dziewczęta często umierały na suchoty, które w tych kręgach były częstą chorobą. Inne zostawały w domu, zmagając się z codzienną biedą i głodem. Niewielu udawało się wyuczyć krawiectwa lub innego fachu, finansując swoją naukę niańczeniem dzieci i sprzątaniem domów majstrowych. Po zakończonej nauce i zdobyciu wiedzy i umiejętności nadal musiały pracować za groszowe pensje, które majster lub majstrowa płacili za czternasto- czy szesnastogodzinny dzień pracy. Gdy dziewczęta zdobyły już trochę umiejętności w fachu i żądały lepszych pensji, wyrzucano je, a ich miejsca zajmowały nowe czeladniczki.

Ten sam niewolniczy los czekał chłopców z biednych rodzin. Oni także spędzali lata na nauce wykonując różne brudne prace domowe. Po zakończeniu nauki zmuszani byli do pracy po czternaście, szesnaście godzin dziennie za pensję ustaloną przez pracodawcę.

Gdy rzemieślnik osiągnął pewien poziom wiedzy i umiejętności i zażądał wyższej pensji, rzadko znajdywał zrozumienie i majstra, który zaoferowałby mu więcej pieniędzy. W wielu takich przypadkach jego miejsce zajmował szybko inny uczeń lub czeladnik, których majster znajdował w ciemno.

Historia związków zawodowych w Sokołowie, zaczyna się od pojawienia się Bundu w pierwszych latach XX wieku. Bund był partią, której program i podstawy bazowały na naukach Karola Marksa o klasowym podziale, który panuje w społeczeństwie i o ekonomicznym wyzysku klasy robotniczej przez kapitalistów. Pierwsi przywódcy bundowscy, wraz z polityczną i rewolucyjną działalnością, prowadzili nielegalną działalność agitacyjną wśród klasy pracującej. Działacze Bundu formułowali i wysuwali w ich imieniu ekonomiczne żądania podwyżki płac i skrócenia dnia pracy (dzień pracy wynosił wówczas 12 godzin): od siódmej rano do siódmej wieczorem (nazywano to wówczas pracą „od godziny do godziny”).

[str.165]

Wcześniej robotnicy pracowali czternaście, piętnaście lub szesnaście godzin na dobę.

I nawet, gdy dobra wola nie przyniosła społecznego i socjalnego przełomu, tj. gdy któryś z pracodawców zaparł się i nie chciał podpisać podwyżki płac albo zupełnie nie chciał uznać związku zawodowego, komisja strajkowa albo bojówka robotnicza stała na straży i nie dopuszczały, aby ktoś się wyłamał. A gdy któryś z robotników zechciał złamać strajk, bojówka napominała go surowo swoją pałką. Wśród robotniczej młodzieży modne było spacerowanie z „kijem” w ręku. Starszemu pokoleniu nie za bardzo się to podobało i każdego młodzieńca, który miał przy sobie taki kij nazywano „strajkowiczem”, bo takimi kijami zorganizowani robotnicy bronili się przed łamistrajkami, będącymi w tamtym okresie częstym zjawiskiem wśród biednych, spracowanych robotników. Poza tym kierownik łamistrajków musiał zapłacić odszkodowanie, które ustalił związek zawodowy.

Ponieważ działalność i egzystencja Bundu w tamtych latach była dla Żydów w Sokołowie czymś nowym i w dodatku niemotywowanym religijnie, prowadzenie pracy agitacyjnej było bardzo utrudnione. Agitację utrudniał społeczno-ekonomiczny charakter żydowskiego życia, o którym była mowa powyżej. Tak zwane „miejsca pracy” składały się z różnego rodzaju małych warsztatów, których właściciele byli majstrami. Ci jednak zawsze gotowi byli pracować na czyjś rachunek, bo najważniejszy był zarobek. Niektórzy robotnicy nie byli w stanie sprostać wymaganiom związków zawodowych. Zdarzało się, że tacy „majstrowie” podpisywali żądania związkowe dotyczące płac, ale w rzeczywistości nic się nie zmieniało i sytuacja ich pracowników nie ulegała poprawie.

Komisja strajkowa była zatem ciągle zajęta kontrolowaniem miejsc pracy po siódmej wieczorem, aby upewnić się, że nie dochodzi do złamania dwunastogodzinnego dnia pracy i przestrzega się wolnego szabasowego dnia, który

[str.166]

był ważnym punktem w żądaniach związków.

Ta dziwna sytuacja doprowadziło do tego, że w różnych dziedzinach zawodowych łączono wspólne siły a agitacja prowadzona dzięki niezłomnej pracy politycznej bundystów-rewolucjonistów, docierała do coraz to szerszych mas robotniczych. Działalność bundowców w związkach zawodowych utrudniona była przez społeczny nieład i zdeklasowanie w żydowskim życiu. Udawało im się jednak podnieść morale robotników i podtrzymywać ich na duchu oraz poprawić ogólną sytuację ekonomiczną.

Wraz z wycofaniem się Bundu z Sokołowa skończyła się także agitacyjna działalność wśród żydowskich robotników. Pracodawcami zostali znów majstrowie, którzy ustalali pensję i warunki pracy swoich pracowników. Znów pracowano od wczesnego ranka do 10-12 w nocy i bez wynagrodzenia za wolny szabasowy dzień.

Głównym mechanizmem bundowskiej działalności był partyjny kolektyw, który składał się z trzech lub pięciu członków. Swoją działalność prowadził w ukryciu a nawet partyjni działacze nie wiedzieli kto do niego należy. Wiedzieli o tym tylko najbardziej zaufani towarzysze. Ci ostatni kontaktowali się z przedstawicielami poszczególnych fachów, albo z poszczególnymi grupami robotniczymi, wśród których Bund prowadził swoją działalność na wszystkich polach.

Ponieważ Bund i jego działalność były nielegalne, a rosyjsko-carska policja cały czas miała jego działaczy na oku, nie było jednego stałego miejsca, w którym działacze mogliby się spotykać. Posiedzenia kierownictwa odbywały się w specjalne do tego przygotowanych miejscach chronionych z zewnątrz przez zaufanych towarzyszy. Głównym adresem, pod którym spotykano się z ludźmi, była „giełda” na ulicy Długiej mieszcząca się w murowanym budynku. Przed sklepami każdego wieczoru gwarno było od spacerujących robotników. Między nimi byli również aktywni działacze Bundu, którzy rozdawali proklamacje, przekazywali ważne polityczne wiadomości, przyjmowali nowych członków, organizowali polityczne i ekonomiczne akcje itp. Z pewnością nielegalna sytuacja związana z Bundem przeszkadzała i utrudniała agitację. Zdarzało się, że pracodawcy żywili nadzieję na zdelegalizowanie nielegalnej działalności związków zawodowych i ich aktywnych członków i odmawiali podpisania żądań. W takich przypadkach stosowano bardzo prymitywne działania, a konflikty rozsądzano w synagodze podczas studiowaniu Tory albo gdzieś w wyszynku, zazwyczaj na korzyść robotników.

[str.167]

W roku 1916, gdy Polska była okupowana przez Niemców, a reżim był bardziej liberalny niż reżim carski, w Sokołowie pojawiła się nowa żydowska partia robotnicza Poalej Syjon. Wkrótce też powoli i w dużo mniejszym wymiarze swoją działalność wznowiła partia Bund. Partie porozumiały się i wspólnie organizowały związki zawodowe na wielką skalę. Władza okupacyjna ich nie zalegalizowała, ale także nie prześladowała, jak policja w carskich czasach, prześladowała bundowskie związki. Był to okres wojenny i społeczność żyła ze skromnych głodowych racji, w żydowskim społeczeństwie panowało bezrobocie i brak było perspektyw na jakikolwiek zarobek. Specjalne rozporządzenia niemieckiej władzy zabraniały posiadania pewnych materiałów, które leżały u podstaw żydowskiego handlu i rzemiosła. Wkrótce wszystkie zorganizowanie akcje zakończyły się dużym sukcesem. Robotnicy, zarówno ci posiadający pracę jak i bezrobotni przychodzili masowo na mitingi i przyjmowali pracę oświeceniową z wielkim zadowoleniem. Przyczyniły się do tego nastoje żydowskich mas, które czuły się wyzwolone i podniesione na duchu wraz z pozbyciem się carskiej strasznej i despotycznej władzy. Ten wyjątkowy historyczny fakt, że po sokołowskich ulicach nie chodzą już rosyjscy Kozacy i inni despoci, którzy codziennie znieważali i torturowali Żydów utrudniając im życie, dodawał im wiary w idyllę wolności i w wyzwolenie.

Do naszego sukcesu przyczynił się także fakt, że wśród żydowskich mas, nawet wśród przeciwników Bundu, nadal żywe było wspomnienie o bundowskiej przeszłości a także smutki i kłopoty, których Żydzi doświadczyli w ciągu ostatnich dziesięciu lat, kiedy nie było w Sokołowie partii robotniczej, strach przed pogromami w latach 1906, 1907 i 1908, proces Bejlisa [*Menachem Mendel Bejlis to rosyjski Żyd, oskarżony o mord rytualny w 1913 r. Mężczyzna został uniewinniony, ale sprawa sądowa wiązała się z powszechną antysemicką nagonką] i tragiczne przeżycia w pierwszych latach I wojny światowej.

Organizując praktyczną pracę ze związkiem zawodowym poszliśmy w ślady bundowskiej tradycji. Każdy fach miał swój zarząd. Każdy zarząd – przewodniczącego w ogólnej radzie zawodowej, która prowadziła wszystkie akcje i prace w stowarzyszeniu. Przedstawiciele i rada byli w stałym kontakcie ze swoimi politycznymi partiami i wszystkie aktualne polityczne kwestie od czasu do czasu

[str.168]

stawały także na porządku dziennym zebrań robotniczych. Także my wprowadziliśmy komisje strajkowe, które miały walczyć z łamistrajkami. Niewiele jednak korzystaliśmy z tego organu, ponieważ masy robotnicze we wszystkich akcjach zmierzających do podwyższenia płac, same deklarowały, że nie dojdzie do złamania strajku. Godzin pracy przestrzegano według z góry ustalonych na zebraniach norm. Także i u nas zdarzały się konflikty z pracodawcami, które kończyły się zazwyczaj sukcesem robotników.
W latach 1916-1918 oraz w pierwszej połowie 1919 nie organizowano żadnych długotrwałych strajków robotniczych. W tym okresie jako delegat Poalej Syjon piastowałem urząd przewodniczącego i sekretarza profesjonalnej rady robotniczej. Drugim delegatem z ramienia Poalej Syjon był Alter Szuster (zamordowany), trzecim delegatem z ramienia Bundu – towarzysz Icze Szpanke.

Żądania dotyczące podwyżki płac pracodawcy otrzymywali pocztą na adres ich warsztatów. W przeciągu dnia – dwóch toczyły się pertraktacje, aż strony akceptowały i podpisały wysuwane żądania płacowe. Jednak drobni, biedni majstrowie, o których pisałem wcześniej, często prosili o litość i nie chcieli podpisać wysuwanych żądań.

We wspomnianym okresie związki zawodowe tylko raz dały rozkaz przeprowadzenia politycznego strajku w porozumieniu z politycznymi partiami Poalej Syjon i Bund, które również działały nielegalnie.

Miał się on odbyć z okazji 1 maja w 1917 roku. Jednak niemiecka władza w Sokołowie pospieszyła się i już 23 kwietnia w środku nocy aresztowała komitet partyjny Poalej Syjon, co wywołało wielkie oburzenie w całym mieście. Związki zawodowe zrobiły wszystko, aby 1 maj wyglądał na prawdziwe święto robotnicze. W warsztatach w tym dniu nie pracowano.

Z samego rana zaufani towarzysze, których partia Poalej Syjon przygotowywała na ten dzień, w konspiracji poinformowali mnie, „że wszystko idzie zgodnie z planem” i rzeczywiście na ulicach pojawili się odświętnie ubrani robotnicy. Ci po chwili znikali, aby nie zwracać uwagi niemieckiej żandarmerii. Zaufani towarzysze wykonali jeszcze ostatni rozkaz i w tajemnicy nakazali towarzyszom i towarzyszkom zebrać się w lesie dwa kilometry za miastem. Mimo że wszystko zostało dobrze

[str.169]

przygotowane i zaufani towarzysze rozstawieni zostali wzdłuż całej drogi z miasta do lasu, niemiecka żandarmeria dowiedziała się o uroczystościach i w samym ich środku, podczas wyśmienitej przemowy towarzysza Szlojme Szercmana (aktywnego działacza Poalej Syjon), gdy wśród zebranych, pośród których była także towarzyszka Basia Jedlin, panowała podniosła atmosfera i zachwyt, pojawiła się niemiecka żandarmeria z psami i otoczyła las. Kogo udało im się złapać, aresztowali, wytaczali procesy i zasądzali kary pieniężne lub areszt.

W latach 1919-1920 po podziale Poalej Syjon, miastu przybyły dwie nowe partie robotnicze: Poalej Syjon Prawica oraz komuniści (wywodzący się z Bundu i Poalej Syjon). W tym okresie z partii Bund nie było ani jednego przedstawicielstwa w związku zawodowym w związku z odejściem wielu działaczy młodzieżowych. Poalej Syjon Prawica zaś zabrała swoich działaczy i sama prowadziła działalność agitacyjną. Poalej Syjon Lewica, która w tym okresie zjednoczyła się z komunistami i prowadziła wspólną działalność w związkach zawodowych, z biegiem czasu tak zaniedbała swoje obowiązki, że tylko komuniści byli jedynymi aktywnymi ich działaczami. Związki zawodowe, które wtedy już działały legalnie, były dla komunistów, którzy w Polsce zaś byli nielegalni, dobrą przykrywką dla ich partyjnej działalności. Dzięki ich pilnej, pełnej poświęceń pracy w związkach różnych fachów, znacznie powiększyli liczbę swoich członków i tym samym zostali najlepszymi w mieście działaczami społecznymi, co trwało aż do końca 1939 roku. (Związkowi działacze: Isroel Alter, Dowid Fridman, Fielte i Pesach Sztutman (zamordowany)). W tym okresie odbywało się bardzo mało strajków, z wyjątkiem dużego strajku pracowników branży krawieckiej o ośmiogodzinny tydzień pracy w roku 1926.

 

[str.170]

 

Awrom Białylew
Były sekretarz gminy żydowskiej w Sokołowie
(Giwataim)

Pinchas Rafałowicz
(Tel Awiw)

 

Gmina żydowska w Sokołowie

Według historycznych źródeł powstanie sokołowskiej gminy datowane jest na XV wiek. W roku 1665 wspomina się o tamtejszych Żydach w związku z przywilejem, który wydał właściciel Sokołowa i Węgrowa, Jan Krasiński, aby zachęcić Żydów do osiedlania się.

Przywilej z roku 1665 potwierdzał Żydom wszelkie prawa, które otrzymali od wcześniejszych włodarzy Sokołowa i pozwalał na własny sąd. Sokołów przeszedł wówczas w ręce nowego właściciela (Michał Ogiński) [*Michał Kleofas Ogiński został właścicielem Sokołowa pod koniec XVIII wieku], który potwierdził przywileje wspierające rozwój rzemiosła i handlu w mieście.

W XVIII wieku gospodarz miasta (Jan [*w rzeczywistości Ignacy] Ogiński) wydał prawo do corocznego wyboru przewodniczącego gminy w drugą niedzielę po święcie Świętego Jana: „Przewodniczącym gminy wybrany może zostać każdy, kto płaci ponad 25 złotych podatku.

Nazwiska zgłoszonych kandydatów zapisywane są na kartkach, które oddawane są miejskiemu rabinowi. Rabin wkłada kartki, w obecności ludzi, do worka, miesza je i prawą ręką losuje pięć kartek. Czyta na głos każdą kartkę z osobna i nazwiska wpisuje na listę. Pięciu wybranych wybiera zarząd gminy, który decyduje o wszystkich żydowskich sprawach”.

Niestety pinkasy [*kroniki] gminne zostały zniszczone podczas dwóch pożarów, które wybuchły w mieście. Także ostatni

[str.171]

pinkas, który przechowywany był u rabina, reb Mordechaja Halbersztata (błp.) zaginął podczas tragicznych czasów hitlerowskiej władzy. Z tego powodu nie mamy wielu informacji na temat gminnego życia w czasach carskich.

Carska władza

W czasach carskiej władzy w Polsce powstał tzw. „dozór bożniczy”, który składał się z trzech dozorów na czele z miejskim rabinem. Rada ta wraz z burmistrzem prowadziła gminne sprawy i nakładała podatki na Żydów posiadających własne domy. Z tych podatków utrzymywany był rabin i inne instytucje gminne: synagoga, mykwa, cmentarz itp. Listy płatników oraz prace biurowe prowadzone były przez urzędników miejskiego magistratu.

Jednymi z ostatnich dozorów urzędujących za czasów, gdy władza carska wygnana została z Polski, byli Alter Rozemblum (syn Altera Dowida), mądry człowiek, uczony, autor księgi o prawie błogosławieństw. U siebie w domu prowadził bank; reb Hersz Tuwje Ber. ważny w mieście gospodarz; Mojsze Mojsiezon, damski krawiec, gabaj chewry kadiszy i miejski rabin Icchok Zelig Morgenstern (błp.) (sokołowski rebe, wnuk rebe z Kocka, reb Mendele (błp.)).

Zatrudnienie w mieście rabina, szojcheta [*rzeźnika], chazana [*urzędnika gminnego] czy nawet łaziebnego zawsze wywoływało wielkie poruszenie. Tworzyły się strony i zaczynała się długa, uparta walka aż kandydat jednej ze stron został wybrany.

Często dochodziło nawet do interwencji miejskiej władzy, a w najgorszym przypadku do arbitrażu obcego rabina. Machlojki w sprawie miejskich łaźni były tak daleko idące, że pewnego razu spalono nawet łaźnię. Innym razem doszło do eksplozji jednego z kotłów parowych.

Majątek gminny

1. Stary żydowski cmentarz, który znajdował się przy końcu ulicy Bóżnicznej [*dzisiejszej Magistrackiej] po drugiej stronie rzeki Cetyni (“Strugi”),

[str.172]

zajmował obszar około 500 dunamów [*50 ha; w rzeczywistości ok. 2,5 ha]. Cmentarz pochodzi z najdawniejszych czasów powstania żydowskiej gminy.

2. Nowy żydowski cmentarz, który znajdował się około 2-3 kilometry za miastem [*przy dzisiejszej ul. Bartoszowej] i zajmował obszar około 1000 dunamów [*100 ha; w rzeczywistości niecały 1 ha] założony został około 50 lat [*działka na cmentarz została kupiona przez gminę żydowską w 1920 r., być może była użytkowana już wcześniej] przez zagładą społeczności żydowskiej w Sokołowie.

3. Synagogę budowano na ulicy Bóżnicznej dwa razy: po raz pierwszy 100 lat temu, po raz drugi po wielkim pożarze w Sokołowie w roku 1910. W synagodze poza wspólnymi modlitwami na szabas i święta, urządzano także oficjalne uroczystości oraz modlitwy na uroczyste zakończenie przepisywania Tory. Aron ha-kodesz wnoszono do synagogi z wielką paradą, w towarzystwie muzyki, tańca i w

Nowy besmedresz

obecności wszystkich mieszkańców. Urządzano tam także modlitwy za zdrowie cara, później za zdrowie polskiego prezydenta i tak aż do wybuchu II wojny światowej.

Przez wiele lat w czasie Jamim Noraim w synagodze modlił się Chaim Szmuel Rozenbaum, który przyciągał modlących się za sprawą swojego słodkiego, lirycznego głosu, o czym wielu Sokołowian pamięta po dziś dzień.

4. Stary besmedresz, który także znajdował się na

[str.173]

ulicy Bóżnicznej naprzeciw synagogi zbudowany został około 80 lat przed zagładą Sokołowa. W besmedreszu przesiadywało wielu młodzieńców, którzy właśnie skończyli cheder i takich, którzy całe noce studiowali Szas [*synonim Miszny] i Talmud.

Tam też pomiędzy modlitwą poranną a wieczorną swoje kazania wygłaszali różni magidzi [*wędrowni kaznodzieje] i kaznodzieje. W synagodze znajdował się także wielki gorący piec, przy którym tragarze, rzemieślnicy, woźnice i inni stawali wracając z targu, aby się trochę ogrzać i zmówić kilka Psalmów.

5. Nowy besmedresz zbudowany został około 42 lat przed zagładą Sokołowa, w centrum miasta przy ulicy Długiej przez reb Mojsze Barychowskiego (syna Malki).

W besmedreszu tym studiowano dniami i nocami. Zbierali się tam także syjonistycznie nastawieni młodzieńcy. Wygłaszano także wykłady na temat Erec Isroel.

6. Łaźnia przy ulicy Bóżnicznej przy sadzie aptekarza.

7. Przytułek – drewniany budynek na ulicy Bóżnicznej – na wałach z czasów Napoleona. Było to miejsce dla biednych, bezdomnych i nienormalnych ludzi. W części budynku znajdowała się Talmud Tora i jesziwa.

Poza tym w mieście było kilka chasydzkich minjanów i sztybli – chasydów z Góry Kalwarii, Aleksandrowa, Mszczonowa, Skierniewic, Białej, Pilawy, Otwocka, Parysowa, Radzynia oraz duży besmedresz w domu rabina, który służył także za jesziwę.

Pomoc społeczna

Dzięki inicjatywie grupy młodych ludzi założono stowarzyszenie Linat ha-Cedek [*organizacja zajmująca się pomocą lekarską], które miało pomagać chorym – pożyczać im naczynia, lecznicze bańki itp. i udzielać pomocy medycznej.

Dużą rolę w mieście odgrywała także Kasa Pożyczkowa, która zaopatrywała prawie całą społeczność żydowską w Sokołowie w duże kredyty i małe pożyczki. Kasę prowadzili reb Hersz Tuwje Ber (błp.) i reb Dowid Cukerman i reb Mordechaj Elenberg (dziś w Izraelu).

Mimo iż gmina nie zajmowała się pomocą społeczną,

[str.174]

parali się tym różni jej gabaje i ich żony, które od czasu do czasu zbierały chały na szabes, chleb itp. i rozdzielały je wśród żydowskiej biedoty.

Źródła zarobków w Sokołowie

Głównym źródłem przynoszącym zarobek była produkcja obuwia, które eksportowane było do najdalszych zakątków Rosji, nawet na daleki Wschód. (Zajmowało się tym około 300 rodzin). Do Sokołowa zjeżdżali pośrednicy z najdalszych rosyjskich miast, aby tu zakupić różnego rodzaju buty. W mieście była także pokaźna liczba krawców i kuśnierzy, którzy szyli swoje ubiory przede wszystkim dla biednych klientów. Duża część społeczności żydowskiej zajmowała się handlem zbożem.

Mykwa

Inni znów byli domokrążcami chodzącymi od niedzieli do piątku po wsiach całego sokołowskiego powiatu i skupowali od chłopów futra i inne rolnicze produkty. Jak wszędzie, tak i w Sokołowie było wielu tragarzy, woźniców, pośredników i mełamedów. W mieście była też pokaźna liczba mniejszych i większych sklepów i sklepików.

[str.175]

Spokojne, idylliczne wręcz życie w Sokołowie ciągnęło się bez większych zakłóceń i zmian przez wiele lat, aż do wybuchu I wojny światowej. Podczas I wojny światowej do Sokołowa uciekły dziesiątki bezrobotnych rodzin z różnych miast i miasteczek Polski, przez które przebiegał wojenny front.

Gmina żydowska działała wówczas z wielkim poświęceniem i zrobiła wszystko, aby uśmierzyć cierpienie bezdomnych. Utworzono specjalną komisję, która miała dbać o to, aby uciekinierzy mieli chleb i dach nad głową.

Gdy Sokołów zajmowała armia niemiecka, wycofujący się rosyjscy pogromszczycy-Kozacy zabili kilkudziesięciu Żydów.

Ekonomiczna sytuacja w Sokołowie stała się bardzo zła. Ludzie głodowali, w mieście rozprzestrzeniał się tyfus i inne choroby.

W roku 1916 niemiecka administracja wydała statut, który wprowadzał porządek do gminnego życia. Wprowadzono powszechne, proporcjonalne i tajne wybory do gminnych instytucji i rozszerzono kompetencje gminy, której nadany został także religijny charakter.

Dozorami zostali: Jeszaja Szafran, Mojsze Mojsiezon, Hersz Tuwje Ber, Ch.Sz. Rozenbaum i Jehoszua Landau. Sekretarzem wybrano Awroma Białegolwa.

Po raz pierwszy gmina przeprowadziła także spis ludności. Biuro gminne znajdowało się w jednym z pokoi w synagodze. Później przeniosło się do pokoju w nowym besmedreszu.

Administracja gminy po raz pierwszy samodzielnie wypracowała swój roczny budżet planowanych wydatków. Zaprowadzono porządek we wszystkich gminnych sprawach oraz na cmentarzu. Opracowano jego plan i podzielono na alejki numerując groby.

Administracja gminy zajęła się wówczas także remontem i odświeżeniem wyglądu synagogi. Zbudowano nowy aron ha-kodesz ozdobiony pięknymi płaskorzeźbami, do czego zatrudnieni zostali dwaj specjalny snycerze z Międzyrzecza. W tym miejscu należy podkreślić zasługi pierwszego żydowskiego sekretarza miejskiego magistratu, Hersza Grinberga, który włożył dużo trudu w remont synagogi i aron ha-kodesz.

[str.176]

Joint

W ciężkiej ekonomicznej sytuacji ludności żydowskiej nieodzowną pomoc niósł amerykański „Joint”. W tym celu wybrany został komitet, który zorganizował darmową kuchnię ludową, z której korzystała prawie cała sokołowska społeczność żydowska. Na czele komitetu stali: Rakocz, Benjamin Rubinsztejn, Pinchas Czernicki, Binjamin Elenberg, Mordechaj Elenberg i inni.

Dzięki inicjatywie żydowskiej gminy utworzono także komitet pomocowy Somech Noflim, który zajmował się medyczną i materialną pomocą dla ubogich mieszkańców. Na czele komitetu stali: Hersz Kajt, Lejb Altman (błp.), Awrom Ajzenberg i inni, sekretarzem był – Baruch Dobrzyński.

Działalność społeczna

W czasie niemieckiej okupacji życie żydowskie w Sokołowie uległo wielu zmianom. Lampy naftowe ustąpiły miejsca elektrycznemu oświetleniu, które do miasta sprowadził Jeszaja Szafran, budowniczy pierwszej miejskiej elektrowni.

Wielu żydowskich młodzieńców zamieniło płócienne czapki na kapelusze, długie chałaty na krótkie garnitury. Założono dwie nowe biblioteki i partie polityczne: Mizrachi, ogólni Syjoniści, Poalej Syjon Lewica, Poalej Syjon Prawica, Bund i inne.

Miasto odwiedzali różni mówcy, literaci, śpiewacy i grupy koncertowe. W tym czasie powstała także żydowska szkoła ludowa (prowadzona przez żydowskich nauczycieli) i cheder Jawne (prowadzony przez Mizrachi).

Powstanie państwa polskiego w 1918 roku

W pierwszych miesiącach po powstaniu państwa polskiego żydowska gmina działała na takich samych zasadach jak wcześniej. Z powodu jawnych prześladowań ze strony państwa polskiego, które mnożyły się w okresie, gdy władzę sprawowała endecja, gmina żydowska odgrywała rolę narodowej instytucji, która musiała zajmować się także politycznymi kwestiami, aby być w stanie prawnie bronić ludność żydowską przed dyskryminacją i innymi ekscesami.

W czasie wyborów do sejmu, gmina aktywnie wspierała powstanie Bloku Mniejszości Narodowych, z ramienia którego Żydzi weszli na listę głosami niemieckiej mniejszości w sokołowskim okręgu.

[str.177]

W roku 1923 ukazał się polski statut gmin żydowskich i w mieście ogłoszono wybory, w których brały udział wszystkie żydowskie partie polityczne. Kampania wyborcza była bardzo intensywna. Organizowano mityngi wyborcze, podczas których mówcy z różnych partii zwalczali się nawzajem. Wybrana została także rada składająca się z trzynastu osób i ośmioosobowy zarząd.

Na czele administracji gminy stał Skrzydłower, a na czele rady Kafowy. W polskim okresie dozorami gminnymi byli: Skrzydłower (Mizrachi), Lustigman (Aguda), Kajt (Aguda), Isroel Goldfarb (Aguda), Kafowy (Mizrachi), Lustigman (Aguda), Kajt (Aguda), Isroel Man (Poalej Syjon Lewica), M. Łosicki (syjonista), Ciciński (rzemieślnik), Wajnberg Awrom (rzemieślnik), Perger (rzemieślnik), B. Rubinsztejn (syjonista), I.M. Ornsztejn (Aguda), Radzyński (Mizrachi), Rafałowicz (Mizrachi), (na jego miejsce wszedł I. Goldfarb – Aguda), Zarembski (Poalej Syjon Prawica), Sender Rubinsztejn (Mizrachi), Joelke Szlafmic (syjonista), Ch.Sz. Roznbaum (Mizrachi), M. Elster (rzemieślnik), Radzyński (Mizrachi) i Szpadel (Aguda).

Gmina planowała swój budżet, który musiał zostać zatwierdzony przez radę miejską i lokalną władzę.

Budżet poza wydatkami gminnymi, obejmował również różne subwencje dla Keren Kajemet [*Żydowski Fundusz Narodowy], Keren ha-Jesod [*organizacja powstała z Żydowskiego Funduszu Narodowego w 1920 r.], szkół Bejs Jakow oraz wsparcie dla miejscowych społecznych instytucji takich jak Somech Noflim, TOZ, Talmud Tora, szkoły Mizrachi itp. Na wybory został utworzony blok składający się z rzemieślników i Agudy skierowany przeciwko Mizrachi i syjonistom.

W tym okresie w Polsce działał amerykański Joint i dzięki jego pomocy gmina mogła przeprowadzić gruntowny remont łaźni, w której zainstalowano wanny, natryski i mykwy [*łaźnie, baseny z wodą] kaflowe. Oba cmentarze otoczono płotem.

Kwestia uboju rytualnego

Gmina dużą część swojej energii i wysiłków poświęcała wprowadzaniu porządków. Dochody uzyskiwane z uboju rytualnego, który znajdował się w prywatnych rękach, przechodziły według porozumienia z rzeźnikami na ręce gminy.

Gmina musiała stoczyć długą walkę z wydawanymi na ubój rytualny ograniczeniami, które polska posłanka, pani [*Janina] Prystorowa, próbowała przeforsować w Sejmie. Trzeba było

[str.178]

walczyć o zachowanie potrzebnego kontyngentu koszernego mięsa dla żydowskiej społeczności.

Wybudowano rzeźnię do uboju drobiu, która kontrolowała dochody uzyskiwane z uboju. Uniknięto także zanieczyszczania małych rzeźni, które znajdowały się w prywatnych rękach.

Gmina żydowska była reprezentantem sokołowskich Żydów w mieście w czasie różnych uroczystości i państwowych obchodów. Broniła Żydów w czasie bojkotu wymierzonego w żydowski handel, który prowadziły polskie antysemickie organizacje.

W czasie największego bojkotu i napięć w roku 1938, w dzień targowy w mieście miał miejsce pogrom wymierzony w żydowskich kupców i kramarzy. Zawiadomiono miejscową władzę oraz żydowski klub poselski. Spisano nazwiska poszkodowanych, którym trzeba było pomóc w związku z nadchodzącym świętem Pesach.

Żydowska administracja gminna często omawiał swoją działalność z klubem żydowskich przedstawicieli w radzie miejskiej, która odbywała swoje posiedzenia w gminnym lokalu. Gminie żydowskiej przewodniczył prezes gminy pan Chaim Jakow Szpadel, który swój urząd sprawował aż do wybuchu II wojny światowej.

 

[str.179]

 

Chewra Kadisza [*Bractwo Pogrzebowe]
(Fragment sokołowskiego Pinkasu)

Historycznych dokumentów i materiałów na temat społeczności żydowskiej w Sokołowie jest bardzo mało. Wielki pożar w roku 1910 zniszczył prawie wszystko i ciężko z tego powodu zrekonstruować minione żydowskie życie w mieście.

Jednym z zachowanych dokumentów z dalekiej przeszłości jest pinkas [*kronika] Bractwa Pogrzebowego, który zaczęto spisywać w roku 1810.

Pinkas ten liczy 172 strony i jest dużego formatu. Na stronie tytułowej napisano: „Należy do Chewra Kadisza Tehilim, pe/he [?], Sokołów Szabtaj Jehuda, szochet i nadzorujący”. Pierwsza uwaga w pinkasie została zapisana w niedzielę 23 dnia miesiąca ijar roku 5570 (1810).

Po wstępie, w którym podkreślano wartość odmawiania psalmów – napisanym wielkimi pięknie wykaligrafowanymi literami – spisano 17 punktów regulaminu bractwa, które zawierały obowiązki i zadania jego członków.

Zgodnie z zapisem wszyscy członkowie bractwa byli zobowiązani do recytowania każdego dnia 21 rozdziałów Księgi Psalmów. Miało się to odbywać nie za szybko, należało wolno i wyraźnie wypowiadać każdy wyraz, słowo po słowie. Ten, kto stał przy pulpicie powinien posiadać donośny, przyjemny głos, tryskać radością i kierować się sercem (punkt 1, 2, 3).

O wzajemnym oddaniu i przyjaźni między członkami mówią punkty 6 i 7, które zobowiązują całe bractwo do odmawiania psalmów za zdrowie chorego członka. To samo w przypadku śmierci jednego z nich – dziesięciu członków jest zobowiązanych stać na straży i w czasie sziwy [*żałoby] modlić się w domu zmarłego.

Bractwo jest także zobowiązane (punkt 8) obchodzić rocznicę śmierci nieodżałowanej pamięci świętego rabina, syna Rachel (15) i nieodżałowanej pamięci rabina, sławnego gaona, pana Szabtaja syna Pesl, który odszedł w dobrej sławie (28 tamuz).

Procedura przyjmowania nowych członków do bractwa nie była prosta. Po pierwsze przyjmowano ich tylko na zebraniach ogólnych, które odbywały się podczas święta Sukot (punkt 9). Zapytania przekazywano gabajowi bractwa, który przedstawiał je osiemnastu członkom.

Wpisowe wynosiło:

[str.180]

nie mniej niż dwadzieścia cztery złote polskie, placek miodowy i gorzałka dla owych osiemnastu osób (punkt 10).

Tych samych osiemnastu ludzi decydowało także o wykluczeniu z bractwa. Byli to wybrani maszgiachowie, gabaje, trzech zaufanych członków (punkt 11). Składka członkowska wynosiła 1 złoty tygodniowo (punkt 14). Kara za niestawienie się na wspólne odmawianie psalmów wynosiła 1 polski złoty za dzień powszedni i 3 złoty za szabas i święto. Tym sposobem zebrane pieniądze przeznaczano na urządzanie, raz do roku w miesiącu kislew [*listopad/grudzień], wielkiej uczty.

Tak brzmi regulamin bractwa spisany i zatwierdzony dnia 23 miesiąca ijar [*27 maja] 1810 roku przez kilkadziesiąt podpisów.

Wpływy bractwa wynosiły w tym samym roku 498 złotych, wydatki 774 złote.

Warto wspomnieć, że do bractwa należały także kobiety i dzieci. Jednak przepisy ich dotyczące były dużo łagodniejsze.

172 strony pinkasu są drobno zapisane i zawierają zapisy, notatki i raporty z zebrań, przyjęcia nowych i wykluczenia starych członków, wymierzanych karach itp. Ostatni wpis pochodzi z roku 1907, na którym kończy się dalsze chronologiczne zapisywanie faktów z działalności bractwa.

Ostatni spis sporządził szames reb Ben-Cijon, który zmarł w przededniu wojny światowej w wielu 84 lat.

(Eljezer Rubinsztajn, „Szedlecer Wochenblat”, 1937)

 

[str.181]

 

Pinchas Arpolowski
(Tel Awiw)

Żydowska Kasa Pożyczkowa

 

Żydowska Spółdzielcza Kasa Pożyczkowo-Oszczędnościowa w Sokołowie powstała w roku 1907.

Głównym inicjatorem założenia w Sokołowie wyżej wspomnianej kooperatywy był reb Mordechaj Elenberg. Nie łatwo przyszło mu wdrożenie w życie swojej idei. Sceptyczne nastawienie miejskich włodarzy do pomysłu kooperatywy i strach przed czymś nowym, opóźniły osiągnięcie celu. Jednak dzięki energicznej pracy reb Mordechaja Elenberga i zebraniu odpowiedniej liczby członków, potrzebnej według prawa do powołania takiej instytucji, Kasa Pożyczkowa podjęła swoją działalność.

Zarząd Kasy Pożyczkowej składał się z następujących szacownych mieszkańców naszego miasta: reb Chaim Szmuel Rozenbaum, Pinchas Futerman, Neta Finkelsztajn, Chaim Lejb Lewin, Nachman-Josl Morgenstern, Chaim Tuwje Ber i Mordechaj Elenberg jako techniczny kierownik Kasy.

W Polsce Kongresowej istniało około 200 Kas Pożyczkowych. Ich program zakładał pomoc drobnym żydowskim kupcom i rzemieślnikom, poprzez udzielanie im pożyczek na dłuższy okres i na niewielki procent.

Organizacja spółdzielczych instytucji finansowych w miastach i miasteczkach wspierana była przez towarzystwo JCA [*Jewish Colonisation Association; JCA, Żydowskie Stowarzyszenie Kolonizacyjne, powstałe w 1891 r., pomagające Żydom z Europy Wschodniej osiedlać się na terenach rolniczych w Ameryce i Palestynie], które pomagało im finansowo. Kapitał własny Kas Pożyczkowych składał się z wpłat ich członków i odłożonych środków finansowych miejscowej ludności żydowskiej. Głównym jednak źródłem finansowania była pomoc towarzystwa JCA.

Zarząd prowadził intensywną działalność i oddziaływał na ekonomiczne życie w miasteczku. Z wybuchem I wojny światowej w roku 1914 żydowskie życie ekonomiczne zostało sparaliżowane. Członkowie Kasy nie byli w stanie spłacić swoich długów.

Kasa Pożyczkowa zakończyła swoją działalność.

[str.182]

Reorganizacja

Odzyskanie niepodległości zasadniczo zmieniło ekonomiczną sytuację w Polsce. Handel i rzemiosło musiały dopasować się do realiów odpowiadających nowym ekonomicznym uwarunkowaniom w kraju. Niestety rzemieślnicy nie mieli możliwości osiągnięcia tych celów. Także kupcy nie otrzymywali żadnej finansowej pomocy na zakup materiałów dla swoich klientów.

W obliczu tej sytuacji społeczno-ekonomiczny wydział Organizacji Syjonistycznej w Polsce postanowił założyć stowarzyszenie, którego celem była reorganizacja żydowskich Kas Pożyczkowych i udzielenie im niezbędnej finansowej pomocy. Dzięki intensywnej pracy wydziału w krótkim czasie założone zostało „Towarzystwo dla Spółdzielczej Współpracy” w Warszawie. Towarzystwo zreorganizowało Kasy Pożyczkowe i udzieliło finansowego wsparcia w miarę swoich możliwości.

JCA i Joint

Decyzja Jointu i JCA o udzieleniu finansowego wsparcia przy reorganizacji Towarzystwa Spółdzielczego i Kas Pożyczkowych scementowała ruch spółdzielczy i przyspieszyła jego reformę opartą na stabilnych podstawach.

Przedstawiciele wyżej wymienionych, słynne na całym świecie stowarzyszenia, zorganizowały Towarzystwo Rewizyjne, które dowodziło całą działalnością spółdzielczą i było centralnym przedstawicielstwem wielu Kas Pożyczkowych i Banków Ludowych w Polsce.

Na czele Towarzystwa Rewizyjnego stali dr Majer Kluml, Rafael Szereszewski, inż. A. Berkenhajm i inni. Towarzystwo Rewizyjne powołało także radę nadzorczą składającą się z wykwalifikowanych działaczy społecznych takich jak Chaim Szoszkes, Michelson, Goldfarb i inni.
Inspektorzy odwiedzili wszystkie Kasy Pożyczkowe, wdrażali nowe dyrektywy, organizowali nowe Kasy Pożyczkowe i sprawowali nad nimi nadzór. Ruch spółdzielczy szybko rozwinął się i w krótkim czasie działały w Polsce setki Kas nadzorowanych przez Bank Spółdzielczy w Warszawie.

W roku 1920 znów otworzono Kasę Pożyczkową w Sokołowie, w domu Welwla Jospersztejna na ulicy Długiej 22. W zarządzie

[str.183]

zasiadali Jekl Tykulski, Mendl Łosicki, Icchok Skała, Mojsze Mojsiezon, Szepsl Perger, Płatner i Benjamin Rubinsztajn.

W Kasie poza tym pracowali Joelke Szlafmic, Baruch Isroel Jedlin i Mojsze Hochberg (obecnie w Izraelu). Kasa Pożyczkowa w Sokołowie rozwijała się bardzo dobrze. Liczba członków rosła z dnia na dzień. Ludzie zaufali jej działalności, powierzali jej swoje oszczędności. Tym sposobem kapitał powiększał się i Kasa mogła udzielać większych kredytów swoim członkom.

Dewaluacja

W roku 1923 miała miejsce w Polsce dewaluacja polskiego złotego, która doprowadził do wielkiego kryzysu ekonomicznego. Handel i rzemiosło były sparaliżowane. Członkowie, którzy mieli długi, nie mogli ich spłacić. Finansowa podstawa Kas Pożyczkowych załamała się, więc groźba likwidacji tak ważnej instytucji była duża. Zarząd Kasy nie pozostawał jednak bezczynny i postanowił spróbować wszystkiego, aby umożliwić jej dalsze działanie. Interweniował w Towarzystwie Rewizyjnym i prosił o wsparcie w ratowaniu Kasy przed likwidacją.

Towarzystwo Rewizyjne wyszło naprzeciw oczekiwaniom i przyznało znaczną sumę jako długoterminową pożyczkę. To uratowało Kasę przed likwidacją.

Kasa Pożyczkowa uzyskuje prawa banku

Polska waluta ustabilizowała się, także ekonomiczna sytuacja w kraju uległa poprawie. Hurtownicy dawali kupcom towary na kredyt w zamian za weksle. Sklepy i warsztaty nie były już puste i dochody wzrastały. Detaliści płacili weksle punktualnie. Sklepikarze i rzemieślnicy skarżyli się jednak, że wszystkie weksle płacone są na inkaso w polskim Banku dla Handlu i Przemysłu– jedynym banku, który istniał w Sokołowie. Drobni sklepikarze i rzemieślnicy nie dostawali tam kredytów i musieli spłacać weksle w terminie do 12 dni, inaczej weksel wracał do wystawcy. Ponieważ hurtownicy nie mogli wysyłać swoich weksli na inkaso do banku, konieczne było założenie żydowskiego banku.

[str.184]

Biorąc pod uwagę niniejszą sytuację rada i administracja przekształciła Kasę w bank. Ogólne zebranie jej członków z radością zaakceptowała decyzję.

Administracja podjęła wszystkie możliwe kroki i z pomocą Towarzystwa Rewizyjnego otrzymała pozwolenie. Pewnego dnia szyld Kasy Pożyczkowej zamieniony został na większy szyld z napisem: „Bank Rzemieślniczo-Gospodarski”.

Wybrano radę i zarząd banku składające się z następujących członków (w kolejności alfabetycznej): Mojsze Grinberg, Aron Hendler, Awrom Zając, Chaim Zilberman, Mendel Łosicki, Mojsze Mojsiezon, Mojsze Seber, Isroel Fiszer, Mojsze Perelsztajn, Alter Chaim Kafowy i Benjamin Rubinsztajn oraz Pinchas Rafałowicz.

Działalność banku

Wraz z otwarciem banku, działalność spółdzielcza w Sokołowie wkroczyła w nową fazę. Z najdalszych zakątków Polski przysyłano weksle na inkaso. Obroty banku wielokrotnie się zwiększyły, wkłady finansowe lały się strumieniami. Dzięki temu możliwe było podwyższenie sum kredytów dla członków.

Także Towarzystwo Rewizyjne przeznaczyło znaczną sumę do dyspozycji banku, aby ten zdeponował pieniądze w Banku Centralnym. Jednym słowem, żydowski bank był ważnym ośrodkiem dla żydowskich sklepikarzy i rzemieślników pomagającym zapewnić zarobek ich rodzinom.

Nieliczny personel Kasy Pożyczkowej okazał się niewystarczający dla szerokiej działalności banku. Powiększono personel, zatrudniony został Awrom Ciciński jako techniczny kierownik i Icchok Szlafmic jako drugi księgowy.

Zgromadzenie ogólne

Roczne zgromadzenie ogólne banku był najważniejszym wydarzeniem w miasteczku. Członkowie stawiali się na nim bardzo licznie, a debaty prowadzone były w sposób poważny, z szacunkiem i sympatią dla instytucji. Mówcy podkreślali wielkie znaczenie banku dla żydowskich mas. Padały postulaty zachowania instytucji.

[str.185]

Polityka zewnętrzna

Na Żydów spadły nowe nieszczęścia. Antysemicka polityka „owszem” ówczesnego ministra Składkowskiego wstrząsnęła żydowskim handlem i rzemiosłem. W różnym miastach i miasteczkach Polski endecy otwierali chrześcijańskie sklepy i warsztaty. Także w Sokołowie otwarto wiele polskich sklepów i warsztatów, które zabierały klientów żydowskim kramom. Przez półtora roku przed żydowskimi sklepami stały pikiety endeckich chuliganów i nie pozwalały wchodzić chrześcijańskim klientom. Często zbóje napadali z kamieniami w rękach na żydowskich sklepikarzy i rzemieślników, rozbijali im głowy, bo [Żydzi] nie chcieli zamknąć swoich kramów. Sytuacja była katastrofalna. Drobni handlarze i targowi kupcy dosłownie głodowali. Ciężka sytuacja wiązała się także z kryzysem w banku.

Administracja walczyła z poświęceniem o ratunek dla banku i dla żydowskich handlarzy i rzemieślników wspierając ich w ciężkiej walce z antysemicką polityką polskiego rządu.

Nasi kramarze, rzemieślnicy, woźnice i domokrążcy wykazali kolosalną odwagę w ciężkiej walce z antysemityzmem, aby zachować swoją pozycję ekonomiczną. Załamani i głodni chronili swoje sklepy i warsztaty i nie pozwalali na ich likwidację.

Kiedy wreszcie Żydzi zaczęli odnosić sukcesy w walce z potężnym wrogiem, wybuchła II wojna światowa, która przyniosła zagładę Żydów w całej Polsce. Wraz ze śmiercią Żydów, w Sokołowie zniknął żydowski bank ludowy z poświęceniem zbudowany przez uczciwych, społecznych działaczy, którym przyświecała idea pomocy żydowskim masom ludowym w ciężkiej ekonomicznej walce w antysemickiej Polsce.

Należy jeszcze wspomnieć, że w latach 1929-1930 w Sokołowie założono Bank Kupiecki. Założycielem i dyrektorem był Lejbusz Rozenfeld (błp.). W Banku Kupieckim zgromadzeni byli przede wszystkim najwięksi miejscy kupcy. Zarząd składał się z rabina Mojsze Morgensterna, Hersza Zalcberga, Tuwje Ciepelewicza i innych.

Po śmierci Lejbusza Rozenfelda, kilka lat przed ostatnią wojną światową, bank został zlikwidowany.

 

[str.186]

 

Natan Fodemberg
(Los Angeles)

Sokołowscy rzemieślnicy

 

Sokołów był miastem rzemieślników, drobnych handlarzy, wiejskich domokrążców i harujących robotników. Wszyscy ciężko pracowali na kawałek chleba, a przyświecało im jedno hasło: „W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleb” [*3 Gen., 19, tłum. Izaak Cylkow] – było to bardzo znamienne.

Domokrążcy przemierzali pieszo dziesiątki kilometrów nosząc ze sobą ciężkie paki pełne młotków, szewskich kopyt, ćwieków, kawałków skóry, materiałów, nożyc, igieł, nici i innych rzeczy potrzebnych do naprawy polskich butów i ubrań. W swoich worach nosili tałesy i filakterie i odrobinę żywności, aby nie daj Boże musieć jeść u gojów.

W drogę ruszano z samego rana w poniedziałek, aby zastać chłopów zanim jeszcze pójdą w pole. Gdy nazbierało się trochę pracy, rzemieślnik znajdował ustronne miejsce, rozstawiał swój sprzęt i pracował do późnych godzin wieczornych przy lampie naftowej. Nie jadł on nic gotowanego, tylko chleb, który popijał herbatą, a spał w stodole na sianie. Gdy była praca na cały tydzień, było dobrze. Gdy nie było, ruszano znów w drogę szukając nowego zajęcia u innych chłopów. W piątek rzemieślnik zakładał swój wór na plecy i z kartoflami, kapustą i marchewkami, które dał mu „dobry chłop”, z pełnym worem „darów” wracał do domu i do rodziny na szabas.

Sokołowscy rzemieślnicy zaczynali pracę o bladym świcie i już o czwartej, piątej rano słychać było uderzenia szewskich młotów, terkot maszyny do szycia, pracę hebli, przekładanie futer i skór i kłucie żelaza w warsztatach kowalskich. Po kilku godzinach pracy robiono przerwę na modlitwę i posiłek, i znów zasiadano do pracy aż do modlitwy popołudniowej. Jedzono obiad i znów pracowano do późnej nocy nie najadłszy się do syta. W dni powszednie jakoś dało się wytrzymać, ale w szabas praca ciążyła każdemu rzemieślnikowi i robotnikowi.
Całe miasto czekało na czwartkowy targ, który dla wielu był dniem radości, dla

[str.187]

innych rozczarowaniem. Od tego dnia zależało całe tygodniowe utrzymanie rodziny. Z samego rana słychać już było turkot kół chłopskich wozów i stukot końskich kopyt po wybrukowanych ulicach. I gdy tylko chłopi pojawili się na targu, robiło się w naszym miasteczku tłumnie i wesoło.

Zaczynało widnieć. Ludzie prędko szli do besmedreszu zmówić poranną modlitwę. Robiono to w pośpiechu, często pobieżnie, trochę krzywdząc Pana w Niebiosach, ale niech i on wie, że dziś jest dzień targowy.

Rzemieślnicy zaganiali kobiety i dzieci do noszenia butów, czapek, palt, garniturów, blaszanych narzędzi i innych wyrobów. Góry towarów zalały cienki pas między straganami a murem domu Arona Karpelsa na ulicy Rogowskiej, aż do warsztatu szewca Ajzika Mendla na rogu ulicy Siedleckiej.

Jako pierwsi na placu targowym pojawiali się handlarze zboża. Szybko biegali od jednego wozu do drugiego macając, patrząc, wkładając ręce do worów. Wyjmowali garście zboża i palcem rozcierali na dłoni, aby lepiej ocenić rozmiar ziaren i ich jakość. Potem przystępowano do targów, ustalano cenę i wracano do domu.

Prawdziwy targ zaczynał się, gdy chłopi sprzedali swoje towary i zaczęli przechadzać się między straganami. Wszędzie był zgiełk i hałas, przekrzykiwano się nawzajem targując o cenę, aż ledwo dało się zrozumieć drugiego człowieka. Przekupki, które cały tydzień siedziały naprzeciw „miedzianego domu” w pobliżu nowego besmedreszu, w czwartki przenosiły swoje interesy na stragany i łamaną polszczyzną informowały chłopów, że sprzedają świeże bułki, kwas, wodę sodową, sól, pieprz, śledzie, mydło i inne produkty, których nie dostaną na wsi.

Sokołowscy rzemieślnicy często jeździli na targi do innych miast i miasteczek w Polsce. Dzień albo dwa przed targiem woźnica Lejbke zakładał swoje kozaki. Na jego szerokich barkach wisiał chałat albo burka. Chodził tak od jednego rzemieślnika do drugiego i pytał, kto chce jechać z nim na targ, a po brukowanych ulicach roznosił się stukot jego butów.

Dzień przed targiem Lejbke poił konie, zaprzęgał

[str.188]

je do wozu, zabierał towary i pasażerów i ruszał w drogę. Jechał powoli, zarówno w wielkie śniegi i mrozy, jaki i latem przesypiał noc na wozie, czasami mokry od deszczu do ostatniej nitki docierał na targ.

Cały dzień targowy stał przy stoiskach, między jednym klientem a drugim, przegryzając tylko małe co nieco. Po targu pakował towar, zmawiał wieczorną modlitwę, zjadał kolację, wsiadał do wozu i wlókł się do domu.

Sytuacja czeladników była bardzo zła. Budzono ich z samego rana, aby przynieśli do domu wodę, porąbali drewno, napalili w piecu, zanieśli pranie nad Strugę [*Cetynię] lub pilnowali dzieci. Pracowali do 10-12 w nocy, w szabasowe i świąteczne wieczory, a bywało że i całe noce. Nie wiedzieli, co to radość, zabawa. Byli zniewoleni i kontrolowani od najwcześniejszych młodzieńczych lat. Wielu z nich było analfabetami, nie miało możliwości nauczenia się czytać i pisać. Dlatego uczyli się śpiewać i nie raz słychać było czeladników śpiewających w rytm uderzeń młotka: „Młotku, młotku, klap, klap, klap, ćwiek za ćwiekiem wbijaj”, albo: „Jestem sobie krawcem, żyję z dnia na dzień, wesoły, radosny”. Słyszano też śpiewaną piosenkę Awroma Rozena: „Mai ka maszme len; deszczu, cóż mogę usłyszeć?”

Takie dziwne, nieznane dźwięki roznosiły się po miasteczku jak piękne symfonie od rana do późnej nocy. A w rytm tych śpiewów tkały się myśli i uczucia tęsknoty za innym życiem. W umysłach zaczęły pojawiać się pytania. Wiedza ich była jednak ograniczona, i nikt z otoczenia nie umiał odpowiedzieć na pytania, które pojawiały się w głowach.

Rewolucjoniści roku 1905 [*strajki robotników przeciwko carskiemu uciskowi] działali w konspiracji, błądzili i prawie zeszli z właściwej drogi, ale zdrowy rozsądek potrafił rozróżnić dobro od zła. Wiatr przegnał złe myśli i wszystko wracało na swoje tory.

Z Warszawy zaczęło docierać „światło”: Necha Waligóra [*w książce „Sokołów – moje zniszczone miasteczko” Pereca Granatsztejna to nazwisko występuje jako Winogórska, str. 44], Grincze Mandelbaum, Gele Grinberg, którzy wracali do domu na Pesach i na Sukot przywozili stare żydowskie gazety, proklamacje, książki. Mojsze Chaim Szpilman otworzył bibliotekę i wypożyczał książki za niewielką opłatą. Później

[str.189]

zorganizowały się grupy młodzieńców i dziewcząt, i sami zorganizowali bibliotekę. Czytano aby znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania. A gdy Niemcy – późniejsi okupanci – w roku 1915 zajęli nasze miasteczko i zyskano trochę kulturalnej i politycznej wolności, ludzie byli zaskoczeni, co tej cichej i naiwnej młodzieży udało się osiągnąć i jaką wiedzę zdobyła.

Rozkwitali inteligentni i świadomi działacze społeczni, którzy dobrze rozumieli kulturowe, narodowe i światowe problemy.

Powstały kluby kulturalne, polityczne stowarzyszenia, kółka dramatyczne i jak w każdym miasteczku – tak i u nas – różnice zdań, które prowadziły później do podziałów na różnorodne polityczne ideologie. Z jednej strony Poalej Syjon z Ajzikiem Płatnerem, Baruchem Winogórą, Szercmanem, Icze Farbiarzem, Szlojme Hochbergiem i innymi; z drugiej strony Bund z Baruchem Rozenbaumem, Naską Fudembergiem, Iczem Szpankiem, Nechą Waligórą i innymi. Wygłaszano przemowy, dyskutowano. Grupy spierały się ze sobą, a wszyscy na tym zyskiwali, stawali się inteligentniejsi, bardziej świadomi. Nasze miasteczko wydało poetów (Ajzik Płatner), krytyków literackich (Baruch Winogóra), pisarzy, nauczycieli, politycznych działaczy itp.

 

[str.190]

 

TOZ w Sokołowie
(Sprawozdanie z działalności)

 

Długi czas różni sokołowscy działacze bili się z myślą stworzenia w mieście oddział TOZ [*Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce]. Prawdą jest, że organizacje udzielające medycznej pomocy biednej ludności, istniały w Sokołowie już wcześniej. Ich działalność nie była jednak skoordynowana i stała, a ograniczała się do pojedynczych obszarów. Zrozumiałe, że wyniki takiej działalności nie były wystarczające. Różne grupy podejmowały próby założenia w Sokołowie organizacji, która mogłaby zaspokoić potrzeby całej sokołowskiej społeczności, i której zadaniem byłoby nie tylko udzielani pomocy w sytuacjach beznadziejnych, ale także przez codzienną pracę edukacyjną oraz podnoszenie higienicznego poziomu życia żydowskich mas. Był to obszar działalności, który przez lata był bardzo zaniedbywany. Jasne było, że instytucją taką może być tylko TOZ.

Niestety, próby podejmowane przez jednostki nie powiodły się z powodu braku zrozumienia dla sprawy prezentowanego przez szerokie żydowskie masy oraz z powodu braku środków finansowych. Dopiero po powstaniu lokalnego komitetu pomocowego, inicjatywa znów została odnowiona i zakończyła się tym razem sukcesem a to dzięki środkom pieniężnym, które Komitet Pomocowy przekazał na ten cel i dzięki dobrej woli centrali TOZ w Warszawie.

Tym sposobem powstał miejscowy oddział TOZ, który zaraz zaskarbił sobie sympatię wszystkich warstw społecznych. Najlepiej świadczyła o tym duża liczba osób (278), które zadeklarowały swoje członkostwo w instytucji.

Ambulatorium, gabinet dentystyczny, higiena w szkołach

Patrząc na wielką biedę w mieście, która w wyniku powszechnie znanych zeszłorocznych „wydarzeń” [*prawdopodobnie chodzi o bojkot żydowskich sklepów prowadzony przez narodowców] jeszcze się pogłębiała

[str.191]

i widoczna była w higienicznym i sanitarnym stanie miejscowej ludności żydowskiej, założyciele nowej organizacji postanowili zacząć od założenia ambulatorium pod kierownictwem dr Grodzieńczyka.

W okresie od 20 stycznia do 20 listopada 1938 roku w ambulatorium przeprowadzono 499 badań lekarskich, poza tym odbyło się 66 wizyt domowych.

Badania lekarskie w ambulatorium i w prywatnych mieszkaniach w poszczególnych miesiącach:

Zapoznawszy się ze społecznym pochodzeniem pacjentów, łatwo zauważyć, że większość z nich należała do miejskiej biedoty. Wielu z nich choroby dręczyły już od dawna i rozwijały się coraz bardziej a bieda uniemożliwiała tym ludziom wizytę u lekarza. Sytuacja zmieniła się, gdy ustalona został opłata minimalna za wizytę w ambulatorium (50 groszy).

Większość tych, którzy zostali zbadani przez lekarzy TOZ-u otrzymywało rabat na leki, a częściowo nawet darmowe recepty. (Do 1 czerwca wystawiono 154 recepty).

Gabinet dentystyczny udzielił pomocy 203 osobom, przy czym należy wspomnieć, że gabinet działał do 14

[str.192]

czerwca z przerwą spowodowaną brakiem pieniędzy.

Większości dzieci ze szkół Bejs Jakow i Talmud Tory wykonano plomby bez dodatkowych opłat.

Gabinet dentystyczny prowadziła pani dr R. Nelken.

Wszystkie dzieci z Bejs Jakow, Talmud Tory i szkół powszechnych badane było 3-5 razy w miesiącu przez lekarza, który w razie potrzeby wystawiał potrzebne skierowania.

Gabinet terapii światłem oraz tran

Dzięki pierwszej darowiźnie z centrali TOZ udało się otworzyć gabinet terapii światłem. W bardzo krótkim czasie, tj. od 7 do 20 bieżącego miesiąca wykonano 204 naświetlenia lampami kwarcowymi.

Naświetlenia otrzymały także wszystkie dzieci, które tego potrzebowały, bo opłata była bardzo przystępna i wynosiła od 10 do 30 groszy.

Zimą wydano 250 buteleczek tranu, z czego 37 wydano za darmo, a 213 po obniżonej cenie.

Kolonie

Jednym z ważniejszych punktów działalności TOZ-u było organizowanie dla dzieci kolonii. Sprawa ta zajmowała także sokołowski odział, który latem prężnie przystąpił do pracy.

Ponieważ nie było warunków na zorganizowanie własnych kolonii, połączyliśmy się w tej sprawie z oddziałem w Węgrowie. Postanowiono, że sokołowskie dzieci pojadą na kolonie do Jarnic [*wieś w gminie Liw].

Trzeba stwierdzić, że zeszłoroczne [1937] kolonie dla dzieci były jedną z najpiękniejszych akcji zorganizowanych przez miejscowy TOZ, mimo że nie wszystkie dzieci, które potrzebowały świeżego powietrza i dobrego wyżywienia mogły z nich skorzystać. Nie było to jednak naszą winą, ponieważ w tym roku dysponowaliśmy bardzo ograniczonymi funduszami.

[str.193]

Na kolonie do Otwocka wysłaliśmy pięcioro dzieci i na kolonie letnie w Jarnicach – 64, za które zapłaciliśmy węgrowskiemu oddziałowi TOZ-u 2240 złotych (35 złotych za dziecko). Dodawszy wydatki na podróż, które wynosiły 103,10 złotych, suma wyniosła 2343,10 złotych.

Nasze wydatki rozkładały się następująco:

Reszta pieniędzy 978 złotych wpłynęła do kasy TOZ-u.

Ku naszemu zadowoleniu kolonie bardzo pozytywnie podziałały na dzieci, które średnio przytyły około 2 kilo, i których stan zdrowia znacznie się poprawił.

Kolonie kilka razy odwiedzał dr Grodzieńczyk, działacze TOZ-u i zaproszeni goście.

Wyżywienie i odzież

Wyżywieniem biednych żydowskich dzieci zajmowała się sekcja, do której należeli nauczyciele, członkowie TOZ-u i inni działający pod kierownictwem pana I. Nelkena.

Do zeszłego roku wyżywieniem dzieci zajmował się specjalny komitet. Wraz z przejęciem akcji żywieniowej przez TOZ, sytuacja znacząco się polepszyła, mimo że dysponował on nieznacznymi sumami pieniężnymi, rezultaty były bardzo zadowalające.

Zeszłej zimy dożywienie dzieci odbywało się w salach TOZ-u, co okazało się bardzo praktyczne.

[str.194]

W ciągu zimowych miesięcy z akcji żywieniowej skorzystało 305 dzieci ze szkół Bejs Jakow i Talmud Tory. Wyżywienie kosztowało 860 złotych miesięcznie.

Ostatnio ta sama sekcja rozdała odzież 115 biednym dzieciom.

Zarząd TOZ w Sokołowie

Varia

Zarząd

Zarząd TOZ-u odbył 39 zebrań i narad.

W omawianym okresie, tj. do 20 listopada otrzymano 127 a wysłano 107 listów. Od czasu do czasu ukazywały się komunikaty i zawiadomienia zarządu TOZ w formie drukowanej.

Urządzono 14 imprez, z których na szczególną uwagę zasługują bal chanukowy [*w grudniu] i bal purimowy [*w lutym/marcu], które przyniosły naszemu wydziałowi znaczny dochód oraz koncert pieśniarza Mojsze Miodowskiego i dwa wykłady dr. I. Kantora (Warszawa). (Niewielką liczbę imprez można wytłumaczyć tym, że od powstania miejscowego Klubu Towarzyskiego wszystkie uroczystości odbywają się tam, a dochody przekazywane były TOZ-owi).

W omawianym okresie nasz oddział odwiedzili

[str.195]

Sokołowskie dzieci dożywiane przez TOZ

[str.196]

wysłannicy TOZ-u z centrali z Warszawy: dr M. Szlajcher (Siedlce), I. Feld i I. Altuski (dwa razy).

W zjazdach zorganizowanych przez centralę krajową udział wzięli: w trzeciej konferencji krajowej – dr G. Grodzieński; konferencji kolonijnej – I. Nelkin i Sz. Rubinsztajn; konferencji ds. higieny w szkołach – dr Grodzieńczyk oraz I. Elenberg.

Przy TOZ-ie działa także czytelnia, w której można było czytać krajową i międzynarodową prasę.

(Z biuletynu TOZ-u, 1938, red. A. Rubinsztejn, Ch. Rotsztejn)

 

[str.197]

 

Z sokołowskiego piekła
(Pogrom urządzony przez polskich chuliganów)

 

Ponieważ w ostatni czwartek przed [końcem] Pesach [*01.04.1937; 6. dzień święta Pesach; tego dnia odbył się pogrom ludności żydowskiej w Sokołowie; endecy wybili kilkaset szyb, bili też Żydów] miał miejsce wielki bojkot, ludzie żywili nadzieję, że sytuacja w mieście się uspokoi. Szczególnie, gdyż po mieście krążyła plotka, że bojkot zaplanowany został tylko na cztery tygodnie, tj. do święta Pesach. Od teraz wszystko miało być lepiej. Ale już pierwsze świąteczne dni pokazały, że była to tylko iluzja. Nie dało się w spokoju przejść ulicą, aby nie zostać pobitym. Dla przykładu, pierwszego dnia Pesach, osiemdziesięciu kilku letni Mojsze Fajersztajn został trafiony kamieniem w nogę i musiał leżeć w łóżku. Drugiego dnia pobito Malkę Bekerman, Fejge Bocian i innych. W poniedziałek wieczorem wybito szyby w warsztacie krawca Lipy Rotsztajna. Następnego dnia, we wtorek wieczorem, w okno domu felczera A. Wąsa rzucono wielkim kamieniem, który przełamał okiennicę i wpadł do izby. Także w domu Menachema Rozena wybito wszystkie szyby.

Ale to, co rozegrało się w ostatni czwartek, między świętem Pesach [*w kwietniu] a Sukot [*w październiku], przerosło wszystko, co do dziś wydarzyło się w Sokołowie. Wystarczy przejść się ulicami, na których odbywały się napaście, a jedyne co rzuca się w oczy to szkło i wybite szyby, zabite deskami okna i ulice pokryte pierzem. Wystarczy też spojrzeć na zabandażowane głowy, aby zrozumieć na czym polegało endeckie bohaterstwo…

W czwartek już z samego rana w mieście pokazało się wiele pikiet, które zaraz zabrały się za wyciąganie chrześcijańskich klientów z żydowskich sklepów. Wydarzyła się wówczas następująca ciekawa scena. Do żydowskiego sklepu wszedł ksiądz [*chodzi o ks. Górskiego z parafii Szkopy, któremu narodowcy przykleili kartkę z podobizną świni i napisem „Ta świnia kupuje u Żyda”] z zamiarem dokonania zakupu. Pikietujący zaczęli do niego krzyczeć, ale ksiądz nie słuchał i dalej robił zakupy. Gdy wyszedł na ulicę, pikieciarze pobiegli za nim wołając: „żydowski ksiądz”…

Gdy bandy zdały sobie sprawę, że żydowskie sklepy są już puste i nie było w nich klientów, zaczęli wrzucać do środka kamienie i przewracać stragany. Towary rabowano i niszczono. Ale i to im nie wystarczyło.

[str.198]

Zaczęli bić wszystkich napotkanych Żydów. W pośpiechu zamykano sklepy. Wielu zostało pobitych.

Następującym handlarzom zniszczono i zrabowano towary: M. Kukawka, M[oszko]. Wiśniewski (z Węgrowa), P[erla]. Zaklikowska, B. Bram, Sz. Frydman, H. Sukiennik, A. Cybulski, A. D. Goldfarb i innym.

Piszący te słowa otoczony został przez bandę chuliganów, której hersztem był [Jan] Świętochowski [*z Kostek] i został mocno pobity.
Chuligani ruszyli na najbiedniejsze ulice, ulicę Szeroką i Winnice, i rozpoczął się pogrom. Mieszkańcy przeciwstawili się, ale liczba chuliganów rosła z każdą chwilą. W jednym z mieszkań, w którym chuligani wywarzyli drzwi i próbowali wedrzeć się do środka, właściciel bronił się siekierą. Zbóje dopiero wtedy ustąpili.

Wśród przywódców band rozpoznać można było słynnego „bohatera” Szczepańskiego, inkasenta miejskiej Kasy Ogniowej, Piczkę, Jana Świętochowskiego i Romana Raczkę.

Ogółem na ulicach Szerokiej, Winnice, Pięknej, Niecałej, Olszewskiego, Nowej itd. wybito prawie 500 szyb. Do żydowskiej jatki wpadł chrześcijanin, złapał ze stołu nóż i uciekł na ulicę.

Przytoczę listę pobitych i rannych: Herszl Sukiennik, jego siostra Blima Sukiennik, [*17-letni] Welwl Rozenbaum (ciężko ranny, potrzebował pomocy lekarskiej), Jakow Ciechanowicz, Mojsze Perelsztajn, Chanine Ratsztajn (dwie rany na głowie), Benjamin Kochanowicz, Motl Goldbard, Gitl Ciechanowicz (ciężko ranna, potrzebowała pomocy lekarskiej), Rochl Herszberg, Szimen Wierzbicki, Fejge Hendel, Josef Pencak, Mojsze Rozencwajg, Szmuel Akiwa Hochberg, Isroel Najdorf (ciężko ranny, potrzebował pomocy lekarskiej), Awrom Fridman, Szaulke Radziński, Mojsze Wiśniewski (z Węgrowa, ciężko ranny, lekarz musiał szyć jego rany), Jente Himelfarb, Dowid Litewski oraz Isroel Icchok Glikman.

Zaraz po tych wydarzeniach gmina wysłała telegram do premiera Składkowskiego i wojewody lubelskiego.

W niedzielę zjawiła się komisja śledcza z Siedlec i dwóch wyższych oficerów policji z Lublina.

[str.199]

Przytoczę charakterystyczny dla tego czasu epizod. Ulicami przechadzał się pijany kapral z Siedlec i zaczepiał żydowskich przechodniów. Gdy natrafił na dozora A. Ch. Kafowego, ten przeciwstawił się. Kapral krzyknął: „Gdybym miał przy sobie rewolwer, zastrzeliłbym cię na miejscu”. Nadszedł policjant i zaraz zaczęli zgłaszać się chrześcijańscy „świadkowie”, którzy na własne uszy mieli słyszeć, jak pan Kafowy zaczepiał kaprala. Kłamstwa jednak na nic się zdały i kapral został aresztowany i odesłany do Siedlec. Ale już tego samego wieczoru chodził wolny po ulicach. Na mityng, który zorganizowany został w niedzielę w sali kinowej, z Warszawy specjalnie przyjechał adwokat [Zbigniew] Stypułkowski [*reprezentował endeków] (znany z procesu w sprawie pogromu w Przytyku). Na ten sam mityng przyjechało kilka tysięcy chłopów z okolicy. Policyjna straż została wzmocniona. Ale do ekscesów nie doszło.

W wyniku dochodzenia, które przeprowadziła siedlecka i lubelska policja śledcza, w niedzielę wieczorem wśród endeków w Sokołowie i w okolicznych wioskach przeprowadzono aresztowania. Aresztowano braci Szulborskich, Bołbotowskiego, Tyszkę, braci Trzcińskich i innych.
Gdy w poniedziałek wieczorem przewieziono ich do Siedlec, przed posterunkiem policji zebrało się kilkudziesięciu endeków, urządzili aresztowanym długą owację i wyciągali ręce pokazując hitlerowskie gesty.

Dziś zaalarmowani zostaliśmy przez żydowskich mieszkańców wsi Łazów o strasznym pogromie, który ubiegłej nocy zniszczył ich mieszkania. Okiennice zostały wyrwane, szyby pobite, futryny powyrywane, mieszkania były pełne kamieni. Stary mężczyzna ([Herszko] Polakiewicz) zastał ciężko ranny [*doszło do tego 4 kwietnia 1937 r.; tego dnia w Łazowie wybito kilkadziesiąt szyb].

We wsi Trebień zeszłej nocy doszło do napaści na mieszkanie jedynego żydowskiego mieszkańca. Do izby wrzucono mu kamienie.
W momencie, gdy kończę mój list, mówi się, że znów w wielu mieszkaniach powybijano szyby.

Kryzys wywołany wydarzeniami jest ogromny. Żaden rzemieślnik nie pracuje, wielu sklepikarzy zostało zmuszonych do zamknięcia swoich sklepów, nie mając za co opłacić czynszu.

Społeczność żydowska jest w ruinie.

Chanine Rotsztajn, 1937

 

[str.200]

 

Pinkas Rafałowicz
(Tel Awiw)

Szkoła Jawne w Sokołowie

Pierwsze kroki zmierzające w kierunku założenia w Sokołowie jedynej religijno-narodowej szkoły wykonano już w 1918 roku, gdy Jakow Grinberg [*1900-1963], działacz społeczny i ówczesny przewodniczący Mizrachi – dziś wiceprzewodniczący Knesetu [*od 1955 do 1963] – wraz z grupą przyjaciół z Mizrachi założył Mizarachi-cheder, który znajdował się w partyjnym lokalu na ulicy Niecałej, w domu Altera Bekermana. Nauczycielem w chederze został reb Icchok Szmidman, dzisiaj jeden za najsłynniejszych rabinów w Ameryce.

Rabin Szmidman trafił do Sokołowa w czasie I wojny światowej, razem z grupą bezdomnych Żydów, wygnanych z Pińska i okolic. Już wówczas był wybitnym uczonym, obdarzonym wielkim pedagogicznym talentem i głęboką religijno-narodową świadomością. Był też oddanym członkiem Mizrachi. Dzięki tym wszystkim szlachetnym cechom został nauczycielem w chederze Mizrachi i spełniał swoją funkcję wyśmienicie, wykazując wiele poświęcenia i odpowiedzialności. W serca młodych uczniów wlał miłość do ludu Izraela, Erec-Isroel i Tory. Wielu z jego uczniów zakładało później młodzieżowe organizacje przy Mizrachi i aktywnie udzielało się w partii na szczeblu krajowym.
Z różnych powodów cheder Mizrachi został zamknięty w 1921 roku.

Gdy powstała niepodległa Rzeczpospolita Polska w życie wszedł nakaz obowiązkowej edukacji dla dzieci w wieku 6-14 lat. Rząd zadbał o to, aby znaleziono odpowiednie budynki szkolne we wszystkich miastach i wsiach. Jako szkołę

[str.201]

numer 2, rząd otworzył szkoły dla żydowskich dzieci. Po krótkim czasie szkoły te zostały jednak zlikwidowane, mimo że nauki tam odbywały się w polskim duchu i po polsku. W wyniku tego, żydowskie dzieci musiały uczyć się w szkołach powszechnych razem z chrześcijańskimi dziećmi. W Sokołowie szkoła mieściła się w wielkim budynku na ulicy Kupientyńskiej [*dziś znajduje się tam Szkoła Podstawowa Nr 4], którą zamieszkiwało przede wszystkim polskie mieszczaństwo.

Nowe zarządzenie władzy szkolnej było dla żydowskich rodziców prawdziwym problemem, który wymagał natychmiastowego rozwiązana z następujących dwóch powodów: a. Nauka w szkole zaczynała się o 8 rano i kończyła o 2 po południu. Dzieci, które spędziły sześć godzin w szkole, wracały do domu zmęczone i nie mogły poświęcić się naukom religijnym, także nie miały sił, aby iść po szkole do chederu;
b. antysemityzm dorosłych Polaków zaraził także ich dzieci, które w szkołach obrażały i dręczyły swoich żydowskich kamratów. Powrót do domu był dla żydowskich dzieci prawdziwym nieszczęściem. Chrześcijańscy uczniowie napadali na nich z kijami i kamieniami w rękach. Żydowskie dzieci często przeciwstawiały się i odpłacały łobuzom pięknym za nadobne. Często jednak sytuacja wyglądała odwrotnie, bo chrześcijańskie dzieci były w większości. Częste interwencje żydowskich rodziców u ówczesnego dyrektora [Władysława] Praweckiego niewiele dawały. Mimo jego dobrej woli nie miał możliwości wpłynięcia na chrześcijańskich uczniów i sprawienia, aby ci nie szykanowali swoich żydowskich kolegów. Wyraził też swoje zdanie, że obrona „Żydów” może mieć zgoła inny skutek. Prawecki był zresztą znanym demokratą i patriotą, a w czasie II wojny światowej zamordowany został przez Niemców.

W takiej sytuacji Mizrachi wysunęło na ogólnym zgromadzeniu propozycję założenia religijno-narodowej szkoły, która miała też zostać zatwierdzona przez władze. W szkole, należącej do sieci szkół Jawne zrzeszonych przy Mizrachi, nauczane miały być w szerokim wymiarze przedmioty religijne oraz przedmioty świeckie według

[str.202]

ogólnego planu nauczania dla tego typu szkół, który jednocześnie zwalniał uczniów żydowskich z zajęć w szkołach państwowych.

Zgromadzenie wybrało radę nadzorczą, która składała się z następujących towarzyszy: Sendera Rubinsztajna, Herszla Zalcberga, Mojsze Grinberga (syna Ber Lejba), Jechudy Hersza Skrzydłowera, Hercka Wajsberga (syna mleczarza Icla), Mordechaja Łukowera, farbiarza Szachne Radzyńskiego (zięcia Mordechaja Zalmana) oraz Pinchasa Rafałowicza,

Szkoła Jawne w Sokołowie

Lejbusza Szulewicza, Awroma Białylewa, Szmuela Klejnmana. Piszący niniejsze słowa został wybrany przewodniczącym rady, a Szmuel Klejnman został dyrektorem szkoły.

Pierwsze zebranie rady odbyło się w domu Sendera Rubinsztajna. Wtedy też rozdzielono funkcje i zadania między jej członków. Postawiono następujące kwestie: a. znalezienie odpowiedniego lokalu, b. zatrudnienie nauczycieli oraz c. zapewnienie potrzebnych środków finansowych. Towarzysze, którym powierzono zdobycie środków finansowych, ociągali się i nie chcieli przyjąć powierzonego im zadania.

Bali się podjąć takiego wyzwania. Wiedzieliśmy też, że bez zapewnionych funduszy, pomysł założenia szkoły upadnie.

[str.203]

Nasze wątpliwości były poważne, a nastroje pochmurne. Sytuację uratował reb Sender Rubinsztajn.

Nigdy nie zapomnę momentu, gdy reb Sender w serdecznych słowach zwrócił się do towarzyszy i zaapelował, aby niestraszne były im przeciwności losu, bo chodzi tu o świętą sprawę jaką jest wychowanie młodego pokolenia. „To nie czas na rachunki – powiedział – gdy chodzi o los pokolenia, które jest przyszłością naszego narodu i podstawą naszego istnienia.” Swoje serdeczne słowa reb Sender zakończył wyjaśnieniem, że bierze na siebie połowę wydatków, które potrzebne są, aby osiągnąć zamierzony cel. Jego słowa odniosły zamierzony skutek. Sprawa została załatwiona, a towarzysze energicznie przystąpili do działania.

Nie łatwo przyszło znaleźć trzypokojowy lokal odpowiedni dla szkoły składającej się z trzech klas, bo jak wiadomo w Sokołowie nie było żadnych wolnych mieszkań, a tym bardziej takich nadających się na szkołę. Po wielu staraniach udało się uzyskać zgodę na naukę w przedsionku wielkiej synagogi. Przedsionek składał się z dwóch wielkich pokojów położonych po obu stronach wejścia do synagogi. W jednym z pokoi, w szabas modlili się krawcy, w drugim chasydzi z Łomży. Moim obowiązkiem jest wspomnieć o pomocy otrzymanej od Pesacha-Mojsze Nejdorfa, gabaja minjanu i pomocy mleczarza reb Icla, gabaja synagogi. Pomogli utrzymać zgodę na urządzenie szkoły w przedsionku synagogi. Trzecią klasę ulokowaliśmy w lokalu Mizrachi.

Aby otwarcie szkoły nie zaszkodziło egzystencji miejscowych mełamedów, komitet organizacyjny postanowił zatrudnić kilku najlepszych z nich jako nauczycieli w szkole. Najtrudniej było znaleźć nauczycieli, którzy staliby na straży Tory i nauczali hebrajskiego i części przedmiotów religijnych po hebrajsku, co przewidywał program szkół Jawne. Ponieważ w Sokołowie nie było odpowiedniego kandydata, dyrektor reb Szmuel Klajnman pojechał do Siedlec i po wielu staraniach udało mu się zatrudnić jednego z najlepszych nauczycieli w Siedlcach, starego członka Mizrachi, wyśmienitego pedagoga z wieloletnim doświadczeniem reb Dowida Morgensterna. Dodatkowo zatrudniliśmy nauczycieli do nauki przedmiotów świeckich, których kwalifikacje odpowiadały

[str.204]

wymogom stawianym przez władze szkolne.

Szkołę otworzono po święcie Pesach. Udział w nim wzięli miejscowi działacze społeczni z różnych ugrupowań, szacowny honorowy przewodniczący Mizrachi i znany działacz reb Chaim-Szmuel Rozenbaum (błp.). Uczniowie wszystkich trzech klas zebrali się w wielkiej synagodze – wszyscy odświętnie ubrani, promieniejący z radości, że pozbyli się w końcu dręczących ich chuliganów, a przede wszystkim ponieważ będą uczyć się przedmiotów religijnych i świeckich w jednej szkole. Na powitania i życzenia zgromadzonych gości i członków kolegium nauczycielskiego odpowiedzieli najmłodsi uczniowie: Isrel-Maier Wajsberg, Mojsze Perła i Eljezer Rubinsztajn. Ich wystąpienie przyjęte zostało przez zgromadzoną publiczność bardzo entuzjastycznie.

W pierwszym okresie po otwarciu szkoły, dyrekcja bardzo musiała starać się, aby pokryć budżet i często opłacała nauczycieli z własnej kieszeni. Jedynym źródłem dochodów było niewielkie czesne, a deficyt pogłębiał się z dnia na dzień. Zdawszy sobie sprawę z wielkiego znaczenia, jakie miała ta instytucja, zarząd gminy żydowskiej przyznał szkole roczną subwencję. Nasi przedstawicie w radzie miejskiej, Alter-Chaim Kafowy, Pinchas Czernicki i Awrom Białylew, żydowscy radni z różnych partii, robili wszystko, aby także magistrat przyznał szkole finansowe wsparcie. Dopiero po długiej i ciężkiej walce z antysemickimi radnymi, endekami, wcielono w życie ustawę przyznającą szkole roczną subwencję. Od czasu do czasu dyrekcja dostawała także pieniądze z centrali szkół Jawne przy Mizrachi. Dzięki finansowemu wsparciu mogliśmy pokryć wszystkie wydatki.

Co miesiąc, w klasach, przeprowadzano egzaminy, które dla każdego ucznia były wielkim duchowym przeżyciem i satysfakcją za ciężką pracę, bo pokazywały stałe postępy uczniów. Egzaminy przeprowadzali rabini, którzy przebywali w mieście w sprawach partyjnych. Byli oni zachwyceni osiągnięciami uczniów i

[str.205]

ich umiejętnościami. Hitlerowski miecz, który zniszczył nasze miasto, zakończył także życie tych jakże dobrze zapowiadających się uczniów. Niewielu z nich uratowało się i mieszka dziś w Izraelu. Jest moim obowiązkiem wymienić imiona wszystkich nauczycieli, którzy przez lata wychowywali i nauczali setki uczniów w sokołowskiej szkole Jawne w miłości do Tory i micw, do Erec-Isroel i żydowskiego narodu: Dowic Morgenstern i Szlojme Jabłoński z Siedlec; bracia Mojsze i Nachman Migdał – Zambrów; A. Płatner – Wysokie Litewskie, pisarz Ajzik Ruskolenker – Kolno, Jone Pasmanik, Isroel Zinger, Akiwa Lichtensztajn (syn Pesy Chai), Akiwa Sztern, Icchok Szulewicz oraz Chaim Wejdler – nauczyciel przedmiotów świeckich. Wszyscy oni wypełniali swoje zadania z największym poświeceniem i radościom, i przyczynili się do duchowego rozwoju pięknej sokołowskiej młodzieży.

Cześć ich pamięci!

 

[str.206]

 

Eljezer Rubinowicz
(Ramat Gan)

Religijna organizacja młodzieżowa „Ha-Szomer ha-Dati” w Sokołowie

 

„Ha-Szomer ha-Dati” [*Religijny Strażnik] w Sokołowie założona została w roku 1929 i była jednym z pierwszych i największych oddziałów organizacji skautowskiej partii Mizrachi i ruchu „Tora we-Awoda” [*Tora i Praca]. Podobnie jak w innych miastach, także nasz oddział

Grupa „Ha-Szomer ha-Dati”

założony został przez dużą i wpływową organizację Mizrachi i Ceire-Mizrachi, których celem było stworzenie odpowiedniej religijno-narodowej atmosfery dla młodego pokolenia, po zakończeniu nauki w państwowej szkole powszechnej albo w szkole Jawne lub innych podstawowych jednostkach edukacyjnych. W mieście, w którym nie było żadnej żydowskiej państwowej placówki edukacyjnej na średnim szczeblu, taka organizacja młodzieżowa

[str.207]

musiała także spełniać – a sokołowska „Ha-Szomer ha-Dati” rzeczywiście spełniała – pierwszorzędne zadanie wychowawczo-edukacyjne wśród podrastającej młodzieży. Młodzież ta szukała sposobu wypełnienia ich wolnego czasu w edukacji i religijno-narodowym spełnianiu się.

Organizacja „Ha-Szomer ha-Dati” na wycieczce w lesie podczas święta Lag ba-Omer

Organizacja prowadziła swoją działalność najpierw w lokalu Mizrachi, gdzie zbierał się także minjan Mizrachi, mieściła się biblioteka „Ceire-Mizrachi” i szkoła Jawne. Jej patronem i duchowym ojcem był przewodniczący Mizrachi w Sokołowie, reb Pinchas Rafałowicz, który sam często występował przed młodymi członkami z wykładami o judaizmie i żydowskiej historii, dawał lekcje żydowskości itp. Jego lekcje i wykłady oraz fakt, że tak szacowna i przez wszystkich ceniona osobowość jak on działa w organizacji młodzieżowej, przysporzyły „Ha-Szomer ha-Dati” wielu sympatyków wśród młodych i starych mieszkańców Sokołowa i przyciągnęła do jej szeregów wielu młodzieńców i wiele dziewcząt z religijnych, ale także świeckich domów.

Z czasem do pracy przystąpili także młodzi członkowie organizacji, a działalność wychowawczo-kulturalna nabierała większego tempa. W organizacji uczono się hebrajskiego, słuchano wykładów

[str.208]

o judaizmie, historii i syjonizmie, o ruchu religijnym itd. Organizacja przeniosła się do własnego lokalu (na ulicy Pięknej) i wyróżniała się swoją działalnością w dziedzinie religii i ogólnego syjonizmu (Keren Kajemet le-Israel, syjonistyczne uroczystości itp.)

Kierownictwo organizacji składało się z młodych członków: Eljezera Rubinsztajna, Isroela Majere Wajsberga (zdolny i szlachetny młodzieniec, utalentowany uczeń Tachkemoni [*religijnej uczelni wyższej] w Warszawie; jego młodszy brat Szimen Wajs, był młodym i obiecującym żydowskim pisarzem), Chany Grinberg, Jakowa-Mojsze Perły, Michała Rogowicza, Aby Goldblata i in. Spośród towarzyszy z Ceire-Mizrachi aktywnie udzielali się: Mojsze Szapiro, Icchok Szlowicz, Isroel Goldberg, Szalom Feder, Awrom Białylew i inni. Niemały wkład wnieśli także nauczyciele ze szkoły Jawne oraz towarzysze z sokołowskiego kibucu „He-Chaluc ha-Mizrachi”, którzy często przychodzili do lokalu i pomagali w pracach. Już podczas pierwszych krajowych kolonii dla instruktorów, które odbyły się w Zakopanem w roku 1931 udział wzięło dwóch instruktorów z sokołowskiego oddziału – Mojsze Szapiro i Eljezer Rubinsztajn. Później podczas letnich kolonii (w Zakopanem, Stoczku-Łukowskim, Jarnicach i in.) udział wzięło wielu członków organizacji. Sokołowski oddział odgrywał także ważną rolę w działalności tej organizacji na skali krajowej: pełnił rolę sekretariatu okręgowego na Podlasie, zakładał nowe oddziały i wspierał ich działalność, udzielał się we wszystkich konferencjach krajowych, był obecny w wiodących instytucjach zarządu krajowego itd. Wydawał także hektograficzną gazetę „Kolno” i różne broszury, które kolportowane były także w innych miastach – (redagowane przez Eljezera Rubinsztajna, który udzielał się także w krajowej prasie Mizrachi i „Ha-Szomer ha-Dati” w Polsce: „Di jidisze sztime”, „Chad szomer ha-Dati” i innych.

Większość towarzyszy z oddziału przygotowywała się do wyjazdu do kibucu należącego do „Ha-Szomer ha-Dati” (jeden z nich znajdował się we wsi pod Sokołowem) a później faktycznie wyjechało do Erec-Isroel. W przededniu II wojny światowej „Ha-Szomer ha-Dati” liczył ponad dwustu członków, którzy prawie wszyscy zginęli w wielkiej katastrofie żydowskiego Sokołowa.

Cześć ich pamięci!

 

[str.209]

 

Jechiel Orensztajn
(Tel Awiw)

„Rosjanie” i „Niemcy”
(Scenka z pierwszej wojny światowej)

 

Na początku pierwszej wojny światowej, w miasteczku (podobnie jak wszędzie) Żydzi dzielili się na dwa obozy: na [zwolenników] Rosjan i Niemców. Wodzirejami w obu sokołowskich grupach byli reb Berke Litwak i reb Mojsze Mendel Orensztajn. Za dnia dyskusje toczono w domu reb Arona-Aszera Zająca, a rano i wieczorem w starym besmedreszu. Dyskusje u reb Arona-Aszera nie były tak „zażarte”, bo reb Aron Aszer potrafił mądrze słuchać. Przyglądał się i milczeł, i szybko ostudzał rozwścieczonych dyskutantów. Uśmiechając się rozsądzał, potrafił też odpowiedzieć rozsądnie i podkreślał, że na wszystkie pytania, odpowie nam Bóg. Stonowany reb Mojsze Mendel potrafił milczeć, ale wybuchowy reb Berke nie mógł powstrzymać się nawet na minutę: „Co to ma znaczyć? – mówił – Zostawmy żywego Boga w spokoju. Za dużo już pytających u niego na górze. Sami musimy rozsądzić, co słuszne” – i dyskusja znów stawała się zaciekła, ale już nie tak żarliwa. Opanowanie trwało do chwili, aż do starego besmedreszu przyszli ludzie na modlitwy. Każdy próbował na swoją stronę przeciągnąć przychodzących. I dyskusja znów rozgorzała. Krzyczano aż pod niebiosa. Reb Berke Litwak, „Rosjanin” przytaczał dowody na to, że wielka, potężna Rosja z taką ilością żołnierzy musi zwyciężyć. „Popatrz tylko na wojnę japońsko-rosyjską w roku 1904, gdy generał [Anatolij] Stessel (w rzeczywistości nie był Rosjaninem) sprzedał Port Arthur Japończykom za 10.000 rubli. Był łapówkarzem i chętnie brał pieniądze, ale po 10 latach pod jego przywództwem rosyjska armia była wymusztrowana i posiadała wszelkiego rodzaju niezbędną broń. „Rosyjskie zwycięstwo przyniesie Żydom same korzyści”.

Reb Mojsze Mendel głosił dokładne przeciwieństwo. U Niemców z ich wysoką

[str.210]

kulturą i dyscypliną jeden żołnierz to jak dziesięć rosyjskich. Przyniosą też porządek i czystość do zacofanej Rosji. Rosja nie ma nic, pogromy wybuchają codziennie. Już słychać znów o nowych nieszczęściach, że wypędzają ze wsi i przygranicznych miast. Dlatego tylko niemieckie zwycięstwo przyniesie Żydom wybawienie.

Reb Berke Litwak produkował papierosy i sam je sprzedawał. Jego stragan stał na ulicy Długiej, przy płocie, naprzeciw straganu blacharza reb Judla, gdzie w wypchanych kieszeniach długiego płaszcza trzymał swój nielegalny towar. Gdy wojna zbliżyła się do Bugu i ulicą Długą maszerowali Rosjanie z armatami i inną bronią, Berke Litwak ze swoją szeroką, długą brodą, ruszył na ulicę. Stał tam rozpromieniony i częstował żołnierzy swoimi papierosami mówiąc: „Pażalusta, skolka chociesz” [*Proszę, ile chcesz]. Koniec końców kilku Rosjan rzuciło się na niego, wyrwało mu z ręki wszystkie puszki z papierosami, a Berkowi w podzięce podarowali kilka porządnych kuksańców. Na dokładkę wyrwali mu jeszcze kawałek brody, szydząc przez zęby: „Ty żydowska mordo!”

Załamany Berke Litwak poczuł, że skończył się jego świat i zawstydzony zniknął w sąsiedniej uliczce.

Niedługo to samo spotkało reb Mojsze Mendla Orensztajna. Także on rozczarował się swoimi wielce kulturalnymi Niemcami. Na początku niemieckiej okupacji stał, jak co dzień, w swoim sklepie, w którym można było kupić smaczną szarlotkę i inne delikatesy. Do środka weszło kilku niemieckich oficerów. Kazali zważyć dwa kilo szarlotki najlepszego sortu, dobrze zapakować i zamiast zapłacić roześmiali się jak rżące konie i wykrzyczeli mu prosto w twarz: „Du verfluchter schmutziger Jude!” [*niem. Ty cholerny, brudny Żydzie] Na odchodne uderzyli go szpicrutą po głowie i poszli.

Tego dnia reb Mojsze Mendel, nie poszedł jak miał w zwyczaju prosto do besmedreszu, a załamany położył się do łóżka. Czuł, że jego świat się skończył.

 

[str.211]

 

Icchok Nehri-Międzyrzecki
(Kibuc Jagur)

Sokołowska młodzież

 

Sokołów – miasto podobne do innych żydowskich miasteczek w Polsce. Analfabetyzmu w Sokołowie prawie nie było. Chłopcy uczyli się w chederach, a ci, co mieli szczęście w jesziwach. Dziewczęta uczęszczały do polskiej szkoły powszechnej. Także wielu chłopców uczyło się w polskiej szkole państwowej, przede wszystkim w wyższych klasach. Chłopcy, którzy pierwsze lata spędzili w

Grupa Poalej Syjon („Frajhajt”)

chederach, z różnych powodów (za naukę w chederze trzeba było płacić, a Talmud Tory nie pasowały) przechodzili do szkół powszechnych.
W Sokołowie nie było szkoły średniej i tylko nielicznym udało się wyjechać do szkół w okolicznych miastach i miasteczkach (do Węgrowa, Siedlec oraz

[str.212]

do Białegostoku lub Warszawy) i pobierać tam nauki w szkołach rzemieślniczych lub gimnazjach. Niewielu też, których dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, trafiali do jesziw. Większość nie mogła sobie na to pozwolić ze względów ekonomicznych i stąd tak silne i zrozumiałe dążenie do autodydaktyki, do organizowania się w młodzieżowych organizacjach.

Ważne miejsce zajmowały tu syjonistyczne organizacje młodzieżowe. Nawet partie polityczne kierowane były przez młodych działaczy. Szczególnie duże znaczenie miały wszystkie partie syjonistyczne.

Chalucowe organizacje młodzieżowe: „He-Chaluc”, „Frajhajt”, „He-Chaluc ha-Cair” oraz „Ha-Szomer ha-Cair” miały łącznie pod koniec lat dwudziestych, szczególnie w latach trzydziestych aż do wybuchu II wojny światowej, ponad tysiąc członków. Młodzi szukali odpowiedzi. Nie tylko chcieli się rozwijać społecznie i kulturowo, ale także mieć przed sobą jakiś cel. W Sokołowie nie było żadnych możliwości ekonomicznego zapuszczenia korzeni. Szczególnie więc syjonizm przyciągał warstwy robotnicze, dawał nadzieję i

Grupa z organizacji „Bafrajung”

wskazywał nową drogę. Setki młodych ludzi zaraziło się wiarą w syjonistyczną przyszłość i za wszelką cenę próbowało wyjechać do Erec-Isroel.

Ja działałem w „He-Chaluc” i „Frajhajt” i byłem jednym z założycieli „He-Chaluc ha-Cair” w latach 1927-1935 (aż do mojego wyjazdu do

[str.213]

Erec-Isroel). W tym samym czasie aktywnie udzielałem się w partii Poalej Syjon.

Wspomniane organizacje zajmowały się nie tylko polityczną walką, ale także kulturalno-literacką działalnością o ogólnym żydowskim albo ogólnoświatowym charakterze.

Biblioteka im. I. Ch. Brenera została założona i wspierana była przez różne organizacje, miała setki aktywnych czytelników. Przy tej okazji trzeba wspomnieć o towarzyszach Joslu Rozencwajgu, Zisze Fridmanie i Joslu Rubinie (błp.), którzy z wielkim poświęceniem budowali bibliotekę, nie oszczędzali trudu i znoju, swojego czasu, aby zwiększyć liczbę czytelników i zakupić nowe książki.

Jej czytelnicy nie byli tylko biernymi czytelnikami, bo w bibliotece organizowano rozmowy o literaturze, wieczorki poetyckie albo spotkania z żydowskimi pisarzami i poetami. Jednym słowem, biblioteka była jedną z najważniejszych instytucji zaspokających młodzieńcze pragnienie (i nie tylko młodzieńcze!) wiedzy, edukacji, których nie mogli nigdzie indziej spełnić.

Biblioteka posiadała tysiące żydowskich książek: oryginalnych i tłumaczeń klasycznej literatury – prawie wszystko, co ukazywało się w jidysz. Należy podkreślić, że Josl Rozncwajg, Zisze Fridman i Josef Rubin przez lata codziennie oddawali się bibliotece. Wielką satysfakcję sprawiał im każdy nowy czytelnik, wielkim świętem każda nowa sprowadzona z Warszawy książka.

W Sokołowie było wielu działaczy społecznych udzielających się w bibliotece albo w organizacjach młodzieżowych. W partii albo w kółku dramatycznym, w organizacji szkolnej szkoły freblowskiej [*dla najmłodszych dzieci], wolnych skautów (organizacji „Frajhajt”), „Keren Kajemet”, „Keren ha-Jesod” – a wszystko to dobrowolnie, z wielkim poświęceniem i ogromnym entuzjazmem, chociaż nie raz działacze musieli płacić za coś z własnej kieszeni…

Charakter organizacji. W Sokołowie nie było „złotej młodzieży”, nie było też młodzieży zasymilowanej. Organizacje szkoliły własnych działaczy i kierownictwo. Spotykali się oni kilka razy w tygodniu. Gdy brakowało miejsca w lokalach partyjnych, spotykano się w prywatnych domach i czytano, słuchano wykładów o kulturze, literaturze, socjologii albo problemach społecznych.

Działalność była różnorodna. Kółka samo dokształcające,

[str.214]

wycieczki, kolonie letnie, seminaria zimowe – centralne albo rejonowe i in. Jedno wydarzenie uzupełniało następne.

Młodzież odrzuciła utartą drogę swoich rodziców i w organizacjach zaznała smaku narodowego i społecznego wyzwolenia. Do kwestii tej podchodziła z wielką powagą nie traktując jej jako abstrakcyjnej idei. Wręcz przeciwnie, dotyczyło to każdego z osobna. Każdy też rozumiał, że tylko identyfikacja i przejście od słów do czynów daje gwarancje, że ideały nie będą jedynie iluzją.

Stosunki między działaczami były przyjacielskie i rodzinne. Panowało poczucie wzajemnego wsparcia i pomocy, jednym słowem: organizacja była dla wielu drugim, często też lepszym domem.

Młodzież nie miała prawie żadnej muzycznej edukacji. W mieście nie było chóru, nie było orkiestry, nie słuchało się też koncertów symfonicznych. Niewiele wiedziano o muzyce klasycznej albo nowoczesnej. Orkiestra dęta należąca do straży pożarnej grała (w zależności od zapotrzebowania) marsze żałobne lub weselne, a i to na bardzo niskim poziomie…

Grupa młodzieży z „He-Chaluc ha-Cair”, 1930 rok

Kilku piosenek uczono się w szkole powszechnej a z domu wynoszono żydowskie melodie na Jamim Noraim albo zwykłe chasydzkie niguny.
Sokołowska młodzież jednak śpiewała. Powstawały żydowskie

[str.215]

piosenki. Nie znano ich tytułów, ale pieśni krążyły z miasta do miasta, z okolicy do okolicy, rozpowszechniane przez kolonie letnie, seminaria albo konferencje. Szczególnie popularne były piosenki z Erec Isroel przywiezione przez podróżujących tam wysłanników. Setki piosenek ludowych, chasydzkich nigunów krążyły wśród sokołowskiej młodzieży. Ja sam stworzyłem na wystąpienie „He-Chaluc ha-Cair” w Domu Ludowym dwie – trzy parodie do znanych motywów ludowych. Po kilku latach Lejbl Spinoza (sekretarz „Frajhajt”) spotkawszy mnie w Wilnie, chciał „sprzedać” mi (za cenę nauczenia go nowych żydowskich piosenek) te oto dwie, trzy parodie, które zachwalał jako nowe, dopiero co spod igły wyjęte…

Sporo pieśni dostarczał też teatr żydowski, i to niezależne od jego poziomu (który w żadnym z miasteczek nie był zbyt wysoki). Młodzież wyłapywała wszystko co nowe i przedstawiała w nowym, wesołym świetle.

W tym okresie nie było jeszcze filmów dźwiękowych czy radia. Za to intuicja i czułość uzupełniały ograniczone możliwości. Jednym słowem: młodość przepełniona była radością i życiem: była idealistyczna, tańcząca i śpiewająca.

Partia Poalej Syjon była ze swoimi setkami towarzyszy rodzajem „starszej” organizacji. Większość członków dopiero co skończyła 30 lat (ja sam wstąpiłem do partii będąc siedemnastoletnim młodzieńcem). Historią i bogatą działalnością partii Poalej Syjon zajmować się będą pewnie inni towarzysze. W tym miejscu chciałbym wspomnieć tylko kilku jej działaczach zamordowanych podczas zagłady. Alter Szuster: przewodniczący partii w Polsce, przez całe życie był robotnikiem. Mimo ciężkiej sytuacji materialnej nie zaniedbywał swoich społecznych obowiązków, był aktywnym działaczem i wychowawcą. Nie zawsze potrafił sam sobie pomóc, ale zawsze pomagał innym towarzyszom. Był lubiany nie tylko w kręgu partii. Przewodniczył Poalej Syjon nie tylko w Sokołowie. W okresie późniejszym działał aktywnie i był przewodniczącym partii w Białymstoku.

Icchok Skała: mędrzec i nauczyciel. Ostatnie dziesięć lat spędził w Warszawie. Był założycielem i przewodniczącym partii, a do tego subtelnym i uczuciowym człowiekiem. Socjalistą stał się na dobrą sprawę z uwagi na tematy społeczne i etyczne. Był syjonistą z ciała i kości, przepełnionym wiedzą i wysoką kulturą osobistą. Książki były dla niego świętością. W roku

[str.216]

1933, gdy Hitler doszedł do władzy, nasiliła się w nim niechęć do mięsa i krwi, i został etycznym wegetarianinem. Był zwolennikiem teorii, że całe zło i okrucieństwo bierze się z tego, że ludzie jedzą za dużo mięsa i krwi. W ostatnich latach życia zagłębiał się także w kwestie filozoficzne. W hitlerowskim piekle Skała udzielał się czynnie w warszawskim getcie. Pracował w kuchniach ludowych, pomagał zorganizować w getcie sieć szkół hebrajsko-jidysz. Związany był ze środowiskiem chalucowym. Zginął w getcie warszawskim.
Icchok Zarębski: typ ludowy, impulsywny i energiczny działacz. Nie było komitetu partyjnego bez aktywnego Zarębskiego. Od zawsze był partyjnym skarbnikiem i wszelkie deficyty w budżecie pokrywał z własnej kieszeni. Zawsze był gotów pomóc towarzyszowi w potrzebie. Wiernie i szczerze oddany był ruchowi i jednostce. Nigdy nie stawiał żadnych warunków, nie znał też ograniczeń. Rzadki człowiek, u którego słowo i serce były jednością…

Chanoch Zając – inteligentny młodzieniec. Przeciwieństwo Zarębskiego, a być może jego uzupełnienie. Zdrowy rozsądek, logika, spokój i opanowanie. Nigdy się nie spieszył i nigdy nie spóźniał… Bardzo długo był sekretarzem partii i jednym z jej najważniejszych działaczy. Na jego twarzy zawsze gościł uśmiech. Z szacunkiem odnosił się do każdego, wzbudzając zawsze obustronny szacunek. Nie było ani jednej akcji partyjnej, aby nie brał w niej udziału i nie nadawał tonu. I nie tylko w partii, ale w całym życiu społecznym, w miasteczku Zając odgrywał rolę pośrednika. Jego wiedza i oddanie przyniosły partii, a także jemu samemu, uznanie i szacunek. Na zewnątrz spokojny, ale wewnątrz zupełne przeciwieństwo. Marzył o Erec Isroel i nie raz opowiadał mi o swoich marzeniach. Snuł opowieści o tym, jak zbuduje sobie życie w Erec Isroel. Marzył, ale marzeń tych nigdy nie udało mi się zrealizować…

To tylko kilku spośród kilkudziesięciu działaczy. Poza starszymi, większość była moimi bliskimi przyjaciółmi. Mordercze dłonie wymazały źródła ich żydowskiej nadziei i urzeczywistnienia ideałów.

[str.217]

Kółko teatralne Poalej Syjon, 1922

[str.218]

 

Cwi Ciechanowiecki
(Hajfa)

Ruch „Frajhajt” w Sokołowie

 

Partia Poalej Syjon wraz z ruchem młodzieżowym „Frajhajt” były częścią ogólnej historii żydowskich partii w Sokołowie Podlaskim.
Chciałbym w tym miejscu napisać o trudnościach z jakimi towarzyszom z „Frajhajt” przyszło prowadzić ich działalność. Lokalu nie mieliśmy, a rozmowy, które prowadziliśmy o zadaniach naszego ruchu młodzieżowego oraz o pracy kulturalnej odbywały się w pokoju któregoś z towarzyszy. Pierwszy komitet „Frajhajt” w Sokołowie, działający już w roku 1927, składał się z towarzyszy: A. Szpadla, Chany Zaklikowskiego, R. Migzala, Dowida Sztutmana, Mojsze Awroma Kandla i zamordowanego towarzysza M. Rzepki. „Frajhajt” w Sokołowie, podobnie jak w innych miastach i miasteczkach w Polsce, zakorzenił syjonistyczno-socjalistyczną myśl wśród sokołowskiej młodzieży. Udzielaliśmy się we wszystkich syjonistycznych przedsięwzięciach organizowanych przez syjonistyczną partię w Sokołowie.

W każdy szabes spotykaliśmy się w repkowskim lesie i cały dzień spędzaliśmy uprawiając różne sporty, tańczyliśmy Horę, a pod koniec dnia całkowicie pochłaniały nas przyjacielskie rozmowy.

Policja w końcu nas wykryła i aresztowała kilku towarzyszy, między innymi zamordowaną towarzyszkę Szejnę Tenenbaum. „Frajhajt” w Sokołowie współpracowała z partią Poalej Syjon i udzielała się we wszystkich syjonistycznych instytucjach: „Keren Kajemet”, „Szekel”, brała udział w wyborach do syjonistycznego kongresu i we wszystkich politycznych akcjach, które organizowane były przez społeczność żydowską, w wyborach do rady miejskiej i w wyborach gminnych, w których partia miała pierwszeństwo.

W roku 1936 partia postanowiła, że osiemnastoletni towarzysze z „Frajhajt” przejdą do partii. Komitet, który wybrano podczas ogólnego zgromadzenia składał się z Wolka Szustera, Fiszla Felmana, Szejny Tenenbaum, Zalmana Sobola (wszyscy zostali zamordowani

[str.219]

przez nazistowskich zbrodniarzy), Sary Frajszer (Ameryka) i Herszla Ciechanowieckiego (Izrael).

Koniec końców przydzielono nam lokal w bibliotece im. Brenera przy Poalej Syjon. Lokal należał wcześniej do starego Szpilmana (zmarł na zsyłce w Rosji). Naszą działalność wykonywaliśmy wspólnie z partyjnymi towarzyszami. Zamordowany serdeczny towarzysz Henech Zając często wygłaszał referaty o literaturze. Perec Granatsztajn o [Dow Berze] Borochowie, Icchok Międzyrzecki o ruchu chalucowym, Sz. Sztutman o Mendele i I. L. Perecu. W każdy piątek spotykaliśmy się z partyjnymi towarzyszami. Na nasze spotkania przychodziło dużo młodzieży z różnych organizacji. Dzięki inicjatywie towarzyszy Icchoka Zarębskiego, Jechiela Elenberga, Josefa Rozencwajga (wszyscy zamordowani) i Abiszy Wierzby (zmarł w Izraelu), partia postanowiła wynająć duży i wygodny lokal u Herszla Fiszera, a „Frajhajt” rozrosła się do największej organizacji w Sokołowie. Było tak dzięki dużej liczbie członków z naszej organizacji zrzeszającej rzemieślników skórzanych. Z inicjatywy N. Kaufmana powstał komitet, który miał zająć się zbiórką pieniędzy na hiszpańskich bojowników, wśród których było wielu towarzyszy z „Frajhajt”. Społeczność sokołowska ochoczo przystąpiła do zbiórki.

W roku 1934 także w Sokołowie uroczyście obchodzono akcję zbierania funduszy na rzecz pracującego Erec-Isroel. Na jej czele stał towarzysz Henech Zając. Także tu towarzysze z „Frajhajt” aktywnie się udzielali, szczególnie towarzysz Motl Zejdner i piszący niniejsze słowa. Pieniądze zbieraliśmy na wszystkich uroczystościach. Muszę zaznaczyć, że także nasi rodzice chętnie dawali pieniądze na Erec-Isroel. Chciałbym w tym miejscu poświęcić trochę miejsca Henechowi Zającowi. Sposób jego pracy był prawdziwym cudem. Codziennie odbywały się zebrania ze wszystkimi organizacjami. Udało nam się zebrać 500 złotych, a osiągnęliśmy to dzięki jego aktywnej działalności.
Po tej akcji Liga Pracującego Erec-Isroel postanowiła wynająć większy lokal – dom, który był kiedyś szkołą powszechną, a stał się schronieniem dla naszych wszystkich organizacji: Poalej Syjon, Frajhajt, He-Chaluc, He-Chaluc ha-Cair, Owed i Ha-Poel. Liga stała się

[str.220]

wielką siłą na sokołowskiej ulicy. Latem wspólnie z towarzyszami z „Frajhajt” organizowaliśmy wycieczki, przede wszystkim do Sterdyni, gdzie także był duży oddział „Frajhajtu”. W szabas po południu jeździliśmy do Sterdyni i razem z tamtejszymi towarzyszami spędzaliśmy czas w lesie tańcząc Horę i rozmawiając o problemach naszej organizacji. Wycieczka kończyła się ucztą i przedstawieniem kółka dramatycznego sekcji ze Sterdyni. Chcę wspomnieć, że dzięki „Frajhajt”, która wysłała wielu towarzyszy na obozy przygotowawcze do wyjazdu do Erec-Isroel (i którzy później tam wyjechali), wielu towarzyszy mieszka dziś w różnych miastach w Izraelu.

[str.221]

Keren Kajemet le-Israel

1928

[str.222]

Keren Kajemet w Sokołowie

1921

[str.223]

 

I. Grinberg
(Tel Awiw)

Organizacja Syjonistyczna w Sokołowie

 

Organizacja Syjonistyczna w Sokołowie założona został już w 1901 roku. Jej założycielami byli: Lejbusz Rubinsztajn, Neta Finkelsztajn, Jakow Tejtlbaum, Awrom Mojsiezon (syn Mojsze-Lejzera) i Awrom-Icchok Rozen. Do niewielkiego kręgu sympatyków-pomocników należeli: mełamed Pincze, Chaim-Szmuel Rozenbaum, Icl Dratewka i inni. Ta syjonistyczna grupa zajmowała się przede wszystkim rozpowszechnianiem syjonistycznych szekli [*szekle – wówczas była to opłata na rzecz ruchu syjonistycznego]. Abonowała także „Ha-Cefirę”, propagowała akcje banku kolonialnego, działalność biblioteki syjonistycznej itp. Wystarczy dodać, że grupa musiała znosić różnego rodzaju prześladowania zarówno ze strony władzy, jaki i Żydów wrogo nastawionych do syjonizmu. Władzy się bano i dlatego działalność musiała być prowadzona w konspiracji i bardzo ostrożnie. Zrozumiałe jest, że do grupy tej należeli Żydzi z różnych warstw sokołowskiego społeczeństwa, których jednoczyła idea powrotu do Syjonu i nie było wówczas jeszcze miejsca na podziały i rozłamy, do których doszło kilka lat później. Opowiadano, że na wielkiej demonstracji robotniczej w roku 1905 niesiono także flagi Poalej Syjon, to jest żydowsko-syjonistycznej organizacji.

W roku 1912 Syjonistyczna Organizacja w Sokołowie zorganizowała się po raz drugi. Do grupy aktywistów należeli: Josl Flinder (student), Ruben Elster, Herszl Cebula, Dowid Lustigman (księgowy) oraz Jakow Grinberg. Organizacja, która liczyła około stu członków, także kobiet, prowadziła swoją działalność w konspiracji. Utworzone zostały małe, liczące nie więcej niż 8-10 osób, grupki. Ich członkowie nie znali się i na liście figurowali tylko pod swoimi inicjałami. Kontaktowały się tylko przez wyznaczonego łącznika. Członkowie płacili cotygodniową opłatę w wysokości 6 groszy (3 kopiejek).

[str.224]

Działalność Organizacji Syjonistycznej obejmowała rozpowszechnianie szekli, ustawianie tuż przed świętem Jom Kipur puszek na datki dla narodowych funduszy, sprzedaż artystycznych kartek z Akademii Becalel, przesyłanie pieniędzy do Odessy do Odeskiego Komitetu Palestyńskiego w zamian za co otrzymywano pokwitowania, upowszechnianie broszur i książek z biblioteki groszowej, znajdowanie abonentów gazecie „Dos jidisze folk”, która w latach 1913/14 kolportowana była w Sokołowie w ilości 50 egzemplarzy, „Ha-Olam”, organu Organizacji Syjonistycznej (jeden egzemplarz) oraz „Ha-Cefiry” (kilka egzemplarzy), która cieszyła się szczególnym zainteresowaniem w czasie Kongresu Syjonistycznego odbywającego się w 1913 roku w Wiedniu.

W 1913 Sokołów odwiedził A. Triwaks. Z jego udziałem odbyło się między innymi zebranie Komitetu Kobiecego, które jednak zostało rozwiązane otrzymawszy wiadomość, że policja dowiedziała się o zgromadzeniu. W mieście zrobiło się głośno o Syjonistycznej Organizacji, która działała długo, bo do wybuchu I wojny światowej, kiedy zakończono wszelką pracę syjonistyczną.

Działalność wznowiono wraz z niemiecką okupacją i prowadzono bez żadnych obaw ciesząc się wolnością i swobodą. Do komitetu Organizacji Syjonistycznej należeli: Jankiel Tykulski, Chaim Zylberman, dr Rakocz, Mendel Łosicki, Icchok Skała, Eljezer Szafran, Awrom i Chajcze Zając, Jakow Lustigman oraz Jakow Grinberg. Komitet odbywał swoje posiedzenia w mieszkaniu Jakowa Tykulskiego. Pamiętam, że aby uniknąć nieporozumień i kłopotów, których można byłoby się spodziewać, gdyby dowiedziano się, że ja dyrektor sokołowskiej jesziwy uczestniczę w zebraniach Komitetu i chcąc, aby nikt nie dowiedział się o moim udziale, za każdym razem, gdy wchodziłem do mieszkania Jakowa Tykulskiego gasiłem wiszącą przy wejściu lampę naftową.

Od czasu do czasu w syjonistycznych sprawach przyjeżdżało do Sokołowa kierownictwo organizacji z Warszawy i z innych miast. Odwiedzili nas: dr [Joszua] Gotlieb [*1882-1940, dziennikarz, poseł na Sejm, od 1926 do 1939 wiceprezes gminy żydowskiej w Warszawie], adwokat M[aksymilian]. Apolinary Hartglas [*1883-1953, działacz, polityki, publicysta, poseł na Sejm, wiceprzewodniczący Rady Miasta Siedlce], Josef Heftman [*1888-1855, poeta, dziennikarz, pisarz; wyemigrował do Palestyny w 1932 r.; współzałożyciel Izraelskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy], adwokat Elchanan Lewin z Siedlec [*później pracował też jako prawnik w Warszawie] i inni. Organizacja nadal w dużym wymiarze, zajmowała się rozpowszechnianiem prasy syjonistycznej, prowadzeniem syjonistycznej biblioteki, pracą na rzez Keren Kajemet, pisaniem petycji do władzy niemieckiej w sprawie Erec Isroel i pracy na rzecz idei syjonistycznej.

[str.225]

Mizrachi

Później doszło do rozłamu, powstały nowe syjonistyczne grupy o różnych ideologicznych kierunkach. W roku 1916 Sokołów odwiedził I. L[ejb]. Szczarański z Centralnego Komitetu Mizrachi z Warszawy i założył w Sokołowie jej oddział. Szczarański odwiedził i rozmawiał z sokołowskim rabinem i prawie otrzymał od rabina obietnicę wstąpienia do Mizrachi. Odwiodłem jednak go od tego kroku, bo z różnych powodów wydał mi się on niestosowny. Zarząd Mizrachi składał się z Chaima-Szmuela Rozenbauma, Pałuby [*z Kosowa Lackiego], Eljezera Szafrana, Pinchasa Czernickiego, Szmuela-Lejba Kaca, Dowidcze Warszawskiego (teraz w Meksyku), Chaima-Hersza Knorpela, Mojsze Borychowskiego, Jechude-Hersza Skrzydłowera, Mojsze Grinberga oraz Jakowa Grinberga. W wyborach do zarządu gminy na funkcje przewodniczących wybrani zostali tylko przedstawiciele Mizrachi: Mojsze Borychowski, Hersz-Tuwje Ber, Mojsze Lustigman, Pinchas Czernicki, którzy jeszcze przed wyborami wydali pisemne zapewnienie, że będę sprawować swoje funkcje zgodnie z instrukcją wydaną przez Mizrachi. W zjeździe Mizrachi, który odbył się w Warszawie w 1916 roku, uczestniczyli również delegaci z sokołowskiego oddziału: Mojsze Borychowski, Hersz-Tuwje Ber oraz Chaim-Szmuel Rozenbaum. Do rady miejskiej również wybrano dwóch przedstawicieli Mizrachi Alter Kafowy oraz Pinchas Czernicki. Partia zaraz zorganizowała swój własny „minjan”, który stał się centrum religijnej działalności i studiów nad Torą.

Chcę wspomnieć o następującym epizodzie, który bardzo charakterystyczny był dla warunków, w których przyszło nam prowadzić syjonistyczną działalność. Pewnego dnia przyszedł do mnie z Warszawy telegram z Centralnego Komitetu ds. Szekli o następującej treści. „Przystąpić do sprzedaży szkła”, co znaczyło, że możemy zająć się sprzedażą izraelskiego szekla. Najwidoczniej poczta przekazywała telegramy o tak dziwnej treści władzy, która nie rozumiała instrukcji dotyczącej „sprzedaży szkła” (przez błąd, który wkradł się do telegramu, zamiast słowa „szekel” napisano „szkła”). Z tego powodu przeprowadzono w lokalu Mizrachi rewizję, wśród jej członków dochodzenie i dopiero później wyjaśniło się, że chodziło tylko o błąd w telegramie…

[str.226]

Później założono jeszcze organizację Ceire Mizrachi przeznaczoną dla młodych zwolenników Mizrachi; He-Chaluc ha-Mizrachi, dla wszystkich, którzy przygotowywali się do aliji [*emigracji] do Erec Isroel i musieli przygotować się do wyjazdu. W Sokołowie powstał także kibuc przygotowujący do wyjazdu. W tamtym okresie w mieście było pięćdziesięciu abonentów „Ha-Mizrachi” organu ruchu Mizrachi.
Mizrachi prowadziło bardzo ożywioną działalność. Grupę odwiedzało także kierownictwo partyjne z Warszawy, rabini i inni wysłannicy. Do Sokołowa zawitali następujący wysłannicy z Mizrachi: Icchok Riwkind, (Joszua) Herszel Farbstein [*1870-1948, poseł na Sejm, prezes gminy żydowskiej w Warszawie], rabin [Chaim] Najfeld [*był rainem w Piasecznie] (o zabraniu ktoś doniósł policji i zostało przerwane. Rabin Najfeld (błp.) musiał wtedy opuścić miasto), rabin Rapaport z Jędrzejowa, rabin Dynes i inni. Organizacja Mizrachi rozwinęła i rozrosła się wraz z organizacją młodzieżową, szkołą Jawne i innymi. Oddział Mizrachi w Sokołowie był jednym z najpiękniejszych i największych oddziałów tej partii w Polsce i odgrywał ważną rolę w syjonistycznym i ogólnożydowskim życiu w mieście.

 

[str.227]

 

Adina Jellin-Landau
(Mesilot, Izrael)

Czar młodości w gnieździe Ha-Szomer ha-Cair [*syjonistyczna organizacja skautowa Ha-Szomer ha-Cair (hebr., Młody Strażnik), założona w 1911 r. we Lwowie; jej oddziały lokalne zwane były po hebrajsku kinim, czyli gniazdami – przyp. tłum.]

[Z hebrajskiego przełożyła Regina Gromacka]

 

Dziś niektórych z nich odnajdziecie w kibucach w Izraelu: w Ejlonie na północy i Negbie na południu, w Mesilot i Tel-Amal w dolinie Bet Szean oraz w innych miejscach. Wciąż noszą w sercach blask młodzieńczych dni spędzonych w gnieździe Ha-Szomer ha-Cair w niewielkim miasteczku Sokołów.

Gniazdo to stanowiło przyczółek Erec Israel [*Hebr., Ziemia Izraela, tradycyjne określenie historycznej ojczyzny Żydów, w której w 1948 r. powstało Państwo Izrael – przyp. tłum.] pośród szarej rzeczywistości miasteczka. Chłopcy i dziewczęta spotykali się na zbiórkach w izbie swojego gniazda w izbie – najpierw w siedzibie Ogólnych Syjonistów przy ulicy Długiej, potem przy ul. Rogowskiej, a wreszcie w klubach nieopodal tzw. Szulhojfu [*jid., podwórze przy synagodze – przyp. tłum.]. Ściany trzęsły się od wesołego śpiewu, głośno rozbrzmiewały dźwięki hory z Erec Israel. Słychać je było aż na dworze, ale początkowo rozbrykaną młodzież traktowano z drwiną i lekceważeniem. Pobożni rodzice byli przeciwni tej działalności, próbowali odciągnąć od niej swoich synów i córki. Jednakże ci chłopcy i dziewczęta znajdowali tutaj, w organizacji młodzieżowej, swój dom, tutaj realizowali swe marzenia i tęsknoty, tutaj odnajdowali młodzieńczą radość.
Nie zawsze wszakże urządzano tańce i śpiewy. Był czas tańca i był czas nauki. Młodzi ludzie podchodzili do nauki nadzwyczaj poważnie. To tutaj pogłębiali swoje wykształcenie, budowali podwaliny swego światopoglądu. Łapczywie chłonęli wiedzę przekazywaną przez instruktorów, niekiedy zapraszali też osoby z zewnątrz, częstokroć miejscowe światłe osobistości (takie jak błp. Zalman Grinberg, błp. Chaim Zilberman, błp. Lustigman i – oby cieszyli się długim życiem – Mojsze Mejzlisz i Chaim Fridlow), by wysłuchać ich prelekcji oraz poszerzyć swoje horyzonty.

Gniazdo przyciągało swym czarem młodzież z miasta. Przychodziły tam dzieci z dobrze usytuowanych ortodoksyjnych rodzin, ale pojawiała się także młodzież z innych warstw społecznych. Na wszystkich wywierał wrażenie ów urok młodości w połączeniu z powagą i świadomością, jak doniosłe pionierskie zadania spoczywają na hebrajskiej młodzieży.

Młodzi nie zawsze spędzali czas w czterech ścianach gniazda. Latem zajęcia odbywały się pobliskich lasach. Drużyny i zastępy urządzały swoje zbiórki w zagajniku [in brezenem weldl – jid., w brzozowym lasku] lub w lesie [in rogower wald – jid., w lesie Rogowskim], albo koło mleczarni Mendelbojma.

Niezatarte wrażenia pozostawiały wycieczki gniazda organizowane w Lag ba-Omer [*Lag ba-Omer, święto religijne między Pesach i Szawuot; w międzywojniu propagowane było jako dzień sportu – przyp. tłum.]. Było to wielkie wydarzenie w miasteczku. Tego dnia wszyscy, zarówno starcy, jak i dzieci, wychodzili pod wieczór z domów, by popatrzeć na maszerujących dziarsko pod swymi sztandarami członków Ha-Szomer ha-Cair. Nawet nie-Żydzi podziwiali dumnych „żydowskich skautów”.

Powodzeniem cieszyły się organizowane co jakiś czas wieczornice gniazda, podczas których członkowie Ha-Szomer ha-Cair demonstrowali swoje osiągnięcia i umiejętności. Owacjami przyjmowano przedstawienia koła dramatycznego, śpiewy chóru, popisy gimnastyczne i tym podobne.

Gniazdo wyróżniało się we wszystkich syjonistycznych i pionierskich akcjach prowadzonych w mieście. Byliśmy pierwsi w zbieraniu funduszy na rzecz Ha-Keren ha-Kajemet [*Ha-Keren ha-Kajemet, właśc. Keren Kajemet le-Israel (hebr., Żydowski Fundusz Narodowy), powołany w 1901 r. w celu kupowania i zagospodarowywania gruntów w Ziemi Izraela – przyp. tłum.], aktywnie działaliśmy w oddziale He-Chalucu [*He-Chaluc (hebr., Pionier), organizacja syjonistyczna założona w 1914 r. w Rosji, mająca przygotowywać Żydów do emigracji do Ziemi Izraela. Działał również w Polsce, w 1921 r. w Warszawie utworzono jego światową centralę – przyp. tłum.] oraz w Lidze na rzecz Pracującej Ziemi Izraela.

[str.228]

W Sokołowie gniazdo przeżywało rozkwit pod koniec lat dwudziestych. Wcześniej w mieście nie działała żadna organizacja młodzieżowa. Poważna dorastająca młodzież znajdowała sobie miejsce w partiach politycznych, dając się nie wiedzieć kiedy i jak wciągnąć w ich szeregi. Kiedyś jednak przybyła wychowawczyni z innego miasta i znalazła drogę do serc młodych ludzi. Zdołała ich zorganizować i założyła w Sokołowie gniazdo Ha-Szomer ha-Cair.

W ostatnich latach prowadzenie działalności stało się trudne. Rozpanoszył się antysemityzm i nastał kres radosnych wypraw na pola i do lasów. W serca młodzieży wkradło się zgnębienie i poczucie beznadziejności. Lecz mimo to, kiedy zbierano się w gnieździe, kłopoty odchodziły na chwilę w zapomnienie, a serca znów się rozpalały.

W tamtym okresie wychowankowie gniazda zdążyli już dorosnąć i stanęli przed decyzją dotyczącą dalszej drogi. Odpadli z gniazda ci, którzy nie byli na to gotowi, inni zaś rozpoczęli hachszarę [*hachszara (hebr., przysposobienie), przygotowanie przyszłych osadników w Ziemi Izraela. Najczęściej młodzież przysposabiała się do nowego, pionierskiego życia w gospodarstwach rolnych zakładanych przez organizacje młodzieżowe – przyp. tłum.], po czym wyjechali na stałe do Ziemi Izraela.

Niewielki był odsetek młodych ludzi, którzy zdołali zrealizować swoje dążenia. To właśnie ich, jak wspomniano, spotkacie w kibucach w Izraelu, jako ojców i matki potomstwa, które podąża ich śladem. Wielu innych, którzy nie osiągnęli zamierzonych celów, odnajdziecie w Izraelu, w Ameryce Północnej i Południowej; oni także z miłością pielęgnują w sercach wspomnienie tamtych dni.

Pamiętajmy również tych, którzy dążyli do realizacji swych młodzieńczych pragnień, lecz w kwiecie wieku zostali zgładzeni przez złoczyńców.

 

[str.229]

 

Natan Fudemberg
(Los Angeles)

„Bund” w Sokołowie w latach 1900-1911

 

Bund, który w Sokołowie założony został w roku 1900 przez Awroma (Lesera) Grinberga, Lejba Fudemberga, Szepsla Bergera, czarnego Josla, Awroma Cisińskiego, Kalmana Jechiela Fridmana i innych, był pierwszą narodową partią polityczną, które przyniosła do naszego miasteczka nowe idee i samodzielne myśli, rozbudziła wśród robotniczej młodzieży, częściowo także wśród uczniów jesziwy, świadomość walki o ekonomiczną poprawę ich egzystencji i konieczność politycznej, narodowej i kulturalnej działalności.

W latach 1900-1905 Bund prawie niewidoczny był w miasteczku. Od czasu do czasu ukazywała się jakaś broszura, proklamacja, które krążyły z rąk do rąk osób zaufanych. Czytane były z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Często pojawiali się obcy ludzie z długimi, nieogolonymi brodami, w czerwonych koszulach wpuszczonych w spodnie i owiniętych grubymi pasami a zwisające frędzle plątały się między nogami. Mężczyźni ci przyciągali naszą uwagę, młodzieńców-żółtodziobów, jak nas wówczas nazywano. Chodziliśmy za nimi krok w krok tak długo, aż ktoś nasz przegnał. Jak się później dowiedzieliśmy, byli to agitatorzy. Często przyjeżdżali do Sokołowa z Siedlec i innych miast i udzielali wskazówek i instrukcji, jak założyć w mieście „Bund”, jak prowadzić agitację wśród robotników i organizować różne akcje.
Akcje oświeceniowe bundowców prowadzone były na tzw. „giełdzie”, w ogrodach, lasach, zawsze pod przykrywką i w tajemnych miejscach. Wszystko odbywało się w konspiracji. Mimo wszystko ich działalność zaczęła przyciągać uwagę policji, która bacznie obserwowała „obcych ludzi” w ich dziwnych ubraniach i podążających za nimi słuchaczy. Policja zaczęła śledzić,

[str.230]

przyglądać się ich działalności. Już w 1905 sokołowska policja wyciągnęła wielu przywódców młodej, żydowskiej bundowskiej organizacji, aresztowała ich i zesłała do siedleckiego więzienia okręgowego skazując na różne kary.

Pierwsze aresztowania były bardzo niespodziewane. Młodzi bundowscy przywódcy byli na początku trochę wystraszeni i to na pewien czas zastopowało działalność partii. Powoli jednak ją wznawiano i prace kontynuowano.

Płodna była sokołowska ziemia na bundowskie działania. Miasto wielu rzemieślników: szewców, krawców, kapeluszników, rymarzy, szwaczy i innych fachów, którzy swoje towary sprzedawali na rynku, na targach i kupcom z dalekiej Rosji. Rzemieślnicy ci pracowali po 16-18 godzin dziennie i w święta a to wszystko za marną, nędzną półroczną albo roczną pensję. Rzemieślnik i jego majster spotykali się w besmedreszu na modlitwach, wspólnie wznosili toasty na różnych uroczystościach i wzywani byli do przeczytania tego samego kawałka Tory. Z tego powodu w sercach robotników była zadra, niezadowolenie i gniew wobec ich majstrów za te niezliczone godziny pracy przepracowane za tak niewielkie pensje. Niektórzy samodzielnie w ten lub inny sposób prosili swoich szefów o podwyżkę. Poza niewieloma wyjątkami, musieli się kłócić i ciężko pracować za stawki wytargowane na początku.

Bundowscy działacze wykorzystali ciężką sytuację żydowskich robotników, rozpowszechniali swoje proklamacje, broszury, agitowali i rozbudzali w nich świadomość. Pomału agitacja zaczynała działać. Pokój zawarty między robotnikami i ich szefami zaczął się kruszyć. Robotnicy przekonali się, że jednostkowe prośby o większe pensje są w większości przypadków zmarnowanym czasem. Pewnego dnia robotnicy ogłosili strajk przeciw Mojsze Simsze Jualesowi. Żądali dwunastogodzinnego dnia pracy za tę samą pensję.

W mieście zawrzało. Gospodarze czegoś podobnego nigdy nie widzieli. Co za chucpa! Stawiają żądania i grożą zaprzestaniem pracy, jeśli nie zostaną one spełnione. Coś takiego nigdy nie wydarzyło się w Sokołowie. Mojsze Simche Juals obarczył najstarszego z robotników winą za strajk. Ale

[str.231]

wielce się zdziwił, gdy okazało się, że w mieście są rewolucjoniści, którzy stali murem za robotnikami.

Mojsze Simche Juals był uparty. Nie chciał prosić „łobuzów”, aby ci wrócili do pracy. Niech strajkują, ile chcą – myślał. Gdy strajkujący zagrozili, że zniszczą jego stoisko z butami w dzień targowy, przystał na żądania.

Pierwszy wygrany strajk był wielkim zwycięstwem dla Bundu w Sokołowie. Dodawało to otuchy do dalszej pracy i powoli bundowcy szerzyli swoje idee we wszystkich

Bundowska grupa w 1910 roku

branżach domagając się dwunastogodzinnego dnia pracy. I wkrótce także Bundowi udało się wprowadzić swoje żądania we wszystkich sokołowskich fabrykach.

W pierwszym okresie swojej działalności od roku 1900 do wybuchu I wojny światowej w 1914, Bundowi udało się wpoić w sokołowskich robotników klasową świadomość ekonomicznego wyzysku, zachęcić do czytania, nauki i polepszenia kulturowej sytuacji bezwiednych, nieporadnych robotników. Był to krótki okres, ale jakże ważny, przepełniony pożyteczną pracą.

[str.232]

Wojna w 1914 roku zabrała niektórych bundowskich przywódców na front. Inni opuścili nasze miasteczko. Nie pozostał nikt, kto mógłby kontynuować pracę. Poza tym w miasteczku panowało wielkie poruszenie. Ale w robotnikach nadal tliła się iskra ich samoświadomości, którą rozpaliła bundowska agitacja.

W międzyczasie czytano wszystko, co wpadło w ręce: proklamacje, broszury. Robotnicy byli bardziej świadomi, dojrzalsi i gdy Niemcy zaczęli okupować nasze miasteczko i znów można było prowadzić „normalne” życie, do głosu doszły zaszczepione przez „Bund” myśli i idee. Także młodzież była inteligentniejsza i bardziej światowa.

Powstały kluby kulturalne, partie polityczne, kółka teatralne. Tak jak w innych miastach, tak i w Sokołowie pojawiły się różnice zdań, które doprowadziły do podziałów wśród naszej sokołowskiej młodzieży na dwa przeciwne polityczne obozy. Z jednej strony Poalej Syjon na czele z Baruchem Winogórą, Ajzikiem Płatnerem, Icze Farbiarzem, Natanem Kaufmanem i innymi, z drugiej strony Bund z Noską Fuderbergiem, Baruchem Rozenbaumen, Iczem Szpankiem, Szmulke Bornsztejnem, Nechą Waligórą, Gelą Grinberg i innymi. Bund wynajął lokal w domu Arona Koplesa. Sprowadzano mówców i organizowano wykłady, otworzono bibliotekę, sprowadzono z Warszawy budnowską gazetę „Lebns-fragn” i prowadzono działalność polityczną.

Praca rozrastała się i kwitła. W roku 1918, gdy skończyła się I wojna światowa i pojawiła się możliwość emigracji prawie wszyscy bundowscy działacze z Sokołowa wyjechali do Argentyny, Erec Isroel, Stanów Zjednoczonych i innych krajów. Młode pokolenie, które zostało, przejęło pracę od swoich wcześniejszych towarzyszy, którą prowadzono aż do wybuchu II wojny światowej i Zagłady.

 

[str.233]

 

Baruch Rozenbaum
(Chicago)

Ruch bundowski w Sokołowie

Na ile mi wiadomo już w 1905 roku istniała w Sokołowie bundowska organizacja. Nie było jednak wówczas jeszcze dobrze ukształtowanej świadomości. Struktury „Bundu” były jeszcze bardzo elementarne. Pamiętam tylko ich niebieskie koszulki z czerwonymi frędzlami, peleryny i szerokie kapelusze.

Wówczas nie było jeszcze biblioteki ani stowarzyszeń. Od czas do czasu gdzieniegdzie rozpowszechniana była jakaś proklamacja. Towarzysze wdzierali się w czasie szabatowych modlitw do besmedreszy i wygłaszali przemówienia. Zaraz zjawiała się policja i aresztowała zgromadzonych.

W Sokołowie przeprowadzono także kilka zamachów. Zastrzelono Kafowego i innych. Aresztowano czterech bundystów, którzy odsiedzieli karę dwóch lat więzienia w Siedlcach i zostali zwolnieni. Na zawsze w mojej pamięci pozostanie dzień ich uwolnienia. Miało to miejsce tuż przed Pesach i cała sokołowska młodzież przyszła ich powitać. Szosą Siedlecką ciągnęły się chmary młodych ludzi. Chór śpiewał pieśń autorstwa Sz. An-skiego:

„W słonym morzu ludzkich łez
tkwi straszna przepaść,
głębsza i bardziej ponura być już nie może
i kreśli krwawy nurt” [*Pierwsze wersy wiersza Szymona An-skiego „In zalcikn jam” napisanego w 1901 roku, śpiewanego przez bundystów].

Pamiętam też demonstracje organizowane przez Bund, na których wspólnie z Polakami protestowano przeciwko carskiej władzy. Od 1905 do 1916 w miasteczku było spokojnie.

Przed świętem Pesach albo Sukot kamasznicy (najinteligentniejsi wśród rzemieślników) zbierali się w prywatnych domach. Jeden ze zgromadzonych wygłosił przemówienie, zebrano podpisy wszystkich uczestników mityngu i podjęto decyzję o wysunięciu żądania podwyżki o 5 rubli. Gdy tylko skończyło się święto, wszyscy wrócili do pracy bez podwyżki. Zebrania były tylko „od święta”. Święto minęło, to po co się gromadzić?

Zakrojona na szeroką skalę działalność polityczna zaczęła się dopiero w 1915 roku podczas niemieckiej okupacji w czasie I wojny światowej. Gdy

[str.234]

przyjechałem z Warszawy do Sokołowa istniała w mieście już Ogólna Organizacja Syjonistyczna, która składała się z różnych podorganizacji: Linat ha-Cedek, Hachnasat Kala, Gmilat Chasidim i inne, które pomagały i wspierały ubogich.

Ruch bundowski zaczął się od kolportowania bundowskiej gazety „Lebns-fragn”. Pierwszego tygodnia sprzedano 150 egzemplarzy. W szabas widywano już młodzieńców i dziewczęta spacerujących z bundowską gazetą pod ręką. Zwołaliśmy zebranie w lesie. Wybrano komitet, który miał zorganizować i zalegalizować ruch bundowski.

Pierwszy lokal partii mieścił się w mieszkaniu Herszla Szmerla na drugim piętrze. Lokal był niewielki, ale na początek, wystarczający.

Odbywały się tam mityngi, wygłaszano referaty, wykłady, organizowano zebrania itp.

Później zaczęliśmy kolportować bundowską literaturę. Spośród książek pamiętam:

„Majn notic-buch” – Włodzimierza Medema,
„Turme-zichrojnes” – Włodzimierza Medema,
„Ekonomisze szmuesn” – B. Michałowicza,
„Kultur un der arbeter-klas” – M. Termana,
„Weber-libe” – I.L. Pereca,
„Flign un szpinen” – (anonimowe),
„Udzer sztime” – miesięcznik.

Nasz mały lokal stał się za ciasny. Wynajęliśmy więc całe drugie piętro w domu Arona Karpelsa. Mieściła się tam duża, jasna czytelnia, duża sala obrad, stołówka, kuchnia i biblioteka.

W lokalu zbudowaliśmy scenę. Tam też zalegalizowaliśmy i powołaliśmy do życia Wielki Klub imienia Bronisława Grossera [*1883-1912, publicysta, uczestnik ruchu niepodległościowego, potępiał nacjonalizm], który był jednym z założycieli Bundu w Polsce.

W Klubie prowadziliśmy zakrojoną na szeroką skalę działalność kulturalną, otworzyliśmy bibliotekę, organizowaliśmy referaty, wykłady i odczyty. Swoje mowy wygłosili u nas: M. Orzech, B. Szafran, D. Nejmark i inni.

Założyliśmy także sekcję dramatyczną i pod reżyserią Awroma Grinberga wystawiliśmy „Ganowim” P. Bimko, „Di nevole” P. Hirszbejna, „Inteligent” P. Hirszbejna i

[str.235]

wiele innych sztuk. Istniała ona do wyjazdu wielu jej członków do Ameryki. Z inicjatywy Bundu założono związek zawodowy. W Sokołowie było wielu szewców, krawców i kamaszników. Zorganizowaliśmy wszystkich rzemieślników w jednym związku i podzieliliśmy na sekcje. Ogłosiliśmy też ogólny strajk wszystkich robotników, którzy byli członkami związku zawodowego. Stawiliśmy różne żądania i udało nam się wywalczyć pracę tygodniową, ośmiogodzinny dzień pracy i inne. Udało nam się nawet osiągnąć podwyżkę pensji dla piekarzy, tragarzy i stolarzy, których było niewielu.

Tak wyglądała działalność bundowska w Sokołowie za moich czasów.

 

[str.236]

 

Chanine Rotsztajn
(Los Angeles)

Bund w Sokołowie

 

Te kilkadziesiąt wersów nie pretenduje do bycia całościową historią Bundu w Sokołowie. Niestety ze starszego pokolenia bundowców, którzy pamiętaliby jeszcze rok 1905, niewielu ocalało. Także z późniejszego okresu

Grupa bundowskiej młodzieży „Cukunft”

podczas niemieckiej okupacji w czasie I wojny światowej i zaraz po powstaniu niepodległego państwa polskiego zapewne tylko ja pamiętam bundowski lokal w kamienicy Arona.

Ruch bundowski ożył w naszym mieście w roku 1927 i inaczej niż w innych miastach, gdzie organizacja bundowska utworzyła oddziały młodzieżowe i dziecięce (znane jak młodzieńczy Bund – „Cukunft” i „Skif”) –

[str.237]

u nas we wspomnianym roku powstał Bund, a później dopiero jego organizacje młodzieżowe.

Jeszcze wówczas żyli bundyści, którzy pielęgnowali bundowskie tradycje i czytali „Folks-cajtung”. Najbardziej znanym spośród nich był Awrom Szwacfarb. Kolportował on także egzemplarze młodzieżowego czasopisma „Jugnt-Weker”. Tym sposobem czasopismo trafiło do mnie i kilku moich przyjaciół. Wówczas też, natchnieni partyjnym duchem, powołaliśmy do życia organizację „Cukunft”. Grupa składała się z siedmiu osób, ale w krótkim czasie rozrosła się do ponad pięćdziesięciu. Długo nie mieliśmy lokalu i prace nasze wykonywaliśmy w szabasy na świeżym powietrzu, głównie na polu – (w miejscu znanym jako „za stogami”) na drodze do lasku pod Brzozowem. Wieczorami zbierali się wszyscy

Jednodniówka „Cunukftu”, 1933

na „giełdzie”, która znajdowała się na pustym placu naprzeciw naszego domu obok starego besmedresza.

Z czasem wynajęliśmy lokal. Starsi bundyści zaczęli wzywać nas do założenia socjalistycznej organizacji bundowskiej „Skif” i Socjalistycznego Stowarzyszenia Rzemieślniczego. W tamtym okresie do Bundu wstąpił nauczyciel szkoły powszechnej Chaim Lejb Wajdler. Nie był on sokołowianinem (pochodził z Galicji), przyjechał do Sokołowa w 1922 roku. Wajdler był jednym z najaktywniejszych działaczy organizacji i jej przewodniczącym. Podczas wyborów do Rady Miejskiej w roku 1930 został wybrany radnym z ramienia Bundu. Gdy w roku 1934 nagle

[str.238]

zmarł na zawał serca, w jego pogrzebie wzięło udział prawie całe miasteczko. Niesiono wieńce i po raz pierwszy niesiono wówczas czerwoną flagę „Cukunftu”. Po 30 dniach po jego pogrzebie bundowska organizacja wydała poświęcony mu memoriał.

***

Wielu młodych ludzi z naszego miasteczka zaczęła pracować już w bardzo młodym wieku i nie miało możliwości pobierania nauk. Dlatego jednym z czołowych zadań „Cukunftu” było organizowanie kursów wieczorowych, na których można było nauczyć się pisać i czytać. Kursy prowadzone były przez wspomnianego Wejdlera i Rochl Rubinsztajn (żonę Szimena Rubinsztajna), byłą nauczycielkę w szkole CISZO w Białymstoku. Przy „Cukunfcie” działała także sekcja dramatyczna, która od czas do czasu wystawiała jednoaktówki i inne scenki. Szczególną radość w życie młodzieży wnosiły lenie obozy i zloty. Sokołowska organizacja uczestniczyła w zlotach w Kałuszynie, Siedlcach, Warszawie a wspólnie z sekcją siedlecką zorganizowała obóz letni w Podnieśnie między Sokołowem a Siedlcami i zimowisko na wsi. W roku 1933 „Cukunft” wydał u nas w mieście jednodniówkę. „Skif” wydał zaś piękną gazetkę ścienną pod tytułem „Chawerszaft”.

Wielkim świętem było, gdy z Warszawy przyjeżdżał ktoś w celu wygłoszenia przemowy lub wykładu. (Sokołów chciał mieć tylko tych najsłynniejszych). Do miasta zawitali towarzysze H. Erlich, Jakub Pas, B. Szefner, D. Nejmark, Z. Artur i inni. Młodzież żyła wszystkimi najważniejszymi światowymi wydarzeniami, czy to socjalistycznym powstaniem w Austrii, czy to wojną domową w Hiszpanii. Wówczas w lokalu robiło się tłoczno. Gwarno jak ulu.

Młodzież żywiła nadzieję i marzyła o lepszym jutrze…

[str.239]

Afisz Kółka Teatralnego imienia Szolem Alejchema przy Towarzystwie Profesjonalnym, 1936

[str.240]

Prywatne grupy w Sokołowie w okresie międzywojennym

[str.241]

 

Neta Kaufman
(Akko)

Moje środowisko
(Przed i podczas I wojny światowej)

 

Równoległy rozwój żydowskich partii politycznych i nowej żydowskiej literatury na długo przed wybuchem I wojny światowej wywarły duży wpływ na kulturalny rozwój naszej sokołowskiej młodzieży. Wtedy, w 1912 roku, który był rokiem moralnej męki i zamartwień z powodu fałszywych oskarżeń o mord rytualny, które rosyjska „czarna sotnia”

Berisz Epelbaum

wysunęła przeciwko Żydowi Mendelowi Bejlisowi z Kijowa, z Puław do Sokołowa przyjechał Herszl Kajt (zamordowany przez Niemców). Miał on pracować jako zecer w nowej typografii znajdującej się w mieszkaniu domu należącego do Mojsze Stroga na ulicy Długiej. Spośród ówczesnych przyjaciół poza Szlojme Hochbergiem i innymi, chciałabym wspomnieć o dwóch pisarzach, którzy swoją młodość spędzili

[str.242]

w Sokołowie. Jednym z nich był Berisz Epelbaum, który w tym okresie ożenił się z sokołowianką. Mieszkał na ulicy Szerokiej i tam też snuł pierwsze swoje marzenia i stawiał swoje pierwsze literackie kroki. Spotykał się z młodzieżą, inteligentnymi i oświeconymi robotnikami mieszkającymi na jego ulicy i okolicznych uliczkach. Skarżył się tylko na duchową ciasnotę małego miasteczka i koniec końców uciekł w daleki świat pozostawiając po sobie wielkie wrażenie.

Drugim był młody robotnik Szlojme Sztejnberg, który w latach dwudziestych zasłynął w żydowskich kręgach literackich jako eseista i tłumacz.

Młodzieniec ten, Szlojme Sztejnberg, wówczas około siedemnasto-, osiemnastoletni, nosił w sobie wszelkie nastroje tamtego czasu. Pełen był marzeń i tęsknot młodego żydowskiego pisarza, który szukał kontaktów z żydowskim ogółem, szczególnie z żydowską młodzieżą.
Był pod duchowym wpływem świeckiej edukacji, wyznawał idee Haskali, o których sokołowska młodzież już co nieco wiedziała, zainteresował ich książkami, światową literaturą, czytał i recytował im dzieła, charakteryzując i wyjaśniając ich bohaterów i idee. Używał do tego emocjonalnych, artystycznych opisów, rozbudził i wywołał u swoich towarzyszy zainteresowanie dziełami znanych żydowskich pisarzy.

Chaim Noach i Baruch Jedidia Winogóra

Najbardziej duchowo rozwiniętym z młodzieńców pracujących w drukarni Herszla Kajta, był Baruch Jedidia Winogóra (zamordowany przez Niemców), który przyjaźnił się z Szlojmem Sztejnbergiem. Był młodszym synem słynnego uczonego i mełameda uczącego dorosłych młodzieńców, reb Mordechaja Zalmana. Baruch Jedidia, jak wielu młodzieńców w tamtym okresie, pracował a wieczorami chodził do sztybla chasydów z Białej. Później posmakował świeckiego życia. Poznał je za sprawą brata, Chaima Noacha, który miał już żonę i był na utrzymaniu swojego teścia i teściowej w Siedlcach.

[str.243]

Na początku 1921 roku, gdy wysłany przez partię Poalej Syjon przebywałem w Rosji nie mogąc stamtąd wrócić, przypadkowo spotkałem tam Chaima Noacha. Przyjechał do Rosji pod koniec lat dwudziestych razem z wycofującą się z Polski Armią Czerwoną. Chaim Noach grał wówczas z dużym powodzeniem w żydowskim teatrze państwowym.

Po raz ostatni widziałem go w roku 1939 w Białymstoku, gdzie był kierownikiem państwowego teatru żydowskiego przy

Chaim Noach Winogóra

żydowskiej sekcji kulturalnej, którą Rosja wysłała na byłe tereny polskie. Zadawał mi wówczas wiele pytań o los Żydów w Polsce, szczególnie interesowali go sokołowscy Żydzi i ich los. Pamiętał każdego, każdego z imienia i pytał o wszystkich, czy przeżyli, czy padli ofiarą Niemców. Pytał też o swoich rodziców, którzy już nie żyli. Żałował, że nie mógł przez te wszystkie lata, od kiedy był w Rosji, utrzymywać z nimi kontaktów. Gdy powiedziałem mu, że jego brat Baruch co miesiąc przesyłał im pieniądze z Paryża, był bardzo wzruszony i bardzo bolało go, że nie zdołał pomóc jego biednym

[str.244]

rodzicom, których bardzo kochał. Przykro mu było, że musieli cierpieć biedę pod koniec życia.

Zarówno Chaim Noach, jak i Ajzik Płatner, który będąc żydowskim pisarzem należał również do żydowskiej sekcji kulturalnej w Białymstoku, opowiadali mi, że piszą sztuki dla żydowskiego teatru w Rosji.

Od ostatniego spotkania nigdy więcej nie widziałem Chaima Noacha. Nie wiem nawet, czy jeszcze żyje. Nie wiem też, jaki los spotkał jego małą rodzinę: jego żonę, zdolną artystkę (Ślub odbył się w Rosji. Była ona już w młodzieńczych latach bardzo utalentowaną malarką).

***

Baruch Jedidia zazdrościł bratu i sam też zaczął zadawać pytania i dyskutować, aż trafił do

Grupa z pisarzem Ajzikiem Płatnerem (pierwszy od prawej) i Baruchem Winogórą (trzeci od prawej)

do drukarni Hersza Kajta. Tak samo jak w chederze czy jesziwie studiując Gemarę, tak i tutaj dyskutując z towarzyszami o pisarzach i książkach, wykazał wielkie duchowe zainteresowanie i rozumował jasno oceniając omawiane dzieła i ich autorów. Szybko też został inicjatorem ówczesnych przyjacielskich zebrań i

[str.245]

spotkań w drukarni zarówno za czasów Szlojme Sztejnberga jak i później, gdy już wszyscy opuścili nasze miasteczko.

Dzięki Baruchowi Jedidii drukarnia w ciągu kilku lat stała się duchowym centrum, które przyciągało miejską młodzież pragnącą wiedzy, kultury i towarzystwa. Pod jego wpływem idee najbliższych towarzyszy rozwinęły się i wzbogaciły a dzięki jego oddziaływaniom dojrzewała kulturalna i społeczna świadomość dużej części młodzieży z naszego miasteczka. Gdy nadszedł czas i wydarzenia I wojny światowej nabrały tempa, co doprowadziło do nieoczekiwanego końca carskiego władania w Polsce, możliwe stało się powstanie społecznych i kulturowych inicjatyw i organizacji, które wcześniej były zabronione. Żydowskie masy rozbudzone duchem ówczesnych czasów, pragnęły kulturowo-społecznej odnowy, pragnęły inicjatyw, która pokazałaby im drogę i Baruch Jedidia został ich społecznym przywódcą na ludowej trybunie w naszym miasteczku.

Jego przekonujące przemowy rozpalały świadomość w sercach słuchaczy i nawoływały do zakładania instytucji, których w Sokołowie nigdy nie było: żydowskiej biblioteki, czytelni i kółka teatralnego. Później zaś – partii politycznych, domu robotniczego, profesjonalnych stowarzyszeń, szkoły im. Borochowa i innych.

Baruch Winogóra działał nie tylko na sokołowskiej trybunie. Już w młodzieńczych latach wykazywał wielki społeczny, duchowy talent w miastach i miasteczkach obwodu kowieńskiego na Litwie, dokąd niespokojny duch tamtych czasów zagnał go z dwoma bliskimi towarzyszami.

Masy żydowskie zarówno w jego rodzinnym mieście Sokołowie, jak i na Litwie, zachwycały się jego pięknie brzmiącymi, przekonującymi referatami dotyczącymi teorii i programu nowej żydowskiej partii robotniczej Poalej Syjon. Organizacje takie powstały we wszystkich miastach w kraju – a przy każdej organizacji – kulturalno-społeczne stowarzyszenie i związek zawodowy. Przy okazji chcę wspomnieć, że w tamtym okresie w roku 1919, wszyscy napotykaliśmy w Litwie na wielkie zacofanie. Nie było żadnych partii, ani syjonistycznych, ani bundowskich. Ale gdy organizacja Poalej Syjon zyskała popularność i zakładała oddziały w miastach i miasteczkach, obudziły się także z głębokiego snu syjonistyczne, bundowskie i komunistyczne partie.

[str.246]

Pociąg do pisania rozbudził się w nim w młodzieńczych latach. W wieku 18 lat po raz pierwszy napisał tekst o I. L. Perecu i od tego momentu pisał i wygłaszał prelekcje na tematy literackie. Gdy pod koniec lat dwudziestych osiadł w Paryżu, poświęcał swój wolny czas (pracował w fabryce odzieżowej) na pisanie literacko-krytycznych tekstów o książkach żydowskich pisarzy z Ameryki.

Po dwóch latach męki, biedy i finansowych kłopotów przekonany, że ruch robotniczy na Litwie rozrósł się do należytych rozmiarów, Baruch Jedidia Winogóra wyjechał z Litwy do Niemiec i osiadł w przemysłowym centrum kraju, w Zagłębiu Ruhry, gdzie pracował w kopalni węgla. Winogóra spędził tam sześć tygodni. Gdy podczas pracy zemdlał, lekarz stwierdził u niego wysoką gorączkę i zakażenie w jamie brzusznej i kazał zawieść go do szpitala. (Podobny los spotkał nieco później jego towarzysza piszącego niniejsze słowa, z którym wspólnie opuścił Litwę i wyjechał do Niemiec szukać szczęścia w tak chwalonym tamtejszym ruchu robotniczym).

W trzecim dniu mojego pobytu w szpitalu przez maleńkie okienko dostrzegłem zmęczoną postać Barucha Winogóry błądzącego i szukającego wejścia. Zawołałem go. Baruch opróżnił swoje kieszenie i ułożył wokół mnie różnego rodzaju drogie owoce, które przyniósł mi na wzmocnienie. Gdy wyszedłem ze szpitala dowiedziałem się, że leży chory w innym szpitalu.

Barucha Jedidię jako działacza społecznego i utalentowanego mówcę pamiętają pewnie pozostali przy życiu Żydzi, ocaleni z różnych miast i miasteczek w Polsce, na Litwie i w Paryżu i z innych krajów. Jego literackie dziedzictwo – krytyki żydowskich książek – znajdzie, mam nadzieje, z czasem uznanie.

Także jego żona, poetka i malarka Chana Kowalska (córka włocławskiego rabina Kowalskiego) nie mogła należycie rozwinąć swoich talentów. Jej literacka wiedza i znaczny intelekt wyrażały się zawsze w swojskim, serdecznym człowieczeństwie. Taka była z natury i nigdy nie chwaliła się swoim znakomitym pochodzeniem. Była idealistką wierząca w człowieka i jego przyszłość, w żydowskie masy i zawsze inspirowała męża

[str.247]

do społecznej i literackiej pracy, mimo iż oznaczało to dla nich ciężkie życie.

Była Baruchowi przyjaciółką, bliską powiernicą aż do ich tragicznej śmierci z rąk niemieckich morderców.

Chaim-Lejb Hochberg

Wśród młodzieży, która w latach dwudziestych zbliżyła się do nas, był również Chaim-Lejb Hochberg, nauczyciel hebrajskiego, który w bardzo młodym wieku zmarł w kresowym mieście Kowlu, gdzie przez ostatnie lata swojego życia pracował jako nauczyciel w szkole Tarbut. Jednocześnie był działaczem syjonistycznym w obwodzie wołyńskim.

Szkoła ludowa z nauczycielem Chaimem-Lejbem Hochbergiem [?]

Chaima-Lejba spotkałem pierwszy raz, gdy uczyłem się u jego ojca w chederze (u mełameda Barucha Josefa (błp.)). Uczył się wówczas w jesziwie na obczyźnie i był kilka lat ode mnie starszy. Pamiętam, że zawsze, gdy przyjeżdżał na święta, u jego rodziców panowała wielka radość, bo znał każdą księgę, z której jego ojciec go odpytywał. Najbardziej cieszyła się jego serdeczna matka, rebecyn Szejndl. Chaim-Lejb był światełkiem w jej biednym życiu i dawał jej radość i pociechę. „Pragnie się uczyć” – mówiła – „Wiedza siedzi w jego głowie”. Nie wiedziała, dodawała,

[str.248]

co w jej Chaimie-Lejblu jest piękniejsze: czy jego dusza czy ciało. Wiedziała tylko, że oba radowały jej serce.

W pierwszych lata po wielkim pożarze należał on także do tych dorosłych młodzieńców – uczonych, którzy zostali zmuszeni do szukania zajęcia w życiu. Wrócił z jesziwy, ożenił się, został nowoczesnym nauczycielem, maskilem, który swoją krótką kapotą, ogoloną twarzą, elegancką fryzurą i europejskimi manierami imponował młodzieży robotniczej, która chodziła do niego uczyć się pisać.

Chaima-Lejba lepiej poznałem po naszym powrocie z zagranicy. Podobnie jak wielu innych uczonych otwarcie wstąpił na drogę żydowskiego narodowego kulturowego renesansu i zachwycił się świecką kulturą.

My, odwiedzający go towarzysze, szybko się zżyliśmy z nim, jego szlachetną żoną Ester i jego dwoma pięknymi córkami – Sorele i Chanele. Dzięki niemu poznaliśmy też i zaprzyjaźnialiśmy się z nauczycielami i nauczycielkami ze szkoły powszechnej dla żydowskich dzieci, w której pracował jako nauczyciel religii.

Pisząc o żydowskich nauczycielach, muszę wspomnieć jeszcze o polskiej szkole powszechnej. Z narodowego punktu widzenia szkoła ta nie nadawała się dla żydowskich dzieci, które potrzebowały edukacji w duchu życia i kultury ich narodu i nauczania w języku ojczystym. Nawet dzieci, które skończyły wszystkie jej oddziały, nie wykazywały takiej dojrzałości, wiedzy, jak dzieci uczące się w szkole żydowskiej. Wręcz przeciwnie, za każdym razem widać było braki w ich nauce.

Awrom Simche Hochberg

Wśród towarzyszy odwiedzających drukarnie Herszla Kajta byli bracia Awrom Simche i Szlojme Majer Hochbergowie, synowie mełameda reb Barucha Josefa. Poszli oni w ślady innych dorosłych młodzieńców z naszej uformowanej po wielkim pożarze rodziny i zostali kamasznikami. Spotykali się często z towarzyszami z drukarni i z ochotą uczestniczyli w przyjacielskich rozmowach o książkach i pisarzach.

Brali udział też w innych zajęciach, zarówno w „hazardowych” szachach jak i wesołych pogawędkach między towarzyszami. Okazało się, że cichy,

[str.249]

sentymentalny i trochę wycofany Awrom Simche zazdrości pisarzom i poetom, których czytuje… W ukryciu i cicho składał w kieszeni kawałki papieru z jego własną twórczością. Tylko nieliczni znali jego tajemnicę. Swoje wiersze czytał tylko wybranej grupie. Przeczytawszy, szybciutko zwijał papierek i nie odczekawszy opinii chował z powrotem do kieszeni.

Już po wyjeździe Szlojme Sztajnberga z Sokołowa, który pozostawił w naszych sercach tęsknotę, wielu poczuło, że przeszło teraz na własne literackie utrzymanie i przyjaźń między nami umocniła się. Ja także byłem jednym z tych, którym Awrom Simche powierzył swoją tajemnicę. Z wielu kawałeczków papieru zapisanych drobnymi literkami, które mi czytał, pamiętam wersy, które były dojrzałą poetycką twórczością. Jeden z wierszy brzmiał tak:

„Dlaczego błyszczą i migają gwiazdy nocą?
Ich jasność – jak ona powstaje, jak powstaje?
Noc, noc jest przecież mroczną przepaścią, –
A gwiazdy, kto zapala je w Rzymie?…
I skąd biorą gwiazdy siłę, aby świecić
i nie zgubić się w mroku przepaści?
Czy gwiazdę można porównać z człowiekiem,
każdy wypełniony jest sercem bogatym.
I każde serce myśli tylko o miłości,
i w miłości znika noc?!”

Pamiętam, że wszystkie jego wiersze, które mi przeczytał, miały romantyczne tematy. Ich bohaterami były gwiazdy i kochankowie. Za to o nędzy, w której się urodził i wyrósł, nie wspomniał ani słowem…

Bieda, którą cierpiał i wybuch I wojny światowej osłabiły jego serce. Jego towarzysze, którzy wraz z rodzinami klepali biedę, bo wielu z nich pozostało bez pracy, pomagali mu jak mogli. Zachorował i przez jakiś czas męczył się leżąc w łóżku. Tydzień przed śmiercią powiadomił swoich bliskich, że „wkrótce zaśnie na zawsze”.

Z powodu tej niesprawiedliwej, dziwnej śmierci młody Awrom

[str.250]

był traktowany przez swoich towarzyszy jako „pierwsza ofiara” społecznego molocha.

Becalel Fridman

I żydowska szkoła ludowa w Sokołowie

Wśród Żydów, których Nikołaj Nikojewicz, carski głównodowodzący w czasie wojny, kazał wydalić z zajmowanych przez Rosjan w czasie I wojny światowej miast, były wędrowne bezdomne rodziny. Wiele z nich znalazło schronienie w Sokołowie. Jedna z rodzin, rodzina Fridmanów pochodząca z Brześcia, na początku niemieckiej okupacji otworzyła małą herbaciarnię w domu należącym do Gada Rozenbauma na ulicy Długiej.

Herbaciarnię odwiedzali przede wszystkim żyjący w biedzie robotnicy i prości ludzie, którzy zaspakajali swój głód małymi porcjami czarnego chleba, popijając je kawą lub herbatą słodzoną sacharyną, którą można było tam kupić.

W herbaciarni, także przed budynkiem, pojawiał się od czasu do czasu i zaraz znikał ubrany po studencku, chudy i uroczy młodzieniec, który zwracał na siebie uwagę wszystkich. Nikt jednak nie zamienił z nim nigdy ani słowa. Był to syn właścicieli tej biednej herbaciarni. Nazywał się Becalel Fridman. Jego ojciec opowiadał, że z powodu wojny musiał przerwać studia na filologicznym fakultecie.

Ten oto Becalel Fridman, który robił wrażenie cichego, rozmarzonego i nieśmiałego młodzieńca nie szedł z duchem tamtych czasów. Szybki społeczny i polityczny rozwój żydowskich robotników rzucił ich w objęcia robotniczej partii Poalej Syjon. Tłumy ciągnęły do ich wielkiego lokalu i domu robotniczego. Fridman interesował się bardziej literaturą i pedagogiką, w których był ekspertem i do których wykazywał wielki talent i zamiłowanie. W tym samym roku 1916 otworzono wieczorowe kursy dla młodzieży i dorosłych. Dzięki sukcesowi kursów wieczorowych, na których Fridman był jednym z głównych nauczycieli, a które odwiedzane były przez dziesiątki młodych robotników, partia w roku 1917 po wielu staraniach otworzyła czteroklasową żydowską szkołę ludową dla dzieci, będącą jedną z licznych żydowskich szkół ludowych w

[str.251]

Polsce z jidysz jako językiem nauczania. Mimo iż pedagogicznych podręczników dla szkół żydowskich było wówczas bardzo mało, nowoczesna literatura żydowska obejmująca zarówno klasyczną jak i oryginalną twórczość, była sporych rozmiarów i tym samym zapewniony był sukces edukacji i wychowania żydowskich dzieci w żydowskich szkołach powszechnych. Także rodzice naszych uczniów bardzo zadowoleni byli z naszej szkoły i nikt nie odmawiał uiszczania niewielkich opłat za edukację.

Finansową bazę szkół ludowych stanowiły dotacje otrzymywane z Komitetu Centralnego Poalej Syjon oraz dochody ze sprzedaży biletów na przedstawienia teatralne i koncerty wstawiane przez kółko dramatyczne, które działało przy Poalej Syjon w Sokołowie. Poza Becalelem Fridmanem w szkole uczyli odesłani przez Centralny Komitet partii studenci: Fejwl Jedwab i Holcekier, którzy z rodzinami przenieśli się do Sokołowa.

Warto wspomnieć, że nauczyciel Holcekier był studentem fakultetu medycznego. Z powody wojny musiał przerwać studia i zdecydował się przystąpić do ruchu syjonistycznego.

Po powstaniu niepodległej Polski, Becalel Fridman wyjechał do Ameryki i został tam jednym z najznakomitszych nauczycieli i działaczy w żydowskiej edukacji. Pisał i publikował liryczne wiersze. Umarł w kwiecie wieku.

Wszyscy nauczyciele mieli wiele zrozumienia i sympatii do dzieci, które wychowywali. Wszystkie bez wyjątku pochodziły z biednych żydowskich rodzin i z mozołem kończyły kolejne lata nauki.

Wśród nauczycieli była jedna syjonistka (Kezman), jedna zwolenniczka Bundu (Mania) i nauczycielki Luksenburg i Malewonczyk, bezpartyjne, pochodzące z prostego ludu. Większość pracowała w Sokołowie już od powstania polskiej szkoły powszechnej aż do końca czerwca 1939 roku.

Poza nauczycielem Jakowem Grinbergiem i jego żoną, nauczycielką Manią Arabczyk, którzy przeżyli wojnę w Rosji, oraz nauczycielką Kezman, nie wiadomo, czy ktoś z kolegium nauczycielskiego uratował się z zagłady…

Cześć ich pamięci!

[str.252]

Szlojme Szercman

W mieście już na początku niemieckiej okupacji w roku 1915 pojawił się jeszcze jeden młodzieniec. Spiesznie przemierzał ulice jak obcy, który nic nie chce zobaczyć i z nikim utrzymywać kontaktów. Także on nosił studenckie ubrania. Jego podłużna twarz nie miała szczególnych rysów wskazujących na żydowskie pochodzenie, więc ciekawscy mądralińscy utrzymywali, że jest on „Niemcem”, który pracuje dla władzy, dla szefa okręgu i mieszka w zajeździe Pinie Hersza Lejzera na ulicy Węgrowskiej.

Okazało się, że był on Żydem i pracował jako pierwszy sekretarz u szefa okręgu. Znał kilka języków, poza tym odrobinę jidysz… Żydowska kultura była dla niego obca, nie przywykł do prowadzenia żydowskiego trybu życia, za to miał wiele zrozumienia dla wielu rzeczy i ciekawy był wszystkiego, co dzieje się na żydowskich ulicach – był to Szlojme Szercman…

Najwidoczniej także do niego dotarło ożywienie życia społecznego, do którego doszło wśród młodzieży żydowskiej w mieście. Ciągnęło go do wyjścia z ponurych, nudnych pokojów, z zajazdu, w którym nie mając innego wyboru zawsze odpoczywał po pracy. Ponieważ był zapalonym szachistą, szukał chętnych, z którymi mógłby zaspakajać swój głód gry aż koniec końców trafił do drukarni Hersza Kajta. Zaraz zaproponował nam zagranie z nim partyjki i podczas gry zaskoczył nas nowymi ruchami, genialnymi posunięciami, natychmiast zdobył nasze uznanie i sympatię. Wygrywał wszystkie partie, nawet te, które grał w ciemno… Zaraz po tym, gdy przyszedł do Domu Robotniczego grać w szachy, wygrywał wszystkie partie, te w ciemno i te rozgrywane z kilkoma przeciwnikami naraz. Wyznał też, że fascynuje go duch żydowskich mas, które obserwuje codziennie w Domu Robotniczym. Zachwycają go dyskusje, które prowadzone są tam o literaturze i politycznych kwestiach, dlatego prosił o pozwolenie na wygłoszenie deklaracji, aby od tego momentu traktować go jako wielkiego przyjaciela partii Poalej Syjon.

O tej chwili jego fascynacja szachami przeniosła się na społeczną pracę na rzecz żydowskich mas robotniczych. Zorientowawszy się szybko w programie partii, został jej płomiennym mówcą.

Mimo że przemawianie przychodziło mu ciężko (a do tego

[str.253]

jeszcze po żydowsku), udało mu się szybko zjednać sobie słuchaczy.

Mimo iż zajmował wysoką pozycję w biurze szefa okręgu, został wspólnikiem we wszystkich tajnych planach politycznych akcji organizowanych przez partię. Współuczestniczył także w organizowaniu i przeprowadzeniu wielkiego robotniczego zgromadzenia w lesie, 1 maja 1917 roku.

Nigdy nie opowiadał nam nic o swoim pochodzeniu i domu rodzinnym. Ludzie przebąkiwali, że pochodzi z zubożałej dostojnej rodziny siedleckiej i oddalił się od żydowskiego środowiska. Jego matka, wdowa, zadbała o to, aby jej syn ukończył uniwersytet i dostał dyplom, co w czasach rosyjskiej władzy nie było zadaniem łatwym. Wraz w wybuchem wojny, jego nadzieje całkowicie prysnęły… Gdy Niemcy zostali przegnani z Polski, sądziliśmy, że już go nigdy więcej nie zobaczymy, bo życie rozrzuci nas na różne krańce świata. I tylko w pamięci każdy z nas będzie nosił wspomnienie minionego życia i naszego rodzinnego miasta.

Przyszło mi spotkać się z Szercmanem jeszcze raz, ale nie w Polsce, a na Litwie. W jednym z letnich miesięcy roku 1919 widziałem Szercmana na ulicy w Kownie. Był w bardzo złym stanie. Nadal wysoki ale mocno przygarbiony, miał znoszone ubrania, a jego twarz była chorobliwie blada, wychudzona a oczy zgaszone. Okazało się, że podobnie jak my, opuścił swoją ojczyznę i ruszył w daleki świat szukać szczęścia i wolności. Za nielegalne przekroczenie granicy został skazany przez sąd policyjny na 25 batów i trzy miesiące więzienia.

Torturowano go a odniesione rany pozostawiły długotrwały uszczerbek na jego zdrowiu. Na Litwie pracował jako tłumacz dla jednego z urzędów. Stracił zapał i do partyjno-społecznej pracy nigdy już nie powrócił. Gdy stan jego zdrowia uległ poprawie, kilka razy odwiedził nas w naszych Wilkowiczkach, gdzie znajdował się dom i Komitet Centralny partii.

Ożenił się z jedną z naszych najlepszych towarzyszek na Litwie, Ejgą Rozenbaum, pochodzącą z szacownej kupieckiej rodziny.

[str.254]

Grupa młodzieży w roku 1919

Szkoła Tarbut z nauczycielem Gadem Zaklikowskim

 

[str.255]

 

Pinchas Rafałowicz

Tel Awiw

Domy modlitwy w Sokołowie

 

Po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej synagogi i domy modlitwy stały się duchowym centrum żydowskiego narodu. W świętych księgach nazywane są „drobną świątynią”, odnośnie do biblijnego wersetu bowiem „a był im drobną tylko świątynią” [*Księga Ezechiela 11, 16] Gemara powiada, że chodzi tu o „bóżnice i domy nauki” [*traktat Megila 29].

W trudnej, diasporowej drodze chroniły przez asymilacją, wzmacniały więź z Bogiem i Torą, poczucie narodowej jedności. Były też podstawową komórką organizującą opiekę i pomoc ubogim w ramach żydowskiej społeczności.

Zagłada Sokołowa była także unicestwieniem dwudziestu jeden besmedreszy [*domów modlitwy], w których modliły się tysiące Żydów. Wśród nich były wielkie domy modlitwy. Tam modlono się dniami i nocami, w powietrzu głos Tory rozbrzmiewał nieustannie. Były też mniejsze, w których ludzie spotykali się tylko w szabas i w święta.

*

Wielka synagoga znajdowała się przy ulicy Bóżnicznej w pięknym, wielkim budynku odbudowanym po pożarze w roku 1910 [*chodzi o nieistniejący już budynek przy obecnej ul. Magistrackiej].

W synagodze zatrudniony był kantor opłacany z gminnych pieniędzy. Ostatnim był reb Aszer Mandelbaum, teść rabina reb Mendla. Wiele lat mieszkał w Warszawie. Był bogaty, ale pod koniec życia zubożał. W związku z zaistniałą sytuacją materialną przyjął urząd kantora w sokołowskiej synagodze. Był wielkim znawcą Tory i modlił się w rycie chasydzkim. W synagodze intonował niguny [*melodyjne śpiewy] z Warki i Międzyrzecza. Bardziej też prowadził modlitwy niż zajmował się tylko śpiewaniem. A jego modlitwy były bogobojne. W Jamim Noraim [*Straszne Dni, tj. dziesięć dni pokuty] w synagodze odprawiał tylko modły poranne.

Przez ponad czterdzieści lat w synagodze modlitwę musaf [*dodatkowa modlitwa z okazji niektórych świąt] odmawiał reb Chaim Szmuel Rozenbojm. Miał piękny, liryczny głos i w czasie świąt Rosz ha-Szana [*Nowy Rok] i Jom Kipur [*Dzień Pojednania] prowadził modły.

Kozieński magid [*kaznodzieja] (błp.) powiedział, że w śpiewanych nigunach odzwierciedlają się codzienne czyny każdego z nas. Niguny i modlitwy reb Chaima Szmuela wyrażały jego szlachetną duszę i dobre czyny.

[str.256]

W szabas w synagodze modliły się dwa minjany [*minjan – grupa 10 Żydów niezbędnych do odprawienia publicznych modłów]. Jeden modlił się wcześniej, drugi nieco później.

Przedstawicielami gabaja [*urzędnika gminy żydowskiej] we wcześniejszym minjanie byli reb Herszl Rejzman i reb Pinkas Nejdorf.

Gabaje. Synagoga nie mogła pochwalić się rozbudowaną administracją. Modlących się wybierał gabaj, który dbał też o synagogę i o porządek. W czasach wielkich kwest dobroczynnych, np. zbiórki na remont itp., gabaj prosił o pomoc szacownych członków gminy.

W ciągu ostatnich piętnastu lat przed Zagładą gabajami byli: reb Icikl Wajsberg (mleczarz), Benjomcze Rubinsztejn, reb Benjamin Elinberg i reb Ruwen Pencik. Warto wspomnieć, że Benjomcze Rubinsztejn przeprowadził podczas swojej kadencji gruntowy wewnętrzny i zewnętrzny remont synagogi i spośród modlących się zwerbował wielu nowych sympatyków dla religijno-syjonistycznych idei.

Wiele lat szamesem [*pracownik synagogi; woźny] w synagodze był reb Bencyjon – sympatyczny człowiek o pięknej twarzy, postać legendarna kochająca lud Izraela i jego szlachetne tradycje. Wszyscy, młodzi i starzy, bardzo go lubili i szanowali. Gdy reb Bencyjon w piątkowy wieczór tuż przed zapaleniem świec nawoływał na rynku swoim pięknym głosem: „Do synagogi!”, wszyscy kramarze i rzemieślnicy natychmiast zamykali sklepy i warsztaty i spieszyli do domu na powitanie szabasu. Czuć było, że swoim wołaniem reb Bencyjon przyciąga do miasteczka świętość szabasu.

Synagoga była też centralnym miejscem wszystkich narodowych, państwowych i żydowskich uroczystości i zgromadzeń.

Stary besmedresz [*chodzi o budynek przy ul. Magistrackiej 4]. Jeśli synagogę można nazwać centrum miasta, to stary besmedresz był centrum modlitwy i Tory.

Od rana do godziny 12 modliły się tam różne minjany. I po kilkugodzinnej przerwie zaraz zaczynano odprawiać modły popołudniowe i wieczorne. Gdy rzeźnik Mendl opuszczał późną nocą stary besmedresz, schodzili się już mężczyźni modlący się z pierwszym minjanem. W starym besmedreszu zimą było błogo i ciepło, a latem przyjemnie i chłodno.

Można było tam spotkać znanych miejscowych uczonych reb Henocha Kohna, reb Isroela Henocha Szwarcworta, reb Mordechaja Zalmana (Winogórę), reb Jakowa Karpla, Aszera Nelkenberga (zięcia Aworma Czarnickiego), reb Bera Lejba Grinberga (mełameda) pochylonych nad otwartymi Gemarami [*księgami Talmudu] albo dyskutujących trudne kwestie religijne.

Przy stole na lewo od wejścia przesiadywali reb Jekel Broker, farbiarz Mordechaj (Likower), Mojsze Kutlarski, Josef (Mendel) rozprawiając o fragmentach „More newuchim” [*Przewodnik błądzących – teologiczno-filozoficzny traktat Majmonidesa] albo o problemach

[str.257]

ze świata polityki. Każdy z nich zawsze miał swoje zdanie i zawsze je wypowiadał. Drugą połowę besmedreszu zajmowali młodzieńcy, tacy jak tragarz, zięć Nuty Gurfinkla [*właściciela młyna przy Cetynii], znany w mieście Gdalje, syn szklarza, zdolny uczeń żyjący w biedzie, bardzo słabego zdrowia (syn Isroela Golanda). Pod ścianą, przy podeście siedzieli kramarze i rzemieślnicy i odpoczywali od ciężkich, szarych zajęć. Ogrzewali zziębnięte kości, rozmawiali i żaden z nich nie miał ochoty wracać do biednych, zimnych domostw.

Gabaje. W ciągu ostatnich dwudziestu lat przed Zagładą besmedresz miał dwóch gajabów. Długi czas gabajem był reb Chaim Josef Rubinsztejn, który później wyjechał do Erec-Isroel. Po nim do Zagłady urząd ten sprawował Dowid Szydło. Dbali o besmedresz i o jego potrzeby i byli bardzo oddani swojej pracy.

Prowadzący modlitwy. W czasie Jamim Norami modlitwę poranną prowadził rzeźnik reb Szmuel Josef, a musaf – reb Judl Szwarcbar. Głównodowodzącym był reb Icikl (teść Naty Kaufmana). Dzięki niemu prowadzący modlitwę musaf mógł ją skończyć, bo w czasie modłów reb Icikl tracił głos. Reb Icikl pomagał jak potrafił. Przez ostatnie dziesięć lat szamesem w besmedreszu był reb Chaim Jekiel. Był wielkim uczonym i szlachetnym człowiekiem. Nie mieszał się w kłótnie, nie chciał słuchać plotek. Swój wolny czas poświęcał studiowaniu. Nigdy nie widziano go rozmawiającego z kimś w besmedreszu na inny temat niż sprawy domu modlitwy lub dobroczynności. Nigdy nie żądał pieniędzy od bogatych gospodarzy, jak mieli to w zwyczaju inni szamesi. A gdy ktoś chciał mu sprawdzić przyjemność, to musiał się niemało natrudzić, aby reb Chaim Jekiel przyjął datek.

Studiowanie Tory. Studiowano bardzo dużo. Organizowano różnego rodzaju towarzystwa, jak Chewres Misznajes, Cheweres Ejn Jakow, Chewres Szas oraz Parszes ha-Szawua.

Szames reb Bencyjon prowadził studia w Towarzystwie Ejn Jakow. Po jego śmierci jego obowiązki przejął szames reb Chaim Jankiel.
W Towarzystwie Misznaickim zmieniano się w recytowaniu lekcji. Chewres składało się z reb Szmuelke Isroela, reb Isroela Goldfarba, reb Jehoszuy Efraima (mełameda [*nauczyciela]), Jekiela Fridluba, męża Rochl Hindy (ojca Chaima Fridluba) i Isroela Jeszai Grinberga (ojca Jakowa Grinberga). Wspólnie studiowali Misznę i prowadzili długie dyskusje.

W Towarzystwie Miszny i Talmudu studia prowadził reb Isroel Henoch, reb Szmuelke Isroel, a jako ostatni rzeźnik, reb Isroel (syn rzeźnika Mendla).

[str.258]

Był wielkim uczonym i miał talent pedagogiczny. Jego sposób studiowania przyciągał wielu słuchaczy. W piątek wieczorem reb Josef Mendele studiował parszę [*fragment Tory] na dany tydzień. Był on znakomitym kaznodzieją, a swoim sposobem prowadzenia studiów odnosił wielkie sukcesy. Po naukach gabaj rozdawał wszystkim piwo i bób z okazji szabasu.

Towarzystwo Psalmowe składało się z kilkudziesięciu modlących. Pamiętam tylko część z nich, których nazwiska tu przytoczę: reb Joel Welwl Rybak, uczciwy i pobożny Żyd o pięknym obliczu. Swoje dzieci wychował w duchu narodowo-religijnym. Szachne Czernicki, wielki uczony, wierny członek Keren ha-Jesod. Gdalje Mojsze Manko, działacz w związku zawodowym rzemieślników, był też przez pewien czas dozorem w gminie. Jeszaje Tame, z zawodu szewc, działacz społeczny, aktywny członek Chewry Kadiszy [*Bractwo Pogrzebowe], członek rady Żydowskiego Banku Ludowego. Simche Sadownik, Mendl Kawer, Szmuel Gdalje, Ejzik Mendl Suficki, Icchok Eljezer i inni serdeczni Żydzi, których imion w tej chwili nie pamiętam.

Ani deszcz, ani śnieg nie były w stanie powstrzymać ich od przyjścia o stałej porze do besmedreszu. Zawsze punktualnie otwierali pierwszy sejf Arki Przymierza: „Niech wstanie rano jako lew wstaje, aby oddać cześć swemu Stwórcy, który wskrzesza świt”.

Nowy besmedresz stał na ulicy Siedleckiej [*budynek znajduje się przy ul. Długiej], na prawym skraju miasta. Wejście było od Małego Rynku. Budynek był piętrowy, na piętrze mieścił się babiniec.

Głównym inicjatorem powstania nowego besmedreszu był reb Mojsze Birowski. Prowadził budowę oraz przeznaczył wielką sumę na ten cel. Powiadał, że besmedresz będzie jego macewą i upamiętnieniem jego imienia (był bezdzietny). Był on jednym z najważniejszych gospodarzy w miasteczku, nie był wielkim uczonym, nie był też bardzo wykształcony, wszyscy go jednak bardzo szanowali. Był także działaczem społecznym, dozorem w gminie żydowskiej i radnym w radzie miejskiej, jednym z pierwszych sympatyków Chowewej Syjon [*Miłujący Syjon – organizacja wspierająca imigrację do Ziemi Izraela], później należał do Mizrachi.

Modlący się w tym besmedreszu pochodzili przede wszystkim z zachodniej części miasta. Byli to głównie rzemieślnicy, sadownicy i drobni kramarze. Na początku modlono się tam tylko w ciągu tygodnia i w szabas. Nie studiowano zaś Tory. Jednak z czasem zaczęli przychodzić tam wielcy uczeni, a nowy besmedresz stał się centrum studiów i modlitw. Po modlitwach południowych i wieczornych

[str.259]

wielu gospodarzy i rzemieślników zasiadało przy stołach i studiowało do późnej nocy. Widywano wśród nich dajana [*sędziego] reb Mordechaja, reb Mordechaja Winograda, reb Szimelke Isroela, Jekiela Chaima Aderszejna, Mendele Chaima Ajzenberga, Altera Sznajdera, Zundla Lermana, Aworma Ajzenberga, reb Menachema Międzyrzeckiego, Awroma Szmuela Grinberga, Hercke Wajsberga, Szmuela Goldfarba i innych. Także grupa młodzieńców studiujących w starym besmedreszu przenosiła się wieczorem do nowego.

Pomiędzy modlitwami południowymi i wieczornymi reb Josef Mendele studiował Psalmy. Część słuchaczy pozostawała później w besmedreszu dyskutując do późna na różne tematy.

W szabas popołudniu reb Mojsze Kalisziner (kapelusznik) studiował z grupą Żydów „Midrasz Raba”.

Pierwszym gabajem i kierownikiem besmedreszu był reb Mojsze, mąż Malki, który cały czas dbał o wzmocnienie jego wpływów. Po śmierci, jego brat Hersz Ber, z zawodu szewc, przejąć posadę gabaja. Należy wspomnieć, że zlikwidował swój zakład szewski i całkowicie poświęcił się swojemu świętemu zadaniu.

Reb Hersz Ber, rzemieślnik i człowiek prosty wypełniał swoje obowiązki z wielkim oddaniem. Był nie tylko gabajem, ale też szamesem i sam wypełniał wszystkie zadania, jakie do szamesa należały. Zimą grzał w piecu, rano otwierał besmedresz i dokładał drewna, aby modlący się mieli ciepło. Jego twarz lśniła z radości, gdy wieczorem widział ludzi studiujących Torę.

Aby ułatwić reb Herszowi Berowi pracę w innych obszarach, takich jak reprezentowanie besmedreszu na różnych uroczystościach czy zbieranie pieniędzy, modlący się wybrali zarząd, który poza reb Herszem Berem jako głównym gabajem, składał się z następujących osób: reb Mendla Ajzenberga, reb Mojsze, męża Szejny Chawy (Rozencwajga) i Dowida (Farbsztejna).

Najwięcej kazań magidzi [*kaznodzieje] wygłosili w nowym besmedreszu.

Sokołów miał szczęście do magidów, bo miejscy gospodarze chętnie dawali pieniądze na ich kazania. Dzięki temu magidzi spędzali w Sokołowie zazwyczaj kilka dni i wygłaszali kazania w besmedreszach, przede wszystkim zaś w nowym besmedreszu. Troszczyli się o nich bracia Icze i Abe Bychowscy, Szmlojme Sztutman, Dowidl Przezdziecki (krawiec) i Icele (też krawiec, mieszkał w domu Arona). Dbali o to, aby magid miał z czym wyjechać z Sokołowa. Gdy

[str.260]

ten pozostawał na szabas w Sokołowie, a tym bardziej, gdy był to dobry magid, wygłaszał swoje kazanie w nowym besmedreszu. Powodem była duża liczba słuchaczy. I rzeczywiście za każdym razem besmedresz był pełen mężczyzn i kobiet, który przychodzili wysłuchać kazań.

Nowy besmedresz był też centralnym miejscem spotkań wszystkich syjonistyczno-mizrachistycznych ugrupować. Tam rabini z Mizrachi, Keren Kajemet, Keren ha-Jesod wygłaszali wykłady, wzywali do pracy na rzecz odbudowy Erec Isroel [*Ziemia Izraela]. Wielu modlących się było wiernych ideałom powrotu do Syjonu. W czasie wyborów do rady miejskiej albo do gminy oddawali swoje głosy na listy syjonistów i Mizrachi. Zwolennicy Mizrachi, uczeni i zwykli studiujący Torę, którzy modlili się i studiowali w besmedreszu, mieli wielki wpływ na innych studiujących.

Simchat Bejt ha-Szoewa [*hebr. radość czerpania wody; w starożytności rytuał wylewania wody na ołtarz w czasie święta Sukot, co miało zapewnić opady deszczu] świętowano w nowym besmedreszu z wielką pompą do późnej nocy. Nauczyciel, chasyd bracławski, godzinami tańcował z prostymi ludźmi i porywał ich swoją ekstazą do nieziemskiego uniesienia. Reb Mendl, mąż Jehudis, wchodził na bimę dumny, tańczył z dziećmi i śpiewał „Im ejn ani li, mi li” [*hebr. Jeśli ja o siebie nie zadbam, któż o mnie zadba; traktat Miszny Pirkej Awot 1, 14]. Udało mu się pocieszyć złamane żydowskie serca.

Besmedresz rabego. Gdy sokołowski rebe (błp.) budował swój domu, który znajdował się między ulicą Piękną a Dużym Rynkiem, na parterze urządzono wielki besmedresz dla setek sokołowskich chasydów, którzy przyjeżdżali do niego na święta. Jak wiadomo, sokołowski rebe miał tysiące chasydów zamieszkujących różne miasteczka w całej Polsce.

W szabas modlili się tam starzy sokołowscy chasydzi, a w dni powszednie studiowali uczniowie jesziwy. Jak wiadomo jesziwa została założona w Sokołowie przez synów rebego (błp.) – rabinów reb Mojsze i reb Benjamina. Jesziwa nazwana została na cześć ojca sokołowskiego rebego, reb Isroela z Pilawy, autora dzieła „Szalom Jeruszalajm”. Był on wielkim uczonym w Torze, nawoływał do działań na rzecz osiedlania się Żydów w Erec Isroel. W wymienionym powyżej dziele napisał: “Powróci do Ziemi Izraela za sprawą ludu Izraela, zgodnie z porządkiem świata postępować będzie, by wyzwolić tę ziemię z rąk okrutników i stanie się bramą nadziei dla rozkwitającego stopniowo zbawienia”.

W szabas przed modlitwami rebe udzielał mądrych lekcji uczniom jesziwy. Przysłuchiwali się im także starsi chasydzcy uczeni, a potem modlili się, bo jak powiadano w Kocku, gdy przed modlitwą przestudiuje się kartkę Gemary, to i człowiek wie, po co się modli.

[str.261]

W besmedreszu rebego modliło się około dziesięciu minjanów, pośród nich następujący znani uczeni chasydzi: reb Mendl Zarembski, wielki uczony i chasyd, jeździł do rebego z Kocka i dobrze znał jego nauki. Był minimalistą, zmarł podczas rytualnej ablucji w mykwie. Reb Ejzsze Hendel, mędrzec o chasydzkim, kaznodziejskim umyśle, był znany wśród chasydów z Kocka. Był też doradcą rebego i poważanym obywatelem w miasteczku. Jego dom stał otworem dla wszystkich chasydów. Bardzo często, przede wszystkim pod koniec szabasu, chasydzi spotykali się w domu reb Ejzsze i pili razem herbatę, która miała dobry smak i zapach. Sam osobiście im ją podawał. Wypełnianie tej micwy sprawiało mu dużą przyjemność. Rozlewając herbatę, dyskutował o kwestiach religijnych, o bystrych kockich myślach. Był kupcem i miał skład z manufakturą. Do sklepu jednak zaglądał dopiero, gdy przestudiował swoją poranną porcję Tory i zakończył modlitwy. Jednocześnie uczynił wiele dla miejskiej Talmud Tory i pomagał biedakom. Wszystko robił z wielkim poświęceniem. Rozmowy z nim były bardzo interesujące. Nie lubił, wręcz nienawidził kłamstw. Jego materialne potrzeby były minimalne. Zadowalał się radością płynącą ze studiowania i pracą.

Reb Aszer Nelkenbojm, syn rebego z Ostrowa i zięć Awroma Aszernickiego, był uznanym państwowym rabinem. Był to zdolny młodzieniec, ale nie chciał nigdzie objąć urzędu rabinackiego. Pracował u swojego teścia w fabryce w Sokołowie, recytując przy pracy „Owoc trudu rąk swoich spożywać będziesz, będziesz szczęśliwy i dobrze ci się powiedzie” [*Księga Psalmów 128, 2].

Reb Mojsze Lustigman, wielki uczony, co wieczór pozostawiał piwiarnie swojej żonie, a sam spieszył do domu przestudiować codzienną porcję Tory. Przez pewien czas był przewodniczącym gminy, czynnym członkiem Agudas Isroel. Jego działalność była szczera i sumienna.
Alter Chaim Kafowy i Pinkas Czernicki, obaj znani i zaangażowani społeczni działacze, byli przewodniczącymi Mizrachi. Z sukcesem i godnością bronili interesów społeczności żydowskiej w radzie miejskiej, jak i w innych miejskich organizacjach. Dużo zrobili także dla ekspansji Mizrachi w miasteczku.

Rzeźnik reb Lejzer Goland, syn rzeźnika Szepsla, wielki uczony i człowiek wielkiej wiary, był bardzo skromny. Pomagał biednym, za co, między innymi, był bardzo lubiany przez wszystkie warstwy społeczne.

[str.262]

Reb Mendl Grinberg, jeden ze starych chasydów, uczony w Torze i postępujący zawsze zgodnie z jej nauką, wychowywał dzieci w głębokiej wierze. Był też jednym z przedstawicieli gminy, a Jamim Noraim spędzał zawsze u sokołowskiego rebego.

Reb Isroel Wajsbard, zagorzały chasyd, potrafił dobrze studiować i koniec końców wyjechał do Erec Isroel.

Reb Mojsze Szaulkes, uczony, był mełamedem, nigdy nie skarżył się na złe warunki, przyjmował wszystko, co na niego spadało, bo wierzył, że taki jest jego los. Czerpał radość i siłę z nauki kockich chasydów.

Reb Chaim Nojech Tuchlender, gospodarz, był człowiekiem bardzo inteligentnym. Był radnym w radzie miejskiej, wyświadczał przysługi ludziom, którzy potrzebowali pomocy jego mądrości, interweniował u burmistrza i u szlachciców i z nimi pertraktował.

Reb Josef Szpigelsztejn i reb Isrolke Granatsztejn, oddani sokołowscy chasydzi, byli gabajmi w besmedreszu rebego i aktywnymi działaczami udzielającymi pomocy wszędzie, gdzie była potrzebna.

Aleksandrowski sztybel [*kiedy mowa np. o aleksandrowskim sztyblu lub aleksandrowskich chasydach, chodzi o zwolenników rabina pochodzącego z tego miasta; dotyczy to także innych miejscowości]. W domu dzieci reb Pinkasla Ajzenberga na ulicy Rogowskiej [*obecnie Wilczyńskiego] znajdował się sztybel chasydów z Aleksandrowa. W modlitwach uczestniczyło tam wielu wiernych. Bo w Sokołowie w ogóle było dużo aleksandrowskich chasydów. Byli to wybitni uczeni, działacze, bogacze i sympatyczni ludzie. Nauka rebego z Aleksandrowa bazuje na miłości do ludu Izraela, docenianiu wszystkich, nakłanianiu ludzi do służby Bogu. Każdy Żyd był im drogi i święty.

Wielka chasydzka osobowość, reb Pinkasl Ajzenberg, wywarł duży duchowy i wychowawczy wpływ na swoich uczniów. Oni zaś starali się kontynuować drogę, którą ich prowadził.

Ludzie opowiadali, że w roku 1910 po śmierci słynnego aleksandrowskiego rebego, Jerachmiela Izraela, część chasydów chciała, aby to reb Pinkasl został nowym rebem. On jednak stanowczo odmówił i pojechał sam do Szmuela Kajdanowera, brata aleksandrowskiego rebego, który był spadkobiercą Jerachmiela Izraela. W sztyblu tym codzienne odmawiano modlitwy, a wieczorem wielu chasydów zbierało się, aby wspólnie studiować święte księgi.

Międzyludzkie stosunki były przyjacielskie i pełne obopólnej sympatii. Najwyraźniej widać to było, gdy któryś z wiernych potrzebował pomocy. Wówczas nie trzeba było nawet mobilizować ludzi do wsparcia, oni sami, z własnej nieprzymuszonej woli spieszyli z pomocą.

[str.263]

Chciałbym wspomnieć choć o kilku uznanych aleksandrowskich chasydach: kramarz Jeheskiel, stary chasyd z Warki, słaby fizycznie i chorobliwy, za do zdrowy na umyśle, studiował od rana do wieczora. Przez lata był przewodniczącym gminy i prowadził modlitwy w aleksandrowskim sztyblu. Modlił się pięknie i z wielkim poświęceniem. Gdy stał na podeście i odmawiał modlitwy, nikt nie wierzył, że reb Jecheskiel jest chory.

Reb Mendel Tykulski był synem rabina z Broku, wielkim uczonym i gorliwym chasydem. Posiadał też uprawnienia rabinackie. Nie chciał jednak objąć żadnego urzędu. Zajmował się handlem. Na rynku miał wielki sklep z manufakturą. Zajęciu temu wiele czasu jednak nie poświęcał. W interesach pomagała mu żona Libe, znana jako dobra i mądra kobieta. Większość czasu spędzał studiując z młodzieżą Torę.
Płonął miłością do ludu Izraela. W czasie pierwszej wojny światowej, gdy ekonomiczna sytuacja Żydów była bardzo krytyczna i wiele osób głodowało, podzielał zmartwienia biednych ludzi i oszczędzał, aby móc im dopomóc – zgodnie z nauką traktatu Taanit 11 z Gemary: „W czasie gdy społeczność dotykają strapienia, nikt nie powinien mówić: ‘Pójdę do domu i tam w spokoju będę sobie jadł i pił’, lecz powinien dzielić strapienia razem z całą społecznością”.

Reb Jankele Szalewicz, zięć reb Mendla, krewny rabina z Międzyrzecza, wielki uczony i człowiek cnotliwy. Wychował się w besmedreszu chasydów z Międzyrzecza i Aleksandrowa. Tam też poznał Jerechmiela Izraela, autora „Jismach Israel”, który go bardzo szanował.
Także sokołowscy chasydzi i rzemieślnicy doceniali zalety reb Jankiela. Wszyscy odnosili się do niego z wielkim szacunkiem. Czas spędzał na studiowaniu Tory.

Często odwiedzali go aleksandrowcy chasydzi i inni zwyczajni młodzieńcy, by posłuchać jego pogadanek o Torze, które były bardzo interesujące. Reb Jankele miał też otwarte ucho dla wszystkich, którzy przychodzili zawierzyć mu swoje zmartwienia. Często po takich rozmowach zamykał Gemarę i wychodził na ulice nieść pomoc.

[str.264]

Pozytywnie odnosił się do Erec Isroel i z sympatią patrzył, jak jego synowie, szanowani w mieście chasydzcy młodzieńcy, wstąpili do Mizrachi i przyczyniali się do rozwoju partii.

Cieszył się, że jego dzieciom udało się jeszcze przed Zagładą wyjechać do Erec Isroel i z chalucowskim zapałem budować kraj w duch Tory.
Reb Awrom Kohen, zięć reb Mendele, pochodził ze znakomitej rodziny, jednym z jego przodków był Szymon Sprawiedliwy. Każdego wieczora reb Awrom modlił się w sztyblu chasydów z Aleksandrowa do później nocy.

Był człowiekiem skromnym i cnotliwym, miał złoty charakter. Nigdy nikogo nie krytykował, a w każdym człowieku widział tylko dobro.
Jego sytuacja materialna nie była wyśmienita, ale nigdy się nie uskarżał. Wręcz przeciwnie, zawsze był zadowolony. Nie pragnął bogactw i w życiu postępowała zgodnie ze słowami proroka: „Oznajmiono ci, człowiecze, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem“ [*Księga Micheasza 6, 8].

Udało mu się z żoną Sore Leje, dobrą i mądrą kobietą, wyjechać do Erec Isroel do syna Barucha i córki Rojzy, którzy jako chaluce przybyli do kraju.

Reb Welwele Halbersztat, brat sokołowskiego dajana, uczony i chasyd, był bardzo skromny i miał w sobie wiele taktu. Reb Welwele i jego żona należeli do pierwszych ofiar podczas nazistowskich bombardowań miasteczka.

Reb Mojsze Mendel Ornsztejn był chasydem ze Sławatycz, uczonym, słynącym w mieście jako wielki mędrzec i aktywny działacz Agudas Isroel. Nazywano go ministrem Agudy. Partia chciała go wysyłać jako przedstawiciela, do różnych instytucji społecznych, ale odmówił. Dyskusja z nim była jak duchowa uczta. Logicznie zapamiętywał fakty i dobrze słuchał uwag drugiej strony.

Reb Szachne Rubinsztejn należał do starej gwardii aleksandrowskich chasydów. Uczony i bogacz. Mówił bezpośrednio i rozsądnie, był skromny i szczery. Udzielał ludziom bezinteresownej pomocy. Wielu ubogich kramarzy i rzemieślników skorzystało ze

[str.265]

wsparcia reb Szachny Rubinsztejna. Miał pozytywny stosunek do religijnego syjonizmu i w tym duchu wychował wszystkie swoje dzieci.
Reb Hirsz Tewje Ber, gospodarz i chasyd, jeden z miejskich bogaczy i działaczy społecznych, był dozorem w żydowskiej gminie. Swoje społeczne sprawy wypełniał z wielkim oddaniem.

Reb Binjomen Elenberg (przez swoją pierwszą żonę spokrewniony był z aleksandrowskim rebem), przez lata był przewodniczącym w magistracie i wiceprzewodniczącym administracji żydowskiej gminy. Dzięki swoim towarzyskim kontaktom ze szlachcicami, wyświadczał wiele przysług biednym Żydom, którzy robili z nimi interesy.

Reb Josef Rzetelny był uczonym i wielkim dobrodziejem. Codziennie jeszcze przed wschodem słońca, reb Josef siedział nad Gemarą i studiował. Nie mieszał się nigdy w politykę miejską, nikogo nie krytykował. Miał dobre serce, rozdawał jałmużnę i był popularny.

Reb Pinkasl Ajzenberg (błp.) i jego dzieci: reb Ezrelke, reb Mordechaj, reb Chaim Josl i zięć Szmuel Josef Miodownik – oni wszyscy byli wielkimi uczonymi i sympatycznymi ludźmi, należeli do najznakomitszych aleksandrowskich chasydów, skromnych i taktownych. Udzielali jałmużny, na ile pozwalały im na to ich finansowe możliwości.

Reb Menachem Międzyrzecki, wielki i bystry uczony. Był mądry i rozsądny, współczuł każdemu. Zostawiał nawet swój pełen klientów sklep, aby pomóc innemu człowiekowi. Gdy trzeba było finansowo pomóc kramarzowi, któremu groziło bankructwo albo miejscowemu rzemieślnikowi, reb Menachem był jednym z pierwszych, którzy organizowali pomoc. Dzięki jego niezmordowanej energii i zdolnościom akcje takie kończyły się zazwyczaj sukcesem. Był jednym z najbardziej aktywnych i najzdolniejszych żydowskich przedstawicieli w radzie miejskiej oraz w żydowskiej gminie. Po śmierci kramarza reb Jecheskiela aleksandrowscy chasydzi po prostu zmusili go do prowadzenia modlitw w Jamim Noraim w sztyblu. Modlił się serdecznie i pięknie. Cieszył się uznaniem aleksandrowskiego rebego i jego chasydów jako bystry uczeń i mędrzec.

Reb Isroel Jeszaje Grinberg, ostatni gabaj aleksandrowskiego sztybla, troszczył się o wszystkie potrzeby, znał sytuację materialną każdego z wiernych i wyczuwał moment, kiedy ktoś potrzebował pomocy. Wówczas nie tracił czasu, a pomocy udzielał w sekrecie. Był też jednym z gabajów w Chewra Kadisza [*Bractwo Pogrzebowe], z oddaniem i bezinteresownie wypełniał micwę oddawania ostatniej posługi.

[str.266]

Sztybel chasydów z Międzyrzecza. Gdy budowano nowy besmedresz, obok nowego budynku dobudowano mały domek specjalnie na sztybel dla chasydów z Międzyrzecza. Pieniądze na ten cel dostarczyli przede wszystkim reb Pinkas Futerman i reb Chaim Lejb Lewin, międzyrzeccy chasydzi. Reb Pinkas Futerman był jednym z miejskich bogaczy o arystokratycznym pochodzeniu. Był dozorem w żydowskiej gminie i członkiem prezydium wielu miejskich instytucji.

Reb Chaim Lejb Lewin był prostym człowiekiem. Był także bogaczem i oddanym międzyrzeckim chasydem, szerokim gestem rozdawał jałmużnę. W Sokołowie nie było wielu chasydów z Międzyrzecza, ale mimo wszystko do wybuchu II wojny światowej codziennie modlono się w międzyrzeckim sztyblu. Gdy brakowało do minjanu, wołano kogoś z sąsiedniego besmedreszu. W szabas i w święta modlili się tam także wierni nie będący chasydami z Międzyrzecza. Byli to ludzie, którzy nie zdążyli na modlitwy do besmedreszu, szli więc modlić się do sztybla.

Szczególną osobowością w miasteczku był reb Szimen, mężczyzna o patriarchalnym wyglądzie. Był oddany Torze i studiom. Opowiadał też bajki o rebem z Międzyrzecza, które traktowały o miłości do ludu Izraela. Reb Szimen był jedynym mohelem [*mężczyzna dokonujący obrzezania chłopców] w miasteczku. Tysiące żydowskich dzieci włączył w więź z ludem Izraela. Latem i zimą w największe mrozy jeździł do wsi i wiosek położonych wokół Sokołowa, aby obrzezać nowo urodzone dzieci. Nieraz chuliganie obrzucali go kamieniami, ale sprawiało mu to nawet przyjemność, bo, jak mówił, poświęcenie jest micwą.

Za swoje usługi pieniędzy nie przyjmował. Często, gdy obrzezał w biednej rodzinie, przyjeżdżał z łakociami i gorzałką, aby nie zawstydzić rodziców, którzy nie mogli zapewnić poczęstunku.

Reb Jekiel Adelsztejn, uczony i jeden z głównych gabajów w Talmud Torze [*szkole religijnej], był bardzo słabego zdrowia, ale mimo tego wiele uczynił dla przetrwania i rozwoju Talmud Tory. Dawał jałmużnę biednym. Jego żona Fejge zbierała datki, a pieniądze rozdzielała w tajemnicy potrzebującym rodzinom.

Reb Awrom Joel Hochberg, uczony, codziennie studiował ustęp Tory w nowym besmedreszu. Był kulawy na jedną nogę, ale nie przeszkadzało mu to każdego ranka biegać do besmedreszu. Pieniądze

[str.267]

zarabiał sprzedając na rynku galanterię. Latem w największe upały i zimą w najsroższe mrozy siedział na ławeczce przed sklepem i wyglądał klientów.

Reb Baruch Safirsztejn, starszy zięć dajana, uczony i mądry mężczyzna, miał dobre serce. Swoją rodzinę utrzymywał ze sprzedaży produktów spożywczych w małym sklepiku. Zawsze gotowy był przyjąć gościa na kolację. Także rozdawał jałmużnę, na ile było go tylko stać.

Reb Aron Wąs był w Sokołowie felczerem, uczonym i pobożnym człowiekiem. Był lubiany przez wszystkich w miasteczku. Swoją pracę postrzegał jako świętą misję. Biednym chorym razem z receptą, którą wystawił, zostawiał kilka złotych na leki i rzeczy dla dzieci.

Jekiel Akiwa (Zechanowski) miał jatkę i handlował drobiem. Był człowiekiem prostym, ale uczciwym i pobożnym. Chasydzi kupowali u niego mięso i mieli do niego pełne zaufanie w kwestii koszerności. Był oddanym chasydem z Międzyrzecza. Starał się, aby codziennie zbierał się minjan i w sztyblu mogły odbyć się modlitwy, bo taka była wola międzyrzeckiego rebego.

Reb Baruch Safirsztejn i Chaim Rynecki (zięć Jakiela Chaima) w Jamim Noraim prowadzili w sztyblu modlitwy. Pierwszy odmawiał modlitwę poranną, a drugi – musaf.

Dom modlitwy chasydów z Otwocka (i Warki). Otwoccy chasydzi w szabas i w święta modlili się w lokalu „Somech noflim” [*Ten, który podtrzymuje wszystkich upadających; na podstawie Księgi Psalmów 145,14], który znajdował się w piwnicy starego besmedresza. Gabajem był Fejwisz Librach, zięć Jechojaszu Szafrana, uczony o szerokim umyśle i szanowany chasyd, a także jednej z najzacniejszych gospodarzy w mieście. Nie mieszał się w miejską politykę i brał udział tylko w ważnych posiedzeniach.

W ważne święta prowadził poranne modlitwy. Modlitwę musaf odmawiał reb Icchok Mendl Mandelbojm (zięć rabina reb Mendla), uczony i chasyd. Przez ostatnie lata był mełamedem i uczył starszych chłopców. Miał pedagogiczny talent. Modlił się z zapałem, pięknie śpiewał i miał niezwykłą pamięć. Wystarczyło, że usłyszał jakiś nigun dwa razy i już potrafił go zaintonować. W ostatnie lata przez Zagładą odmawiał musaf w nowym besmedreszu. Jego miejsce w sztyblu zajął reb Simche Lender.

Od czasu do czasu modlili się tam także reb Chaim Szmuel Rozenbojm oraz reb Mojsze Kotlarski. Ten ostatni kilka lat był mełamedem u

[str.268]

rebego z Otwocka. Uczył też jego dzieci. Był wielkim uczonym i oddanym otwockim chasydem. Gdy zakładano szkołę „Jawne”, został zatrudniony przez Mizrachi jako nauczyciel Talmudu.

Dom modlitwy chasydów z Białej. We wspomnianym domu modlitwy zbierali się przede wszystkim bialscy chasydzi, którzy po śmierci ich rebego, reb Jankele (błp.), pojechali do jego synów, którzy mieszkali w Parczewie, później w Siedlcach i Lublinie.

Nie bacząc na to, że bialscy chasydzi podzielili się na zwolenników poszczególnych synów rebego (błp.), wszyscy modlili się razem i bardzo się lubili. Do roku 1928 modlili się w wielkim pięknym lokalu w domu reb Awroma Pasmanika na ulicy Siedleckiej. Po śmierci rebego z różnych powodów opuścili to miejsce i przenieśli się do budynku Talmud Tory na ulicy Nowej.

Gabaje. W ciągu ostatnich piętnastu lat przed Zagładą gabajami byli: reb Joszue Efraim jako pierwszy, po nim reb Isroel Goldfarb. Ostatnim gabajem był reb Szepsl Goldfarb (syn Icchoka Lejbisza).

Domy modlitwy. Bialscy chasydzi byli prości i skromni, głęboko przesiąknięci wiarą, znali wiele opowiastek i historyjek o cudotwórcach. Mieli też talent do ich opowiadania i objaśniania.

Wśród nich byli uczeni i rabini, ale swoją uczonością nigdy się nie wywyższali się i nie stwarzali dystansu między sobą a zwykłymi ludźmi.
W Sokołowie mieszkali następujący szacownymi bialscy chasydzi: reb Mordechaj Winogóra, wielki i bystry uczony. Należał do najznakomitszych uczonych w mieście. Odznaczał się wrodzoną inteligencją, znał wyśmienicie żydowską historię, znał się też na astronomii i technice.

Gdy któryś z uczonych natrafiał na trudny fragment i nie mógł pojąć jego sensu, reb Mordechaj Zalmen, szybko i jasno go wyjaśniał. Całe życie ciężko pracował. Przez pewien czas żywił swoją

[str.269]

rodzinę tym, co jego żona ugotowała z grochu. Ale nigdy się nie skarżył. Wiele lat był mełamedem u międzyrzeckiego rebego i uczył jego syna. Wpajał w niego Torę i pobożność, miłość do drugiego człowieka. Przez ostatnie lata był nauczycielem w jesziwie rebego i duchowym wychowawcą wielu jej uczniów. Wszyscy wychowankowie lubili go i szanowali.

Wyśmienicie był obeznany z obyczajami bialskich chasydów i był bardzo popularny wśród wyznawców rebego z Białej. Kilka lat przed Zagładą wydał księgę zawierającą nowe przemyślenia na temat Tory. Jedna z jej części zawiera ocenę dynastii Łęcznej – Białej wzywającą do wierności Bogu i wierności cadykom.

Reb Jone Likewer, uczony i bystry bialski chasyd, z wyglądu przypomniał pobożnego Żyda, ale daleki było od bycia tylko pobożnym. Znał się także na świeckich sprawach. Nie nosił wełnianych ubrań, posiadał tusz do pisania ksiąg, pudełko na tefilin, żył w biedzie i nigdy nikogo nie prosił o pomoc.

Uczony reb Isroel Goldfarb studiował w starym besmedreszu. Rozdawał jałmużnę i bezprocentowe pożyczki. Wielu rzemieślników i kupców zbożowych dzięki jego pożyczkom mogło zarobić trochę pieniędzy na utrzymanie biednych rodzin. Prowadził dokładne rachunki zarobionych pieniędzy, z których jedną dziesiątą przeznaczał na jałmużnę. Przez pewien czas zasiadał w gminie, w której głosował razem z Mizrachi i innymi syjonistyami za przeznaczeniem subsydiów na Keren Kajemet, nie zważając na to, że przedstawiciele Agudy głosowali inaczej. Mówił: „Nie chcę i nie mogę mieć nic wspólnego z polityką. Wspieranie Erec Isroel jest micwą i gmina żydowska musi dać subsydium na ten święty cel”. Także jego żona Ciril, kobieta mądra i pobożna, oszczędzała pieniądze na cele dobroczynne.

Reb Awrom Rozenband, uczony, wielki dobroczyńca, filantrop i gospodarz. Pod czapką zawsze nosił jarmułkę. Nawet gdy szedł do urzędu, gdzie ludzie zawsze zdejmowali czapkę, on nigdy tego nie robił, nie zważając na to, że goje się z niego śmiali. Z wielkim oddaniem rozdzielał w każdy szabasowy poranek gorącą kawę z mlekiem tym, którzy z samego rana szli do besmedreszu pomodlić się i studiować Torę. Zimą w mroźne dni ludzie byli bardzo wdzięczni za szklankę gorącej kawy z mlekiem. W szabasowe poranne godziny jego izba była pełna takich ludzi.

Chaim Dowid Rozencwejg, syn Icchoka Eljezera i zięć rzeźnika Szepsla, był

[str.270]

bardzo uczciwy. Rozdzielał jałmużnę i nawet chrześcijanie zwracali się do niego z wielkim szacunkiem za sprawą jego solidności i uczciwości.

Szmuel Goldfarb, syn reb Isroela Goldfarba, był jednym z najszacowniejszych młodzieńców z bialskiego sztybla. Był pobożny i rozsądny, a do tego wielki był z niego uczony. Dobrze znał język polski i aktywnie udzielał się w Agudas Isroel. Był też bardzo skromny. Partia chciała, aby został jej przedstawicielem w radzie miejskiej i w gminie żydowskiej, ale kategorycznie odmówił, nie bacząc na zaszczyty i sławę.
Bracia Icchok i Jehoszuele Rozencwejgowie, pobożni Żydzi, mimo swojego pochodzenia, byli prostymi ludźmi, synami reb Eljezera Szachny i znanymi osobistościami w Sokołowie.

Reb Herszele Awiszaj, piekarz pieczący razowy chleb, prosty Żyd, nie był wybitnym uczonym. Jednak całą swoją istotą był oddany bialskiemu besmedreszowi.

Reb Jehoszue Efraim, uczony, zarabiał pieniądze jako mełamed. Pracował w ciężkich warunkach. Nauczał też w Towarzystwie Misznaickim w starym besmedereszu. Nigdy się nie skarżył na swoją sytuację materialną, był zawsze zadowolonym ascetą.

Dom Modlitwy chasydów z Góry Kalwarii. Chasydzi z Góry Kalwarii mieli w Sokołowie swój własny sztybel w małym domku, który zbudowano specjalnie w tym celu na ulicy Szkolnej [*obecnie ul. Kuśnierska]. Modliło się tam prawie tyle samo wiernych, co w aleksandrowskim sztyblu. Były to dwa największe chasydzkie sztyble w Sokołowie. Poza szabasami i świętami modlono się tam także w ciągu tygodnia, a wieczorem studiowano z zapałem.

Jak wiadomo, chasydzi z Góry Kalwarii modlili się cały czas. Już o 7.30 w szabas i w święta rozpoczynali modlitwy, robiąc sobie tylko godzinną przerwę po modlitwie porannej. W czasie przerwy studiowano, a potem dalej odprawiano modły.

W ostatnich latach przed unicestwieniem Żydów w Sokołowie gabajami w sztyblu byli: reb Icze Majer Goldberg (zięć Mendla Szala), Michoil Natan Licht (zięć Pesla Chejcze) i, zdaje się, także Jehoszuele Goldrajch (zięć reb Bucze).

Modły w święto Jamim Noraim odprawiali reb Dowidcze Rozenbojm (syn reb Chaima Szmuela) i reb Isroel Henoch Szwarcbard. Pierwszy prowadził modlitwę poranną, drugi modlitwę musaf. Wśród wiernych było wielu uczonych, mędrców, także kilku znanych bogaczy.

Wspomnę tu tylko o kilku z nich:

[str.271]

Reb Bucze Rubinsztejn, uczony i mędrzec, codziennie kilka godzin poświęcał na studiowanie. Nie zważając na prowadzone interesy, razem z Michoilem Natanem Lichtem studiował dwie godziny każdego wieczoru. Chasydzi mówili, że reb Michoil Natan dostawał miesięczne wynagrodzenie od reb Buczego za odwiedzanie go w każdy wieczór w domu i za wspólną naukę. Gdy tylko ten przychodził, reb Bucze natychmiast opuszczał biuro i sklep, wychodził z kupieckiego świata i wchodził do świata Tory i duchowości.

Reb Bucze był serdecznym człowiekiem. Zawsze dążył do pokoju, swoją mądrą postawą znajdował drogę pojednania i był pewien, że jego dzieci pójdą w tym samym kierunku i będę kontynuować jego działalność.

Dom reb Bucze cieszył się w mieście dużą popularnością. Zbieranie datków zaczynało się zawsze u reb Buczego i jego dzieci, które mieszkały wszystkie razem w domu ojca. Gdy potrzebny był obiad dla chorego, biednego Żyda, zwracano się o pomoc do Bucze i jego dzieci. Nigdy nie kłócił się i nie dyskutował ze swoimi dziećmi, które aktywnie udzielały się na rzecz Erec Isroel. Był też bardzo dumny ze wszystkich ich działań.

Gdy połamał się płot przed starym cmentarzem i sąsiedzi-goje paśli na terenie domu modlitwy bydło, reb Bucze ze swoich prywatnych pieniędzy postawił płot za 8000 złotych, co w tamtych czasach było wielką sumą pieniędzy.

Reb Jeszaje Szafran przyjechał do Sokołowa ze Stanisławowa pod Mińskiem w roku 1916. Wybudował wielki młyn, elektrownię, która produkowała prąd dla wszystkich domów w mieście. Był uczonym chasydem, miał w sobie takt i wrodzoną inteligencję. Nie był oficjalnym przedstawicielem żadnych społecznych instytucji, ale wszyscy działacze zwracali się do niego o radę w różnych skomplikowanych kwestiach i liczyli się z jego zdaniem. Także on dawał jałmużnę i udzielał pożyczek drobnym podupadłym kupcom i rzemieślnikom. Gdy rebe z Góry Kalwarii zawitał do Sokołowa, zatrzymał się u reb Jeszai Szafrana.

Oficjalnie należał do Agudas Isroel, ale w głębi serca żywił miłość do syjonistycznej idei. Często pytał się, dlaczego religijne partie Mizrachi i Agudas Isroel nie mogą się zjednoczyć. Tuż przed Zagładą kilka razy odwiedził Erec Isorel. Zatrzymał się tam na dłużej i nawet kupił w Tel Awiwie dom.

[str.272]

Wielki majątek, jaki posiadał w Sokołowie, niestety przepadł i został zagrabiony przez gojów. Swoim wnukom pozostawił w spadku tylko dom w Tel Awiwie. Wszystkie jego dzieci zginęły. Z hitlerowskich łap uratował się tylko jego zięć, reb Icchok Wolkowicz, i kilkoro jego dzieci (mieszkają teraz w Erec Isroel).

Reb Henoch Kohn i reb Isroel Henoch Szwarcwort należeli, razem z Mordechajem Zalmanem, do trzydziestu najwybitniejszych gospodarzy i najlepszych uczonych w mieście. Wszyscy mieli uprawnienia do wykonywania zawodu rabina, ale nigdy urzędów rabinackich nie sprawowali.

Reb Henoch Kohn był dyrektorem sokołowskiej jesziwy. Był bardzo silny. Jego lekcje były logiczne i zrozumiałe dla wszystkich. Znał się na wielu sprawach, nie obce były mu także świeckie tematy. Reb Henoch był bystrym erudytą, studiował z zapałem i talentem. Wszyscy uczeni chętnie studiowali z Henochem, który jasno i przekonująco wyjaśniał swoje myśli. Jego zięciem był reb Chaim Lejb Hochberg.

Także reb Isroel Szwarcwort był mądry i bystry. Był kramarzem. Jego sklep z tapetami znajdował się na Rynku w odziedziczonym domu. Spędzał w nim jednak mało czasu. Swoje stałe miejsce miał w starym besmedreszu przy wielkich wileńskich Gemarach i traktatach. Gdy rabina nie było w Sokołowie, wszyscy zwracali się do niego z prośbą o poradę.

Znał się także bardzo dobrze na naukowych książkach. Używał ich do zgłębienia prawdy o wierze w Boga i jego naukach. Był jednym z pierwszych zwolenników religijnego syjonizmu w mieście, pozostał też sympatykiem Mizrachi.

Reb Ber Lejb Grinberg (wuj reb Jakowa Grinberga) był wyśmienitym i wybitnym uczonym. Studiował z wielkim zapałem i oddaniem. Jego żona prowadziła kram i utrzymywała rodzinę. Całe dnie spędzał na studiowaniu i nauce. Pod koniec życia oślepł i studiował już tylko z pamięci.

Reb Mendel Mojsze Pszenny, wielki i wytrwały uczony. Ledwo przespał kilka godzin i już biegł studiować do besmedreszu albo do sztybla chasydów z Góry Kalwarii. Przez ostatnie lata sprzedawał tkaniny i galanterie jeżdżąc po okolicznych wsiach. Wiejscy Żydzi opowiadali, że gdy reb Mendel u nich nocował, w środku nocy wstawał i studiował Torę. Warunki materialne, w których żył, były ciężkie, był jednak bogaty i silny duchem.

[str.273]

Reb Jenkele Herszberg, wielki uczony, mało mówił, za to dużo się uczył i miał dobre serce. W ciężkich czasach dzielił się jedzeniem z biednymi ludźmi. Próbował rozsądzać spory, ludzie słuchali jego wyroków i bardzo go poważali.

Woźnica reb Jehoszua Josl, radosny biedak, zawsze zabierał ze sobą święte księgi, aby po drodze móc je studiować. Zawsze był też wesoły.
Reb Awromele Chaim Ajzenberg, uczony, był radnym w radzie miejskiej i działaczem w wielu filantropijnych instytucjach, przewodniczącym „Somech noflim”. Nazywano go Awromele Chaima, był dobrze urodzonym uczonym i wnukiem płockiego rebego. Co wieczór udzielał lekcji Tory w sztyblu chasydów z Góry Kalwarii i był jednym z najpopularniejszych miejscowych chasydów. Był działaczem społecznym i radnym miejskim, przewodniczącym towarzystwa „Somech noflim”, członkiem zarządu w Banku Kupieckim i w Kasie Pożyczkowej.

Reb Alter Kac, nazywany wędrownym Alterem, był uczonym i chasydem z Góry Kalwarii. Całymi tygodniami wędrował po wsiach kupował i sprzedawał rzeczy. Żył biednie, ale się nie skarżył. Był skromny, mieszkał w małej izdebce i zawsze był wesoły.

Reb Matisjahu Kukawka, uczony i dobry człowiek, żył z rzemiosła. Miał piekarnię u rebego na dworze i od wczesnych godzin porannych stał przy piecu. Każdą wolną minutę spędzał w besmedreszu rebego, chłonąc zasłyszane słowa i próbując przestudiować choć stronicę Gemary.
Ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy rozdawał jałmużny.

Reb Baruch Dobrzyński, uczony, mądry człowiek, prowadził społeczne instytucje: Bikur Cholim i Kasę Pożyczkową. Pomagał biednym i potrzebującym i troszczył się, aby ci jak najszybciej dostali kredyty. Gdy w kasie brakowało pieniędzy, zbierał po grosiku od najbogatszych gospodarzy, aby przynajmniej cześć pieniędzy pożyczyć najbardziej potrzebującym.

Koniec końców – reb Menachem Rubinsztejn, wielki uczony i jeden z większych hurtowników towarów kolonialnych w mieście. Słynny był na całą okolicę i szerokim gestem rozdawał jałmużnę oraz przyjmował niezliczonych gości. Wszyscy w mieście odnosili się do niego z wielkim szacunkiem.

Reb Mendl, syn rebego, uczony i wielki mędrzec, odznaczał się żelazną logiką. Wszystkie skomplikowane spory i niesnaski rozwiązywał

[str.274]

od ręki. Jego słowo było prawem. Wszyscy wierzyli, że mądry reb Mendl dobrze przemyślał sprawę.

Dom modlitwy chasydów z Łomaz znajdował się w jednym z pokojów w przedsionku wielkiej synagogi. Modlono się tam tylko w szabas i w święta. W ciągu tygodnia studiowali tam uczniowie szkoły Jawne. Ostatnie lata przed wojną gabajem był reb Icel Wajsberg (mleczarz), prosty człowiek. Pieniądze zarabiał sprzedając koszerne masło i ser. Rebe jadł tylko masło kupowane u mleczarza Icla. Miał dobre serce i gdy jakiś biedak kupował u niego kilka deka masła lub sera, dodał mu jeszcze kila deko od siebie. „Nie zbiednieję od tego” – powiadał. Modlitwy w czasie Jamim Noraim prowadzili reb Binjomcze Wiśnia, z zawodu łaciarz, uczony i wierny łomaski chasyd.

Codziennie chodził modlić się w besmedreszu. Ostatnio reb Icla Wajsberga (mleczarza) zastąpił reb Fejwl Złotagwiazda (zięć Nuty Gurfinkla), działacz społeczny i dobroczyńca. Wiele zdziałał udzielając się w komitecie do spraw pomocy społecznej w getcie, gdzie karmił biednych Żydów. Był także aktywnym członkiem Mizrachi i przekazywał wiele darowizn na wszelkie fundusze świadczące pomoc dla Erec Isroel. Tam modlili się również znani gospodarze:

Reb Nute Gurfinkel (z Patrykóz) kupił od reb Chaima Szmuela Rezenbojma młyn. Był prostym Żydem, przepełnionym wiarą i miłością do Tory. Rozdawał jałmużnę biednym ludziom i finansował inne żydowskie miejskie potrzeby. Córki wydał za mąż za młodych uczonych, których wciągnął do swoich interesów. Gdy rebe z Łomaz przyjeżdżał do Sokołowa, zawsze zatrzymywał się u reb Nuty.

Dowcze Zalcberg, dobry uczony i mędrzec. Wyśmienicie znał naukę rebego z Kocka. Był sympatycznym człowiekiem i nigdy się nie złościł. Na jego twarzy zawsze gościł uśmiech, mimo że praca, którą wykonywał, była ciężka.

Reb Michoil Wiśnia, rzemieślnik, z zawodu łaciarz, żył uczciwie z wykonywanych prac i odnosił sukcesy. Jego wiara była twarda jak skała. Często czytywał Ejn Jaakow [*zbiór talmudycznych opowieści i legend] i studiował Szulchan aruch [*kodeks prawa żydowskiego]. Nienawidził kłamstw i przeinaczeń. Gdy słyszał, że ktoś się wymądrza, wychodził z siebie i protestował. Chętnie też rozdawał jałmużnę.

Reb Jekiel Rozen, uczony i naiwny człowiek. Ciężko się męczył, aby

[str.275]

wyżywić rodzinę. Nigdy się jednak nie skarżył na swoją sytuację. Z pomocą swojej inteligentnej i szacownej żony czynił wszelkie starania, aby wychować dzieci w miłości do Tory.

Dom modlitwy skierniewickich chasydów. Skierniewiccy chasydzi długo nie mieli w Sokołowie swojego sztybla. Od czasu do czasu modlili się u reb Mojsze Piekarskiego, później u reb Welwla Bronickiego. Koniec końców wynajęli mieszkanie u reb Berila Akiby na ulicy Długiej i tam modlili się aż do Zagłady. W skierniewickim sztyblu modlono się nie tylko w szabasy i w święta, ale także w dni powszednie. Wieczorami studiowano Torę.

Gabajem w sztyblu był reb Icchok Arje Fiszer. Był on uczonym chasydem i dbał o to, aby w sztyblu było jasno i ciepło. Gdy któryś z modlących potrzebował pomocy, reb Icchok Arje przeprowadzał akcję pomocową z zapałem i poświęceniem.

Modły w Jamim Noraim prowadził reb Mojsze Piekarski (modlitwa musaf), wielki uczony. W swoim wielkim sklepie z tkaninami spędzał codziennie tylko kilka godzin, a przez większą część doby studiował Torę. Gdy wchodziło się do mieszkania reb Piekarskiego, zawsze zastać go można było studiującego. Słynął też w samych Skierniewicach.

W sztyblu modlił się także reb Herszl Zalcberg, jeden z najznakomitszych młodzieńców w mieście, uczony i mędrzec. Był arbitrem rozstrzygającym spory i zawiłe kłótnie, a ludzie zwracali się do niego często z prośbą o sprawiedliwy wyrok. Był aktywnym członkiem Mizrachi i członkiem Komisji ds. Edukacji w szkole Jawne.

Reb Szlojme Ruwen Lindenhajm, zięć reb Mojsze Piekarskiego, był uczonym i jednym z najzacniejszych młodzieńców wśród skierniewickich chasydów. Także rebe ze Skierniewic znał go jako zdolnego i utalentowanego uczonego.

Reb Welwl Moszanznik, rzemieślnik i uczony. Praca przybliżała go coraz bardziej do istoty chasydyzmu i dobrych uczynków. Przyjmował często gości i rozdawał datki.

Reb Ruwen Białylew, uczony i mądry człowiek, jeździł do starego skierniewickiego rebego. Każdego wieczora przychodził pomodlić się do sztybla. Mimo że nie był oficjalnym członkiem Mizrachi, zawsze na nich głosował.

Dom modlitwy chasydów z Pilawy znajdował się w wielkim mieszkaniu w domu reb Eljezera

[str.276]

Redla na ulicy Długiej. Pilawskich chasydów w Sokołowie nie było wielu, byli oni jednak wielcy w swojej wierze. Większość z nich z zapałem i talentem studiowała Torę. Wśród pilawskich chasydzkich młodzieńców wielu było uczonych i utalentowanych kantorów, takich jak Mendl Goldzak (zięć rzeźnika reb Szmuela Josla); Josl Bernblit, zięć Jehoszuy Helfmana (dziś kantor w Ameryce); Jehuszua Sztern, zięć Icchoka Eljezera oraz Josl, zięć reb Chaima Dowida Rozencwajga, wielki uczony i mędrzec, miał uprawnienia do wykonywania zawodu rabina.
Gdy wyżej wspomniani śpiewali szabasowe pieśni witając szabas, całe podwórze było pełne słuchaczy. Ich śpiew był jak najpiękniejsza symfonia.

Gabajem był reb Lejbl Altman, rzemieślnik i piekarz, uczciwy i pracowity człowiek. Datki dawał ponad miarę swoich możliwości. Jego dom nazywano izbą ojca Awroma, bo jaki biedak by do niego nie wszedł głodny, wychodził syty. Nie zważając na ciężką pracę, która spędzała mu sen z powiek, bo piekarze pracują nocą, udzielał się w różnych filantropijnych instytucjach, takich jak Towarzystwo Pomocy Ubogim czy Kasa Pożyczkowa.

W Jamim Noraim modlitwę musaf odmawiał reb Szmuelki Isroel Grinberg, wielki uczony. Studiował gruntownie i miał niebywałą pamięć. Studia wynosiły go na duchowe wyżyny i przysparzały wiele radości. (Modlitwę poranną odmawiał w nowym besmedreszu).

Modlitwę poranną prowadził Awrom Szmuel Grinberg, ojciec Szepsla Grinberga, uczony i skromny człowiek, lubił prostotę, nie znosił krytykowania Żydów i zawsze postępował uczciwie. Jego słowo było świętością. Wszyscy kupcy z Warszawy, z którymi handlował, chwalili jego uczciwość. Z jego dzieci uratowali się syn Szepsl i córka Mirjam Hirszberg, oboje mieszkają teraz w Izraelu.

Modlitwę poranną w Jom Kipur odmawiał reb Eljezer Hendl, uczony, znakomity chasyd. Opłacał ze swojej kieszeni wszystkie rachunki ze sztybla. Gdy jego sytuacja materialna na to pozwalała, rozdawała jałmużnę na prawo i lewo. Był jednym z głównych gabajów w Talmud Torze.

Interesującą postacią był reb Awrom Lejb Białostocki, bystry uczony i nauczyciel w jesziwie rebego. Później został prywatnym mełamedem w Sokołowie. Był dumnym człowiekiem i zawsze mówił, co myślał. Nienawidził bardzo kłamstw, nikogo nie oceniał.

[str.277]

Josele Ajnbinder, naiwny człowiek, wielki biedak, szczycił się byciem pilawskim chasydem.

Hercke Wajsberg, urodzony i wychowany w Sokołowie, należał do najbystrzejszych młodzieńców w mieście. Posiadał wrodzone inteligencję i takt. Odmawiał sobie chleba i tym sposobem oszczędzał na religijne i świeckie wykształcenie dzieci. Jego synowie, Isroel, Majer, Szimen i Jekele, osiągnęli wiele. A pomagała im w tym wszystkim jego mądra i energiczna żona Sore, która wiedziała na czym polega wychowanie, i całym sercem i duszą pragnęła, aby dzieci otrzymały religijno-narodowe i świeckie wykształcenie.

Reb Dowid Rozenberg, uczony i mędrzec, należał do najszacowniejszych młodzieńców spośród pilawskich chasydów. Znakomicie znał Talmud, ale także inne świeckie przedmioty. Był też dobrym pedagogiem i pozytywnie wpływał na młodzież, nakłaniając ją do zachowania tradycji.

Reb Dowid Czernicki, mądra głowa na chorobliwym, kalekim ciele. Gdy pytano go o jakiś werset z Tanachu [* Biblia hebrajska] natychmiast wiedział, w którym rozdziale można go znaleźć. Byłby dziś na pewno jednym z najwybitniejszych znawców Tanachu w Izraelu.

Dom modlitwy chasydów z Parysowa – chasydzi z Parysowa modlili się w szabas i w święta w lokalu Talmud Tory.

Chasydów z Parysowa było w Sokołowie jakieś dwa minjany, ale dzięki temu, że modlili się z nimi także sąsiedzi i niektórzy gospodarze, w sztyblu było wielu wiernych.

Gabajem był reb Alter Sznajder, syn reb Szmuelke Chaima, uczony i oddany parysowski chasyd. Był pobożny i dobry, przepełniony wiarą i miłością do ludu Izraela. By też podporą parysowskiego sztybla. Sprawował urząd gabaja w Talmud Torze i nie zważając na swoje słabe zdrowie, aktywnie udzielał się zbierając pieniądze na Talmud Torę.

Modlitwę musaf w Jamim Noraim odmawiał reb Awrom Frejlech, uczony i taktowny człowiek. Modlił się znakomicie i jeszcze lepiej śpiewał. Czystą przyjemnością było słuchanie go modlącego się albo śpiewającego w towarzystwie synów. (Był też członkiem zarządu Banku Kupieckiego).

W sztyblu modlili się także krawiec reb Szmuelke Chaim, znawca świętych pism. Każdego wieczoru studiował z Towarzystwem Misznaickim w starym besmedreszu. Wychował swoje dzieci w miłości do Tory, którą sam wielce kochał. Pomagał też potrzebującym.

Jego syn, krawiec Lejbusz, był w dobrej sytuacji materialnej, uchodził za uczciwego kupca i znany był w mieście jako wielki dobroczyńca.

[str.278]

Udzielał wielu pożyczek, proponował nawet wzięcie kredytów w czyimś imieniu i sam rozdawał datki.

Mojsze Miodowski, uczony i pobożny młodzieniec.

Sztybel chasydów z Kałuszyna. Kałuszyńscy chasydzi byli bardzo uczciwi i oddano im do dyspozycji za darmo jeden pokój. W Jamim Noraim modlili się w synagodze razem z innymi wiernymi.

Kałuszyńscy chasydzi byli szczerymi, prostymi i dobrymi ludźmi. Wieczorami spotykali się, aby studiować Misznę i Ejn Jaakow, recytować psalmy w starym besmedreszu. Do miasta każdego roku sprowadzali z Kałuszyna na kilka dni i szabas swojego rebego reb Naftalego (błp.). Rebe zatrzymywał się u reb Chaima Jankiela Szpadla w domu. Chasydzi w te dni porzucali swoje zajęcia i świętowali bliskość rebego.
Chciałbym jeszcze wspomnieć, że reb Chaim Jankiel Szpadel był ostatnim przewodniczącym żydowskiej gminy w Sokołowie. Zadania wypełniał uczciwie i sumiennie. Większość czasu poświęcał pracy na cele społeczne, nie zważając na to, że przeszkadzało mu to w prywatnych interesach. Tam też modlili się bracia reb Chaima Jankiela Szpadla: Awrom i Mojsze Szpadel, rzemieślnicy, znawcy pism i dobrzy ludzie.

Reb Szmuel Rzepski był cichym, pobożnym mężczyzną. Dawał jałmużnę i przyjmował gości. Wychował swoje dzieci w miłości do Tory i Boga.

Reb Jerechmiel Rybak, religijny Żyd, bogacz i członek zarządu związku zawodowego rzemieślników, był przedstawicielem rzemieślników w radzie miejskiej. Chętnie udzielał kredytów.

Jeszcze kilku innych uczciwych ludzi: reb Mojsze Mojsiezon, krawiec damski i znawca ksiąg, był gabajem w Chewra Kadisza, członkiem zarządu w kooperatywie drobnych handlarzy i w Banku Rzemieślniczym. Rozdawał jałmużnę i pomagał chorym.

Radzyński sztybel. Radzyńscy chasydzi modlili się w szabasy i święta w budynku Talmud Tory. Odróżnili się od innych chasydów, nosząc niebieskie tałesy. Jak wiadomo, radzyński rebe (błp.), wielki gaon w każdym tego słowa znaczeniu i autor wielu ważnych ksiąg poświęconych halasze, odnalazł na swojej drodze gatunek ślimaka [*wytwarzającego niebieski barwnik, tzw. tchelet] i dzięki temu odnowił micwę noszenia tałesu z błękitnymi frędzlami. Bogaczy wśród nich nie było. Większość należała do Mizrachi.

Gabajem był reb Jakow, zięć reb Szmuela Altmana, krawiec,

[str.279]

uczony i chasyd. Ciężko pracował w swoim zawodzie. Powtarzał: „Owoc trudu rąk swoich spożywać będziesz, będziesz szczęśliwy i dobrze ci się powiedzie” [*Księga Psalmów 128, 2].

Modlitwę musaf odmawiał reb Jekl Kiwajko. Uczony. Cały swój wolny czas poświęcał studiowaniu i zaglądaniu do księg. Znał się też na wielkich dyskusjach toczących się w tamtym czasie.

Poranną modlitwę odmawiał reb Pesach Altman, syn reb Szmuela Altmana. Także on, podobnie jak jego szwagier Jekele, był uczonym i mądrym człowiekiem. Żył w ciężkich materialnych warunkach. Miał w sobie jednak wiele wiary w lepsze jutro. Wychował swoje dzieci w miłości do Boga i Tory i zaszczepił im miłość do Erec Isroel.

Do radzyńskich chasydów należał także reb Aron Aszer Zając, człowiek wielu zalet. Uczony, otrzymał także świeckie wykształcenie. Miał wrodzoną inteligencję i myślał logicznie. Kto miał skomplikowaną sprawę, zwracał się po radę do reb Arona Aszera. Gdy trzeba było napisać prośbę do polskich władz, czynił to reb Aron Aszer. A robił to zawsze chętnie. Można wspomnieć chociażby o wypisanych na listach dziesiątkach angielskich adresów wysyłanych od sokołowskich rodziców do ich dzieci w Ameryce.

Reb Szmuel Altman, rzemieślnik (piekarz), pracował za dnia i w nocy. Był znawcą ksiąg i pobożnym człowiekiem. Swoje dzieci wychował w miłości do Boga i Tory. Biednym i bezrobotnym dawał chleb i kredyty. Gdy pytali go, jak mają za to zapłacić, odpowiadał: „Czy macie teraz co jeść? Bóg pomoże i zapłacicie”.

Dom modlitwy „Mizrachi”. W Sokołowie istniała dobrze działająca gałąź partii Mizrachi. Należało do niej około 200 zadeklarowanych członków. Wśród nich było wielu uczonych chasydów i misnagdów [*przeciwników chasydyzmu]. Sokołowski Mizrachi słynął w centrali z jakości i ilości członków.

Mimo że większość członków Mizrachi modliła się w sztyblach, w domu modlitwy Mizrachi modlono się w szabas i w święta. W dni powszednie studiowali tam uczniowie szkoły Jawne, a wieczorami młodzież z Mizrachi prowadziła swoją partyjną działalność. Gabajem wiele lat był reb Jehude Hirsz Skrzydłower, który z wielkim oddaniem troszczył się o potrzeby modlących się nawet przed kadyszem [*modlitwą za zmarłych].

Inkasentem opłat i innych darowizn był Szmuel

[str.280]

Pasmanik. Był również gabajem w czasie trzeciej szabasowej wieczerzy. Podczas szabasu Mizrachi czytano Torę, prowadzono rozmowy o problemach partyjnych i śpiewano. Rodzice przyprowadzali też swoje małe dzieci.

Trzecia wieczerza odbywała się co tydzień u kogoś innego. Szmuel Pasmanik, gabaj, zawczasu o to dbał. Zdarzało się jednak, że on sam musiał przygotować całą szabasową ucztę.

W szabas przed modlitwą reb Lejb Princ (później Mordechaj Koszer, Mojsze Nejman i Mojsze Grinberg) czytał na głos ustępy z Gemary. Latem Pirkej Awot [*Rozdziały Ojców – traktat Miszny zajmujący się sprawami etyki] nauczał Pinkas Rafałowicz. Przysłuchiwało się temu wielu mężczyzn, także gospodarzy i młodzieńców.

W Jamim Noraim modlitwy odmawiali reb Lejbl Princ i reb Zindl Lerman oraz Mojsze Nejman. Reb Lejb Princ odmawiał musaf, był też uczonym, studiował Chowot ha-lewawot [*Obowiązki serc – teologiczno-filozoficzne dzieło Bachii ibn Pakudy] oraz More newuchim. Pięknie się modlił i robił to z wielkim oddaniem.

Reb Zindl Lerman, uczony i otwocki chasyd, wielki bogacz, odmawiał modlitwę poranną. Pomagał swojej rodzinie i innym biedakom. Był przewodniczącym Mizrachi w gminie przed dwie kadencje.

Po śmierci reb Lejbla Princa, musaf odmawiał reb Mojsze Nejman. Miał on drukarnię w Sokołowie. Posiadał też wiele zalet. Znakomicie znał Torę. Był zawsze pierwszym dającym pieniądze na cele dobroczynne oraz akcje na rzecz Erec Isroel. Jego modlitwy bardzo poruszały wiernych. Aleksandrowski chasyd przez cały rok modlił się w domu modlitwy Mizrachi. Był jednym z najznakomitszych uczonych w mieście i najważniejszych działaczy. Kochał lud Izraela.

Modlili się tam również dobrze znani w mieście działacze Mizrachi: reb Sender Rubinsztejn, reb Szmuel Lejb Kac, reb Szmuel Finkelsztejn, reb Mojsze Grinberg i Szachne Rodziński (przedstawiciel Mizrachi w zarządzie gminy). Wiele czasu poświęcali na prace społeczne.

Podobnie też reb Lejbisz Szulewicz, Bencyjon Szulewicz i Isroel Ber (teraz w Izraelu).

Syjonistyczny minjan. Syjoniści modlili się w szabas i w święta w lokalu Żydowskiego Banku Rzemieślniczo-Kupieckiego w domu należącym do reb Welwla Sapersztejna na ulicy Siedleckiej.

Głównymi inicjatorami minjanu byli reb Jenkel Tykulski,

[str.281]

Chaim Zilberman, Mendl Łosicki, Isroel Lejbusz Tejblum i żyjący jeszcze dziś reb Binjomcze Rubinsztejn, Isroel Milgram i Chaim Skocnadek. Gabajem minjanu był Eljezer Elbling (szary Lejzer). W Jamim Noraim modlitwę poranną odmawiał Isroel Lejbisz Tejblum. Modlił się z zapałem i śpiewał chasydzkie piosenki z czasów, gdy był skierniewickim chasydem. Reb Chaim Zilberman odmawiał modlitwę musaf. Modlił się spokojnie i z wielkim sercem. W jego modlitwach wyrażało się wszystko, czego nauczył się za młodu w skierniewickim sztyblu w Siedlcach, gdzie otoczony był wyśmienitymi uczonymi.

Chaim Zilberman był jednym z przewodniczących syjonistycznej organizacji w Siedlcach. Był wybitnym mówcą, który swoimi przemowami wywierał wielki wpływ na słuchaczy. Był członkiem Syjonistycznej Centralnej Rady Partii, syjonistycznym przedstawicielem w radzie miejskiej i administracyjnym kierownikiem Żydowskiego Banku Rzemieślniczo-Kupieckiego. Powiadał, że największe duchowe uniesienie odczuwa się w szabasowy ranek podczas studiowania ustępu Gemary z piszącym niniejsze słowa.

Minjan działał na rzecz aktywizacji towarzyszy do zbierania syjonistycznych funduszy oraz rozpowszechniania idei syjonistycznych w mieście.

Dom modlitwy „Chajej Adam”. Przy nowym besmedreszu między ulicą Długą i ślepą uliczką znajdował się dom modlitwy „Chajej Adam”. Minjan organizował reb Szlojme Jehude. Był tam najważniejszą osobowością i co wieczór modlił się razem z wiernymi.

Reb Szlojme Jehude był prostym krawcem, do tego uczciwym człowiekiem, uczonym. Miał wielki wpływ na wszystkich modlących się w domu modlitwy, jego zalecenia i kazania wygłaszane w szabas miały wielki wpływ na słuchaczy w nowym besmedreszu. W piątek po wieczerzy studiował też z grupą mężczyzn Pirkej Awot albo Chajej Adam [*Żywot Adama – dzieło halchiczne Awrahama Danziga].

Podczas Jamim Noraim na życzenie reb Szlojme Jehudy modlono się w nowym besmedreszu.

Gabajem w tej niewielkiej synagodze był Alter Bekerman, wykwalifikowany krawiec. Szył dla szlachciców i dla inteligenckiej żydowskiej młodzieży. Reb Szlojme Jehudę po śmierci zastąpił Jone Pasmanik. Z wiernymi czytywał Chajej Adam, a w szabas prowadził haftarę. W dni powszednie reb Jone Pasmanik pracował jako mełamed i nauczał dzieci, później został nauczycielem w szkole Jawne.

[str.282]

Liczba wiernych nie była wielka, ale minjan istniał do zagłady Sokołowa.

Minjan krawiecki. W przedsionku wielkiej synagogi istniał minjan nazywany synagogą krawiecką. Większość wiernych była krawcami i rzemieślnikami szyjącymi futra. Modlili się przede wszystkim w szabas i w święta. W Jamim Noraim modlili się razem z ogółem w synagodze, gdzie rabin Chaim Szmuel (błp.) był przewodniczącym gminy.

Gabajem w synagodze krawców był reb Bunem Ciepelewicz, prosty, uczciwy mężczyzna. Był bogaczem i przez całe życie pozostał rzemieślnikiem. Przestrzegał codziennych modlitw, wspierał jesziwy i Talmud Tory i chętnie dawał kredyty.

Reb Herszl Łopata prowadził modlitwy, był też uczonym. Wierni go szanowali i pomagali spłacać kredyty.

Modlił się tam również stary Ciepelewicz z synami Tuwjem, Lejbiszem i Perecem. Na szabas często przyjmowali gości. W każdy szabas reb Tuwje i jego brat Lejbisz brali do siebie wędrowca, przyjmowali go iście królewsko i urządzali piękną szabasową ucztę.

Reb Binjomin Szczerb, cichy i spokojny, był jednym z największych „tandeciarzy” [*handlarzy starzyzną] w mieście. Na rynku miał piękny sklep z ubraniami. Swoje dzieci wychowywał w religijno-narodowym duchu. Jego syn jedynak Kalman był jednym z najaktywniejszych działaczy w młodzieżowym ruchu Mizrachi i związku zawodowym rzemieślników w Sokołowie. Dawał jałmużnę na tyle, na ile pozwalała mu na to jego sytuacja materialna.

Większość krawców i kuśnierzy, mieszkających na ulicach Szerokiej i Niecałej, modliła się w synagodze krawców. Wszyscy uczciwi i serdeczni Żydzi, żyli z ciężkiej pracy i żywili nadzieję na lepsze jutro. Większość z nich dzieliła swoje szabasowe wieczerze z biedakami, którzy całymi tygodniami wędrowali z miasta do miasta, zbierając datki na wyżywienie głodujących rodzin.

Dom modlitwy „Tiferet bachurim”. Grupa młodzieńców ze Szlojme Sztutmanen na czele postanowiła założyć dom modlitwy o nazwie „Tiferet bachurim”. Mieścił się on w lokalu na pierwszym piętrze, tuż nad „Chajej Adam”. Pomysł okazał się wielkim sukcesem. Liczba młodych wiernych rosła i minjan liczył kilkadziesiąt wiernych, między którymi byli także majętni gospodarze. Przy

[str.283]

domu modlitwy istniała Kasa Pożyczkowa dla wiernych potrzebujących finansowego wsparcia.

Pierwszym gabajem był reb Szlojme Sztutman. Troszczył się o wszystkie potrzeby modlących i poświęcał im wiele czasu. Drugim gabajem był reb Alter Feldman, miał on sklep z tandetną odzieżą wśród miejskich straganów. W pracy na rzecz domu modlitwy pomagał reb Szlojme Sztutmanowi. Jekl Kagan, zięć Mojsze Fajersztejna, krawiec z zawodu, który był jednym z prowadzących modlitwy w „Tiferet bachurim”.

[str.284]

 

J. Rozenberg (Warszawa)

W drodze do rodzinnego miasteczka

 

Zawsze, kiedy zdarza mi się być na podlaskiej ziemi, ogarnia mnie przejmująca tęsknota. Z bliskiej przeszłości wyłaniają się setki wspomnień, gdy rozmarzonym wzrokiem spoglądam na wyryte w sercu ukochane pejzaże sosnowych lasów i soczystych podlaskich łąk.
Jadę koleją z Warszawy na wschód, do Siedlec. Jest jasny, słoneczny poranek. Roześmiani ludzie, rodziny z rozbawionymi dziećmi jadą na wypoczynek do pobliskich lasów.

Wśród sosen, których korony ledwo poruszają się na wietrze wzdłuż linii kolejowej, pociąg przemierza niepostrzeżenie drogę do Siedlec. Któż by pomyślał, że przez te schludne, ciche stacje w ciągu niespełna roku przejechały wagony skazanych na śmierć Żydów z całej Europy. Jechały do pobliskiego, straszliwego miejsca zbrodni, jakim jest Treblinka.

Niedaleko stąd w ciągu ośmiu miesięcy, w dzień i noc, do nieba unosił się na oczach mieszkańców okolicznych miasteczek i wsi śmiertelny, duszący dym z krematoriów. A na okolicznych polach słychać było dniami i nocami okrutne krzyki.

Na te właśnie dworce, na te sosny i piaski patrzyły miliony oczu z wagonów wiozących je w ostatnią drogę prowadzącą wzdłuż peronów siedleckiego dworca. Niedaleko stąd jest Treblinka. Na jej cmentarnej ziemi rosną dziś ciche polne kwiaty i stokrotki…

Z siedemnastu tysięcy siedleckich Żydów przeżyło tylko kilka rodzin. Pamięć siedemnastu tysięcy zgładzonych Żydów została zamordowana w samym centrum miasta. Na placu, na którym kiedyś znajdował się stary żydowski cmentarz, postawiono skromny pomnik ku ich czci.
Z Siedlec jedziemy samochodem do Sokołowa. Razem ze mną jedzie Elje Sztejnberg z Paryża, który wiele lat temu opuścił miasteczko. Teraz chce na własne oczy je zobaczyć, przejść się jego uliczkami, po których przez otwarte okna roznosił się śpiew czeladników krawieckich i szewskich, śpiewających pieśni o pięknym i dobrym świecie.

[str.285]

Jedziemy po podlaskiej ziemi. Drogą prowadzącą z Siedlec do Sokołowa. Zniknęły jednak wszystkie ślady długoletniego żydowskiego życia. Tylko cmentarze dają świadectwo istnienia żydowskiej społeczności, tego, że wszędzie tu, we wszystkich miastach i wsiach, mieszkali Żydzi. Na podlaskich polach bitew Żydzi walczyli o wolność i niepodległość Polski, walczyli z carską armią. Niedaleko stąd, w Kocku, jest grób Berka Joselewicza. Na tej ziemi żydowscy młodzieńcy przeszywali bagnetami serca hitlerowskich bestii.

Koła naszego auta buksują na piaszczystych drogach gęstych lasów. We wsi Wola Wodyńska na cmentarzu wojennym pośród grobów braterskich żołnierzy, nad którymi kołyszą się smukłe sosny i brzozy, znajdują się też groby ośmiu żydowskich wojaków, którzy ramię w ramię ze swoimi polskimi towarzyszami polegli w bitwie z hitlerowską armią 17 września 1939 roku. Brzozy chronią wszystkie te osiem grobów zwisającymi gałęziami, a na porośniętych trawą mogiłach czyjaś ręka położyła bukieciki polnych kwiatów.

Oto wieś Suchożebry. Mieszkali tam żydowscy chłopi, postawni Żydzi o szerokich barkach, gęstych, skołtunionych brodach i pooranych, opalonych twarzach, którzy z dziada pradziada czerpali swoje zarobki z matki ziemi i sprzedawali nabiał w okolicznych wioskach. A tu zaraz wieś Podnieśno stanowiąca granicę pomiędzy powiatem siedleckim a sokołowskim. Droga ciągnie się jak cienka wstążka wśród pól i lasów aż nagle wpada na zabudowania: domy i domki. Małe drewniane i większe, piętrowe murowane. Niespodziewanie wyłania się miasto Sokołów. Trzeba mieć naprawdę dobre oko, aby zauważyć, gdzie pola przechodzą w domostwa.

Jesteśmy na ulicy Siedleckiej, która zaraz zmienia się w Długą. Wojna wiele tu zniszczyła. Zniknęły niegdysiejsze domy. Ale kamienie są mi bliskie i znane. I już jesteśmy na miejscu, gdzie znajdował się sklep piekarki Liby, „giełda” żydowskich tragarzy i woźniców. Odwracamy się w kierunku starego żydowskiego besmedreszu, gdzie było także synagogalne podwórze i „dobra króla biedoty” – małe, zapadnięte, krzywe domki żydowskiej biedoty. Królestwo furmanów, szewców i kuśnierzy, których domy od starego cmentarza odgradzał tylko cieniutki, niemrawy strumień rzeczki „Cytrynki”.

Na starym cmentarzu ogrodzonym drutem wyrósł gęsty sosnowy las. Mimo że niebo jest niebieskie, a

[str.286]

słońce praży, tam jest chłodno. Ciężko się przedrzeć przez wąziutkie ścieżki. Sosny stoją gęsto splątane gałęziami, które przypominają załamane ręce. Jak kiedyś na porośniętej dziką trawą cmentarnej ziemi, z której zbieraliśmy jabłka…

Od ulicy do ulicy nie idziemy, lecz pędzimy. Tu mieszkał „Szmaciejowski” – domokrążca i sadownik, tam mełamed „zatopiony Szlojme”. Tam znowu znajdował się cheder. Po lewej rozciąga się ulica Lipowa albo, jak nazywali ją Żydzi, ulica „wśród drzew”, którą latem szło się pod chupę [*baldachim, pod którym odbywa się ceremonia ślubna], krocząc po szeleszczących liściach.

Tu, przy kościele, rozciąga się park, w którym niegdyś pełno było żydowskiej młodzieży. Kasztany jeszcze bardziej się rozrosły, jeszcze gęstsze są ich korony. Och! Gdyby stare drzewa potrafiły mówić! Ileż one miłosnych wyznań szeptanych w jidysz wysłuchały?

Na Małym Rynku odbywał się ubój rytualny. Przez trzy dni faszystowscy mordercy dosłownie szlachtowali tam bezbronnych ludzi. Domy wokół rynku zostały zniszczone. W ich miejscu wyrosły już nowe, parterowe, wybudowane z czerwonej cegły. Na sąsiedniej ulicy Rogowskiej stoi jeszcze na wpół zniszczony dom „Miedzianego”. Spalone cegły straszą swoim widokiem. Tu urodził się i wychował Elje Stejnberg. W ciemnym, ponurym korytarzu otwierają się drzwi i pojawiają się dziecięce blond głowy. A mnie się wydaje, że już, już w którychś drzwiach ukaże się znajoma twarz… Sztejnberg błądzi wzrokiem po ścianach, które kiedyś były „jego domem”. Przez okna widać pola i łąki i po raz kolejny dociera do nas okrutna prawda, że nikt, nikt nie pozostał…

Na lewo od ulicy Rogowskiej rozciąga się nieciecka droga. Przychodzono tam w szabas na spacer do „drzewa nad wodą”. Jeszcze dziś stoi tam stara, zgarbiona wierzba. Jesienią woda napełnia się złotymi i miedzianymi liśćmi i łzami wierzby płaczącej po swoich niegdysiejszych gościach…

Zbliża się wieczór, ciężko wyjechać z ojczystego miasteczka. Chciałoby się wyryć w sercu, w pamięci wszystko, co się zobaczyło. Gdy opuszczamy Sokołów, czerwone słońce zachodzi za lasem. W drodze do Siedlec towarzyszy nam już srebrny księżyc, który swoim zimnym, łagodnym lśnieniem jakby chciał ukoić ból niezagojonej w sercu rany.

(Przesłane przez Ester Rozenberg-Ono z Izraela)

[str.287]

 

Chaim Ber-Szalom

(Giwatajim, Izrael)

Walki w obrębie społeczności żydowskiej w mieście. Nadchodzą pionierzy

*z hebrajskiego przełożyła Regina Gromacka

 

W roku 1933, na rok przed moją emigracją do Ziemi Izraela, przeżyłem jedno z ciekawszych doświadczeń w trakcie swojej działalności syjonistycznej. A oto co się wydarzyło.

Do Sokołowa przyjechała grupka młodych pionierów z organizacji Ha-Poel ha-Mizrachi [*Ha-Poel ha-Mizrachi (hebr., Robotnik Mizrachi), organizacja młodzieżowa ruchu religijnych syjonistów, która miała za zadanie przygotować młodzież do wyjazdu i pionierskiego osadnictwa w Ziemi Izraela – przyp. tłum.] dla odbycia w tym miejscu hachszary [*Hachszara (hebr., przysposobienie), przygotowanie przyszłych osadników w Ziemi Izraela. Najczęściej młodzież przysposabiała się do nowego, pionierskiego życia w gospodarstwach rolnych zakładanych przez organizacje młodzieżowe – przyp. tłum.]. Było to ważne wydarzenie dla żydowskiej społeczności miasteczka. Wprawdzie Sokołów był miastem ciężko harujących ludzi, miastem, którego większość mieszkańców żyła z pracy własnych rąk, miastem, które wydało z siebie oddanych i dzielnych bojowników walczących o prawa ludzi pracy. Ale praktyka życiowa sobie, a halacha [*Halacha (hebr., prawo religijne). Zgodnie z jej naukami praca fizyczna nobilituje człowieka – przyp. tłum.] sobie. Praca fizyczna nie przynosiła zaszczytu, a wykonujący ludzie ją nie cieszyli się wielkim szacunkiem. Jedynie nieliczni spośród robotników fizycznych zostawali przedstawicielami społeczności.

Nawet w partiach socjalistycznych przywódcy na ogół nie byli wybierani spośród faktycznie pracujących ludzi. W bejt midraszu [*Bejt midrasz (hebr., dom nauki); tu w szerszym znaczeniu: synagoga ortodoksyjna – przyp. tłum.] i w sztyblu [*Sztybel (z jid., izba), chasydzka bóżnica i dom modlitwy – przyp. tłum.] również nie zaliczali się oni do szacownego grona osób „zasiadających przy wschodniej ścianie”.

Człowiek pracujący był osamotniony i otoczony atmosferą wzgardy. Nawet najmarniejszy handlarz uważał się za jaśniepana w porównaniu z rzemieślnikiem, a tym bardziej zwykłym robotnikiem. Nic dziwnego, że w tej atmosferze pogardy dla wartości, jaką stanowiła praca, sami robotnicy postrzegali swoje zajęcie jako przymusowe zrządzenie losu, z którego trzeba się wyzwolić.

Dlatego przyjazd do miasta żydowskiej młodzieży, która miała wykonywać prostą pracę fizyczną, „jak goje”, wprawił w wielkie zdumienie miejscowych „bałebosów” [*Bałebos (z jid., gospodarz), ortodoksyjna burżuazja – przyp. tłum.]. „Toż to zupełne wariactwo – powiadali oni – żeby Żydzi tyrali jako drwale?”

Natomiast masom pracującym to wydarzenie dodało skrzydeł, bo podnosiło ich status i godność w oczach innych ludzi, a zwłaszcza w ich własnych.

Niełatwym zadaniem okazało się znalezienie pracy dla tej młodzieży. Żydowskich fabryk w mieście nie było, w instytucjach municypalnych nie było możliwości zatrudnienia żydowskiego pracownika. Wielka, zatrudniająca kilkaset osób fabryka cukru nieopodal miasta również była zamknięta dla żydowskich robotników, i dlatego jedynym dostępnym zajęciem było rąbanie drzewa oraz sprzątanie u Żydów.

W mieście pojawił się nowy widok, jakiego nigdy przedtem nie oglądali nawet najstarsi tutejsi Żydzi: dzień w dzień o poranku grupki żydowskiej młodzieży, złożone z wątłych chłopców, ruszały do rąbania drzewa i innych prostych robót.

Początkowo wszystko odbywało się jak trzeba, nie minęło jednak parę dni, a dopadł ich gniew komunistów – miejscowych Żydów. Z obawy przed podniesieniem statusu chaluców [*Chaluc (hebr.) pionier, nowy osadnik w Ziemi Izraela – przyp. tłum.] w oczach mas pracujących zaczęli oni utrudniać pionierom robotę. Pod hasłem „sprzeciwu wobec odbierania pracy nieżydowskim robotnikom”. Sprawa przeistoczyła się wkrótce w prawdziwą wojnę. A młodzi pionierzy wracali z roboty poturbowani.

Działacze ruchu Mizrachi, zwłaszcza zaś błp. reb Jehuda Cwi Skrzydłower, który mężnie i ofiarnie walczył o tę sprawę, byli zupełnie bezradni.

Ja sam dołączyłem do obrońców młodzieży. Dzień w dzień zjawiałem się w miejscu ich pracy, żeby wesprzeć pionierów w starciu z atakującymi ich komunistami.

Apelowałem do sumień komunistów, ale ponieważ nic to nie dawało, rzuciłem im w twarz obraźliwe słowa. To ich najwyraźniej poruszyło, bo postanowili się na mnie zemścić. Dostałem informację,

[str.288]

że na mnie czyhają, więc przez parę tygodni nie ruszałem się wieczorami z domu, lecz mimo to udało im się dopiąć swego. Któregoś dnia pod wieczór zaczaili się na mnie na ulicy Długiej i pobili raniąc metalowym prętem w głowę. Błp. doktor Grodinecki opatrzył mnie, a kiedy się dowiedział, z jakiego powodu zostałem napadnięty, sam też przyłączył się do walki.

Ten incydent z jawną napaścią poruszył społeczność i ze wszystkich stron poniosły się głosy. Koniec końców komuniści odstąpili od tych podłych zagrywek. Jestem przekonany, że ci spośród ówczesnych komunistów, którzy teraz żyją wśród nas, żałują swojego postępowania.

Ojcowie założyciele wśród syjonistów Sokołowa

Pojawili się wraz z wystąpieniem buntu społecznego w życiu Żydów Europy Wschodniej u progu XX wieku. Był to bunt w łonie społeczności przeciwko ideowemu i społecznemu zacofaniu miasteczka, bunt przeciwko bezczynności w obliczu nadciągającej i coraz groźniejszej burzy, która miała zachwiać posadami żydowskiego życia w tym miejscu diaspory.

Wywodzili się z duchowej kuźni judaizmu, z samego wnętrza bejt midraszu i sztybla, głęboko wzięli sobie do serca ideę odrodzenia narodowego i społecznego, która zakładała przewrót w życiu diaspory.

Syjonizm oczarował ich swą wzniosłą wizją, swoją ideą imigracji do Ziemi Izraela.

Niewielka grupka, bo około dziesięciu osób wywodzących się z żydowskiej ortodoksji, przygotowała grunt dla Organizacji Syjonistycznej [*Obecnie: Światowa Organizacja Syjonistyczna, koordynująca działalność wszystkich organizacji syjonistycznych na świecie. Została założona 3 września 1897 roku na I Światowym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei] w Sokołowie.

Niełatwo było w owym czasie być syjonistą. Należało bowiem stawić czoło religijnemu fanatyzmowi, zatwardziałemu konserwatyzmowi oraz obowiązującemu od pokoleń zwyczajowi: „siedź i nic nie rób”.

Ci pierwsi działacze musieli dawać odpór swoim rodzicom, byli wyklinani przez swoje otoczenie, wykluczani z bejt midraszu i sztybla, a także prześladowani przez władze carskie, które widziały w nich zagrożenie dla swojego reżimu.

Ta niewielka grupka stanowiła pierwszą komórkę działalności społeczno-narodowej w mieście, była ziarnem, które wykiełkowało i z biegiem czasu przerodziło się w zróżnicowany ruch w żydowskiej społeczności Sokołowa, działający przez następne lata.

To, że w Sokołowie powstały szkoły, biblioteki i organizacje młodzieżowe, że powołane zostało żydowskie demokratyczne przedstawicielstwo w instytucjach municypalnych, że toczono nieustanną walkę o prawa Żydów w mieście – otóż wszystko to stało się dzięki tamtej grupce syjonistów, której siła oddziaływania i wpływ trwały nawet wtedy, gdy Organizacja Syjonistyczna podzieliła się na różne frakcje i przeciwstawne nurty.

Tej grupce zawdzięczamy pierwszeństwo w głoszeniu idei, której pozostała ona wierna mimo upływu czasu. O jej profilu stanowił prymat wierności narodowi i Syjonowi.

Niewielu spośród jej działaczy zaznało spokoju w życiu prywatnym, byli bowiem rozdarci między obowiązkami codziennego życia a działalnością na rzecz urzeczywistnienia swego marzenia o powrocie do Syjonu.

Większość z nich już nie żyje: niektórzy pomarli, inni zginęli w czasie Zagłady.

Dane mi było w czasach młodości uczestniczyć po części w życiu ruchu syjonistycznego, i wciąż noszę w sercu miłość i szacunek dla wielkich wartości, które mi wpojono.

Niniejszym próbuję swoim nieudolnym piórem upamiętnić owych syjonistów jako symbol wielu, którzy kontynuowali ich drogę.

[str.289]

 

Lea Morgensztern

(Tel Awiw)

Ostatnie wspomnienie

 

Zgrabna, majestatyczna figura, wyważone kroki arystokratki, delikatne ręce i łagodne oczy, z których zawsze biło dobro, połączone z pobożnością i skromnością. Tak w moim dzieciństwie widziałam matkę i taka też pozostanie na zawsze w mojej pamięci.

Znałam wiele polskich rebecyn. Wszystkie one były szczególnym rodzajem ortodoksyjnych arystokratek, a wiele z nich miało w sobie osobisty czar. W moich oczach żadna z nich nie mogła równać się z moją matką.

W Sokołowie wszyscy, starzy i młodzi, religijni i niereligijni, odnosili się do mojej matki z szacunkiem. Była dla nich rebecyn, sokołowską „first lady”, gospodynią na dworze rabina. Dla mnie była wszystkim: moją matką, moją przewodniczką i moją jedyną i najlepszą przyjaciółką. Jasnym światłem i centralnym punktem dworu nie był mój ojciec rabin, lecz ona, moja matka. Wszystkie moje najlepsze młodzieńcze wspomnienia wiążą się z nią. Była dla mnie ideałem, wzorem.

W domu byłam najmłodszą z jedenaściorga dzieci (miałam osiem sióstr i trzech braci). Wszyscy mnie rozpieszczali, rozpuszczali.

Wychowana zostałam w atmosferze dobrobytu i komfortu. Muszę jednak przyznać, że całkowicie szczęśliwa nigdy nie byłam. Srogi reżim panujący w domu mojego ojca ograniczał mnie, nie pasował do mojej młodej, niecierpliwej natury. Coś mnie uwierało i czułam się jak w więzieniu, jak zakuta w kajdany. Wydawało mi się, że gdzieś tam jest wielki świat, do którego mnie nie wpuszczają, gdzieś poza dworem toczy się życie, jest wolność, rozmach, a ja żyję tu jak w uwięzieniu. Często wieczorami stałam godzinami przy oknie, wyglądałam na ulicę i patrzyłam na młodzież wolno spacerującą po okolicy. Wówczas myślałam ze smutkiem: „Ach, jak dobrze im wszystkim, jak dobrze, że są wolni

[str.290]

i tak naturalni, że mogą spacerować w miejskim parku, przyjaźnić się z kim chcą!” Bardzo im zazdrościłam i w takich momentach gotowa byłam zrezygnować z tego całego bogactwa i przepychu, który panował na naszym dworze. Oddałabym to wszystko za jeden róg ulicy Koziej (ulicy żydowskiej biedoty). Ale nie byłam w stanie zmienić mojej sytuacji, bo mój ojciec surowo zabronił mi mieszać się ze zwykłymi ludźmi i nadal pozostawałam uwięzioną „księżniczką”. Wszystko to wywoływało we mnie wielką złość, usprawiedliwione i nieusprawiedliwione pretensje i po trochu zaczęłam traktować cały „dwór” i jego mieszkańców jak ciemiężycieli, chcących ukraść moją młodość i wolność.
A że to wszystko wytrzymałam i nie popadłam w apatię, zawdzięczałam promiennej postaci mojej matki, która swoją dobrocią, taktem i tolerancją osładzała moje dzieciństwo.

Gdy wyszła za mąż, miała co najwyżej 15 lat. W dzieciństwie nie chodziła do świeckiej szkoły i nie miała żadnego wykształcenia. Później jednak – nie wiem jak – nauczyła się płynnie czytać i pisać po polsku i niemiecku i chętnie czytała książki i gazety w obu językach. Mojemu ojcu nie bardzo się to podobało, ale tolerował jej zajęcie. Wiedział dobrze, że nie zaszkodzi to jego pobożnej żonie. Ale moja matka, która była bardzo tolerancyjna wobec innych ludzi, zrobiła jeszcze jeden krok ku nowoczesności i zatrudniła nauczyciela języków także dla nas, dzieci. My, to znaczy kobiety, stworzyłyśmy sobie nasz własny świat. Musiałyśmy oczywiście dopasować się do wszystkich reguł reżimu panującego na dworze. Ale pozwolono nam także na własny punkt widzenia i zarówno mój ojciec, jak i chasydzi odnosili się do tego z wielką tolerancją, a może nawet bardziej z litością. „Ach, niech kobiety trochę się powygłupiają i niech na tym swoim babińcu czytają, co chcą, nikomu to nie zaszkodzi”.

Jestem przekonana, że moja matka z natury obdarzona była dobrym estetycznym gustem. Lubiła ładnie się ubrać i była wyśmienitą znawczynią mody, do tego stopnia, że najlepsi krawcy z warszawskich salonów liczyli się bardzo z jej gustem i zdaniem. Tak jak była znawczynią ubiorów, tak znała się także na ludziach i posiadała wrodzony psychologiczny zmysł. Na „dworze” kręciły się setki różnych osób, a moja matka potrafiła każdego z nich oszacować zgodnie z jego wartością. Nie mogła znieść próżniaków, szczególnie schlebiaczy, podlizywaczy nienawidziła.

[str.291]

Matka musiała prowadzić cały dom, co wiązało się nie tylko z wielkimi wydatkami, ale także ze zmartwieniami, rachunkami i innymi kłopotami. Ale moja matka z wdziękiem i urokiem brała na siebie te wszystkie ciężary. Dlatego też administracja dworu prowadzona była wzorowo. Na wszystko miała czas i wszystko było na jej głowie. Trzeba wiedzieć, że nasza rodzina była bardzo liczna, wielu zięciów, synowych i wnuków. Wszyscy odnosili się do niej z serdecznością i szacunkiem i przy każdej rodzinnej uroczystości, smutnej czy wesołej, podczas rodzinnych sporów i kłótni matka była centralną figurą, z którą wszyscy się liczyli, a jej zdanie było decydujące w każdej rodzinnej kwestii. To wszystko wymagało od mojej matki czasu, uwagi i stalowych nerwów. Zawsze znajdowała na to czas i swoje zadania wykonywała z wielkim zaangażowaniem i dziwną lekkością. Poza prowadzeniem administracji dworu i troską o rodzinę, moja matka dbała także o obcych, dawała im pokaźne datki i troszczyła się o biedne rodziny. Pamiętam, gdy moja starsza siostra szła pod chupę, nagle zauważono, że matka nie ma na sobie swojej biżuterii. W dworze wybuchła panika. Gdzie jest biżuteria rebecyn? I jak można ustawić chupę, gdy rebecyn nie ma swojej biżuterii? Matka koniec końców musiała wyznać tajemnicę, że zastawiła ją, bo musiała pomóc zubożałej rodzinie.

Moje ostatnie serdeczne wspomnienie. Żegnam się z matką, gdy postanowiłam opuścić Sokołów i przeprowadzić się do Warszawy. Gdy dowiedziano się o mojej decyzji, w dworze wybuchło zamieszanie. Wszyscy, ze mną na czele, wiedzieli, że to nie jest zwykła przeprowadzka do innego miasta, lecz pożegnanie na wiele lat, a może nawet na zawsze. Wszyscy byli smutni, zmartwieni. Najbardziej zły był mój ojciec, który odgrażał się, że się ze mną nie pożegna, a wyjechać bez „do widzenia” usłyszanego z ust ojca było nawet dla mnie, „rewolucjonistki”, wielką tragedią. Pocieszała mnie tylko dobra, tolerancyjna matka, ocierając moje zapłakane oczy. „Nie martw się, moje dziecko. Wiem, że nie ma tu dla ciebie miejsca. Ale poczekaj kilka dni, aż ojciec się uspokoi i udzieli ci błogosławieństwa…” W końcu ojciec trochę złagodniał i pożegnał się ze mną życząc mi „zdrowia i pokoju”. Wyjechałam smutna. Gdy ujechałam już dorożką kawałek drogi,

[str.292]

matka ostatkiem sił dopadła pojazdu i rzucając mi się na szyję powiedziała: „Moje dziecko, przybiegłam raz jeszcze się z tobą pożegnać i mam do ciebie jedną prośbę. Wiesz, że zawsze byłam ci dobrą matką, a moje matczyne serce podpowiada mi, że tak prędko cię już nie zobaczę, chcę cię więc o coś poprosić. Przyrzeknij, że w każdy piątek wieczorem będziesz błogosławić świece”.

Po tragicznej śmierci mojego ojca, matka z całą rodziną przeniosła się do Warszawy. Przez pewien czas jeszcze, żyjąc już Ameryce, dostawałam od niej listy. Były to listy pełne tęsknoty i bólu. Ale nagle przestały przychodzić. Później dowiedziałam się, że moja matka i prawie cała rodzina zginęła podczas likwidacji getta w Warszawie. Z naszej wielkiej rodziny uratowały się tylko trzy osoby.

[str.293]

 

Chaim Ber-Szalom (Fridlub)

(Giwatajim)

Sokołów na początku stulecia

 

Sokołowska gmina żydowska liczyła na początku stulecia około 4500 osób zamieszkujących stosunkowo mały obszar. Dwie ulice – ulica Długa i Rogowska – przecinały miasto wzdłuż i razem z kilkoma krótkimi uliczkami oraz Dużym Rynkiem wyznaczały granice dzielnicy żydowskiej.

Tylko niektóre ulice były wybrukowane okrągłymi, nieociosanymi kamieniami. Gdy przejeżdżał wóz, stukot słychać było w całym mieście. Pozostałe ulice były nieutwardzone i gdy przychodziła zima, brodziło się po kolana w błocie.

Był to wydzielony teren, prawie jak getto, którego granic Żydzi nie ważyli się przekraczać i nie chodzili nigdy „za miasto”, gdzie mieszkali Polacy.

Ludzie mieszkali w ciasnocie, dom w dom. Podwórek nie było. Gdy dzieci zakładały swoje rodziny, urządzano dla nich izbę na strychu.

Tylko nieliczne rodziny „ryzykowały” wyprowadzenie się „za miasto” i te właśnie miały większe i przestronniejsze mieszkania. Mimo to nikt im nie zazdrościł. Wręcz przeciwnie, postrzegano to jako porzucenie żydowskości.

Mieszkania znajdowały się w małych, spróchniałych, drewnianych i niskich domach. Dachy pokryte były gontem albo papą, rzadko blachą. Blaszany dach był symbolem bogactwa. Ściany i dachy porośnięte były ze starości mchem. Domy pamiętały wiele pokoleń, prawie wszystkie były „podbudowane”, tzn. gdy dół zaczynał zapadać się z wilgoci, żydowscy cieśle wzmacniali je, dobudowując nowe ściany i w ten sposób powstawał „prawie” nowy dom.

To pogrążone w biedocie miasteczko wymyśliło cały szereg nowych rzemiosł: podbudowywanie domów, podszywanie butów i przenicowywanie ubrań. Warto przypomnieć, jak wyglądało w tamtym okresie wnętrze izby zamieszkiwanej przez przeciętnego Żyda. Gdy otworzyły się

[str.294]

drzwi zamykane na prostą klamkę, człowiek wchodził od razu do tak zwanej kuchni. Stała tam ława na wiadra z wodą, a pod nią wiadro na pomyje. Po jednej stronie – komin do gotowania i dymnik odprowadzający na zewnątrz dym z kuchni. Na piecu stał żelazny trójnóg podgrzewany od dołu, a na nim garnek. Kiedy był silny wiatr, dym zamiast do dymnika wciskał się do izby. Gdy uczyłem się w chederze u mełameda reb Isroela Lejbele, zdarzało się to często i za każdym razem mełamed głośno krzyczał: „Sore! Mindl! Miejcie litość dla Tory!”.

Później nakładało się fajerkę, więc dym nie przedostawał się już do izby. W kuchni stała także kanapa, na której spało najmłodsze dziecko albo czeladnik, bo kuchnia służyła także za warsztat. Przede wszystkim u krawców i szewców.

Zaraz za kuchnią była „izba”, tj. pokój, w którym stały łóżka rodziców i kanapa dla dzieci (gdy przyjeżdżali goście, rozkładano im posłania na ławach albo na podłodze) oraz stół i ławeczki w różnym stanie (często dziedziczone z pokolenia na pokolenie). Szpary w ścianach zalepiano gliną i gruntowano (bogaci oklejali ściany tapetą). Podłoga nie wszędzie wyłożona była deskami. W wielu domach podłogą była uklepana ziemia. Jeszcze w 1933 roku, zanim wyjechałem do Izraela, widziałem taką podłogę w domu klezmera Hirsza-Nachuma.

Nie lepiej wyglądały ubrania sokołowskich Żydów. Latem noszono chałaty, jesienią zakładano dwa chałaty, a zimą w mrozy na dwa zakładano jeszcze palto. A gdy chwycił mróz i zmroził zabłocone brzegi wszystkich trzech płaszczy, to ich właściciela słychać było z daleka.

Także damskie ubrania były równie nędzne. Latem kobiety stroiły się w tanie lniane sukienki, wiosną zakładały kilka „halek”, jedną na drugą.

Za to gdy przychodził szabas, wszyscy się stroili. Mężczyźni i kobiety wkładali swoje świąteczne stroje, tzn. szaty, które uszyto jeszcze na ich wesele, nawet gdy zbliżała się już jego srebrna rocznica. Ubrania poddawane były wielu „operacjom”. Najpierw przeszywano szwy, potem łatano, aż w końcu przerabiano na ubrania dla dzieci. Buty i kamasze kupowano, gdy nie było już innego wyjścia albo gdy łaciarz Pinkas Aron „zasądził”, że

[str.295]

stare trzeba już wyrzucić na śmieci. Nowe buty były oczywiście podszyte – „stare cholewy są lepsze niż nowe” – powiadano.

Ciężka i okrutna była walka o chleb, w dosłownym tego słowa znaczeniu. A gdy nie miało się pracy, pracą stawało się oszczędzanie. Gdy w domu było czym „zatkać gębę”, wszyscy byli zadowoleni. Oszczędzano chleb i kartofle, nawet sól. Nawet lampę naftową oszczędzano, aby nie daj Boże nie zgasła od podmuchu wiatru. Kobiety chodziły po domach, aby odpalić knot i tym sposobem zaoszczędzić na zapałkach.

Jeden z moich mełamedów, Ciemny Chaim (błp.), wysyłał mnie do sklepu po kawałek śledzia, mówiąc przy tym, abym kupił „tylko ogonki”. A gdy przynosiłem ogonki śledzia, kładł je na stole, mierzył wzrokiem, nożem robił pięć znaków i kroił na pięć części po jednej dla każdego z dzieci.

Jasny chleb jedli tylko bogacze. Wszyscy pozostali posilali się chlebem ciemnym i to tylko tutejszym, bo „niemiecki”, tj. chleb pieczony w nowoczesnych piecach, był bardzo drogi…

Jaja jedzono na Pesach, mleko pito, gdy ktoś się przeziębił. Gdy wygłodniali po całym tygodniu ludzie dorwali się do szabasowych i świątecznych potraw, potrafiło im to zaszkodzić.

Bieda ta była wynikiem bezrobocia stale towarzyszącego większości sokołowskich Żydów. Nie dotykała jedynie paru bogaczy, ale ich liczba była znikoma w porównaniu z ogólnie panującą nędzą.

Większość żydowskiej ludności pracowała fizycznie. Szewcy, krawcy, stolarze, kowale, kapelusznicy itp. harowali ciężko dniami i nocami, aby zarobić kilka groszy. Nie wszyscy mieli pracę w mieście. Niektórzy włóczyli się po wsiach w poszukiwaniu zajęcia, śpiąc przez cały tydzień w obcych domach. Handlarze jeździli całymi rodzinami, z żonami i dziećmi na targi, aby sprzedać choć odrobinę towaru. Jeszcze cięższa była sytuacja tzw. domokrążców. Z workiem na plecach włóczyli się po wsiach. Czekali z kawałkiem chleba, aż sprzedadzą swoje mecyje. Wystawieni byli na przekleństwa i podgryzani przez wściekłe psy.

Nie tylko mężczyźni nosili na sobie jarzmo ciężkiego życia,

[str.296]

wiele sokołowskich Żydówek walczyło na równi z ich mężami o lepsze jutro.

Kobiety były sprzedawczyniami w sklepach, stały w największe upały i mrozy ze swoimi stolikami pełnymi towarów na ulicy, jeździły na targi, wyrabiały peruki, całymi nocami wypiekały chleb, roznosiły po domach towary na sprzedaż, wiele godzin siedziały przy maszynach do szycia z na wpół zamkniętymi ze zmęczenia oczami i jednocześnie były matkami dla swoich dzieci i troszczyły się, aby w domu nie było głodu. Z czasem starzały się i chorowały. Gdy wspominamy ciężkie życie naszych ojców i matek, przeszywa nas za każdym razem wielki ból.

Rankami i wieczorami Żydzi modlili się w besmedreszach i w sztyblach i prosili o wybawienie. Niektórzy oszczędzali ostatni grosz i jechali do rebego z kwitłem [*karteczka, na której zapisuje się prośbę, a następnie kładzie na grobie cadyka]. Żywiono nadzieję na pomoc, na wybawienie od ciężkiego życia.

Ale wybawienie nie nadchodziło. Biedne życie sokołowskich Żydów kłuło w oczy gojów, w których zakorzeniony był antysemityzm. Na początku stulecia antyżydowskie tendencje przemieniły się w społeczny bojkot pod hasłem „Polska dla Polaków” („swój do swego”).

Wygnano Żydów ze wsi, usunięto z pracy w szlacheckich dworach. W miastach powstały kooperatywy, których celem była walka z żydowskim handlem i rzemiosłem. Życie stało się jeszcze cięższe i bardziej beznadziejne.

W obliczu późniejszych tragicznych wydarzeń można powiedzieć, że był to początek końca żydowskiego życia w Sokołowie. Ale nikt nie przypuszczał, że aż tak strasznego końca…

Życie społeczne

Ciężka sytuacja ekonomiczna żydowskiej społeczności w tamtym okresie był wynikiem społecznego zacofania. Od pokoleń miasteczko żyło odizolowane, w tradycyjnych skostniałych formach i zupełnie nieświadome nadciągających niebezpieczeństw. Do zacofania przyczyniła się carska władza, która zduszała wszelkie społeczne inicjatywy.

Rewolucyjna fala roku 1905 także w Sokołowie rozbudziła rewolucyjne nastroje. Żydowscy robotnicy, ci najbardziej cierpiący i dotknięci nędzą, brali

[str.297]

udział w walce przeciw carskiej rewolucyjnej władzy. Wielu robotników i ich przywódców zostało uwięzionych. Jednak, gdy rewolucyjna fala ucichła, pozostało niewiele konstruktywnych śladów działalności żydowskich organizacji robotniczych w miasteczku.

Także organizacja syjonistyczna, która w tamtym okresie powstała w Sokołowie, nie zdołała zmienić konserwatywnego oblicza miasteczka. W działalności ograniczała ją wieczna walka z carskim reżimem oraz z pobożnymi Żydami.

Potężny ruch oświeceniowy odbił się także na życiu Żydów w Rosji i wywarł na nie duży wpływ. Jednak do Sokołowa nigdy nie dotarł. O nowoczesnym chederze nie było nawet mowy. Jankl Flinder, syn felczera, był jedynym studentem w Sokołowie.

Brak dynamicznych, nowoczesnych sił był przyczyną zastoju w społecznych instytucjach w Sokołowie. W tamtym okresie istniała tylko „Linat ha-Cedek” [*opieka dobroczynna]. Jeden z założycieli tej organizacji, długoletni syjonistyczny działacz Binjomin Rubinsztejn, żyje tu w Izraelu.

Nawet wielki ruch emigracyjny rosyjskich Żydów pod koniec XIX wieku nie dotarł do Sokołowa. Wyjazd do Ameryki równał się w miasteczku z odrzuceniem żydowskości, przechrzczeniem się. Pierwsi sokołowianie, którzy odważyli się wyemigrować, byli prześladowanymi przez władzę carską rewolucjonistami z 1905 roku. A gdy ktoś wyjeżdżał, był to znak, że wszystko już stracone. Rodziny wstydziły się pokazać na ulicy. Wyjazd Chaima Lejba do Ameryki był w miasteczku niemałą sensacją. Pytano się: „Jak to? Pobożny chasyd wyjeżdża do gojskiego kraju?”.

Ci, którzy uciekli do „gojskich krajów”, byli bardzo często jedynym źródłem pomocy dla sokołowskich Żydów. Ratowali ich w wielkiej biedzie przez wszystkie te nędzne lata.

Nie można jednak powiedzieć, że wśród sokołowskich Żydów nie istniała wzajemna pomoc. Ale rozwijała się ona tylko w tradycjonalnej formie.

Przede wszystkim domy modlitwy. Były one nie tylko miejscami przepełnionymi Torą i modlitwą, ale także zajmowały się sprawami opieki społecznej. Troszczono się o upadłych, o chorych, dbano o to, aby ojciec mógł urządzić wesele swoim dzieciom. Gdy woźnicy padł koń, kupowano mu nowego. W domach modlitwy

[str.298]

ludzie pomagali sobie nawzajem, szczególnie w chasydzkich sztyblach i w mniejszych minjanach.

Poza tym wśród sokołowskich Żydów istniały specyficzne, bo niezorganizowane instytucje pomocowe. Dawanie i otrzymywanie jałmużny było naturalną koleją rzeczy wynikającą z życia w żydowskiej społeczności. Jak inaczej udało się handlarzom kupić zboże na czwartkowych targach? Skąd biedni kramarze brali pieniądze na wyjazd do Warszawy po towary? I jak udawało się na czas spłacić weksle, gdyby nie Kasy Pożyczkowej? Kredyty brano na tydzień, na dzień, a nawet na kilka godzin. Był to specyficzny rodzaj kolektywnego anonimowego ruchomego kapitału, który płynął z ręki do ręki. Jak chodzący bank bez urzędników i regulaminów. Ta szczególna pomoc wyrosła na niwie żydowskiej nędzy.

Gdy zapytuję się, skąd sokołowscy Żydzi brali siłę, aby znieść jarzmo ciężkiego powszedniego życia, przychodzi mi na myśl ich pobożność.
Pamiętam moich mełamedów: krzywonogi, czarnowłosy reb Chaim, reb Isorel Lejbele ze swoją wypłowiałą brodą i pejsami, reb Josef Akiwe z wysokim czołem i reb Henoch Dowid, przez którego przemawiała Tora.

Mieszkali drzwi w drzwi, zadowalali się tym, co mieli, ale gdy chłopiec wykazywał ochotę do nauki Tory, ich twarze przepełniała radość – radość i miłość do Tory.

Pamiętam besmedresze wypełnione po brzegi w zimowe wieczory, gdzie Żydzi kąpali się w blasku Tory i modlitwy. Do moich uszu dochodzą głośne dźwięki szabasowych pieśni śpiewanych w piątkowe wieczory i przejmujących modlitw w Jamim Noraim, pełnych smutku i bólu.

Moje myśli przepełniają wspomnienia radosnych odgłosów miasteczkowych wesel. Lampy oświetlały izby i ulice, bawiono się i tańczono. Tańczyli krewni, sąsiedzi, tańczyła cała ulica.

Pamiętam też zaraźliwą radość, gdy skończył się cykl studiowania Tory. Ze wszystkich ulic i uliczek napływali odświętnie wystrojeni Żydzi zmierzający w stronę synagogi. Ulica Bóżniczna była pełna ludzi. Pod chupą tańczyli mężczyźni z zamkniętymi oczami. Tak, ta naiwna wiara i radość koiły smutek powszednich dni.

[str.299]

Burza

Na zachodniej ścianie wielkiego kwadratowego rynku stał długi murowany budynek, tzw. oberża (staropolskie słowo oznaczające wielki, reprezentatywny budynek). Budynek ten uosabiał władzę w miasteczku sprawowaną po ostatnim rozbiorze Polski przez cara. Była to siedziba powiatowego naczalstwa oraz siedziba policji [*chodzi o budynek przy dzisiejszym placu Ks. Brzóski, obok którego znajduje się przystanek PKS].

Na przedzie budynku, nad szerokim wejściem wisiał drewniany balkon, wspierający się na drewnianych kolumnach. Na balkonie pokazywali się powiatowi carscy naczelnicy, wystrojeni w kolorowe mundury, obwieszeni medalami, i władczym spojrzeniem ogarniali miasto. Stamtąd też śledzili żydowskie życie. Ich wzrok dosięgał każdego zakamarka żydowskich ulic, każdego kącika żydowskich domostw. Patrzyli tak i myśleli: „Ich wszystkich mamy w garści”.

W szczególne dni, gdy przyjeżdżali ważni goście, gubernatorzy Siedlec czy Lublina albo w czasie wojskowych manewrów na balkonie grała orkiestra, a po mieście roznosiły się melodie pięknych rosyjskich marszów.

Budynek ten przypominał starego generała sprawującego okrutną władzę nad Sokołowem. Żydzi szybko przechodzili obok oberży albo w ogóle trzymali się od niego z daleka.

Gdy pewnego dnia grupa Żydów ubranych w odświętne stroje weszła przez szerokie drzwi do środka, od razu wszyscy wiedzieli, że przedstawiciele żydowskiej gminy idą przypieczętować nowe prawo.

Po południu pewnego sierpniowego dnia 1915 roku budynek stał pusty. Słychać było tylko wystrzały armatnie. Zbliżał się front, carscy urzędnicy zostali już ewakuowani. Na miejscu został tylko niski rangą, powiatowy naczelnik Iwanow i jego dwaj pomocnicy. Od czasu do czasu szybkim krokiem ulicami przechodzili tylko carscy żołnierze. Rynek był pusty. Żydzi stali w swoich sklepach obawiając się jutra.

Nagle podjechał wóz zaprzężony w kilka koni i zatrzymał się przed oberżą. Na balkonie ukazał się naczelnik Iwanow. Spojrzeniem objął całe miasteczko i jakby zobaczył koniec carskiej, trwającej długie pokolenia władzy.

[str.300]

Zaraz po tym wyszedł przez szerokie drzwi w towarzystwie dwóch urzędników, wsiadł do wozu i odjechał na wschód.

Odgłos odjeżdżającego w pośpiechu powozu słychać było jeszcze długo w pustym miasteczku. Ludzie pytali się, kto przyjdzie na miejsce tej okrutnej carskiej władzy? Kim będą nowi włodarze?

Strach miał swoje uzasadnienie. Kolejne dni przyniosły sokołowskim Żydom wiele cierpienia. Ponad dziesięciu Żydów zginęło z rąk wycofujących się Rosjan. Żydowskie sklepy zostały splądrowane.

Należy podkreślić ofiarność sokołowskich Żydów w tamtym okresie. Szolem Goldsztejn (błp.) (jego syn mieszka w Izraelu, w Hercliji) rozbroił dwóch rosyjskich żołnierzy, którzy napadli na Żyda i oddał mu skradzione towary.

Niemiecka okupacja [*chodzi o okres I wojny światowej]

Trzyletnia okupacja niemiecka w Sokołowie była okresem ciężkich cierpień. Głód i epidemie szalały w mieście i pociągnęły za sobą wiele ofiar. Niemieckie okrutne prawa wojenne (być może zapowiedź późniejszego nazizmu) zniszczyły ludziom wszelkie możliwości zarobkowania i handlu. Zaczęto więc szmuglować towary. Pieniądze zarabiane na chleb wiązały się z niebezpieczeństwem ciężkiej kary. Okres ten przyniósł również odprężenie od strachu przed carskimi pogromszczykami i polskimi antysemitami, którzy zagrażali nie tylko Żydom z Sokołowa, ale także tym w całej Polsce w przededniu i po wybuchu I wojny światowej.

Przedwojenny ruch pod hasłem „Polska dla Polaków” zmienił się wraz z wybuchem wojny w sprawne narzędzie w rękach carskich pogromszczyków prześladujących Żydów. Zaraz po pierwszych zwycięstwach sowieckiej armii okrucieństwa wobec Żydów nasiliły się. Szukano winnego i znaleziono go w Żydach. „Żydzi są szpiegami” – mówiono, a wśród ludności polskiej ciągle znajdowali się świadkowie, którzy poświadczali, że widzieli to na własne oczy.

Także w Sokołowie w dniu pogromu, mającym miejsce tuż przed opuszczeniem miasta przez Kozaków, niektórzy Polacy pomagali Kozakom grabić żydowskie sklepy.

Miasto z tamtego okresu głęboko wyryło się w mojej pamięci, przede wszystkim

[str. 301]

pamiętałem „święte obrazki”, które nagle pojawiły się na chrześcijańskich domach i miały wskazać Kozakom adresy, gdzie mają mordować i rabować.

Gdy do miasta weszli Niemcy, sokołowscy Żydzi odetchnęli z ulgą i zaczął się okres wielkiego społecznego ożywienia. Ówczesna niemiecka władza wraz z wojennymi okrucieństwami przyniosła do Polski ducha europejskiego liberalizmu. Sokołów z impetem zaczął się zmieniać i zeświecczać. Powstały świeckie instytucje kulturalne: biblioteki, związki zawodowe, hebrajskie i jidyszowe szkoły, domy dziecka i komitety udzielające pomocy. Szczególne znaczenie miał dla społeczności żydowskiej fakt, że w instytucjach miejskich zaczęli pracować żydowscy urzędnicy. Po raz pierwszy w historii Sokołowa Żydzi zostali przyjęci do policji. Herszl Grinberg (błp.) został zastępcą burmistrza. Żydzi pracowali też jako sanitariusze w służbie zdrowia. Powstały nowe społeczne siły, które wyrwały miasteczko z apatii i beznadziejności.

Legalizacja partii politycznych doprowadziła do płodnej, politycznej uświadamiającej pracy wśród młodzieży, głównie wśród młodzieży syjonistycznej. Organizacja syjonistyczna wypłynęła na szerokie morza swojej działalności.

Bez względu na wewnętrzne rozłamy zachodzące w Mizrachi, Poalej Syjon i innych organizacjach, jak i ideologię powrotu do Syjonu, ruch syjonistyczny pozostał w Sokołowie głównym bojownikiem o żydowskie życie gospodarcze, o wolność żydowskiej edukacji i wzrastał cały czas od powstania Polski do tragicznego jej końca.

Sokołów w niepodległej Polsce

Droga żydowskiego Sokołowa od powstania niepodległej Polski w 1918 roku do 1939 roku, była drogą przepełnioną nadzieją i zwątpieniem.
W roku, w którym skończyła się niemiecka okupacja, w mieście narodziły się pogromowe nastroje. Bano się napaści

[str.302]

Polaków. Pamiętam, że jeszcze tego samego wieczoru miało miejsce międzypartyjne zebranie w piwnicy starego besmedreszu w celu zorganizowania samopomocy.

Napady polskich żołnierzy na Żydów i pogromy, jak ten we Lwowie, osłabły i pojawiła się nadzieja, że w niepodległa Polska będzie miejscem, w którym żydowskie życie rozwinie się i rozkwitnie.

Na ciężką próbę Sokołów został wystawiony w 1920 roku, w czasie napaści bolszewików na Polskę. Wojna polsko-sowiecka odsłoniła tragizm żydowskiej egzystencji w Polsce. Bolszewicy wykorzystali polski antysemityzm, aby zdobyć zwolenników wśród Żydów. Polacy zaś sądzili, że każdy komunista jest Żydem.

Na nowym żydowskim cmentarzu widziałem rozbite i poranione głowy żydowskich żołnierzy z polskiej armii, którzy zginęli z rąk bolszewików w walkach o Sokołów. Kilka tygodni później niewinni sokołowscy Żydzi mordowani byli przez polskich żołnierzy po wymarszu bolszewików z miasta. Później nastało kilka spokojnych lat, lat odbudowy.

Żydzi walczyli o równouprawnienie, bo żydowska młodzież wierzyła w siłę rodzących się w Polsce liberalnych sił. Były to czasy współpracy w radzie miejskiej, wspierania żydowskich instytucji itp.

Jednak nadzieje szybko legły w gruzach, gdy nawet partie socjalistyczne, którym początkowo przyświecały liberalne hasła, opowiedziały się za ekonomicznym bojkotem ludności żydowskiej. Sławetna polityka „owszem” profesora Bartla [*w rzeczywistości słowa, o które chodzi autorowi, wypowiedział premier Felicjan Sławoj Składkowski w Sejmie 4 czerwca 1936 r.: “Walka ekonomiczna, owszem, ale krzywdy żadnej”; tym samym poparł bojkot, sprzeciwiając się jedynie przemocy fizycznej].

Powstanie w Niemczech hitleryzmu utorowało drogę zwierzęczemu antysemityzmowi w Sokołowie i w całej Polsce. Rozpoczęła się fizyczna walka z Żydami. Pikiety przed sklepami, chuligańskie napady na gminę, zbliżały wszystkich do katastrofy.

W 1933 roku, gdy do władzy w Niemczech doszedł Hitler, organizacja syjonistyczna razem z Mizrachi zwołała w synagodze wiec protestacyjny.

Pamiętam, jak z Mojsze Szapiro (błp.) chodziliśmy po mieście i nawoływaliśmy Żydów do zamknięcia sklepów i pójścia do synagogi. Razem z Chaimem Zilbermanem (błp.) i Pinkasem Rafałowiczem staliśmy na wzniesieniu i wzywaliśmy Żydów w wypełnionej po brzegi synagodze do walki przeciwko Hitlerowi

[str.303]

i Niemcom, do bojkotu niemieckich towarów, ostrzegaliśmy przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.

Pamiętam, że ani ludzie zgromadzeni w synagodze, ani my stojący na wzniesieniu nie wierzyliśmy głęboko w sercu, że niebezpieczeństwo jest już tak blisko. Ale wiara w człowieka okazała się zgubna…

Wieczorem, w szabas 2 lutego 1934, w dniu, w którym opuściłem Sokołów, po raz ostatni przespacerowałem się uliczkami mojego miasta. Przeszedłem wszystkie jego ulice i uliczki, aby przesiąknąć na zawsze moim domem.

Gdy mój spacer zbliżał się ku końcowi, owładnęła mną litość do mojego miasta i poczułem się jak dezerter, który opuszcza swój oddział znajdujący się w niebezpieczeństwie. Moje serce czuło, że niebezpieczeństwo jest już blisko…

[str.304]

 

I. Grinberg

(Tel Awiw)

Między młotem i kowadłem

(Wspomnienia zdarzeń w Sokołowie podczas bolszewickiej inwazji po I wojnie światowej)

 

W roku 1920 bolszewicy wypędzili polskie wojsko z zajmowanych przez nich rosyjskich terytoriów. Zajęli także dużą część Polski. W sierpniu tego samego roku przez około dwa tygodnie rosyjska armia okupowała Sokołów. Podczas zajmowania miasta nie doszło do większych bitew. Polska armia była w odwrocie i wycofywała się do linii Wisły. Jednak po obu stronach były ofiary. Wśród poległych polskich żołnierzy było też wielu Żydów.

W tym krótkim okresie, w którym bolszewicy byli w Sokołowie, ich stosunek do ludności cywilnej był poprawny, można rzec – przyjacielski. Urządzali mityngi, spotkania i zabawy. Szczególnie przyjaźnie odnosili się do ludności żydowskiej. Większość Żydów umiała dogadać się po rosyjsku, w rosyjskiej armii też było wielu Żydów. Należy pamiętać, że było to w okresie, kiedy antysemityzm w Rosji był surowo zabroniony i uznawany za zbrodnię.

W Polsce zaś w tamtym okresie szalał antysemityzm. Polskie społeczeństwo było przesiąknięte wrogością wobec Żydów. Porażki na polach bitew odbijały się na żydowskich głowach. Prasa odżegnywała się od Żydów. Całe wojsko było zarażone antysemicką trucizną, szczególnie oddziały generała Hallera [*Józef Haller von Hallenburg (1873–1960) – generał broni Wojska Polskiego, od 1918 Naczelny Dowódca Wojsk Polskich]. Publicznie bito Żydów na ulicach, obcinano brody itp. Zdarzało się, że wyrzucano Żydów z jadących pociągów, wymyślano przeciw nim najdziksze oszczerstwa – między innymi, że polewają wrzątkiem wycofujące się polskie oddziały, szpiegują na rzecz Rosji i w brodach noszą sekretne telefony…

Łatwo można wyobrazić sobie atmosferę panującą wśród sokołowskich Żydów, gdy stało się dla nich jasne, że rosyjska armia przystąpiła do odwrotu. Niektórzy działacze i młodzieńcy opuścili miasto,

[str.305]

część uciekła do sąsiednich miast, tam, gdzie nikt ich nie znał, a część poszła dalej z rosyjską armią.

Triumfujące wojsko polskie okrutnie odnosiło się do żydowskiej ludności. Po drodze padło trzydzieści kilka ofiar spośród mieszkających w okolicy Żydów. Dużo więcej było rannych i pobitych.

Gdy polska armia wmaszerowała z powrotem do Sokołowa, tamtejsi Żydzi zostali odcięci od świata – nastały rządy twardej ręki. Ludzie bali się wychodzić na ulicę, sklepy były zamknięte, domy pozamykane. Kto pokazał się w mieście, natychmiast zabierany był do pracy przy zaganianiu bydła. Było niebezpiecznie i sytuacja stawała się katastrofalna. Brakowało jedzenia i ludziom groził wybuch epidemii. Udało się wysłać alarmujący list za pośrednictwem chrześcijańskiego wysłannika do Warszawy, do Żydowskiej Rady Narodowej. Dzięki jej interwencji i w wyniku „aprobaty” z góry, sytuacja trochę się poprawiła. Pojawiła się nawet wojskowa komisja mająca zbadać wydarzenia.

Z zachowanej notatki wyłania się obraz nastrojów panujących pośród sokołowskich Żydów w tamtym okresie:

Obudź się, cóż za noc…

„W piątkowy wieczór cienie wyłaniają się z gojskich ulic, wieże kościelne pociemniały i wiało grozą. Skromna i samotna stoi synagoga, nikt do niej nie idzie. Jej cień obejmuje niskie żydowskie domki, jakby chciała uchronić je przed nieszczęściem, które jest już coraz bliżej.

Na żydowskich ulicach jest cicho jak makiem zasiał. Wszyscy siedzą w domach po ciemku, zamknięci na cztery spusty. Jeszcze gorsze są nastroje panujące w środku. Cóż właściwie wydarzyło się w miasteczku i czym oni tak sobie zawinili?

Mimo że żyjemy w XX wieku, o czym świadczą elektryczne druty rozciągające się na ulicach, strach przed oskarżeniem o mord rytualny jest mniejszy, ale nad Żydami wisi nowe oszczerstwo. Oskarżenie o zdradę, o pomoc wrogowi, o strzelanie do własnego wojska. Strach był wielki. Także dzieci siedziały przytulone jedno do drugiego, patrzyły niemo na ojca, na domowników. Wszystko

[str.306]

było dla dzieci nowością, było zagadką i bały się nawet odezwać. Za każdym razem, gdy na ulicy słyszano kroki żołnierzy, strach narastał jeszcze bardziej, serce waliło jak młotem, a krew gotowała się w żyłach. Dorośli siedzieli bezradni i załamani, oczy skierowane na zewnątrz, w kierunku tak dobrze znanego rynku, który zmienił się całkowicie. Ciche milczenie oznacza coś straszliwego, okrutnego. Coś złego wisi w powietrzu.

W śmiertelnej ciszy słychać nagle pukanie w drzwi. To na początku słabe stukanie staje się donośniejsze. Ukrywający się w domach Żydzi załamują ręce ze smutku i wznoszą błagalnie ręce do Pana w Niebiosach. Czekają na cuda, ale te się nie zdarzają.

Słychać ochrypłe skrzypienie otwierających się drzwi, nagły pierwszy rozpaczliwy krzyk. Wrzaski dochodzą już ze wszystkich domów, ze wszystkich strychów i piwnic. Zewsząd docierają błagania o litość skierowane do Boga, do ludzi na całym świecie. Odpowiedzią na nie były strzały.

Późnym wieczorem ‘robota’ wre. Krzyki ucichły. Co miało być, już się zdarzyło.

Po niebie wędruje zamyślony księżyc. Zamyślał się tak nad każdą z takich nocy, którą lud Izraela musiał przeżyć.

Obudź się, cóż za noc…”

[str.307]

 

Motl Frider-Kaplan

(Tel Awiw)

Dzień ogłoszenia Deklaracji Balfoura w naszym miasteczku

*Przekład z hebrajskiego Regina Gromacka

 

Dzień ogłoszenia Deklaracji Balfoura [*Deklaracja Balfoura, list wysłany 2 XI 1917 r. przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Arthura Jamesa Balfoura do barona Waltera Rothschilda. Zawierał deklarację poparcia brytyjskiego rządu dla idei utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, co w 1948 r. doprowadziło do powstania Państwa Izrael. Dzień 2 XI jako rocznica wydania Deklaracji Balfoura był przez następne lata uroczyście obchodzony zarówno w Palestynie, jak i w diasporze – przyp. tłum.] pamiętam tak, jakbym była wtedy dorosła, choć byłam tylko małą dziewczynką. Było to święto narodowe, pierwsze i jedyne, które sokołowscy Żydzi obchodzili masowo i z wielką pompą pośród niezmiernej, powszechnej radości.

Tamtego dnia mocno czułam radość i nadzieję całego ludu Izraela. Nadzieję na odrodzenie narodu we własnej ojczyźnie, choć nie rozumiałam jeszcze znaczenia terminu „Deklaracja Balfoura”.

To cudowne odczucie udzieliło mi się za sprawą mojej mamy, której radość tego dnia nie miała granic. Była ona całą duszą oddana idei odrodzenia naszego narodu, doskonale orientowała się we wszystkich problemach ruchu syjonistycznego, a nadzieja na urzeczywistnienie tego ideału nadawała sens i treść jej ciężkiemu życiu. Moja mama przez całe życie czekała na to, by ów wielki cud nastąpił, i wierzyła, że już niebawem, za naszego życia, tysiące i dziesiątki tysięcy Żydów – a wśród nich i ona – wyjadą na stałe do swej ojczyzny w Ziemi Izraela.

Wiara ta dodawała jej sił i sprawiała, że pozostała silną i optymistyczną osobą na trudnym froncie codziennego życia.

Tamten późnojesienny dzień niepodobny był do poprzednich dni ani do tych, jakie po nim nastały, przypominał raczej przepiękny dzień lata. Doskonale pamiętam, że było ciepło i pogodnie, słońce otuliło wszystko złotym welonem na cześć wielkiego święta.

Od samego rana miejscowe kobiety przystrajały swoje okna i balkony wychodzące na główne ulice miasteczka. Każda dokładała starań, żeby jej balkon wyglądał jak najpiękniej. Miałam wrażenie, że między tymi kobietami trwa rywalizacja, w głębi ducha zaś miałam nadzieję, że nasz balkon będzie najpiękniejszy ze wszystkich.

Nie odstępowałam mamy ani na krok w czasie, gdy przyozdabiała nasz balkon wychodzący na rynek.

Front balkonu mama udekorowała aksamitnymi czerwonymi makatkami. Na środku makatki zawiesiła zdjęcie syjonistycznego przywódcy Teodora Herzla, umieszczone na tle gwiazdy Dawida ułożonej z białych i niebieskich wstążek. Nad górze zawisły elektryczne lampki, mające oświetlać balkon po zapadnięciu zmroku. Po obydwu stronach stały choinki, przy nich dwie duże narodowe flagi, a dookoła tego wszystkiego – mnóstwo małych chorągiewek i kwiatów. Mniej więcej tak samo wyglądały wszystkie balkony wokół rynku. Plac, który służył za miejsce różnych uroczystości, nigdy przedtem nie wyglądał tak dostojnie i odświętnie jak w tamtym dniu.

Udekorowane domy stały tamtego dnia puste, ponieważ wszyscy wyszli na dwór, żeby

[str.308]

z wielką pompą, przy wtórze bębnów i w tanecznych korowodach, podczas wieców i zabaw, celebrować to wielkie święto ziszczenia się nadziei ludu Izraela na powrót do swej ojczyzny.

W odświętnych strojach wszyscy mieszkańcy Sokołowa, syjoniści czy niesyjoniści, zebrali się na placu przed synagogą.

W całym mieście przerwano pracę, pozamykano sklepy. Przywódcy organizacji syjonistycznych, każdy z białym i niebieskim kwiatkiem w klapie, stanęli na czele swoich grup. Wszystkie dzieci ze szkół i chederów stawiły się na placu razem ze swoimi nauczycielami i rabinami, aby wziąć udział w pochodzie, jakiego nasze miasteczko nigdy przedtem nie widziało.

Pochód miał przejść głównymi ulicami naszego miasteczka.

Ustawieni parami, członkowie różnych organizacji oraz dzieci szkolne wyglądali jak alejki utworzone z ludzi; nad wszystkimi rozpościerało się błękitne, jasne niebo, a słońce przygrzewało, wlewając radość w świętujące serca. Nigdy nie widziałam tak wielkich tłumów na tamtym placu.

Przewodniczący społeczności przystawali raz po raz pomiędzy ugrupowaniami, wydając rozmaite polecenia. Dobrze pamiętam promieniejące twarze syjonistycznych przywódców z naszego miasteczka – Chaima Zilbermana, błp. Mendla Łosickiego i innych. Ludzi, którzy duszą i sercem oddani byli idei odrodzenia narodu.

Panował wzorowy wprost porządek, żadnego rwetesu, jaki zazwyczaj towarzyszył zbiegowiskom i zgromadzeniom Żydów. Staliśmy i czekaliśmy na rozpoczęcie pochodu. Każda grupa ze swoją flagą na czele. Po pochodzie miały się odbyć wiece, zabawy i tańce.

Tłum stał w gotowości i czekał. Wyobrażam sobie, że w takiej samej gotowości i napięciu stali Żydzi u stóp góry Synaj, oczekując powrotu Mojżesza.

Czas upływał, czekanie się dłużyło, a początek nie następował. Czułam, że coś jest nie tak. Co jakiś czas widziałam, jak przywódcy syjonistyczni przemykają między szeregami dzieci szkolnych i szepczą coś między sobą. Wydawało mi się, że mają zmartwione miny.

„Co się stało? – myślałam. – Gdzie się podziały te promieniejące twarze sprzed paru chwil? Co ich tak niepokoi?”

Wtem dał się słyszeć łomot sypiących się kamieni, deszcz kamieni spadł znienacka na nasze miasteczko. Twarze działaczy sposępniały jeszcze bardziej, ramiona opadły, plecy się przygarbiły. I oto nadszedł rozkaz – rozkaz czy ledwie szept? Nie był to jednak wyczekiwany rozkaz: „Naprzód, ruszajmy”, lecz nakaz odwrotu. W przestrachu i pośpiechu zaczęliśmy wycofywać się w boczne ulice naszego miasteczka. Baliśmy się iść głównymi ulicami. Bo to tam czyhało w tamtym momencie prawdziwe zagrożenie. Nikt już nie pilnował porządku.

Chorągiewka, którą trzymałam w ręku, opadła. Ogarnął mnie strach i chciałam już tylko uciekać. W jaki sposób dotarłam do domu, nie pamiętam, ale dopiero tutaj dowiedziałam się, co się właściwie stało i kto nam przeszkodził w celebrowaniu naszego święta.

Wskutek ingerencji katolickiego księdza policja cofnęła zezwolenie na uroczystości. Ów ksiądz był człowiekiem wysokiego wzrostu, strasznie chudym, o zwinnych ruchach. Wyrazem twarzy przypominał

[str.309]

niesławnego hitlerowskiego oprawcę. Usta miał wąskie i zaciśnięte, spiczasty nos, a spojrzenie jego szarych oczu nasuwało na myśl cięcie brzytwą. Znałam go od najmłodszych lat i bardzo się bałam. Kiedy przechodził w pobliżu, zdawało mi się, że przekłuwa mnie wzrokiem. Odnosiłam wrażenie, że ma ochotę rzucić się na gromadkę bawiących się na ulicy żydowskich dzieci i je rozdeptać. Znany był w całym mieście jako zagorzały żydożerca.

Ten „sługa boży” pracował jako wychowawca w gimnazjum w naszym miasteczku. W dniu naszego święta ruszył na czele swoich wychowanków, żeby przeszkodzić Żydom w radosnych obchodach. Przyszli na rynek i zaczęli bez opamiętania obrzucać kamieniami przyozdobione balkony i okna. Tłukąc szyby, nie zaprzestali swojej roboty, dopóki nie zniknęła ostatnia niebiesko-biała dekoracja.
Staliśmy na balkonie naszego domu pośród okruchów potłuczonego szkła, z porwanymi chorągiewkami, pełni wielkiego rozczarowania i żalu. Pierwszy raz zrozumiałam, co to znaczy, że przebywamy na wygnaniu.

[str.310]

Agudas Isroel w Sokołowie

Wśród różnych ugrupowań w Sokołowie ważne miejsce zajmowała partia Agudas Isroel. W mieście swoją działalność zaczęła po pierwszej wojnie światowej. Na jej czele stał rabin Binjomen Morgensztern (błp.), syn sokołowskiego rebego. Swoim uporem i zapałem aktywnie przyczynił się do rozwoju Agudas i przyciągnął do ugrupowania wielu szacownych mieszkańców miasta. Do sukcesu przyczynił się autorytet sokołowskiego rebego, który był wiceprzewodniczącym centralnego komitetu partii w Polsce.

Sokołów często odwiedzany był przez agudowskich działaczy z centralnego komitetu takich jak reb Aleksander Zisze Fridman (błp.), rabin Herszhorn, rabin z Jaworzna i inni, którzy agitowali w celu przyciągnięcia nowych towarzyszy. Zebrania i wykłady odbywały się w besmedreszu rebego.

Aktywnymi działaczami, którzy pomagali zakładać Agudę w Sokołowie, byli: reb Baruch Łosicki, reb Mojsze Arnsztejn, reb Hersz Kajt, reb Icchok Walanowic, reb Eljezer Hendel, reb Awrom Ajzenberg, reb Joszue Szlechto, rabin Henoch Kohn i inni.

Wkrótce powstała też młodzieżowa organizacja, której działacze rekrutowali się spośród uczniów jesziwy rabina, młodzieńców przesiadujących w besmedreszu i innych. Organizacja młodzieżowa była bardzo aktywna i pomagała Agudzie przede wszystkim w czasie wyborów do miejskich instytucji, do rady miejskiej, do gminy żydowskiej itp.

Na jej czele stali Jakow Galant (teraz w Izraelu), Szyje Zielonylas, Fiszl Jabłonowicz, Szmuel Goldfarb, Mendl Siedlecki, Jehoszue Sztern, Isroel Grinberg, ocalały Herszl Grinberg, Awrom Wejsberg (teraz w Izraelu) i inni.

Dzięki inicjatywie organizacji młodzieżowej w Sokołowie założona została szkoła Bejs Jakow, w której uczyło się 100 dziewcząt w wieku szkolnym. Szkoła znajdowała się w domu Eljezera Hendla przy ulicy Długiej.

[str.311]

Przez pewien czas nauczycielką w Bejs Jakow była pani Karpel, córka dyrektora jesziwy, rabina Simchy Wolfowskiego (błp.). Pracowały tam też inne nauczycielki przysłane z seminarium nauczycielskiego w Krakowie. Szkoła Bejs Jakow kształciła żydowskie dzieci z polskiej szkoły powszechnej w żydowskiej religii i tradycji.

Aguda reprezentowana była w różnych miejskich instytucjach: w zarządzie gminy, w radzie miejskiej, Talmud Torze i instytucjach pomocowych.

Jej przedstawicielami w radzie miejskiej byli Hersz Kajt, Icchok Wolnowic, Menachem Mendzycki, Awrom Ajzenberg. W gminie zaś: Mojsze Lustigman, Chaim Jakow Szpadel, Hersz Kajt, Szyje Zielonylas, Isroel Goldfarb.

W gminie miały miejsce częste i zażarte kłótnie pomiędzy przedstawicielami Agudy, syjonistami i innymi ugrupowaniami. W radzie miejskiej zaś wszyscy żydowscy przedstawiciele prowadzili jednorodną działalność w celu ochrony żydowskich interesów w mieście.

Sokołowianin

[str.312]

 

Awrom Szpadel

(Ramat Gan)

Sokołów Podlaski (spacer po sokołowskich ulicach)

 

a. Ulica Długa

Główne ulice, które przecinały miasto wzdłuż nazywały się: ulica Piękna, Rogowska i ulica Długa. Centralnymi ulicami w Sokołowie, po obu stronach których stały podupadłe murowane domy, były ulice Rogowska i Długa. Jak obręczą otaczały miejski Duży Rynek, rynek rybny i warzywny (Mały Rynek) z jego straganami, gdzie koncentrował się cały żydowski handel w miasteczku.

Sokołów słynął w całej okolicy ze swoich wielkich, ogromnych targów. W każdy poniedziałek i czwartek do miasta przyjeżdżały setki chłopów z okolicznych wsi, prowadząc wypełnione towarami wozy. Wozy pełne zboża, cieląt, futer, drobiu, jaj i kur. Sokołowscy Żydzi zarabiali na rynku, tak więc sytuacja ekonomiczna w miasteczku zależna było od utargu. Targi te były kredytowymi barometrami dla hurtowników z Warszawy i Łodzi, którzy świetnie wyczuwali, kiedy będzie dobry, a kiedy zły dzień na robienie interesów.

Ulica Długa była najpiękniejszą ulicą w miasteczku. Na niej koncentrowało się całe życie ekonomiczne, polityczne i społeczne. Mieszkali tam prawie wszyscy sokołowscy bogacze. Znajdował się tam wielki sklep gotowych ubrań Jeremiela Rybaka („Czarnego Jeremiela”), który dawał zatrudnienie kilkudziesięciu żydowskim krawcom, sklep futrzarski braci Tuwii i Bunima Ciepelewiczów, kantor synów Buczego (Bucze Rubinsztejna i jego syna) prowadzony wspólnie z Herszlem Zalcbergiem. Rubinsztejn i Zalcberg byli największymi kupcami zboża w Sokołowie. W ich kantorze i składach zbożowych ulokowanych przy dworcu znalazło zatrudnienie kilkadziesiąt rodzin żydowskich zajmujących się przede wszystkim transportem kupionego zboża. Ulica Długa to także fabryka wody sodowej Berla Kiwesa

[str.313]

(Berla Pozngarda), Mojsze Szternicki ze swoją lodownią, która wszystkim szacownym gospodarzom dostarczała w gorące letnie dni lodu; sklep winiarski Arona Morgenszterna i Szachny Czernickiego, restauracje (wyszynki) Mojsze Perlsztejna, Mojsze Grinberga (Zielony Wyszynk, do którego zachodzili głównie miejscowi gospodarze) i Jakowa Kiwajki; piekarnie Liby Kower, Ester Grinberg (które słynęły w całym mieście ze swoich wieczornych wypieków); składy drewna Zalmena Zejdenberga, Jechiela Walmera, Joela Szpadla i Szepsela Goldfarba; hotel Szlojme Rozenberga; chasydzki hotel Pinkasa Federa (wiecznie przepełniony chasydami z okolicznych miasteczek, którzy przyjeżdżalichali w odwiedziny do sokołowskiego rebego); drukarnia Herszla Kajta, pochodzącego z rodziny rabinicznej i księgarnia Arona Zająca (jednego z najinteligentniejszych ludzi w mieście). Na ulicy Długiej znajdowała się także klinika kobieca doktora Gerszona Grudżeńczyka, serdecznego i oddanego swojej pracy, który cały swój wolny czas poświęcał pracy społecznej i aktywnie udzielał się w Poalej Syjon (Prawicy) jako ławnik w radzie miejskiej. Był tu także sklep z wodą sodową Binjomcze (gdzie zbierali się wszyscy próżniacy).

Prowadzone tam dyskusje o „światowych problemach” przyciągały uwagę policjanta Górskiego, który uparcie szukał tam politycznych „przestępców”. Gorące dyskusje ochładzała serwowana zimna woda sodowa. Jedynymi chrześcijańskimi sklepami były dwie apteki.

Na ulicy działały dwie biblioteki, pierwsza imienia Brenera, druga Borochowa, w których składowane były tysiące książek. Ich czytelnie służyły za centra kulturowe miasteczka. W salach Kina Ludowego odbywały się zebrania i przedstawienia teatralne, wystawiane często własnym sumptem albo przez przyjezdne trupy teatralne z Warszawy. Na ulicy Długiej znajdował się też nowy besmedresz. Przez otwarte okna słychać było głos miejskiego kantora i niejeden stawał na środku ulicy i wsłuchiwał się w święte słowa. Wielki pokój w nowym besmedreszu zajmowało biuro sokołowskiej gminy żydowskiej, której przewodniczył przez dobre kilkadziesiąt lat poprzedzających II wojną światową miejski ławnik reb Chaim Jakow Szpadel. Sekretarzem był Awrom Białylew. Na zebraniach rozgrywały się społeczne i polityczne walki między politycznymi partiami o hegemonię w gminie. Szczególnie zaciekle walczono o gminny budżet.

[str.314]

Syjonistyczni przedstawiciele, tacy jak Mendl Łosicki, Icchok Zarembski, Dowid Liberman, spierali się z Agudą o subsydia dla Keren Kajemet, Keren ha-Jesod i innych syjonistycznych funduszy.

Ulica Długa była także miejscem spotkań i po pracy zapełniała się spacerowiczami i młodzieżą, szczególnie w szabasowe i świąteczne wieczory. Niejedne zaręczyny zawarto tam, niejedną miłość przypieczętowano. Spacer zaczynał się przy małym parku, tuż przy cerkwi na skrzyżowaniu ulic Siedleckiej – Repkowskiej – Długiej i ciągnął się przez całą ulicę Długą aż do dużego parku na ulicy Kościelnej przy katolickim kościele i dalej do wielkiego młyna i elektrowni reb Jeszajahu Szafrana. Dalej nikt nie ważył się spacerować z uwagi na polskich chuliganów, którzy obrzucali Żydów kamieniami.

b. Ulica Rogowska

Słynna była także ulica Rogowska. Ona także tętniła żydowskim życiem, pełna była dóbr i towarów. Przez całą długość ulicy ciągnęły się żydowskie małe i duże sklepiki. Znajdował się tam wielki sklep farbiarski Szachny Rubinsztejna; sklep galanteryjny Chaima Skocnadka, Josla Rozencwejga; sklep kolonialny Chaima Zilbermana, Mojsze Rozencwejga i Josla Rzetelnego (zagorzałego, fanatycznego aleksandrowskiego chasyda); piekarnie Jenty Tojbies, piekarza Szmuelke, skład drewna i węgla Benjomczy Rubinsztejna, Ruwena Białegolwa i Awroma Szpadla (w sklepie tym wielu Sokołowian zaczynało swoją hachszarę przed wyjazdem do Izraela).

Na ulicy Rogowskiej, w wielkim domu miejskiego bogacza Arona Kopla mieścił się pierwszy klub Poalej Syjon „Arbeter Hejm”, pierwszy lokal, w którym spotykali się chłopcy i dziewczęta (co wywołało niejedną burzę w środowisku miejscowych religijnych Żydów). Założycielami stowarzyszenia byli: Chaim Nojech Winogóra, Ajzik Płatner, Ester Szuster, Szimen Rubinsztejn i Neta Kaufman. Krzewili światło i wiedzę wśród sokołowskiej młodzieży. Stowarzyszenie robotnicze wystosowywało także regularnie odezwy do sokołowskiej młodzieży, proponując jej zmianę życia poprzez wyjazd do Erec Isroel.

W domu należącym do Hersza Brama mieściła się biblioteka dla dzieci (założona przez Herszla Modońskiego i Zisze Fridmana), która przyciągała sokołowską młodzież. Odwiedzali ją przede wszystkim maturzyści

[str.315]

ze szkoły powszechnej, zachęcani do czytania żydowskich książek i poznawania literatury żydowskiej. Biblioteka dla dzieci w wyniku wewnętrznych sporów różnych ugrupowań, zespoliła się z biblioteką im. Brennera i stała się tym samym największą biblioteką w Sokołowie.
Na ulicy Rogowskiej mieścił się sztybel chasydów z Aleksandrowa. Tam planowane były wszystkie akcje przeciwko Agudzie, przede wszystkim podczas wyborów do rady miejskiej i do gminy żydowskiej, gdy chasydzi wystąpili z własną listą na czele której stał Menachem Międzyrzecki.

Najwięcej sławy ulicy Rogowskiej przyniósł bez wątpienia sokołowski rebe, reb Icchok Zelig Morgensztern i jego dwór. Sokołowski rebe słynął nie tylko na całą Polskę jako jeden z najwybitniejszych rabinów w przedwojennej Polsce. Był jednym z założycieli Agudas Isroel, a z jego zdaniem wszyscy się liczyli.

Tysiące chasydów z całej Polski przyjeżdżało, aby zasiąść przy jego stole i czerpać z jego błyskotliwej wiedzy. Był bardzo mądry i wiedział, jak obejść się ze swoimi owieczkami. Jego interpretacje Tory mieszały się z dyskusjami i tłumaczeniami, które tylko nieliczni rozumieli.

c. Ulica Piękna

Ulica Piękna, której nazwa stała w całkowitej sprzeczności z jej wyglądem, była ulicą mieszaną. Mieszkali tam też chrześcijanie. Była raczej ulicą mieszkalną, dużo mniej zaś ośrodkiem handlu. Ale także ta ulica miała wielki wpływ na żydowskie życie i wygląd Sokołowa.

Na ulicy Pięknej ulokowany był magazyn betonu, cementu, wapna i innych materiałów budowlanych, który należał do reb Jakowa Edelsztejna (zięcia Chaima Dęba). Reb Jakow był uczonym Żydem, bardzo pobożnym, cały swój czas spędzał studiując Torę. To jego żona Fejge prowadziła interesy. Miał się na kogo zdać. Na tym samym podwórzu mieszkali Mendele Chaim, Żyd mądry i uczony, który słynął ze swoich mądrych rad, Awrom Ajzenberg, radny w radzie miejskiej, który swoim „polskimi” przemowami wiele zdziałał na rzecz społeczności żydowskiej. To wielkie podwórze było miejscem, gdzie żydowska młodzież chętnie przesiadywała na świeżym powietrzu. Na szczęście tam nie przeszkadzali jej w tym polscy chuligani.

[str.316]

Na tej samej ulicy stał trzypiętrowy murowany dom reb Jankiela Manesesa (Jakowa Konstantinera), tam też mieszkali najlepsi mełamedzi, tacy jak reb Nafatali Kiszenbojm, Jekl Majer Opoczner i reb głupi Jankl (Jankl Sławatyczer, szczycił się tym, że uczył się w chederze z samym sokołowskim rebem, reb Icchokiem Zeligiem, i został wyznaczony przez Boga do wyjścia naprzeciw mesjaszowi). Dziwny typ, który znał całą Torę i Talmud na pamięć. Był bardzo skromny i pościł w każdy poniedziałek i czwartek. Swoich uczniów nauczał, że istotą człowieka nie jest jego ciało, lecz to, co ma w środku. Nie chodzi o zaspokajanie grzesznego ciała, ale duszy. Był bardzo biedny i wychudzony – sama skóra i kości. Pieniędzy starczało mu tylko na jedzenie, a i to tylko dzięki pomocy żony, Frejdke, która dostawała mleko od kobiet z bogatych domów. Te pokoje stanowiły pomost między zwykłym światem a jesziwą rebego, pomost dla przyszłych uczonych i rabinów.

Na ulicy Pięknej, nieopodal ulicy Niecieckiej, gdzie zaczynały się już chrześcijańskie domy, stały spichlerze zbożowe braci Szulki i Abuszy Wierzbów (miejskich działaczy Poalej Syjon Prawicy), którzy byli bardzo hojni i rozdawali jałmużnę szerokim gestem. Wszędzie wtrącali swoje trzy grosze. Znajdował się tam też skład Elji Szyji (Eljahu Walmera), niskiego, chudego mężczyzny, ale wspaniałego śpiewaka, pięknie prowadzącego modlitwy. Jego synowie Jechiel, Awrom i Joszue, pomagali mu w chórze, razem z nim modlili się w Rosz ha-Szana i w Jom Kipur w aleksandrowskim sztyblu i swoim śpiewem przyciągali wielu modlących się chasydów.

Na ulicy Pięknej w domu Mojsze Malki mieszkał Herszl Rejzman, jedyny żydowski radny [*błąd autora; w sokołowskiej radzie miasta zasiadało wielu żydowskich radnych] w sokołowskiej radzie miejskiej, interesujący typ o wyśmienitej pamięci. On sam był jak „książka adresowa”. W miasteczku znał każdego z imienia i nazwiska, wiedział też, gdzie kto mieszka. Gdy ktoś szukał adresu, szedł do Herszla Rejzmana. Był to dobrze zbudowany mężczyzna z wielką, siwą brodą. Znali go wszyscy: Żydzi i chrześcijanie.

Prawdziwą ozdobą była jesziwa, która znajdowała się na granicy dzielącej ulicę na żydowską i chrześcijańską.

W sokołowskiej jesziwie uczyli się młodzieńcy z miasteczek i okolicy. Sokołowianin reb Icchok Zelik sam dbał o uczniów, aby nic ani nikt im nie przeszkadzał w nauce. Także rebe we własnej osobie udzielał lekcji, w które wplatał swoją naukę.

[str317]

*

Nie tylko te trzy ulice zamieszkiwane były przez ludność żydowską. Także inne ulice i uliczki tętniły żydowskim życiem, wypełnione były żydowskimi smutkiem i radością i szczególną żydowską atmosferą. Ulice Niecała, Nowa, Bożniczna i Szeroka wraz z okolicznymi uliczkami zamieszkiwane były głównie przez robotników i rzemieślników. Mieszkali tam też łaciarze, szewcy, krawcy, woźnice, biedacy i inni rzemieślnicy. Słychać było stukot szewskich młotów, maszyn do szycia i śpiew robotników rozchodzący się echem po całej okolicy.

Na ulicy Nowej, w domu Matesa Chaima, mieszkał Isroel Fiszer (przywódca sokołowskich rzemieślników), elegancki mężczyzna średniego wzrostu z krótko ostrzyżoną bródką. Jego postawa i sposób ubierania się wzbudzały powszechny podziw.

Mieszkał tam też rymarz Mojsze Aron, ciężki i masywny mężczyzna. Na swoich szerokich ramionach zawsze nosił obszerny tałes. Był zagorzałym chasydem, wyznawcą kaliskiego rebego. Modląc się, powtarzał każde słowo dwa razy, co bardzo śmieszyło wszystkie dzieci.
Mieszkał tam też Awrom Nirenberg, prowadzący modlitwy w kaliskim sztyblu. Miał piękny basowy głos. Gdy zaczynał śpiewać, wydawał z siebie takie dźwięki, że dachy drewnianych domów drżały.

Także Josef Grinszpan („Czarnowłosy Josef”), chasydzki woźnica, wielki jak dąb, lubił sobie wypić. Słynął z tańców na stole albo na beczce w każde święto Simchat Tora w sztyblu chasydów z Kałuszyna.

Na ulicy Niecałej, w innym podwórzu, na którym znajdował się kiedyś kocki sztybel, stał dom cieśli Jankiela. Mieszkał w nim Mojszele Rzetelny, kredytodawca. (Był to mężczyzna o wielkich oczach, który chętnie udzielał kredytów). Dziesiątki Żydów z miasteczka zawdzięczały swój czwartkowy zarobek pożyczkom otrzymywanym od Mojszele.

Na tej samej ulicy po drodze do „zdroju”, jedynej studni, która zaopatrywała w zimną wodę żydowską ludność, w dwupiętrowym, ładnym i czystym domu należącym do kupca handlującego skórami, Szmuela Robinowicza, mieszkał Chaim Lejb Hochberg, jedyny hebrajski nauczyciel w miasteczku.

[str.318]

Podwórze synagogi na ulicy Szerokiej

Ulice Szeroka i Bożniczna nazywane były podwórzem synagogi i zlewały się jedna w drugą tak, że trudno było je odróżnić. Mieściła się tam największa sokołowska świętość: wielka nowa synagoga odbudowana po pożarze. Była to najpiękniejsza synagoga na całym Podlasiu. Aron ha-kodesz i ściany zostały pomalowane przez najlepszego malarza z Międzyrzeca. Synagoga była twierdzą misnagdów, tam też modlili się najlepsi kantorzy z reb Chaimem Szmuelem Rozenbojmem na czele. Wiele osób przychodziło posłuchać modlitw Chaima Szmuela, przede wszystkim w Jamim Noraim. W nowej synagodze tuż przy wejściu, w dwóch osobnych pomieszczeniach, znajdowały się synagoga krawców i sztybel chasydów z Łomży. Naprzeciw synagogi stał stary besmedresz, zawsze pełen modlących się. Wykorzystywano go przede wszystkim na modły poranne i w szabasy oraz jako trybunę dla różnych mówców, zarówno tych ze świeckich, jak i z religijnych partii. Zawsze było tam pełno ludzi. Niedaleko synagogi ulokowana była łaźnia (podczas II wojny światowej została przebudowana i zmodernizowana). Mieściła się w jednym z besmedreszy, zaraz przy strudze [*Cetynii] i była źródłem zarobku dla żydowskiej gminy. Prowadzili ją blacharz Awreml i Majer Rejzman.

Po drugiej stronie rzeki, naprzeciw młyna Chaima Szmuela Rozenbojma, już na granicy miasta, znajdował się stary cmentarz odstraszający dzieci swoimi wysokimi macewami z zatartymi ze starości literami. Maluchy opowiadały sobie o tym cmentarzu różne legendy.

Opowiadano, że każdej nocy w wielkiej synagodze zbierają się zmarli, wyjmują z szafy zwoje Tory i czytają na głos tygodniową parszę. Biada temu, kto musi ciemną nocą wejść do synagogi. Zmarli zaraz wzywają go do czytania Tory i musi razem z nimi odmawiać błogosławieństwa. A gdy przyjdzie mesjasz, prorok Eliasz, wówczas postawi jedną stopę w synagodze, drugą na cmentarzu, swoją długą laską postuka w kamienne macewy i obudzi wszystkich zmarłych.

Na środku ulicy Szerokiej do wybuchu I wojny światowej były wielkie doły napełniające się w czasie deszczu wodą i zagrażające drewnianym domom Mojsze Lejzerka (przewodniczącego Chewry Kadiszy), Dowida Gutkesa, mleczarza Icla i Lejbele Gąbki. Woda słabo wsiąkała w ubitą ziemię i stała prawie przez cały rok, nawet w gorące,

[str.319]

letnie dni. Gdy po I wojnie światowej władze zasypały doły, ulica Szeroka stała się jedną z najbardziej żydowskich ulic w mieście. Wybudowano nowe drewniane domki po jej obu stronach. Mieściły się tam dom Herszla Płatnera, miejska Talmud Tora Agudy i Mizrachi – prowadzone przez najlepszych mełamedów: Jehoszue Frojma (zięć kowala), Jone Międlarskiego i Kopla Kawera. Do Talmud Tory chodziła większość sokołowskich dzieci. Jej pomieszczenia w szabasy i w święta przekształcały się w chasydzkie sztyble. Ulokował się tam sztybel chasydów z Radzynia, z Międzyrzeca, z Parysowa, Skierniewic, Białej Podlaskiej. Chasydzkie niguny niosły się echem po ulicy Szerokiej i sąsiadujących z nią uliczkach. Nieopodal Talmud Tory, naprzeciw domu piekarza Jankiela Bejlisa, stał sztybel chasydów z Góry Kalwarii, w którym do późnej nocy studiowano nauki ówczesnych chasydzkich rabinów. Uczeni ze sztybla chasydów z Góry Kalwarii: Dowidcze Chaim Szmuel, Isorel Henoch, Awrom Ajzenberg i Zalmen Zejdenberg, wyjaśniali i tłumaczyli chasydom i innym zwykłym ludziom (którzy wpadali posłuchać mądrych nauk) w prostych i jansych słowach sens Gemary. Głosy studiujące Gemarę, którym towarzyszył chasydzki zapał i ekstaza, wybudzały okoliczne uliczki z sennej ciszy.

Na tej samej ulicy Szerokiej, naprzeciwko Talmud Tory, głęboko w podwórzu otoczonym wielkimi sosnowymi pniami, w jednym z wielkich pokoi, którego prawo do użytkowania było prezentem od gospodarza tego drewnianego domu, reb Chaima Jankela Szpadla, mieścił się kaliski sztybel rebego Naftalego Szapiry, mężczyzny wysokiego, o długiej siwej brodzie i kręconych pejsach. Jego chód i wyraz twarzy wywoływały szacunek wielu osób. Nie miał jednak tyle szczęścia co inni rabini w Polsce. Jego chasydzi nie byli bogaci, nie byli też wielkimi uczonymi, lecz ludźmi prostymi, ciężko pracującymi. Co roku na początku miesiąca aw rebe Naftali odwiedzał swoich chasydów. Ulica Szeroka wyglądała wówczas bardzo uroczyście. Dzień jego przyjazdu był wielkim świętem dla wszystkich mieszkańców ulicy. Z każdego warsztatu, z każdej fabryczki, z kramów i sklepów wychodzili ludzie powitać swojego rebego. Czuli się docenieni i zaszczyceni, że to ich ulica przyjmowała świątobliwego męża.

Na ulicy Szerokiej światło dzienne ujrzeli bracia Szolem

[str.320]

i Kalmen Lekochowie, Zelda Rozenbojm i Hochman – późniejsi rewolucjoniści i działacze robotniczy, założyciele pierwszego „Rewkomu”, którzy przejęli administrację miejską, gdy bolszewicy w roku 1920 zajęli Sokołów.

Tam też na strychu mieszkania w domu dziadka Icla Milchikera stała kołyska przedwcześnie zmarłego nowelisty Szimena Wejsa (Wajsberga).

Sokołowscy Żydzi, rozsiani po całym świecie, do ostatniego tchu z miłością i drżeniem serca będą pamiętać swoich zamordowanych przyjaciół, którzy chodzili i żyli na znanych im dobrze ulicach i uliczkach.

[str.321]

ZAGŁADA

[str.323]

 

Simcha Poliakewicz

(Tel Awiw)

Sokołowskie getto

 

Wkroczeniu Niemców do miasteczka towarzyszyła fala terroru.

Żydzi już od pierwszego dnia, gdy tylko żołnierskie buty dotknęły sokołowskiego bruku, musieli znosić niewyobrażalne fizyczne i psychiczne męki. Wyjściu z domu towarzyszył ogromny strach. Ludzie panicznie bali się rozbawionych, samowolnych żołnierzy, napaści i rozbojów, łapanek do pracy i innych nikczemności.

W takiej atmosferze powołani zostali przedstawiciele Judenratu. Prezesem został ówczesny przewodniczący żydowskiej gminy w Sokołowie, Chaim-Jankiel Szpadel, który jednak wkrótce zmarł. Po jego śmierci znany folksdojcz Schulz zarekomendował niemieckiej władzy na stanowisko prezesa Nachuma Lewina, który zaraz włożył na ramię opaskę z napisem „Oberjude” [*”naczelny Żyd”, oznaczenie przewodniczącego Judenratu].

Prezes wyznaczył też swoich bliskich współpracowników. Zostali nimi: właściciel młyna Eliezer Szafran, handlarz futer Tuwje Ciepelewicz, tandeciarz Jerechmiel Rybak oraz Icchok Siedlecki i Jankiel Rzetelny. Sekretarzem Judenratu został księgowy Icchok Szlafmic.

Przy Judenracie utworzono wkrótce Resort ds. Pracy, który odpowiedzialny był za organizację pracy przymusowej. Na jego czele stał Kalman Rozen („Klin”). Aranżował on grupy robotnicze, które wysyłano na różne placówki w mieście i poza nim. Dzięki temu Judenratowi udało się częściowo zapobiec ciągłym łapankom na ulicach i wyciąganiu ludzi z ich domów – metodzie, którą Niemcy chętnie i z powodzeniem stosowali. Przy Resorcie ds. Pracy utworzono także Służbę Porządkową, której zadaniem było mobilizowanie i nawoływanie ludności do pracy. Ten to „Ordnungsdienst” zorganizowany przez Josefa Sukiennika był podwaliną powołanej wkrótce żydowskiej policji. Policjanci nosili niebieskie czapki, na ramieniu niebieskie lampasy, a w dłoniach dzierżyli gumowe pałki.

Głównym źródłem dochodów Judenratu były pobierane od ludności żydowskiej podatki. Jednak szczególne dochodowe

[str.324]

było wykupywanie się od przymusowej pracy. Cena zależała od widzimisię członków Judenratu. Gdy otrzymali stosunkowo duże pieniądze od zamożnych obywateli, wypełniali listy robotników przymusowych nazwiskami tych, którzy „sprzedawali” się do pracy. Biednych ludzi i ich rodziny praca ratowała przed głodem, mimo że za tak ciężką robotę dostawali grosze. Biedota i uchodźcy z innych miast zwolnieni byli od płacenia podatków. Byli za to pierwszymi, których wysyłano na przymusowe roboty, a później do obozów.

Inne wydziały powstałe przy Judenracie to: Resort Sanitarny, poczta, Wydział Ewidencji Ludności i Wydział Socjalny.

Kilka razy w tygodniu „Oberjude”, prezes Judenratu, musiał stawiać się z raportem przez Niemcami. Przyjmował od nich rozkazy, instrukcje i składał sprawozdania ze zrealizowanych przez siebie zadań. Za wykonywanie rozkazów odpowiadał osobiście. Ludność żydowska miała być posłuszna i bez mrugnięcia okiem wypełniać wszystkie polecenia i nakazy niemieckiej władzy, które publikował Judenrat. Wszystkie rozkazy i rozporządzenia drukowano w dwóch językach: po niemiecku i po polsku.

Na początku 1941 roku Kreishauptmann [*naczelnik powiatu, starosta] Gramss wydał zarządzenie zabraniające Żydom przebywania na terenach wiejskich, na których stacjonowała niemiecka armia. W Sokołowie i w okolicznych wsiach rozsianych nad Bugiem, w pobliżu których przebiegała granica, stacjonowało kilka niemieckich garnizonów. Dekret ten mocno dotknął żydowskich domokrążców, których w tamtym okresie było bardzo wielu. Chodzili oni po wsiach z koszami pełnymi galanterii, którą wymieniali na żywność. Jasne było, że zakaz ten ma związek z militarnymi przygotowaniami toczącymi się przy granicy sowieckiej. Tylko Żydzi mieszkający na stałe we wsiach mogli pozostać na tym terenie.

W połowie czerwca władza wojskowa rozkazała wykopać okopy przeciwlotnicze. Ziemia wokół domów przekopana została w wąskie zygzakowate rowy. Ludzie ukrywali ubrania i kosztowności pod ziemią, pakowali plecaki z najpotrzebniejszymi rzeczami, aby być gotowym do ucieczki. Tylko dokąd?

Noc z 21 na 22 czerwca była dla ludzi nocą bezsenną. Wiedzieliśmy, że tylko kilka godzin dzieli nas od zbliżających się wydarzeń. Nasze serca i myśli

[str.325]

krążyły już wówczas wokół Sowietów będących po drugiej stronie Bugu. Żydowskie usta szeptały błagalne modlitwy prosząc, aby hitlerowskie bestie zostały rozgromione przez Armię Czerwoną.

Gdy tylko zaczęło świtać, usłyszeliśmy potężną kanonadę wystrzałów artyleryjskich. Spokojną, przygraniczną okolicą wstrząsnęły echa wystrzałów. Z zachodu, z przerażającym hałasem nadlatywały eskadry bombowców. Nad miastami i wsiami położnymi po drugiej stronie Bugu unosiły się chmury dymu. Godzinami przysłuchiwaliśmy się wybuchom bomb i spoglądaliśmy na Wschód. W napięciu czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Dopiero w godzinach południowych głuche wybuchy dział artyleryjskich ucichły i wojna przeniosła się dalej na Wschód.
Jeszcze tego samego dnia na szosie repkowskiej widziano grupy sowieckich jeńców wojennych, których pędzono w kierunku Siedlec. Kilka dni później ludzie dowiedzieli się, że we wsi Suchożebry wyznaczono otoczony drutem kolczastym teren przeznaczony na obóz dla jeńców wojennych.

***

W lipcu 1941 r. w mieście zaczęły krążyć plotki, że niemiecka administracja chce wkrótce zorganizować w Sokołowie getto dla Żydów. Wieści te oczywiście bardzo wzburzyły ludność żydowską. Co bogatsi zaczęli wykupywać żywność i przygotowywać zapasy. Także chrześcijanie zaczęli likwidować swoje interesy z Żydami. Miejscowi masowo starali się o posady w placówkach wojskowych, aby tym sposobem umożliwić sobie [łatwiejsze] kontakty z ludźmi i miejscami poza gettem.

Panika nie trwała długo. Kreishauptmann dał się przekupić i katastrofa została tymczasowo odżegnana. Napięcie opadło.
Minęło jednak kilka tygodni i znów ludzie zaczęli mówić – tym razem już poważnie – o getcie. Z Siedlec napływały niepokojące wiadomości. Mówiono, że szykuje się „przewarstwowanie” tamtejszych Żydów. Zostaną oni skoncentrowani na czysto żydowskich ulicach.

[str.326]

Wkrótce okazało się, że w Siedlcach utworzone zostanie getto. Wielu siedleckich Żydów mających krewnych w Sokołowie zamieszkało w naszym mieście, które znane było, jako miejsce, w którym Niemcy mają „łagodniejszy” stosunek do Żydów.

Po ustanowieniu getta w Siedlcach stosunki handlowe utrzymywane z tamtejszą ludnością żydowską zostały przerwane. Miało to fatalny wpływ na sokołowskich Żydów, szczególnie na woźniców i kupców, którzy szosą siedlecką przewozili towary z warszawskiego getta. Poza tym ludzie zrozumieli, że niebezpieczeństwo utworzenia getta zbliża się wielkimi krokami i do nich.

Na początku sierpnia prezes Judenratu Nachum Lewin poinformował, że sytuacja się pogorszyła. Gramss się zaparł i getto w Sokołowie może stać się faktem, jeśli tym razem nie uda się przekupić niemieckiej władzy, ale dużo większą sumą. Prezes apelował do ludzi, aby nie szczędzili pieniędzy na akcję ratunkową. Judenrat zgodnie ze swoim uznaniem nałożył na każdego mieszkańca podatek. Sumę szybko uzbierano, bo każdy, kto miał jakąkolwiek możliwość, sam przynosił pieniądze, aby odżegnać grożące niebezpieczeństwo, które czyhało nad miastem.

W połowie sierpnia 1941 roku Bąk, polski inżynier pochodzący z Poznania, zaczął wraz z kilkoma pomocnikami mierzyć ulicę Piękną – aż po dom rabina i po drugiej stronie miasta od ulicy Siedleckiej po synagogę. Ludzie widzieli w tym znak, że plan powstania getta zaczął się realizować. Szybko okazało się, że Niemcy zlecili inżynierowi Bąkowi techniczne prace wyznaczenia granic sokołowskiego getta. Kilka dni później, już po wymierzeniu ulic, Judenrat otrzymał rozkaz oddania do dyspozycji inżyniera Bąka żydowskich robotników w liczbie potrzebnej mu do wykonania prac.

Pod koniec sierpnia żydowscy robotnicy przymusowi, pod kierownictwem inżyniera Bąka, zaczęli budować w dwóch miejscach po dwa wysokie ceglane słupy, jeden naprzeciw drugiego. Stały one po obu stronach ulicy Rogowskiej [*obecnie ul. Wilczyńskiego] obok sklepu Mojsze Rozencwajga (w „straganach”) i na drodze jabłońskiej przy domu Mojsze Piekarskiego.

[str.327]

Bezsilnie patrzyliśmy, jak nas grodzono. Wszystkim Żydom, którzy mieszkali rozrzuceni po całym mieście, nakazano przenieść się na teren znajdujący się w granicach tzw. „dzielnicy żydowskiej”. Przy dzieleniu mieszkań okazało się jednak, że nawet w wielkim ścisku nie uda się osiedlić wszystkich we wcześniej ustalonych granicach. Prezes znów pertraktował z Gramssem i „odkupił” od niego część domów na ulicy Pierackiego [*Długiej], od synagogi do ulicy Siedleckiej. Musiał też zgodzić się na żądanie zamurowania od frontu wszystkich wejść. W wyniku transakcji Żydom przyznano także połowę „zdroju”.

Niemcy nakazali Judenratowi dostarczyć materiały potrzebne do ogrodzenia getta: kolczasty drut, gwoździe, cegły, cement, drągi i grube drewniane słupy. Zarządzeniu towarzyszył cyniczny rozkaz wykonania wszystkich tych prac przez samych Żydów.

Na początku, zanim jeszcze Niemcy wycisnęli od ludzi pieniądze i inne kosztowne prezenty, „zapewniali”, że ze względu na topografię miasta w Sokołowie getto powstać nie może.

Na początku września 1941 roku prace zmierzające do utworzenia getta toczyły się codziennie pełną parą. Pomiędzy ceglanymi słupami na ulicy Rogowskiej, obok straganów ustawiono szlaban. Przy domu Mojsze Piekarskiego żydowscy stolarze wybudowali wysoką masywną bramę, która zajmowała całą szerokość ulicy Rogowskiej.

Na ulicy Pięknej obok domu rabina, który pozostał po chrześcijańskiej stronie, postawiono na całą szerokość ulicy ceglany mur zwińczony drutem kolczastym i szkłem z rozbitych butelek. Na tej samej ulicy u wylotu szosy niecieckiej postawiono kolejny mur.

Po drugiej stronie miasta ogrodzenie zaczynało się obok besmedreszu, szło przez ulicę Próżną naprzeciwko szkolnej górki i ciągnęło się w dół aż do miejskiej łaźni, gdzie także ustawiono szlaban.

Wszystkie ulice i przejścia, które prowadziły do ulicy Pierackiego i Siedleckiej, zostały zamurowane. Pozostało jedno wąskie przejście w murze do Małego Rynku na

[str.328]

ulicy Niecałej. Miało ono służyć do przechodzenia na ulicę Pierackiego, która dzieliła obie części getta.

Prawie dwa tygodnie trwało ustawianie słupów, które miały po cztery metry wysokości i oddalone były jeden od drugiego o trzy metry. Ogrodzenie ciągnęło się wzdłuż całego getta i zakręcało przy polach na obu krańcach miasta – od strony domu rabina i od synagogi w dół do szosy Siedleckiej.

W październiku 1941 roku ukończono prace przy tworzeniu sokołowskiego getta. Wtedy też zakończyła się „akcja” przymusowego przesiedlania ludności. W każdej ruinie, na każdym centymetrze ziemi, który przed wojną mógł służyć jedynie za kurnik dla drobiu, zamieszkali ludzie. Wszędzie panowała ciasnota i straszliwe warunki. Sokołowscy Żydzi i około 2000 uchodźców z innych miast, nagle zostali zamknięci za murami getta. W tym samym czasie po polskiej stronie miasta ukazało się obwieszczenie podpisane przez Gramssa i jego zastępcę dra Hermanna. Jego treść była następująca:

„Do ludności polskiej! Od dziś istnieje w Sokołowie Podlaskim ‘dzielnica żydowska’. Za przykładem innych miastach Generalnego Gubernatorstwa, także tutejsi Żydzi zostali odizolowani. Życiu publicznemu społeczności polskiej groziła demoralizacja i choroby zakaźne przenoszone przez Żydów. Ludności polskiej zakazuje się kontaktów z ‘dzielnicą żydowską’. Kto nie będzie przestrzegał rozkazów niemieckiej władzy musi liczyć się z surową karą”.

Na murze siedziby Judenratu wywieszono kolejne, krótsze obwieszczenie:

„Do żydowskich mieszkańców ‘dzielnicy żydowskiej’, wszystkim mieszkańcom ‘dzielnicy żydowskiej’ zabrania się przekraczania wytyczonych granic obszaru zamkniętego. Każdy Żyd napotkany poza granicami

[str.329]

getta bez specjalnego zezwolenia zostanie ukarany najsurowszą karą: karą śmierci! Tylko ci Żydzi, którzy posiadają karty pracy wydane przez niemiecki urząd pracy, oraz stali robotnicy przymusowi mogą opuszczać teren, ale tylko w drodze do i z pracy. Każdy Żyd, który nadużyje prawa, zostanie ukarany najsurowszą karą. Judenrat ma za zadanie strzec granic getta”.

Niemieckie obwieszczenie dotyczące założenia w Sokołowie getta

***

Po utworzeniu getta niemieckie władze zarządziły spis ludności żydowskiej w celu wydania żółtych, specjalnych dokumentów mieszkańcom getta. Ich posiadanie równoznaczne było z posiadaniem statusu „legalnego” mieszkańca dzielnicy żydowskiej i otrzymaniem racji żywieniowych. Nieposiadanie takich dokumentów groziło śmiercią.

Przy Judenracie zatrudnieni zostali specjalni urzędnicy, którzy załatwiali wszystkie formalności związane

[str.330]

z wydaniem żółtych dokumentów. Gdy rejestracja zakończyła się, wszystkie formularze ze zdjęciami zostały odesłane do władz miejskich. Niemcy przekładali wydanie kartek z jednego terminu na drugi, aż w końcu cała sprawa ucichła.

Niedługo potem odbył się kolejny spis. Ukazało się rozporządzenie wzywające wszystkich żydowskich mężczyzn w wieku od 15 do 60 lat do podania swojego stanu zdrowia, zawodu i zajęcia w getcie. Polscy urzędnicy magistratu wysłani przez niemieckie władze, aby przeprowadzić rejestrację, wyjawili, że szukają tym sposobem różnych fachowców do pracy w wielkich zakładach wojskowych, które mają zostać utworzone w getcie. Zdradzili nawet, które zawody są najbardziej poszukiwane, a które są mnie opłacalne. Przywileje i zatrudnienie jako pierwsi mieli otrzymać krawcy, szewcy, łaciarze, stolarze i ślusarze. Za niezarejestrowanie się groziła zsyłka do obozu koncentracyjnego. Gdy już wszyscy mężczyźni we wspomnianym wieku zostali zarejestrowani, kopie wszystkich papierów znów powędrowały do władz miejskich. Z warsztatami, które miały powstać w getcie stało się to samo co z żółtymi dokumentami, czyli nic.

Po drugim przyszedł i trzeci spis. Tym razem rejestrowano tylko niezdolnych do pracy: gruźlików, kalekich i chronicznie chorych. Ludzie wiedzieli, że chorzy mogą być pewni pozostania w domu i w ten sposób unikną pracy przymusowej. Dlatego też część zdrowych mężczyzn zarejestrowała się jako kaleki. Za okrągłą sumę można było dostać u doktora Holcera świadectwo potwierdzające, że cierpi się na różne choroby. Ludzie „kupowali” sobie chore serca, katary żołądkowe, astmę, a nawet sztywność w nogach i przychodzili na rejestrację z kulami pod ręką. W wydziale pracy w Judenracie doskonale wiedziano, kto faktycznie jest chory, a kto ma „kupioną” chorobę. Tym drugim dawano możliwość wykupienia się za pieniądze od codziennych robót przymusowych.

Po wspomnianym spisie inspektor pracy Lebbe kazał dostarczyć sobie spis wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn w wieku do 35 lat. Szybko w getcie zaczęła krążyć plotka, że grozi im niebezpieczeństwo zesłania do obozów koncentracyjnych w różnych miejscach Polski. Strach obleciał wszystkich. Sytuacja była bardzo poważna, bo dr Hermann

[str.331]

znał już dokładną liczbę mieszkańców getta. Panująca w getcie panika zaniepokoiła Judenrat. Nachumowi Lewinowi udało się koniec końców jeszcze raz przekupić Gramssa i dra Hermanna. Sprawa listy dla inspektora pracy ucichała. Napięcie także spadło i ludzie odetchnęli z ulgą. Na jak długo – nikt nie wiedział.

Miejscy urzędnicy na czele z polskim burmistrzem zachowali swoje stanowiska sprzed wojny. Także polska policja i jej naczelnik Antoniewicz urzędowali jak wcześniej w policyjnym budynku naprzeciwko rynku. Niemcy chcieli, aby wszystkie pomniejsze urzędy obsadzone były przez Polaków. Kierownikami urzędów musieli być już jednak Niemcy. Niemieccy włodarze sprawujący kontrolę nad miastem i okolicą sprawowali także władzę nad gettem w Sokołowie.

Kim byli niemieccy tyrani, którzy przysparzali Żydom z Sokołowa i okolic tyle bólu i poniżeń i koniec końców ich wymordowali?
Wspomnę tu o tych, którzy sprawowali oficjalne urzędy.

Kreishauptmann Gramss, czterdziestoletni Niemiec, był majorem SS. Swój urząd sprawował od początku okupacji w Sokołowie aż do Zagłady. Wiedziano, że Gramss ze swoimi pomocnikami wypracowali wszystkie techniczne szczegóły planu ewakuacyjnego. Nagle jednak miasto zalała fala żydowskich emigrantów, którzy zostali wygnani ze swoich domów w okolicach Łodzi i Kalisza. Tereny te zostały w tym czasie przyłączone do III Rzeszy.

Także wśród polskiej ludności, nawet tej mieszkającej w najdalszych wioskach, nazwisko Gramssa budziło strach. Najmniejsze wykroczenie przeciwko jego rozkazom nie pozostawało bez kary.

Dr Hermann zastąpił na stanowisku kalekiego Bade i swój urząd sprawował do końca 1940 roku. Zajął miejsce wiecznie pijanego i awanturującego się Badego, który został wysłany w okolice Białegostoku.

Nagle na getto spadł istny grad antyżydowskich rozporządzeń. Pozostający jakby w uśpieniu terror rozgorzał na nowo. Na ulicach pojawiły się plakaty z poleceniami podpisane przez Hermanna. Ludzie początkowo dziwili się, że wydał je „łagodny” dr Hermann. Nie rozumiano, co się

[str.332]

z nim stało. Szukano usprawiedliwienia i wymyślono, że być może ktoś wywiera na niego nacisk. Judenrat znów zaczął stosować dawne metody i próbował wpłynąć na niego – prosił i przesyłał kosztowne prezenty. Nic to jednak nie dało. Ludzie czuli, że sytuacja w getcie pogorszyła się, że dr Harmann zaczyna drapać swoimi dotychczas skrywanymi pazurami.

Dr Herman stosował wobec Żydów specjalne metody. Na podstawie naukowych analiz przygotowywał plany działania w stosunku do każdej z grup podlaskiej ludności. Nawet gdy przejął pełnię władzy nad sprawami żydowskimi i bezpośrednio nadzorował terror panujący w getcie, miał rzekomo wyrażać ubolewanie, że żandarmeria rozstrzeliwuje Żydów poza gettem bez dochodzenia i bez sądu…

W czasie gdy w Treblince – niedaleko od Sokołowa – powstawał obóz zagłady, odpowiedzialny był on za wypróbowywanie okrutnych metod uśmiercania na sokołowskich, sterdyńskich i kosowskich Żydach. Zaplanował to w ten sposób, że Żydzi przewiezieni zostali do Treblinki rzekomo bez jego wiedzy. Później, gdy część z nich już została zamordowana, nakazał wszystkich na wpół żywych odwieźć do domów.

Tak samo jak Gramss, Hermann chętnie brał łapówki. Ale to, czy dawał się przekupić, zależało od jego przemyślanych planów.

Gdy Niemcy mordowali siedleckich i łosickich Żydów, wielu ludzi uciekło z sokołowskiego getta. Hermann wezwał do siebie przedstawicieli Judenratu i nakazał, aby nikt nie opuszczał swoich domów. Zapewnił, dając swoje „słowo honoru”, że nikomu nie grozi niebezpieczeństwo i że ochroni wszystkich sokołowskich Żydów. Gdy udało mu się zwabić do getta nic nieprzeczuwających Żydów, okradzionych i pobitych wracających z lasów i pól, gdzie się ukrywali, sam stanął na czele akcji zagłady.

Morderca ten lubił grać ze swoimi ofiarami w sadystyczną grę, nawet w ostatnim momencie. Gdy pierwsze 4000 Żydów siedziało stłamszonych na podwórzu synagogi

[str.333]

w piekielnym strachu czekając na śmierć, dr Hermann biegał wśród nich z wiadrem wody i rozlewał spragnionym wodę. Także później, gdy ludzie siedzieli zamknięci w wagonach gotowi do swojej ostatniej drogi do Treblinki, kazał dostarczyć im sto bochenków chleba i kiełbasę. Przez okratowane okna wrzucał jedzenie do wagonów i krzyczał:

– Podzielcie to. Dla każdego po równo.

***

Na ulicy Piłsudskiego [*obecnie ul. Wolności; w czasie wojny Adolf Hitler Strasse], w sąsiedztwie domu dra Perłowskiego stał budynek w całości zajęty przez niemiecki urząd pracy [*obecnie siedziba Alior Banku]. W biurach uwijał się cały sztab niemieckich i polskich urzędników, którzy całymi dniami siedzieli pochyleni nad dziesiątkami ksiąg i kartek zapisanymi setkami imion i nazwisk. Była to też centrala zarządzająca dostawami robotników z okolic Sokołowa do pracy przymusowej w niemieckim przemyśle wojennym. Decydowano tam, kto z Polaków zostanie zesłany jako „siła robocza” do Niemiec. W specjalnych księgach zarejestrowane były także nazwiska tysięcy Żydów w wieku do 50 lat. Nazwiska żydowskie były najtańsze na rynku pracy przymusowej. Kierownikiem odpowiedzialnym za ten cały sztab urzędników w urzędzie był inspektor pracy Lebbe.

Rzadko można było go spotkać trzeźwego. Jego niebieskie, wiecznie zamroczone alkoholem oczy, błyszczały i ziały nienawiścią. Dziką siłę płynącą z jego rąk wielu poczuło na własnej skórze.

Z takim ekwipunkiem często pojawiał się w getcie. Biada temu, kto nie zdjął przed nim na czas czapki. Gdy tylko przekraczał granice getta, ludzie dawali sobie umówiony sygnał – numer „sześć”. Wszyscy wówczas wiedzieli, że przyszedł Lebbe i lepiej się ukryć.

Przytoczę tu kilka faktów, które najlepiej scharakteryzują tę dziką niemiecką bestię o nazwisku Lebbe.

Przyszło mi udać się do urzędu, aby podstemplować moją kartę pracy. Wtedy też, po raz pierwszy byłem światkiem brutalnego zachowania Lebbego.

[str.334]

Przy wejściu do urzędu pracy codziennie dyżurował żydowski policjant. Był on łącznikiem między inspektorem pracy a Judenratem. Był to Jankiel Farbsztajn. Gdy przyszedłem, stał przypadkowo tak, że nie zauważył nagłego wyjścia na korytarz inspektora pracy. Farbsztajn nie zdążył zasalutować i Lebbe rozgniewał się niemożebnie. Napadł na Farbsztajna jak dzika bestia i zaczął go bić i kopać. Ciosy spadały na niego jak żelazne pręty. Farbsztajn ledwo żywy, krwawiąc zdołał wydostać się z budynku, zostawiając na podłodze swoją policyjną czapkę. Urzędników, którzy siedzieli w swoich gabinetach, mało interesowały krzyki na korytarzu. Wyglądało na to, że razy wymierzane przez Lebbego nie były dla nich niczym nowym.

Kolejny dowód na okrucieństwo Lebbego. Zięć blacharza Mendelego, stolarz z zawodu, został wysłany do domu inspektowa pracy, aby wykonać różne prace. Wiele razy skarżył się w wydziale pracy Judenratu na Lebbego. Mówił, że ten go obraża, a nawet bije twierdząc, że stolarz nie wykonuje zadań, które zleca mu gospodyni. Stolarz wiedział, że gdy nie stawi się do pracy, grozi mu wywiezienie do Treblinki. Musiał więc znosić wszystkie cierpienia w domu Lebbego, aż do ostatniego dnia pracy. Tego dnia przed wyjściem Lebbe przyszedł z wielkim psem, który rzucił się na rzemieślnika. Lebbe tylko krzyczał do psa: „Zapłać Żydowi za jego pracę!” Mężczyzna dotarł do domu cały pogryziony, w podartym, zakrwawionym ubraniu.

W getcie każdy znał historię kaliskiego piekarza Widowskiego, który wypiekał słodkości dla domu inspektora. Miesiącami Widowski nosił codziennie blachy pełne przeróżnych ciast i ciasteczek. Aż pewnego dnia, w niedzielę, zdarzyło się, że przyniesione ciasta nie zasmakowały gościom inspektora. Następnego dnia Lebbe wezwał do siebie żydowskiego piekarza i bez słowa rzucił się na niego z gumową pałką. Ale tego było mało. Kazał aresztować piekarza pod zarzutem dodania trucizny do ciast. Po kilku dniach spędzonych w areszcie mężczyzna został skazany na 30 dni prac przymusowych w Treblince. Pojechał do Treblinki, ale nigdy już stamtąd nie wrócił. Jak

[str.335]

zginął Widowski, wiedział tylko Lebbe, który był częstym gościem w Treblince.

Lebbe miał współpracownika – młodego Polaka z Poznania. W sprawach żydowskich zawsze się z nim naradzał. Traktował go jako specjalistę od „kwestii żydowskiej”. Lebbe często przychodził do Judenratu w jego towarzystwie. Pewnego razu Polak pomógł uwolnić syna jednego z bogatych chłopów, który miał zostać zesłany na roboty w Niemczech. Gdy Lebbe się o tym dowiedział, postanowił ukarać swojego najbliższego współpracownika. Kazał w niedzielę wyprowadzić go na Duży Rynek i wywiesić mu na szyi szyld z napisem: „Dałem się przekupić, za co trafię do obozu pracy w Treblince”. I rzeczywiście Polak nie uniknął kary i został wywieziony do obozu.

Do pracy przymusowej zobowiązany był każdy mężczyzna w wieku do 50 lat. Przynajmniej raz w tygodniu każdy dostawał kartkę zezwalającą na wyjście z getta do pracy u Niemców. Pewnego dnia do pracy miał się stawić handlarz galanterią, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Z uwagi na swoje słabe zdrowie pozwolono mu wysłać do pracy swoją 15-letnią córkę. Dziewczyna, wygłodniała, nie miała siły, aby zastąpić ojca. Lebbe kazał jej więc przyjść do siebie do urzędu. Wystraszone dziewczę nie było w stanie odpowiedzieć rozwścieczonemu, dzikiemu Lebbemu na żadne z jego pytań. Kazał jej pójść ze sobą z powrotem do getta. Przy szlabanie na ulicy Rogowskiej wyciągnął z kieszeni swój gumowy bicz i zaczął okładać nim dziewczynę. Ta gorzko płakała, a Lebbe cały czas bijąc gonił ją do Judenratu. Ofiara upadła na ziemię, skuliła się na bruku tuż przy żołnierskich buciorach Lebbego. Zaraz wstała i ledwo idąc, raz po raz upadała skrapiając kamienny bruk łzami i krwią, aż w końcu jej płacz ucichł między murami Judenratu. Ta scena miała ostrzec Żydów w getcie i pokazać czym grozi niewypełnianie jego rozkazów.

Lebbe zbierał wizerunki Żydów w różnych pozach. Szczególnie cenił fotografie, które przedstawiały ich jako dzikich i zwariowanych, i podobne były do karykatur Juliusa Streichera. Raz widziałem Lebbego robiącego aparatem te swoje „zdjęcia Żydów”.

W 1941 roku w okolicach święta Jom Kipur ludzie modlili się w

[str.336]

wielkiej synagodze. Dostali na to specjalne pozwolenie od Kreishauptmanna. Synagoga był wypełniona po brzegi. Ludzie chcieli posłuchać tak dobrze znanego im głosu reb Chaima Szmuela Rozenbauma. Jego głos unosił się w całej świątyni, zewsząd było słychać dodające otuchy słowa: „Z wiarą w sercu łatwiej znieść wszystkie cierpienia”. Gdy wzniósł ręce do nieba i wykrzyczał płaczliwym głosem: „Boże! Miej litość nad ludem Izraela!”, wszedł właśnie Lebbe i zrobił zdjęcie.

Lebbe stanął na galerii synagogi z aparatem w dłoni i czekał na „pikantne” sceny. W czasie modlitwy do synagogi przyszły zrozpaczone matki, które padły na kolana przed świętą arką przymierza i błagały Boga o ratunek dla swoich umierających dzieci. Lebbe nie mógł przepuścić takiej okazji i zrobił kilka zdjęć. Podczas cichej modlitwy Szmone esre wszedł między ludzi i fotografował kiwające się postaci.
Icchokowi Szlafmicowi i Nachumowi Lewinowi podziękował, robiąc im specjalne ujęcia w tałesach.

W dniu likwidacji getta Lebbe był jednym z najaktywniejszych jej uczestników.

***

Brüning był referentem do spraw żydowskich we władzach administracyjnych Sokołowa. Po ulicach chodził w zielonym mundurze. Na prawym ramieniu nosił czerwoną opaskę z czarną swastyką, która wyglądał jak wielki zastygły pająk. Drogę ze swojego mieszkania na Lipowej do nowego budynku starostwa przemierzał zawsze ze strzelbą na ramieniu, maszerując rytmicznie.

Uchodził za nieagresywnego, skrytego sympatyka Żydów. W getcie wszyscy znali jego nazwisko, ponieważ wiele razy wysłuchiwał żydowskich próśb. Jako wysoki urzędnik mógł okazać dobrą wolę i pozytywnie rozpatrzy petycje, by tym sposobem złagodzić choć trochę i tak ciężką sytuację w getcie. Szczególnie pomagał przy przydzielaniu aprowizacji dla getta. Jego podpis znajdował się także na dobrze znanych w getcie „atestach chorobowych”, dzięki którym Żydzi mogli legalnie jeździć koleją do lekarza w Warszawie. Mówiono, że wydawanie Żydom takich atestów było jego własną inicjatywą.

[str.337]

Do domu Brüninga codzienne przychodzili Żydzi z getta, aby załatwiać różne sprawy. Za wniesienie kilku wiader wody albo porąbanie drewna dostawali na drogę chleb i kartofle. Jego żona, która była bardzo uprzejma, przyjmowała żydowskich robotników w ustronnym pokoju i dawała im tam jeść do syta.

Brüning uchodził za Niemca starszego pokolenia, które zachowało jeszcze tradycje szacunku wobec innych ludzi, sprzed I wojny światowej. W otoczeniu panującego terroru, w środowisku wszechmocnych włodarzy był on łagodną postacią.

Przez pierwsze pół roku po zamknięciu getta nie można było o Brüningu powiedzieć złego słowa. Z czasem jednak, gdy reżim się zaostrzył i gdy zaczęły ukazywać się coraz to ostrzejsze rozporządzenia, taktycznie zaczął wycofywać się ze swojej empatii i zrozumienia dla żydowskich cierpień. Gdy przedstawiciele Judenratu szli do niego z interwencją, prosić o pomoc w rozwiązaniu jakiegoś problemu, uprzejmie odpowiadał, że nie leży to w jego gestii. Ubolewał przy tym, że nie może pomóc.

Minęło trochę czasu i ludzie przestali mówić o Brüningu. Nikt nic o nim nie słyszał, jakby nie pracował już w wydziale do „spraw żydowskich”.

W czerwcu 1941 roku po wizycie warszawskiego gubernatora, dra Fischera, w Sokołowie ludzie instynktownie wyczuli, że w miasteczku szykuje się coś strasznego. Nachum Lewin poszedł do Brüninga wyjaśnić sytuację. Referent wydziału żydowskiego uznał za stosowne jasno i bez ogródek poinformować prezesa o niekorzystnych dla Żydów zmianach. Sokołowscy Żydzi – zapewniał – zostali przedstawieni najwyższej władzy w Warszawie jako niezbędni w czasie wojny pracownicy batalionów.

Wymienił miasta, w których duże żydowskie grupy robotników pozostały w getcie, jako niemieckie siły robocze, podczas gdy inni zostali „gdzieś wysiedleni”. Sokołowscy Żydzi – utrzymywał – nie mają powodów do niepokoju. Ich los jest bezpieczny i leży w rękach władzy wykonawczej, dla której funkcjonowania niezbędne są żydowskie siły robocze. Brüning, jak miał w zwyczaju, opowiadał o tym łagodnie, stonowanym tonem, co budziło ufność w jego słuchaczach.

[str.338]

Gdy Żydzi uciekali z getta, Brüning osobiście interweniował w Judenracie i tam także tłumaczył, że swoją nieufnością wobec niemieckiej władzy sokołowscy Żydzi mogą stracić przywileje, które mieli dotychczas. Radził, aby wszyscy wrócili, a wówczas lojalny stosunek do nich nie ulegnie zmianie i ludzie będą mogli nadal mieszkać w getcie.

Brüning mieszkał na ulicy Lipowej, naprzeciw boiska, gdzie w czasie wojny był obóz pracy i jego administracja. Pracowałem tam razem z innymi ludźmi. Wodę dla całego obozu przynosiliśmy ze studni Brüninga.

Pewnego dnia, w okresie gdy sokołowscy Żydzi uciekli z getta i powoli zaczynali wracać, poszliśmy do studni po wodę. Na szosie kosowskiej spotkaliśmy grupę Żydów przebranych za polskich chłopów. Gdy zbliżyli się do nas, rozpoznaliśmy zaraz znajome twarze. Przyszli wybadać, czy można wracać do miasta. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, weszliśmy na podwórze domu Brüninga nabrać wody. Tam też przekazaliśmy im wszystkie informacje. Przez okno zauważyła nas żona Brüninga i po chwili wyszła na podwórze z paczką w ręku.

– Wszyscy jesteście Żydami? – zapytała cichym, spokojnym głosem.

Stanęliśmy wystraszeni jej nagłym pojawieniem się. Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć na to pytanie. Jeden z nas w końcu powiedział, że przyszliśmy z obozu nabrać trochę wody.

Z uśmiechem na to przystała, rozwijając paczuszkę z chlebem i kiełbasą. Podała jedzenie tym, którzy stali najbliżej niej.

– Bardzo wam współczuję. Dlaczego uciekliście z miasta? Widzicie, Żydzi pracują tu naprzeciw i nic im się nie dzieje. Wszyscy powinni wrócić i znów stawić się do służby dla niemieckiego Wehrmachtu.

Zbadawszy sytuację w mieście, Żydzi wrócili tam, skąd przyszli.

Brüning często przychodził do obozu i zabierał kilku Żydów, którzy mieli w jego domu wykonać różne prace. Ci, jak już wspomniałem, wracali syci, z kieszeniami pełnymi chleba i papierosów.

[str.339]

Wiedzieliśmy, że naprzeciwko, w domu Brüningów mieszkają dobrzy Niemcy, których nie trzeba się obawiać.

Gdy nadeszły dni Zagłady, naprzeciw naszego obozu, w wojskowym baraku niedaleko domu Brüninga zakwaterowany został cały oddział uzbrojonej polskiej policji i Ukraińców. Wcześniej wymordowali już Żydów ze Sterdyni. Za dnia mordercy zajęci byli krwawą robotą, wieczorami zaś wracali i nocowali w baraku. Gdy zlikwidowali już wszystkich sterdyńskich Żydów, przenieśli się do Węgrowa, żeby pomóc w tamtejszej eksterminacji.

W tym krwawym czasie Brüning regularnie nosił gorzałkę do baraku, w którym mieszkali mordercy.

Gdy w sokołowskim getcie rozpoczęła się akcja, w obozie, w którym pracowałem, schroniło się kilku uciekinierów z getta. Bardzo zaskoczyły nas ich świadectwa, przede wszystkim zdumiały nas wieści o roli Brüninga w zagładzie Żydów.

Opowiadali: Brüning z pistoletem w ręku chodził po getcie na czele uzbrojonej bandy. Wszędzie szukał ukrywających się ludzi. Zaglądał do każdego kąta. Był przy tym opanowany i spokojny. Akcję przeprowadzał zgodnie z obmyślonym planem. Zabrał ze sobą żydowskiego chłopca, który przy każdym domu wykrzykiwał kilka zdań w jidysz: „Ludzie, wyjdźcie już z kryjówek! Łapacze już sobie poszli! Ja cały czas chodzę po ulicach i nic mi się nie dzieje!”

Wówczas Brüning i jego banda nastawiali uszu, przysłuchiwali się, czy aby nie słychać choćby najmniejszego odgłosu, najmniejszego ruchu spod ziemi. W wielu przypadkach mordercy tym sposobem wpadli na trop swoich ofiar.

W tych dniach widywaliśmy Brüninga wracającego do domu z pracy w getcie tym samym spokojnym krokiem co zawsze. Nawet ubrany był w te same co zawsze ubranie, ze strzelbą na ramieniu. Kilka razy pod jego dom podjeżdżały wozy pełne rzeczy zrabowanych z pustych żydowskich domów.

Po likwidacji sokołowskich Żydów Brüning znów zachodził do nas do obozu i prosił dowódcę o przysłanie mu do domu kilku Żydów. Tym razem jednak nikt nie chciał u niego pracować. Ustaliliśmy między sobą, że będziemy do Brüninga chodzili

[str.340]

po kolei.

Pewnego dnia kolej padła na mnie i Isroela Grinberga. Żona Brüninga przyjęła nas jak zawsze, uprzejmie i z uśmiechem. Chciała nas ugościć jedzeniem, my jednak odmówiliśmy, nie chcąc nic jeść przed ukończeniem pracy. Zaprowadziła nas do piwnicy i kazała uporządkować porozrzucane paczki i skrzynie. Niemka natychmiast zauważyła, że ogarnął nas strach na widok tych paczek. Próbowała więc odwrócić naszą uwagę od zrabowanych rzeczy.

– Czy to prawda, że żydowskie matki zabijały swoje małe dzieci w getcie? – zapytała, głaszcząc przy tym stojącego obok niej małego bachora.

Staliśmy jak zamurowani i nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.

– Mój mąż mi to powiedział, ale ciężko mi w to uwierzyć. Czy coś takiego w ogóle jest możliwe?

– Więcej pani mąż nic nie mówił o getcie? – zapytał nagle Isroel, patrząc jej prosto w oczy.

– Nie, mój mąż niechętnie opowiada. Ale gdy dzieje się coś szczególnie interesującego, to zawsze mi o tym mówi…

– Nie wie pani zatem, co oznaczały wybuchy i strzały w getcie? Nie słyszała pani o setkach rozstrzelanych na ulicach Żydów? O dzieciach, kobietach i starcach? Nie widziała pani, jak gnają Żydów ulicami na dworzec? Naprawdę pani nie wie, że Żydów mordują w Treblince? – zdenerwowany Isroel cedził słowa prosto w twarz Niemki, która kpiła z naszej żałoby.

– To nieprawda. Ich tylko przesiedlają. Pan się za bardzo denerwuje – powiedziała i zaczęła wycofywać się do wyjścia, przytrzymując się ściany. Szybko zniknęła na schodach.

Zaczęliśmy pracować, ale ręce mieliśmy ciężkie jakby były z gliny. Milczeliśmy ze złości i smutku. Tak ciężko było nam na sercu i pragnęliśmy jak najszybciej wyjść z piwnicy.

***

Na ulicy Piłsudskiego obok urzędu pracy znajdowała się komenda niemieckiej żandarmerii [*obecnie jest tam sklep meblowy]. Urzędował tam też centralny

[str.341]

sztab zarządzający wszystkimi oddziałami policji w całym rejonie.

Żandarmeria miała nieograniczone prawa w egzekwowaniu przepisów i rozkazów niemieckich władz. Każde rozporządzenie przekazane w ręce żandarmów wprowadzane było w życie ochoczo i szybko. Jeśli można powiedzieć, że w stosunku do ludności polskiej żandarmi przestrzegali praw okupacyjnych, to ich stosunek do Żydów całkowicie był poza prawem.

W sokołowskiej żandarmerii, która słynęła na całą okolicę, istniał specjalny oddział, który zajmował się Żydami w getcie. Na czele tego oddziału, którego zadaniem była między innymi ochrona zewnętrznych granic getta, stał sławetny morderca – żandarm Lolek.

Nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Wiedzieliśmy, że pochodzi ze Śląska i jest jednym z tych Polaków, którzy po wkroczeniu Niemców podpisali listę folksdojczów.

Lista ofiar Lolka jest długa. Wspomnę tu tylko o kilku z nich.

Uchodźca z Kalisza, Majer Lichtenberg, mieszkał przy granicy getta w pobliżu „zdroju”. Głód, którego doświadczali jego żona i dzieci, zmusił go do wyjścia z getta. Za każdym razem gdy przeciskał się przez dziurę, modlił się do Boga, żeby nie spotkać Lolka. Aż pewnego pięknego dnia Lolek wpadł na jego trop. Gdy mężczyzna pod osłoną nocy chciał z powrotem dostać się do getta, jego ciało przeszyło kilka kul wystrzelonych z karabinu. Lichtenberg padł martwy. Lolek powiesił na swojej ofierze kartkę z napisem: „Wyjście z getta – zatkane”.

W starym besmedreszu mieszkali uchodźcy. W pobliżu, w ukrytym miejscu było jedno z zamaskowanych wyjść z getta. Tędy na zewnątrz wychodziły żydowskie kobiety przebrane za wieśniaczki. Brały ze sobą towary, które wymieniały na wsi na żywność.

Pewnego razu Lolek jadąc konno, zauważył na drodze do wsi dwie podejrzanie wyglądające kobiety. Zażądał okazania dokumentów.
Kobiety, które dobrze znały Lolka rozpłakały się

[str.342]

i prosiły mordercę o litość. Jedna z nich była w zaawansowanej ciąży. Żandarm szybko zsiadł z konia i stanął przed nimi. Lolek przyglądając się ciężarnej kobiecie, wystrzelił z karabinu serię prosto w jej brzuch. Polacy, którzy przechodzili obok, opowiadali, że druga kobieta rzuciła się na mordercę z kamieniem.

W rowie po stronie szosy repkowskiej jest ich grób.

Na Małym Rynku w piwnicy mieszkał szewc. Był jednym z odważnych, którzy regularnie wychodzili z getta do wsi położonych przy szosie kosowskiej. U znajomych chłopów spędzał niekiedy całe dnie i noce. Gdy zebrał zlecenia i żywność, wracał do getta.

Jeszcze z czasów przedwojennych chłopi dobrze znali tego żydowskiego szewca, który chodził po wsi obwieszony butami. Przez lata handlował z chłopami i znał ich dobrze. W getcie, gdy głód zawitał również do jego piwnicznej izby, przypomniał sobie o swoich znajomych chłopach. Wierzył, że się zlitują i mu pomogą.

Szczęście towarzyszyło szewcowi w czasie jego niebezpiecznych wypraw. Chłopi faktycznie się nad nim litowali.

Za sprawą donosu Lolek dowiedział się, że po wsiach chodzi przebrany Żyd. Wiedział, jak wygląda i w które dni chodzi na wieś. Ruszył więc w drogę za Żydem, śledząc go z ukrycia. Gdy ten już opuszczał wieś i chciał wrócić do getta, Lolek wyszedł mu naprzeciw i rzucił się na szewca jak dzika bestia na swoją ofiarę. Razem z mordercą w napaści uczestniczyli jego polscy wspólnicy. W niewielkim lasku za wsią żydowski szewc padł martwy.

Po Zagładzie Lolek nocami chodził po wymarłym getcie i czyhał na oznaki życia ostatnich ukrywających się ludzi. Może gdzieś jeszcze żyje jakiś ukryty pod ziemią Żyd.

Dwóch mężczyzn, Melech Fiszer i Jankiel Morgensztern, wróciło w tym czasie z obozu pracy w Korczewie. Chcieli dostać się do swoich domów w getcie. Przy sobie mieli polskie

[str.343]

dokumenty i planowali wyjechać gdzieś, podając się za Aryjczyków. Potrzebowali jednak pieniędzy, które leżały ukryte w ich domach.

Pod osłoną nocy bezgłośnie weszli do getta. Szli blisko murów i szybko trafili do swoich domów. Jednak Lolek dosłyszał w grobowej ciszy jakiś podejrzany szelest. Doprowadził go on do domu Melecha Fiszera. Gdy ten był już przy wyjściu, Lolek skierował na niego strumień światła. W tym samym momencie padły strzały. Także Jankiel Morgensztern został zastrzelony, próbując wydostać się z getta.

Tej samej nocy Lolek ze swoimi towarzyszami pił za pieniądze zrabowane zamordowanym ludziom.

***

Na komendanta getta Kreishauptmann Gramss wyznaczył Polaka Surdika. Jego zadaniem było pilnowanie, aby antyżydowskie zarządzenia były surowo przestrzegane. Posiadał on władzę nad wszystkim, co działo się w getcie, i miał strzec w nim porządku. Nadzorował też żydowską policję.

Do getta przychodził codziennie i szybko stał się jego najniebezpieczniejszym wrogiem. Wykrywał wszystko, co ludzie ukrywali. Był jak pies, który tropi ofiarę. Rzeczy zarekwirowane przez Hermanna w getcie wykryły oczy Surdika.

„Jak można uciszyć tego donosiciela?” – zastanawiali się ludzie w getcie. Niektórzy zwodzili go gorzałką. Jako że namiętnie spożywał alkohol, nigdy nie odmawiał, a po wypiciu stawał się jeszcze bardziej flegmatyczny i leniwy.

Surdik była jednak podejrzliwy. Sądził, że w getcie prowadzone są tajne interesy, o których nic nie wie i które mogą pozbawić go źródła dochodów.

Dokładnie znał plany zagłady sokołowskich Żydów. Wyliczył sobie, że zostało mu bardzo niewiele czasu i musi się

[str.344]

jak najwięcej nachapać. Teraz w pełni wykorzystywał swoją pozycję komendanta getta, bo zbliżał się już koniec Żydów w Sokołowie, a razem z nimi koniec jego dodatkowego źródła dochodów.

W jaki sposób można dostać od ludzi, którzy stoją już nad przepaścią, jeszcze więcej pieniędzy? Było to największe zmartwienie Surdika. I tu przyszedł mu z pomocą kominiarz Józef.

***

W polskiej części miasta zawsze chadzał środkiem ulicy razem z innymi spacerowiczami, nigdy chodnikiem. Szedł szybko, jakby wstydził się swoich poznańskich kamratów i ich brudniej roboty.

Gdy zaś przychodził do pracy w getcie, był zupełnie inny. Tu chodził odprężony, spokojnym krokiem, rozglądając się na wszystkie strony, i zawsze po chodniku. Zatrzymywał się przy domu, długo mu się przyglądał, aż w końcu przechodził od sąsiada do sąsiada, każąc zdjąć garnki z ognia.

Do tych, których znał osobiście, sam wchodził do izby i własnoręcznie zdejmował garnki z kuchni. Zaglądał przy okazji zawsze do garnków, po czym wchodził na dach wyczyścić sadzę z komina.

Niektórych mieszkańców Józef prosił o zapałkę do podpalenia papierów. Zaglądał przy tym we wszystkie kąty izby. Rzucał okiem w stronę szaf, na stoły, przy których jedzono albo przygotowywano jedzenie.

Józef często przychodził czyścić kominy w domach znajdujących się blisko granicy getta. Stamtąd mógł bez przeszkód obserwować, jak chrześcijanie z aryjskiej strony i Żydzi z getta porozumiewają się umówionymi znakami.

Zaraz jak spod ziemi wyłaniał się przygarbiony Polak, który przerzucał coś przez płot ogradzający getto, ciężki wór albo małą paczuszkę, i szybko uciekał, tak szybko, jakby ktoś go gonił. Albo do płotu podkradała się chrześcijanka i przez dziurę przeciskała torbę z żywnością. W zamian tą samą drogą dostawała paczuszkę i już jej nie było. A wszystko to odbywało się w zawrotnym tempie.

[str.345]

Ze swojego miejsca pracy, z dachów domów, Józef widział, co ludzie robią, aby przeżyć. Nikt nie wiedział, nikt nie mógł przypuszczać, że Józef patrzy i widzi, co inni robią. Potem do takiego jegomościa przychodził Surdik upomnieć się o swoje za milczenie na temat zakazanych występów, które znajdowały się na jego długiej liście. Dodawał przy tym triumfalnym głosem: „W getcie nic się nie dzieje bez mojej wiedzy”.
Ludzie szybko zdali sobie sprawę, że kominiarza Józefa trzeba się strzec i unikać jak ognia. On też sam zrozumiał, że ludzie się go obawiają. Nie miało to jednak już znaczenia, bo Surdik tak czy inaczej musiał dostać swoje pieniądze.

Surdik dobrze wiedział, że także Józef wynosi pieniądze z getta. Nic jednak nie mógł w tej sprawie zrobić i nie przeszkadzał mu w tym pod jednym warunkiem – Józef miał nadal przynosić mu wiadomości z getta.

Brudny kominiarz stał się upiorem straszącym ludzi. Gdy tylko wchodził do getta i zabierał się do roboty, cała ulica wiedziała, że trzeba uważać i kapuś na darmo szukał czegoś podejrzanego. Nie przejmował się jednak tym, że nie odkrywał niczego, o czym mógłby donieść Surdikowi. Opowiadał mu zmyślone bajki, które narodziły się w jego upojonej alkoholem głowie. W ten sposób dwóch Polaków, którzy sami cierpieli pod władzą niemiecką, wysysało ostatnie krople krwi z Żydów w getcie.

W Jom Kipur 1942 roku Surdik z Hermannem szukali w getcie wystarczająco dużego placu, na którym będzie można zgromadzić pojmanych Żydów przed ich wywiezieniem do Treblinki. Następnego dnia Surdik kąpał się już w żydowskiej krwi. Żydów, od których jak pijawka wysysał pieniądze, sam prowadził na rzeź. Jak szalony biegał i wyłapywał swoje ofiary. Rozkoszował się swoim triumfem nad sokołowskimi Żydami. W tych dniach ziścił się jego poznański antysemicki sen. Żydowskie miasteczko Sokołów i cała Polska wolne były od Żydów…

***

Kto chciał zobaczyć w getcie Żyda, któremu obce były uczucia zagubienia i niepewności, które towarzyszyły ludziom,

[str.346]

musiał tylko spojrzeć na pięćdziesięciokilkuletniego prezesa Judenratu Nachuma Lewina. Był on niskim, przysadzistym mężczyzną. Chodził powoli, jakby liczył swoje kroki, bez strachu i śladu niepokoju czy trosk. Jego czujny wzrok padał w każdy zakątek, jak gospodarz pilnował wszystkiego. Zawsze chodził z dużą skórzaną teczką, która zwisała z jego ramienia i prawie sięgała ziemi i z zieloną opaską na ramieniu, na której widniało jedno jedyne słowo: „Oberjude”.

Przed wojną Lewin uchodził w miasteczku za zdolnego kupca. Zajmował się handlem, a jego sklepy były wzorowe. Nawet gdy ktoś sprzedał mu wóz rzepaku albo zboża i transakcja okazał się fikcyjna, Lewin potrafił wyjść na swoje. Prowadząc interesy wiedział jak się urządzić i utrzymać na powierzchni.

Lewin wierzył w prowadzoną przez siebie politykę przekupienia. Niech świadczy o tym zdanie, które często powtarzał: „Gdybym ufał Hitlerowi, przekupiłbym i jego”.

Lewin, który dobrze znał miejscowych Żydów i ich życie i na którego w sądnych dniach ludzie patrzyli jak na wybawiciela, do życiowych kwestii podchodził z czysto kupiecką kalkulacją.

Przytoczę tu kilka faktów, które najlepiej pokażą go i jego działalność, jako prezesa Judenratu.

Gdy Niemcy zaczęli przygotowywać się do napaści na Sowietów, zezwolili poruszać się po wsiach tylko mieszkańcom osad położonych na linii Bugu. Wtedy też aresztowany został kaliski Żyd, uchodźca mieszkający w Sokołowie, chodzący po wsiach z koszem galanterii.

Niemiecka straż graniczna wzięła go za szpiega i przetransportowała do siedziby gestapo w Siedlcach. Krewni aresztowanego, którzy starali się wydobyć go z aresztu, zostali poinformowanie przez ludzi utrzymujących kontakty z gestapo, że za 5000 złotych młodzieniec może uniknąć śmierci. Zaczęli więc szukać pomocy.

Młoda panna z Kalisza, sąsiadka aresztowanego,

[str.347]

aby pomóc uratować skazańca, oddała nowe futro.

Szukając klienta, który kupiłby wartościowe palto, trafili na prezesa Nahuma Lewina, któremu bardzo spodobał się luksusowy płaszcz. Ale ponieważ jego córka Rochele, panna na wydaniu, posiadała już jedno futro, prezes zgodził się kupić płaszcz, ale tylko za okazyjną cenę.
Nahum Lewin dobrze wiedział o aresztowaniu żydowskiego uchodźcy i zdawał sobie sprawę, na jaki cel są przeznaczone pieniądze ze sprzedaży. Nie miało to jednak żadnego wpływu na jego handlowe kalkulacje. Dopiero po dwóch tygodniach pewien Polak kupił płaszcz za dwa razy wyższą cenę niż ta, którą gotów był zapłacić Lewin. Pieniądze jednak już na nic się nie zdały. Młodzieńca w międzyczasie zamordowano.

W getcie wszyscy wiedzieli, że Nachum Lewin podał w Wydziale Aprowizacyjnym Magistratu większą niż rzeczywista liczbę Żydów mieszkających w getcie. Ludzie mówili o 3000 dodatkowo zapisanych nazwisk, Judenrat utrzymywał, że podano 2000 więcej. Nachum Lewin traktował tę sprawę bardzo honorowo i chciał w ten sposób zapewnić gettu więcej żywności.

Ludzi jednak nie obchodziło, ile kilogramów chleba więcej dostaje getto. Najlepszym wykładnikiem był głód. W wielu żydowskich domach nikt nie znał smaku chleba zdobytego przez Lewina w wyniku jego kombinacji z łapówkarzami z Działu Aprowizacji.

W getcie niewielu rozumiało skutki podania nieprawdziwej liczby mieszkańców. Niemcy zgodnie z tą liczbą wydawali kartki żywnościowe dla ludności żydowskiej, kazali dostarczyć siłę roboczą na potrzeby wojska i do obozów pracy.

Wiedząc, że w getcie mieszka tak wielu Żydów, ścigali uciekających i ukrywających się i urządzali w żydowskich domach nocami obławy.
Lista Żydów skazanych na zagładę przygotowana przez Gramssa i dra Hermanna prawdopodobnie opierała się na tej z Działu Aprowizacji. Ponad 10 dni i nocy szukano pozostałych ukrywających się Żydów. Szukano ich we wszystkich kątach, w bunkrach, piwnicach, pod ziemią i na całym terenie wymordowanego getta.

[str.348]

Pewnego czerwcowego dnia 1942 roku Nachum Lewin zakazał przez cały dzień poruszania się po ulicach getta. Tego dnia do Sokołowa miał przyjechać dr Fischer. Lewin szczerze wierzył, że los sokołowskich Żydów leży w rękach lokalnych włodarzy, Gramssa i dra Hermana. Był tego pewien i próbował siłą narzucić swoją wiarę wszystkim wokół siebie. Nie stracił wiary nawet po wizycie Fischera, który własnoręcznie podpisał wyrok śmierci na sokołowskich Żydów.

Niedługo po tej wizycie rozpoczęła się likwidacja warszawskiego getta. Ludzie widzieli przejeżdżające wagony wypełnione po brzegi warszawskimi Żydami. Zmierzały one do Treblinki.

Pod koniec sierpnia zostali wymordowaniu siedleccy Żydzi oraz Żydzi ze wszystkich okolicznych miejscowości. Ludzie trzymali się razem. Dalekie rodziny odnawiały swoje więzi. Nikt nie chciał być sam.

Ludzie stali na straży przez całe noce. Zostały ustalone specjalne znaki i sygnały mające ostrzec przed niebezpieczeństwem. Wszyscy wiedzieli, że nieszczęście się zbliża. W tym samym czasie Nachum Lewin nie okazywał żadnych oznak niepokoju. Wręcz przeciwnie, w rozmowach, które prowadził ze swoimi współpracownikami i sąsiadami, powtarzał, że bierze na siebie odpowiedzialność za los wszystkich sokołowskich Żydów. Nawoływał do zachowania spokoju.

Gramss i dr Hermann rozpoznali w Lewinie człowieka o słabym charakterze, który uniżenie podporządkuje się wszystkim ich rozkazom. Dlatego też wciągnęli go do przestępczej, łapówkarskiej siatki.

Nikt inny na jego miejscu nie byłby w stanie zmienić i opanować tak beznadziejnej sytuacji. Ale wśród sokołowskich Żydów zrodziły się buntownicze reakcje i emocje, których najlepszym wyrazem były ucieczki z getta. Uczucia te, które mogły Niemcom przysporzyć niemało trudności przy wprowadzaniu w życie morderczych planów, zostały stłumione przez prezesa, który zatuszował niebezpieczeństwo, każąc ufać niemieckim obietnicom.

W Jom Kipur 1942 roku, gdy ludzie w getcie wyraźnie wiedzieli, w jakiej się znaleźli sytuacji, i większość mieszkańców siedziała z duszą na ramieniu, na walizkach tuż przy przygotowanych kryjówkach, Nachum Lewin spokojnie odsypiał świętowanie Jom Kipur. W

[str.349]

jego izbie zebrali się żydowscy policjanci, przyjaciele i córka i beztrosko oddawali się grze w karty.

Szepsl Grinberg (obecnie w Izraelu) tej samej nocy przyszedł do prezesa zwrócić mu uwagę na poważne sygnały zbliżającego się niebezpieczeństwa. Nachum Lewin stanowczym głosem zagroził mu wywiezieniem do Treblinki za sianie paniki w getcie.

Kilka godzin później o bladym świcie zaczęła się zagłada.

***

Jesień 1942. Na Małym Rynku wybijały właśnie ostatnie godziny sokołowskich Żydów. Spod ziemi, z kryjówek, raz po raz wyciągani byli ukrywający się Żydzi.

Siedzieli na kamieniach zrezygnowani, ze spuszczonymi głowami. Wokół nich stali uzbrojeni żołnierze, strzegący ich jak anioł śmierci.
W środku tej masy skurczonych ludzi siedział młody, pobladły ze strachu i głodu Mojsze Solarz. Właśnie tu poczuł w całej rozciągłości niebezpieczeństwo, które miesiącami piętrzyło się we wszystkich kątach getta i w ciemnej dziurze pod ziemią, w której się ukrywał. Wszystkie te chwile strachu skumulowały się i jak miecz wisiały nad jego głową. To są ostatnie minuty twojego życia! Swojemu młodszemu przyjacielowi Berelowi Szulcowi, który siedział obok niego, ze strachem w oczach wyszeptał do ucha:

– Pamiętaj, tak jak ustaliliśmy. Gdy ciężarówka skręcać będzie do lasu na Kosowskiej, wyskoczę jako pierwszy, a ty za mną. Nie zapomnij biec zygzakiem do lasu.

– Może się nie opłaca. Może i w lesie śmierć czyha na Żydów – zrezygnowany Berele odpowiedział.

– Każda śmierć jest lepsza niż Treblinka! Nie mamy nic do stracenia.

– Pewny jesteś, że pierwsze kule nas nie trafią i nie będziemy leżeć na środku pola, jak te postrzelone psy?

– W lesie jest nadzieja, ale w Treblince… Decyduj się szybko. Nie ma czasu!

– Skaczę po tobie!

[str.350]

Gdy ciężarówki wypełnione po brzegi ludźmi z wielkim hałasem ruszyły w drogę do Treblinki, do bramy getta przyszło dwóch chłopów, prowadząc ze sobą śmiertelnie wystraszoną młodą kobietę. Rozbalowana banda polskich chłopów krzyczała:

– Do getta! Do getta!

Na środku Małego Rynku kazali kobiecie w podartych ubraniach zatrzymać się. Stała załamana, ostatkiem sił trzymała się na nogach.
Jeden z chłopów z krzyżem na szyi, który wystawał spod jego rozpiętej koszuli, zdjął czapkę i usłużnym tonem zwrócił się do Niemca z trupią czaszką na mundurze.

– Przyprowadziliśmy Żydówkę, która błąkała się pod drodze między wsiami.

– A co ty radzisz? Co z nią zrobić? – spytał Niemiec drugiego chłopa.

– Ja, panie, już powiedziałem tej Żydówce, gdy szliśmy do getta, że taki już jej los. Dokąd uciekasz? I tak musisz tam pójść, gdzie wszyscy Żydzi poszli.

Niemiec spojrzał na kobietę i krzyknął rozkazującym tonem.

– A ja rozkażę co innego. Żydówka będzie żyła. Wszyscy Żydzi już w drodze do Treblinki, a ty zostaniesz w mieście i będziesz dla nas pracować.

Chłopi nie mogli pojąć tego łagodnego podejścia do ofiary. Całą drogę sobie wyobrażali, że tuż za granicą getta pierwszy napotkany Niemiec rozwali jej głowę kolbą od karabinu, a oni otrzymają swoją nagrodę.

– Żydówko, będziesz u nas jadła chleb ze słoniną i popijała rumem – powiedział zza jej pleców inny Niemiec przepitym, ochrypłym głosem, mrugając do uzbrojonych Ukraińców.

– Do diabła! Nie chcesz żyć, Żydówko? To wybierz sobie rodzaj śmierci. Mam cię zastrzelić jak psa, czy chcesz pójść do twoich kamratów do Treblinki? Masz minutę na odpowiedź! – rozkazał Niemiec wymachując jej przed oczami rewolwerem.

W pustym getcie strzały odbiły się echem. Na ziemi u stóp niemieckich morderców i polskich chuliganów leżała ostatnia ofiara sokołowskiego getta…

Po akcji eksterminacji Niemcy zostawili w getcie około 50 Żydów, kobiet i mężczyzn. Ich zadaniem było sprzątnąć teren.

[str.351]

Pod nadzorem sortowali rzeczy z opuszczonych żydowskich domów i wynosili do specjalnych magazynów, w których składowano co bardziej kosztowne dobra, aby wysłać je później do Niemiec. Rzeczy o małej wartości były licytowane i sprzedawane chłopom ze wsi i Polakom z miasta.

Jedną z ocalałych była Chaja-Ita Perlsztejn (obecnie w Izraelu), która pracowała w żandarmerii. Chaja-Ita opowiadała:

– Garaż na polu Chany, córki rebego, Niemcy zamienili na miejsce zbiórki Żydów, których znaleziono i wyciągnięto z kryjówek po zagładzie. Żandarmeria sądziła, że będzie to najodpowiedniejsze miejsce dla schwytanych, którzy wysłani zostaną następnie do Treblinki. Był to długi, drewniany barak, który służył wcześniej za magazyn piwa i garaż dla samochodów rozwożących towar po okolicy. Tymi samymi samochodami, które należały kiedyś do Żydów, żandarmi odwozili ich teraz do Treblinki.

Śmiertelny strach padał na Żydów w baraku, gdy tylko słyszeli odgłos otwieranego zamka. Drzwi otworzyły się na oścież i Niemcy wepchnęli do ciemnego baraku nową grupę ludzi. Gdy pewnego razu drzwi się otworzyły z drugiej strony, słychać było zuchwały śmiech. Żandarmi krzyczeli: „Teraz zrobi wam się wesoło! Przyprowadziliśmy wam żydowskich pajaców!”

Kim byli ci czarni Żydzi? Skąd wzięła się sadza na ich twarzach i ubraniach? Jeden z nich, piekarz Kejmes, opowiadał:

– Gdy ludzie w getcie zaczęli budować schrony i ja zrobiłem kryjówkę, do której wchodziło się przez mój piec. Kryjówka była długa i ciągnęła się aż do komina.

Tam w sadzy i dymie staliśmy w ścisku dniami i nocami bez jedzenia i picia. Oddychaliśmy tym śmierdzącym powietrzem, aż nogi nam odmówiły posłuszeństwa i musieliśmy wyjść. Obok naszego domu znalazł nas żandarm. Tak tu trafiliśmy.

[str.352]

Stali razem z nami i przez szpary w ścianach drewnianego baraku patrzyli na ulicę Piękną, na opuszczone domy, w których nie było już najmniejszego śladu ludzkiego życia. Stamtąd widzieliśmy jeszcze niezupełnie zasypany masowy grób, na którego skraju żandarmi cały czas rozstrzeliwali napotkanych Żydów.

Pewnego razu żandarm Lolek przyprowadził tam żonę jednego z kaliskich uciekinierów, Sonię Benesz. Rozkazał jej wejść do grobu i się położyć. Potem w nią wycelował. Pierwszy strzał nie zabił kobiety. Jeszcze żyła. Po drugim Lolek krzyknął do grobu: „Do diabła! Jeszcze żyjesz?!” Gdy po trzecim strzale jeszcze żyła, rozwścieczony Lolek zaczął kopać i ryć w ziemi jak dzikie zwierzę. „Trzy razy celowałem w głowę i ani jednego trafionego strzału. Wyłaź z dołu i idź do diabła!”

Po kilku dniach włóczenia się po okolicy Sonia Benesz, cudem uratowana z masowego grobu, wróciła do getta i razem z innymi Żydami trafiła do garażu. Opowiedziała tam swoje przeżycia ostatnich dni. Kończąc, dodała zrozpaczona: „A teraz przede mną moja ostatnia droga – do Treblinki”.

Razem z pozostałymi Żydami poszła w swoją ostatnią drogę.

Niemcy łapią Żydów do deportacji do Treblinki

[str.353]

***

Po likwidacji, gdy miejscowi Żydzi zostali już uduszeni w komorach gazowych Treblinki lub zastrzeleni nad masowymi grobami w getcie, komendant Treblinki zaprowadził i Nachuma Lewina nad wysypany wapniem dół i zastrzelił go na miejscu.

Obóz pracy w Korczewie

Powstanie obozu w niedalekiej Treblince nie dawało ludziom spokoju. Niebezpieczeństwo było teraz większe, bliższe, namacalne. Słowo „Treblinka” wywołujące powszechny strach stało się częścią codziennego życia. Krążyło nad nami jak upiorna zjawa. Ludzie bali się tego, co przyjdzie, lękali się nowych łapanek.

Wkrótce dowiedzieliśmy się, że Judenrat postanowił założyć w Korczewie pod Szczeglacinem żydowski obóz pracy. Miało to uspokoić ludność i jednocześnie pokazać Niemcom, że wszyscy zdolni do pracy Żydzi zatrudnieni są przy konkretnych zajęciach.

Na południe od Sokołowa, w odległości ok. 15 kilometrów położone było duże gospodarstwo ziemskie, które nazywano „korczewskim dworem”. Dwór otoczony był wielkimi dzikimi terenami, na których Żydzi zaczęli wprowadzać w życie plan melioracyjny, aby zamienić nieużytki w żyzną, płodną ziemię.

Właścicielowi dworu zaproponowano zatrudnienie za niewielkie pieniądze tanich sił roboczych z getta, które miały wykonać plan. W zamian właściciel miał zezwolić na założenie na jego terenie obozu pracy. Także niemiecka administracja stacjonująca w pałacu w Korczewie przyjęła niniejsze przedsięwzięcie z aprobatą. Był to dla niej czysty zysk. Gdy przyszła zgoda od niemieckiej władzy z Sokołowie, Judenrat zaczął werbować mężczyzn do pracy.

Wiosną 1942 roku wysłane zostały do wielu mieszkańców getta odezwy następującej treści:

„W Korczewie utworzony został żydowski obóz pracy.

[str.354]

Ma on przynieść korzyści żydowskiej ludności stojącej przed wielkim niebezpieczeństwem. Każdy, kto otrzymał niniejszą kartę, ma zarejestrować się we własnym interesie. Wobec tych, którzy nie wypełnią obowiązku rejestracji, zastosowane zostaną surowe kary”.

Słysząc opowieści uciekinierów z Treblinki, ludzie nieufnie podchodzili do takich zaproszeń na roboty. Poza nielicznymi wyjątkami, nie zgłosił się nikt. Bojąc się represji ze strony Judenratu, wielu skryło się w podziemnych kryjówkach.

Judenrat natychmiast uruchomił cały policyjny aparat. Szukano wszędzie, przeczesano wszystkie kryjówki. Po dwóch nocach i dniach policyjnego oblężenia, represji i gróźb wobec członków rodzin, udało się złapać większość ukrywających się.

Gdy pierwszy transport Żydów dotarł do obozu w Korczewie, a osadzeni tam wysłali do swoich rodzin pierwsze listy, strach znikł. Karta pracy do obozu w Korczewie przestała być podejrzana. Nie zważając na ciężkie warunki, było wielu biedaków, którzy gotowi byli za pewną sumę zastąpić innych chcących wykupić się od pracy w Korczewie.

W getcie szybko się rozniosło, że w obozie powstała samodzielna kuchnia i że każdy osadzony dostaje codziennie kilogram chleba. Osadzeni przyzwyczaili się do ciężkiej pracy, a obóz w Korczewie był dla wielu wybawieniem od bezsennych nocy i łapanek w getcie.

Od strony bagnistych pól wysoki kolczasty drut otaczał teren obozu. Setki żydowskich niewolników nocowało w drewnianych stodołach. Kierownictwo obozu ustaliło wewnętrzny regulamin. Panował lekki reżim. Pracy pilnowała specjalne powołana w tym celu policja żydowska. Kuchnia przygotowywała jedzenie, a komisja sanitarna udzielała pomocy medycznej. Ciężko chorych odsyłano z powrotem do domu.

Żydowski obóz pracy w Korczewie słynny był na całą okolicę. Z dokumentami wystawionymi przez „korczewski obóz żydowski” można było swobodnie przemieszczać się z obozu do miasta

[str.355]

i z powrotem. Nawet niemiecka żandarmeria akceptowała takie zaświadczenia. Robotników wymieniano co miesiąc. Kto chciał zostać dłużej, dostawał jeden wolny dzień, aby mógł pójść do miasta. Pracę na polach nadzorowali polscy strażnicy. Pracowano w grupach. Żydzi zżyli się z polskimi nadzorcami, a ci nie traktowali ich brutalnie. Nikt nie słyszał o biciu w czasie pracy.

Gdy życie w obozie w Korczewie ustabilizowało się i panowały znośne warunki, na getto spadł nowy grad represji i ciemiężenia. Przez całe dnie i noce urządzano łapanki do pracy. Mężczyźni przez cały czas ukrywali się w dziurach na strychach i w podziemnych kryjówkach. W czasie łapanek wolno puszczano tylko tych, którzy mieli dokumenty wystawione przez obóz pracy w Korczewie. Ludzie zaczęli więc szanować obóz i zazdrościć tym, którzy pracowali na bagnistych polach. Po takich łapankach wielu dobrowolnie rejestrowało się do pracy w Korczewie. Tym sposobem obóz szybko zapełnił się ludźmi. Było ich nawet więcej, niż przewidywał plan pracy. Napływ nowych sił roboczych ukróciło dopiero oświadczenie Judenratu, że nie przyjmuje się nowych robotników.

Latem 1942 r., gdy w stronę Treblinki codziennie zmierzały pociągi pełne Żydów, gdy z Sokołowa ludzie wysyłani byli na roboty w nieznane miejsca, z których nikt już nigdy nie wracał, obóz pracy w Korczewie jeszcze raz się rozrósł i zatrudniał ponad 1000 Żydów. Dr Hermann wiedział o masowym napływie ludzi do Korczewa. Nie miał jednak nic przeciwko temu, aby Żydzi skoncentrowani zostali właśnie tam. Od samego początku zaglądał do obozu, żeby pilnować porządku. Obserwował grupy pracujących na polach, a najbardziej imponowała mu liczba pracujących w Korczewie.

W czasie okrutnych dni, w których odbywała się zagłada sokołowskich Żydów, obóz w Korczewie przyjął uchodźców z getta, a liczba Żydów tam pracujących wzrosła do 1500. Żydzi, którzy uciekli z miasta i cało dotarli do Korczewa, byli pod wrażeniem toczącego się w obozie żydowskiego życia. Odnieśli też błędne wrażenie, że udało im się uratować od śmierci.

[str.356]

Później okazało się, że dr Hermann obóz pracy przeobraził w klatkę, w której trzymał wszystkich zbiegłych z getta Żydów, gdy żydowski Sokołów umierał.

W październiku 1942 r. dr Hermann przyjechał do korczewskiego obozu. Pojawienie się tego mordercy wywołało śmiertelny strach. Hermann przywiózł ze sobą nowy, diabelski plan. Jego mordercze zamiary nie były do końca jasne. Obiecał, że w związku ze zbliżającymi się mrozami załatwi dla osadzonych kilkadziesiąt kilogramów ziemniaków i kapusty. Zarządził, aby w tym celu wykopano głębokie, długie doły, w których pomieściłyby się setki worków kartofli będące zgodnie z jego zapowiedzią, głównym produktem żywieniowym osadzonych w getcie na czas zimy. Dr Hermann dobrze wiedział, że Sokołowianie znają go i jego diaboliczne plany aż za dobrze, mówił więc spokojnym, poważnym tonem i starał się zdobyć jak najwięcej zaufania dla swoich słów. Przedstawił też plany pracy zakrojone na długi czas.

Po wizycie dra Hermanna w obozie nikt nie miał już żadnych iluzji. Wszyscy wiedzieli, jak należy się odnosić do jego zapewnień. Każdy czuł, że wyrok śmierci wisi nad jego głową. Nie zważając na to, ludzie wierzyli, że obiecane transporty żywności do obozu przyjadą, bo na polach przewidziane było jeszcze dużo pracy. Ludzie więc wykopali długie doły, gotowe na worki kartofli.

Gdy w listopadzie 1942 r. opuściłem Sokołów, kierując się w kierunku Warszawy z aryjskimi papierami w kieszeni, wiedziałem, że Żydzi w obozie w Korczewie żyją w śmiertelnym strachu. W Sokołowie Polacy wymieniali różne terminy, kiedy obóz ma być zlikwidowany.

Będąc już na przymusowych robotach w Niemczech, gdzie podawałem się za Polaka i pracowałem wśród Polaków, dowiedziałem się o tragicznym losie Żydów z obozu w Korczewie. Opowiedział mi o tym Polak z Korczewa, Stanisław Chamelańczyk. Jego relację można uznać za relację naocznego świadka.

Stanisław Chamelańczyk był moim sąsiadem w obozie pracy dla Polaków w Niemczech. Gdy się dowiedziałem, że pochodzi ze wsi Korczew, rozmawiałem z nim często o Żydach z obozu. Nie wiedział, że i

[str.357]

ja jestem Żydem, byłem więc pod wrażeniem, że opowiada mi całą prawdę.

Chamelańczyk opowiadał:

„Byłem jednym ze strażników pilnujących Żydów przy pracy. 26 listopada [1942] jak co dzień o ustalonej porze stawiłem się odebrać grupę żydowskich robotników. Gdy zbliżałem się do obozu, zobaczyłem wojskowe wozy i ciężkie karabiny maszynowe gotowe do strzału. Wokół stali gęsto rozstawieni Ukraińcy i strażnicy ze służb specjalnych. Podszedłem i wyjaśniłem cel mojej wizyty. Z szyderczym uśmiechem odpowiedzieli: Przypatrz się dobrze, a dowiesz się, co robimy z Żydami. Zbliżyłem się do ogrodzenia i zauważyłem, że wokół baraków, w których mieszkali Żydzi, stali uzbrojeni żołnierze w gotowości bojowej. Inni wyprowadzali Żydów grupkami wprost do wykopanych dołów. Tam już stały dziesiątki Ukraińców w zielonych mundurach. Żelaznymi prętami bili ofiary po głowach. Po takim ciosie ludzie wpadali do dołu.

Akcją dowodził dr Hermann. Krążył wokół i od czasu do czasu nakazywał zabójcom zmienić miejsce, aby wszystkie doły wypełniały się równomiernie. Dr Herman zabronił na początku akcji używania ostrej broni, aby obozowicze się nie zorientowali, że prowadzeni są na śmierć. Jednak ludzie szybko zrozumieli, co się szykuje. Przeczuwali, że prowadzą ich na śmierć nad wykopane doły. Z baraków zaczęły nagle dolatywać krzyki. Wyglądało to, jakby zamknięci wewnątrz ludzie chcieli wyważyć drzwi, zburzyć ściany w barakach i ostatkiem sił wydostać się na zewnątrz. Ukraińcy wycofali się z baraków. Dr Hermann wydał rozkaz i z ciężkich karabinów maszynowych sypnął się grad kul. Wybuchy złości i krzyki ucichły. Słychać było tylko jęki rannych i postrzelonych. Akcja trwała dalej. Znów Ukraińcy i oddziały specjalne wyprowadzały Żydów i uderzając bagnetem, wtrącały do dołów. Żydzi wyglądali na zagubionych. Byli też tacy, co się stawiali, wyklinali swoich oprawców, nie dawali się poganiać. Zabijano ich na miejscu, jeszcze zanim dotarli do dołów. Zabijanie poprzez cios w głowę trwało godzinami. W mroźny zimowy dzień cała akcja wyglądała jak rozgrzewka, sposób na ogrzanie się na strasznym

[str.358]

mrozie. Strach było patrzeć, jak setki ludzi padają trupem niczym powalone drzewa, a doły zapełniają się martwymi i dogorywającymi ciałami. Nie mogłem dłużej na to patrzeć i wróciłem z powrotem do wsi.

Później opowiadano, że zimowy dzień był za krótki na zgładzenie takiej liczby ludzi. Pod koniec Niemcy używali już karabinów, aby przyspieszyć zagładę Żydów z obozu. Następnie rozkazano Polakom z Korczewa przyjść z łopatami i zasypać doły. Teren obozu wyglądał jak rzeźnia. Śnieg pokrył się kałużami krwi. Pozostały odciski tysięcy stóp będące jedynymi śladami masowego mordu, który miał miejsce w korczewskim obozie pracy”.

Do Treblinki

Miało to miejsce 10 października 1942 roku. Na stacji w Sokołowie stał długi pociąg pełen Żydów mających już za sobą szmat drogi. Zdaje się, że sokołowscy mordercy wiedzieli, że w komorach gazowych w Treblince nie ma miejsca. Zza obozowych drutów liczyliśmy przejeżdżające pociągi – był to już czwarty transport tego dnia. Pociąg ciągnięty przez dwie lokomotywy stał i czekał na rozkaz, aż droga będzie wolna i komory gazowe będą mogły przyjąć nowe ofiary, wśród których byłem i ja.

Na stacji zgoniono nas z ciężarówek. Otoczyli nas uzbrojeni mordercy. Inni sprawdzali w wagonach, gdzie można by wcisnąć jeszcze kilkoro Żydów. Mocno trzymałem za rękę mojego starego przyjaciela, 60-letniego Żyda z Łodzi o nazwisku Bub. Nie chcieliśmy się rozłączyć. Nawet w chwili śmierci niedobrze być samotnym. Polski policjant zapytał mnie, czy wiem dokąd jadę?

Odpowiedziałem, że tak. „Także tych, którzy mnie tam wysyłają, nie ominie ta droga”. Cios kolbą karabinu był odpowiedzią policjanta. Zaraz poprowadzono nas do wagonu, w którym mordercy znaleźli dla nas miejsce.

[str.359]

W wagonie, który śmierdział chlorem i trupami, ja i mój przyjaciel trzymaliśmy się razem. Zostaliśmy wciśnięci pomiędzy niemieckojęzycznych Żydów, których jechali już drugi dzień do rzekomej pracy w Treblince. Pytali, jak jeszcze daleko? Jaka czeka na nich praca? Cały drżałem. Mam im powiedzieć prawdę, że jadą na śmierć? A może łatwiej umierać, gdy się o tym nie wie? Dla człowieka, który czegoś takiego nie przeżył, niemożliwością jest wyobrażenie sobie, jak okrutna jest świadomość, że czeka cię nieunikniona śmierć, że zbliża się wielkimi krokami. Zazdrościłem tym, którzy bezwiednie jechali na śmierć, wierząc, że zmierzają do pracy. Chciałem się odwrócić i spojrzeć do wnętrza ciemnego wagonu. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają niemieccy Żydzi, którzy z niecierpliwością wyglądają już „obozu pracy”, aby móc odpocząć po męczącej podróży. Ale nie mogłem. Było za ciasno. Słychać było tylko ciche westchnienia umierających ludzi. Jeden złościł się na drugiego, jakby jego winą był ten okropny tłok, który łamał nogi i nie pozwalał oddychać. Byliśmy ściśnięci. Po każdym z nas lał się śmiertelny pot. Mężczyzna, sądząc po jego głosie już starszy, wyklinał na głos cały boży świat. Jeden z młodzieńców próbował ostatnim wysiłkiem zrobić trochę miejsca dla swojego umierającego brata. Przez naszą obecność tłok w wagonie zrobił się jeszcze większy. Już wcześniej było on nie do zniesienia, teraz nie było nawet gdzie szpilki włożyć. Ludzie kasłali i krztusili się oparami chloru, smrodem ludzkich ekskrementów, odorem rozkładających się ciał. Suszyło w gardle. Wody! Wody, aby zwilżyć zaschnięte usta!

Mój przyjaciel spytał, czy może oprzeć głowę na moim ramieniu. Czy starczy mi siły? Oparł się o mnie i oddychał ciężko, życząc sobie, aby śmierć teraz po niego przyszła, aby nie musiał dotrzeć do Treblinki. Pytał sam siebie: „Czy świat wie o tej zbrodni?”. Wyliczał imiona swoich najbliższych, którzy już nie żyli. Cztery razy powtórzył imię najmłodszego syna, małego ucznia Herszki Buba, który przed kilkoma dniami zamordowany został w obozie.

Tak mijały godziny. Zapadała noc, a w wagonie panowała

[str.360]

mroczna ciemność. Staliśmy w ścisku, śmiertelnie wystraszeni, i czekaliśmy, kiedy pociąg ruszy w drogę prowadzącą na śmierć.

Od czasu do czasu słyszeliśmy strzały i przeraźliwe krzyki rannych i wystraszonych na śmierć ludzi. W sąsiednim wagonie ktoś chciał wyważyć drzwi. To wystarczyło, aby mordercy zaczęli strzelać. Kule podziurawiły nie tylko drzwi, ale też ludzkie ciała.

Jęki rannych powoli ucichły, jakby nadchodząca śmierć je uciszyła. I znów zapadła grobowa cisza, która dręczyła i łamała ludzi.

Byłem strasznie zmęczony. Dobrze, że w tym ścisku jeden mógł przytrzymać drugiego. Dręczyły mnie różne myśli. W głowie i przed oczami miałem wszystkich moich najbliższych, którzy byli mi tak drodzy i kochani, wszyscy dla których żyłem. Moja maleńka córeczka, której główkę niemieckie bestie rozbiły o ziemię albo ścianę, trzymając za niewielką nóżkę. Ich wszystkich już tu nie ma, a ja już do nich idę. Tylko dlaczego tak późno? Razem z nimi będzie mi dużo łatwiej, będziemy dzielić ten sam los. W głowie majaczyły moje dziecięce lata, mój rodzinny dom, w którym się wychowałem. Tu, niedaleko tego miejsca, które stało się miejscem kaźni tysięcy Żydów. Przypominały mi się, jakby było to dopiero wczoraj, czasy przepełnione miłością i rodzinnym szczęściem. Jeszcze wczoraj byłem ojcem kochającym bezgranicznie swoje dziecko, żonę, braci i siostry. Czy to naprawdę koniec mojego życia? Bolesne myśli przelatywały mi przez głowę, jakby coś nieokreślonego chciało na moment przegonić uczucie, że stoję na krawędzi śmierci. Czy ci ludobójcy unicestwią nas wszystkich? Usuną z korzeniami? Nie! Gdzieś w dalekim świecie, gdzie nie sięgają diabelskie szpony, pozostanie przy życiu dwóch braci. Przeżyją i przypomną o nas światu.

Chlor nas dusił, męczyły konwulsje umierających towarzyszy. Także mój przyjaciel tracił siły – chciał tylko położyć się i umrzeć – szeptał mi do ucha. Dlaczego pociąg stoi? Dlaczego nie ma dla nas miejsca? Dlaczego mordercy się nie pospieszą?

Nastał ranek, a promienie słoneczne zaglądały przez

[str.361]

zakratowane okna. Kolejny słoneczny dzień! Ale przed naszymi oczami kręciły się czarne koła pociągu, ciężko było dojrzeć światło, lepiej zamknąć oczy. Światło już nie dla nas… Usłyszeliśmy ciężkie, szybkie kroki morderców. Zaraz odgłosy wystrzałów z karabinów i pistoletów. Strzelanina była zapowiedzią odjazdu pociągu. Dwie lokomotywy ciągnęły pociąg. Przez szpary po raz ostatni oglądałem pola i lasy, wschód słońca. Jakby słońce chciało wyjść z ukrycia i być świadkiem tego morderczego czynu. Po raz ostatni oglądałem błędnym wzrokiem ten smutny pejzaż składający się z sosnowych lasów, bagien, szarych i smętnych budynków, chłopskich chałup. To wszystko zostawiałem za sobą. Tylko tyle pozostaje z ludzkiego życia. Moje myśli zagłuszył dźwięk wystrzałów. Rozglądałem się wokół siebie. Wszystkie twarze były blade. Czy ja też tak wyglądałem? Spróbowałem poruszyć głową. Tak, jeszcze mogłem nią ruszać. Powoli, powoli pociąg zwalniał. To znak, że Treblinka już blisko.

Droga na śmierć

[str.362]

Dzień w Treblince

Pociąg zatrzymał się. Wszystkich obleciał blady strach. Trwało to jednak bardzo krótko. Ktoś chodził między wagonami i zaraz pociąg znów ruszył, tym razem jednak powoli, w zwolnionym tempie, jakby dojeżdżał do celu. Zatrzymał się. Mordercy otwierali zaryglowane drzwi i zmuszali nas dzikimi wrzaskami, abyśmy wysiedli.

Kręciło mi się w głowie, ostatkiem sił trzymałem się jeszcze na nogach. Wyrwałem się z tłumu i wyskoczyłem z wagonu. Wielu spośród tych, którzy stali w ścisku, upadało sztywno na ziemię, innym udało się jeszcze wyjść wpółżywymi. Gdy wysiadłem, zauważyłem, że pociąg skrócił się o połowę. Nie mogłem tego zrozumieć. Zasmuciło mnie, że nie jechałem tą częścią pociągu, która nie dotarła do Treblinki. Rozejrzałem się i zobaczyłem niewielki dworzec z napisem „Treblinka”. Do naszych uszu dochodziła muzyka z akordeonu. W pierwszym momencie nie wiedziałem, co się dzieje. Skąd ta muzyka? Na dworcu? Wydawało mi się, że zabiorą nas prosto do komór gazowych. Ale nigdzie tu nie było nawet śladu śmierci. I znów w mojej głowie zaczęły krążyć bolesne myśli przemieszane z niezrozumiałą nadzieją. Może nie jesteśmy wcale w obozie zagłady, a może faktycznie w obozie pracy Treblinka nr 1? Wdychałem świeże powietrze, które mieszało się ze stęchłym zapachem pociągu. Czterech Ukraińców w ciemnozielonych mundurach zaczęło bić po głowach wysiadających ludzi. Przy okazji wybierali silnych pomocników, którzy mieli przenosić trupy z wagonu do wykopanych zawczasu dołów. Ja byłem jednym z nich. Wybrano jeszcze kilku, bo w pociągu znajdowało się wiele ciał.

Esesmani i Ukraińcy z dziką wściekłością bili nas gumowymi pałkami i kijami. Krwawiły twarze i głowy tracących zmysły ludzi. Z pałek i kijów lała się żydowska krew. Dzikie okrzyki roznosiły się po okolicy: „Ustawić się w rzędy!”.

[str.363]

Kilka tysięcy ludzi wynosiło teraz z wagonów swoje ciężkie paczki, worki i walizki. Między nimi były kobiety z dziećmi na rękach, starcy, którzy ledwo trzymali się na nogach, podtrzymywani przez swoich krewnych. Jedna z matek krzyczała wniebogłosy i potrząsała martwym już dzieckiem. Trzęsła nim, jakby chciała obudzić z wiecznego snu. Chorzy o bladych twarzach starali się robić wrażenie zdrowych i rześkich.

Rodzice pilnowali dzieci, aby się nie zgubiły. Słychać było krzyki i płacz dzieci, które szukały swoich rodziców. Słychać było wykrzykiwane imiona zagubionych. Z rozpaczy krzyczeli ci, których najbliżsi leżeli martwi w wagonach. W drzwiach jednego z wagonów stała mała dziewczynka i nie chciała wysiąść. W wagonie leżała jej martwa matka, z którą nie mogła się rozstać. Ale mordercze łapy nie prosiły, zaraz złapały dziewczynkę i wyniosły z pociągu. Tłok, tysiące Żydów, starych i młodych, chorych i zdrowych, stłamszonych w rzędach, ruszyło wolno w kierunku dworca. Towarzyszyły im ryki rozkazów wydawanych przez Ukraińców i Niemców. Niektórzy mordercy patrzyli na nas z podejrzliwym, ironicznym i drwiącym wyrazem twarzy. Z cynicznym uśmieszkiem poganiali ludzi i kazali im się szybko zarejestrować. A po drugiej stronie dworca…

Po drugiej stronie wszystko było jak należy, wszystko już wyczyszczono. Nie było nawet śladu po tych, którzy wcześniej przeszli przez „dworzec”. Zostali tylko ci, których wybrano do grzebania zmarłych. Podzielono nas na dziesięcioosobowe grupy. Wszystkich było około dwudziestu. Zaraz zagonili nas do wagonów. Pociąg ruszył, aby po chwili znów się zatrzymać. Niedaleko, w piaszczystej ziemi, otoczone lasem znajdowały się wykopane doły. Mordercy rozkazali wynieść z wagonów ciała i wrzucić je do grobów. Praca miała iść szybko, rozkazywali. Z mojej grupy kilku stało w wagonach i podawało zwłoki tym, co stali na ziemi. Ci prędko wrzucali je do dołów.

Mordercy stali tylko na uboczu i przyglądali się, jak wykonujemy niemożebną robotę. Ciężko było złapać oddech. Byliśmy jak żywe

[str.364]

mumie, które poruszają się w transie wiedzione wolą morderców, ich dzikimi okrzykami i bezwzględnymi ciosami. Esesmani z wyciągniętymi karabinami stali z boku i obserwowali, czy każdy wykonuje ich rozkazy.

Wielu z nas rozpoznało wśród martwych swoich najbliższych. Gdy tylko kogoś z nas ogarniała rozpacz, mordercy pomagali mu otrząsnąć się za pomocą kijów i gumowych pałek. Zdarzało się, że ktoś wrzucając ciała, wpadał do dołu i zostawał zasypany żywcem. Szczególnie gdy był słaby i bezsilny. Moje zdrętwiałe ciało drżało, gdy do grobu musiałem zanieść zwłoki martwego przyjaciela Buba. Jego ostatnią wolą było umrzeć nie zobaczywszy Treblinki. Zazdrościłem mu, że nie musiał oglądać tej tragedii, tej zgrozy i nie odczuwać tego wszystkiego na własnej skórze. Pociąg został szybko opróżniony i odjechał w tym samym kierunku, z którego przyjechał. Kilku esesmanów wsiadło i pojechało razem ze składem. My zostaliśmy na miejscu. Wyglądało na to, że nie skończyliśmy jeszcze naszej pracy.

Kazano nam usiąść i zapowiedziano, że każdy, kto się ruszy, wyląduje w otwartym grobie. Siedzieliśmy więc bez ruchu, każda z grup osobno. Milczeliśmy, nikt nic nie mówił. Nawet na siebie nie patrzyliśmy. Nikt nie wypowiedział ani słowa. Panowała straszna atmosfera. Wszystko w nas umarło, wszystko nam zabrano. Nic nie czuliśmy i o niczym nie myśleliśmy, byliśmy ludzkimi cieniami, którym zabrano iskrę życia.
Wokół nas szumiał las, otaczały nas masowe groby. Przestała nas już interesować ta zgroza, nie lękaliśmy się śmierci. Straciliśmy wolę życia, bo przestaliśmy myśleć. Nie czuliśmy słonecznego ciepła ani okrutnego drżenia naszych ciał. Przestaliśmy być ludźmi.

Mięły dwie godziny, a wydawało nam się, jakby upłynęła wieczność. Wzeszło słońce i oświetliło zbrodniczą pracę morderców.

Dał się słyszeć stukot kół, nadjechala druga połowa pociągu, który został gdzieś w lesie.

Mordercy kazali nam wstać i znów zaczęła się ta sama dzika bieganina z trupami wyciąganymi z wagonów. Tym razem było mniej

[str.365]

zwłok. Większość z nich to były kobiety i dzieci.

W jednym z wagonów znaleźliśmy martwą kobietę, która tuliła dziecko uwięzione w jej zesztywniałych rękach. Nie chciała wypuścić swojego martwego dziecka, przytuliła je do siebie całą siłą swojej matczynej miłości. Przeczuwała, że razem umrą. Usta matki wykrzywione były w ostatnim przekleństwie, który kierowała pod adresem morderców i całego świata.

W wagonach pełno było utytłanych wapnem dziecięcych zabawek, białych bochenków chleba, zapakowanego wędzonego mięsa, paczek papierosów, okularów – ostatnich pamiątek po tym, co ludzie zabrali ze sobą w ostatnią drogę.

Gdy mordercy stwierdzili, że wykonaliśmy swoją pracę, grupy zostały rozdzielone. Większość pozostała na miejscu. Więcej tych ludzi już nie widziałem. Znajdowałem się w jednej z grup, które pędzono wzdłuż linii kolejowej porośniętej po obu stronach wysokimi drzewami. Szliśmy w kierunku obozu zagłady. A właściwie ledwo powłóczyliśmy nogami.

Zbliżaliśmy się do dworca, do miejsca, w którym zapadł wyrok śmierci dla setek tysięcy Żydów. Nie słyszeliśmy już muzyki akordeonu. Nie było już nikogo, kogo można byłoby oszukać. Dla tych kilkudziesięciu ofiar, które pędzone były teraz na śmierć, nie opłacało się puszczać muzyki. My byliśmy już dostatecznie zniewoleni i zrezygnowani.

W mojej grupie byli Żydzi z Czech, którzy cały czas nie wiedzieli, jaki los ich czeka. Nie można było zamienić ze sobą ani słowa. Kto nie przestrzegał zakazu, dostawał mocny cios w głowę kolbą karabinu.

Przeszliśmy obok dworca, który wyglądał jak zwyczajna stacja kolejowa. Kasa, tabliczki z nazwami różnych miejscowości, zamknięte drzwiczki. Urzędnik w granatowym mundurze przyglądał się, jak mordercy popędzali nas obok opustoszałego budynku. Przeszliśmy przez ogrodzony plac, na którym wyraźnie widać było ślady setek tysięcy przemierzających tę drogę po raz ostatni stóp. Plac ten wyglądał niepokojąco i przeraźliwie. Był ogrodzony kolczastym drutem. Także tam leżały porozrzucane rzeczy, stare ubrania, porozrywane walizki, naczynia.

[str.366]

Czescy Żydzi rozglądali się zaniepokojeni. Ogarnął nas wszystkich paniczny strach. Na chwilę przystanęliśmy, ale zaraz znów ruszyliśmy wzdłuż wysokiego drucianego płotu obłożonego gałęziami i kocami. Przeszliśmy obok długiego, głębokiego rowu odgrodzonego kolczastym drutem. Za rogiem zobaczyliśmy drewniane wieże, z których w naszym kierunku patrzyli mordercy z karabinami maszynowymi w rękach. Ogarnęło nas okropne uczucie. Stąd nie było już powrotu.

Zagonili nas dalej na kolejny wielki plac. Ogrodzony był kilkakrotnie gęstą siatką kolczastych drutów. Na środku stał wielki budynek, po obu stronach baraki. Widzieliśmy ciężarówki, a z daleka cywilów i uzbrojonych żołnierzy w czarnych i zielonych mundurach. Wokół pełno morderców z grantami, karabinami i rewolwerami. Widać jeszcze ślady pociągu śmierci i ślady pozostałe po tysiącach ofiar. Ostała się niewielka grupa. Wszyscy byli nadzy, a mordercy zaganiali ich „na kąpiel” do wielkiego baraku, który stał na środku placu. Słychać straszliwe, dzikie wrzaski morderców, krzyki zrozpaczonych Żydów, którzy patrzyli śmierci prosto w oczy. Mieszały się ze szczekaniem rozwścieczonych psów. To wszystko były oznaki kończącego się życia.

Dopiero co przybyli czescy Żydzi rozglądają się z niepokojem na wszystkie strony. Nie rozumieją, gdzie są, w ich wystraszonych spojrzeniach i pobladłych twarzach widać, że dręczą ich myśli. Gdzie są ci, którzy wcześniej wysiedli? Gdzie praca w obozie, o której mówili? Dokąd zmierzają ci nadzy ludzie? Co oznaczają te dzikie krzyki? Wszystkimi owładnął strach i bezsilność. Dla mnie wszystko było jasne. Wiedziałem, że czekam na śmierć, której nie da się w tym piekle uniknąć.

Staliśmy ze spuszczonymi głowami. Baliśmy się spojrzeć w oczy triumfującym mordercom. Patrzyliśmy na ziemię, która wkrótce miała pochłonąć nas na zawsze. Mordercy, którzy nas otaczali, czekali tylko na rozkaz, co z nami zrobić.

Po chwili przyszedł oficer SS z trupią czaszką na piersi, z pistoletem w dłoni w towarzystwie Ukraińców, który kazali nam wstać i znów zaczęto rozdzielać grupy.

[str.367]

Mnie i kilku innych zaprowadzono do baraków pełnych ubrań i obuwia. W kącie siedziało kilku mężczyzn i nawlekało pierścionki na sznurki. Usiedliśmy tak jak oni z nogami zwiniętymi pod sobą przed pudłem pełnym pierścionków i nanizywaliśmy je na sznurki, tak żeby ich końce można było ze sobą powiązać.

Przed nami stały pudła pełne obrączek i dziecięcych pierścionków. W każdym rozpoznawałem pierścionek, który podarowałem mojej żonie, i rozpoznawałem jej rękę, która go nosiła. Widziałem ją całą. Każdy pierścionek to twarz mojej matki, siostry, które także nosiły takie pierścionki. W Treblince były już od trzech tygodni. A ja za chwilę do nich dołączę. Morze pierścionków, które przed kilkoma dniami, przed paroma zaledwie godzinami noszone były na czyjejś dłoni, były symbolem miłości i oddania. Siedzieliśmy tak bez ruchu, wykonując tę bezduszną pracę. Ruszaliśmy się jak zahipnotyzowani, jak w zegarku wypełniając wszystkie rozkazy.

Gardło miałem suche. Marzyłem o łyku wody, aby utrzymać o siłach ciało, które powoli gasło.

Chłopak siedzący naprzeciwko, który wykonywał tę samą pracę, poprosił morderców o szklankę wody. Ukrainiec wskazał mu wiadro z wodą stojące niedaleko nas, tuż przy drabinie. Biedny umęczony młodzieniec z wyschniętymi ustami wyglądał na wycieńczonego. Podniósł się i podszedł w kierunku wiadra. Ukrainiec poszedł za nim. Chłopak pochylił się, otworzył usta i wyglądał, jakby chciał wypić całe wiadro. Morderca kopnął pochylonego młodzieńca prosto w twarz swoim ciężkim żołnierskim buciorem. Trafił w oczy. Biedny chłopiec złapał się za oko, strumień krwi spłynął mu prosto do ust. Krew zamiast wody. Ukrainiec zaśmiał się tylko i sarkastycznie zapytał: „Jeszcze chce ci się pić? Marsz do roboty!”. Chłopiec zwijał się z bólu. Zbóje wynieśli go na zewnątrz.

Cały czas nawlekaliśmy pierścionki. Ręce nam się trzęsły, gdy patrzyliśmy na tę scenę. Nie czułem już pragnienia. Mój język już całkowicie wysechł, nie potrzebowałem wody.

Na placu panowała cisza. Krzyki prowadzonych do „łaźni” ustały. Ich głosy rozbrzmiewały teraz w komorach gazowych. Tylko nasze cierpienie nie miało końca. Widziałem wielu pijanych morderców kręcących się po placu. Z daleka słychać było warkot motorów. Na plac wjeżdżały i wyjeżdżały ciężarówki. Piekło zmieniło swój wygląd. Ktoś, kto dopiero co przybył do Treblinki, nie pojąłby, że znajduje się właśnie w okropnym obozie zagłady.

Nagle usłyszeliśmy gwizd. Pijani mordercy krzyczeli dziko: „Wstawać! Ustawić się!”. Trzęsąc się na całym ciele, poderwałem się na nogi, ale zaraz upadłem na ziemię – nogi mi całkowicie zdrętwiały. Nie mogłem ustać.

[str.368]

Mężczyźni, z którymi pracowałem, podtrzymywali mnie za ręce. W tym momencie podszedł do mnie Ukrainiec i zaczął bić gumową pałką po głowie. Przyszedł mu z pomocą kolejny morderca i już bili nas po całym ciele. Ich pałki spływały naszą krwią. Teraz mogłem już stać na nogach o własnych siłach. W zupełnym szoku nie wiedzieliśmy, co robić, czego mordercy od nas chcą. Po co przyszli do nas pijani i wyładowują na nas swoją wściekłość. Ich zwierzęce wrzaski i zgrzytanie zębami, ich dziki wzrok tak pragnący naszej krwi. Strach i niepokój, które rysowały się na zakrwawionych twarzach dręczonych ludzi, świadczyły o tym, że nasz los jest przesądzony. Kto wie, jaką śmierć przewidziały dla nas te dzikie bestie, aby zaspokoić swoją wściekłość.

Stosy trupów

Esesmani, którzy nadeszli, kazali zagonić wszystkich do wyjścia, a stamtąd dalej przez bramę, wzdłuż linii kolejowej, przy której stał pusty pociąg i dokąd ciężarówki wywoziły wory pełne ubrań.

Co to ma znaczyć? Nie chcą nas zabić? Mordercy igrają z naszym losem? Czy znów pędzą nas do roboty? A tak niewiele zostało nam sił…

[str.369]

Za nami w to samo miejsce szły inne grupy. Z tyłu docierały do naszych uszu szaleńcze pieśni. Śpiew mieszał się z krzykami odchodzących od zmysłów ludzi i szyderczym śmiechem rozwścieczonych morderców zabawiających się kosztem swoich ofiar. Mojej grupie kazano ustawić się w pobliżu pociągu. Czekaliśmy, aż dołączą do nas pozostali. Zbliżała się też grupa śpiewających Żydów, którym strażnicy kazali maszerować. Przeszli obok nas otoczeni uzbrojoną wachą.

To szły żywe trupy powłóczące sztywnymi nogami, wymachujące rękami zwisającymi po obu stronach ciał. Z ich ust wydobywały się dzikie śpiewy. Wandale dyrygowali tej dziwacznej orkiestrze. Był to marsz setek tysięcy ofiar krzyczących z zaświatów, ofiar które pochłonęły już piece Treblinki.

Ostatnia grupa składa się z dwunastu, piętnastu mężczyzn. Za nimi powłóczył nogami młodzieniec, którego mordercy okrutnie bili. Kurczył się pod ciosami pałki, które lądowały na jego ciele i krzyczał, wołał coś nadprzyrodzonymi siłami. Grupę tę zaraz oddzielono od pozostałych. Ze strachem patrzyliśmy w ich kierunku i nie mogliśmy zrozumieć, co się dzieje. Do krzyków młodzieńca dołączyli pozostali. Wołali: „Ludzie… Ludzie… Śmierć…”. Szybko przyszli nowi strażnicy, otoczyli grupę i zaprowadzili daleko w pole. Z daleka dobiegały do nas krzyki bitych. Mordercy działali szybko i w zawrotnym tempie usuwali swoje ofiary. Rozwścieczeni dręczyli nas i gonili w tym samym kierunku, w którym wcześniej poszły inne grupy. Kazali nam się rozebrać. Zrzuciliśmy z siebie ubrania i staliśmy nadzy. Wszystko to działo się z nadzwyczajną dokładnością pod dyktando morderczych rozkazów.

Dzikimi krzykami mordercy rozkazali nam uklęknąć z wyciągniętymi do góry rękoma. Ludzi z grup, które dotarły na miejsce przed nami, bito bez opamiętania. Młodzieniec, który tak strasznie krzyczał, leżał martwy na piaszczystej ziemi. Wszystkich okrutnie katowano. Jeden ze strażników poszczuł swojego psa, a ten bez opamiętania gryzł i kąsał bitych i kłutych bagnetami. Zamknąłem oczy. Nie chciałem

[str.370]

widzieć, co się dzieje. Dlaczego tak nas męczą przed śmiercią? Śmierć nie jest przecież tak okrutna jak te tortury i ból. Dlaczego moje serce jeszcze bije? Dlaczego jeszcze żyję?

Ale w tym straszliwym piekle, w Treblince, nawet śmierć nie przychodzi tak łatwo. Mordercy lubią sadystyczne i krwawe gierki ze swoimi ofiarami. Musieliśmy klęczeć.

Po masakrze

Gdy zrobiła się z nas ni mniej, ni więcej tylko krwawa masa, strażnicy zaczęli strzelać ponad naszymi głowami. Teraz mogłem już otworzyć oczy. Ludobójcom zrobiło się nas żal i postanowili kulami zakończyć nasze cierpienia.

Boże mój! Ale nikt od tych kul nie ginie. Kule świszczą, a my klęczymy dalej z wyciągniętymi rękami. Co się dzieje? Mordercy się nami zabawiają. Śmierć w Treblince nie spotyka tak łatwo tych, którzy od razu nie zostali wysłani do komory.

Odrętwiały ze strachu czułem mocne razy na ciele. Nie pamiętam, jak długo gumowe pałki okładały moje ciało. Stojąc już, widziałem wokół siebie nagich Żydów. Mordercze ciosy

[str.371]

postawiły mnie zaraz na nogi. Dzikimi krzykami znów zagonili nas do pociągu.

Szedłem nagi i niesiony wiatrem, wiedząc, co mnie czeka. Na stacji stali już Żydzi i ładowali do pociągu wielkie wory pełne ubrań. Kazano nam wejść do wagonów. Ja i sześciu innych mężczyzn weszliśmy i ładowaliśmy worki z ubraniami, które podawali nam ludzie stojący na dole. Wagon powoli się zapełniał. Mordercy się wściekali i znów gonili ludzi do pracy.

Poczułem wielki strach przed śmiercią, którą przed chwilą miałem przed oczami. Kręciło mi się w głowie. Chciałem uciekać. W głowie miałem tylko jedną myśl. Pomyślałem, że może ukryję się w dziurze, tu między ubraniami. Nikt mnie nie zobaczy. Mordercy byli pijani i z pewnością nie zauważyliby mojej nieobecności. Ludzi, którzy pracują ze mną, oszukam, zostanę w pociągu i ukryję się w norze, którą sobie przygotowałem układając worki. Muszę uciec z tego piekła!

Myśl ta rozbudzała moje obumarłe nerwy. Każda sekunda ciągnęła się jak godzina. Okienko w wagonie postanowiłem zastawić, aby nikt nie mógł zajrzeć do środka. Chęć ucieczki pojawiła się jak spontaniczny wybuch, który całkowicie mną zawładnął. Trząsłem się cały, ale nie z zimna drżało moje nagie ciało. To moja podświadomość, to moje obumarłe nerwy rozbudziły emocje. Trzęsły mi się ręce i nogi, całym ciałem targały konwulsje.

Słychać było gwizdy i krzyki rozkazujące zejść z wagonów i ustawić się w grupy. Dzikie wrzaski morderców i znowu ciosy. Widziałem, jak ledwo żywi ludzie, którzy pracowali ze mną, schodzili z wagonu. Nikt się nie odwrócił, nie patrzył, co się dzieje za jego plecami. Schodzili jak w przepaść, która zaraz ich pochłonie.

Ja leżałem już ukryty w dziurze wśród worków pełnych ubrań. Zamknąłem oczy, choć wokół mnie panowała ciemność. Serce mi waliło, biło tak szybko, jak szybko mordercy oddawali strzały z karabinów. Słyszałem kroki i wstrzymałem oddech. Ktoś zamknął drzwi do wagonu.
Zimny pot oblał moje nagie ciało. Intruz oddalił się. Znaczyło to, że drzwi były już

[str.372]

całkowicie zaryglowane, a morderczy wzrok nie mógł mnie już dosięgnąć.

Nagle pociąg ruszył. Czy to prawda, czy tylko mi się zdawało? Tak! Pociąg jechał! Szybko wydostałem się z dziury, uwolniłem z worków, które mnie zakrywały i odsłoniłem okienko. Do środka wpadał blask księżyca. Czułem, jak pociąg nabiera prędkości. Zastanawiałem się, kiedy i gdzie zeskoczyć. Wystawiłem głowę przez okno i rozejrzałem się – na schodkach wagonów siedzieli mordercy gotowi do strzału. Ogarneła mnie ciemność, a przed oczami w zawrotnym tempie przesuwały się telegraficzne słupy i rosnące na poboczu drzewa. Moje zmysły skoncentrowane były na tym okienku, przez które miałem wyskoczyć. Pociąg jechał, a ja z głową wystającą z okna przygotowywałem się do ucieczki, jak dzikie zwierzę, które postanowiło uwolnić się z klatki.

Czy koła turkocą tak głośno, jak to się wydaje moim uszom? Może to krzyczą martwe dusze uwięzione w wywożonych ubraniach? Zmarli leżący w wielkim masowym grobie w lesie? To nie ubrania jadą pociągiem, a zgniecione ciała, które jeszcze wczoraj miały je na sobie. Te ubrania krzyczą. To wołają dzieci z maleńkich kaftaników, starcy z ciepłych wełnianych zimowych płaszczy, matki z podomek.
To krzyczą masowe groby Treblinki.

Słyszę też głosy stosu trupów, dopiero co zakatowanych. I ci, którzy uratowali mnie od morderczych spojrzeń. Moje bose stopy stąpały po ciałach i rwały się w kierunku okienka, z którego Żydzi wiezieni do Treblinki wyrwali kraty gołymi rękami. Pociąg przejeżdżał przez stację w Kosowie Lackim. Cały drżałem ze zdenerwowania, byłem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Cały skupiłem się na jednym życzeniu. Chciałem tylko skoczyć z jadącego pociągu. Nieziemska, przeogromna siła uniosła moje nogi w kierunku okna. Wystawiłem jedną nogę, potem drugą, potem głowę. Moje ciało złożyło się do skoku, a ręce kurczowo trzymały się okna. Pociąg niósł mnie przez chwilę. Przecinając powietrze, zacisnąłem zęby ze złości i strachu i skoczyłem z jadącego pociągu, jakbym skakał w przepaść…

***

[str.373]

Gdy odzyskałem świadomość, pierwsze co poczułem, to przejmujące zimno, które przyprawiło mnie o dreszcze. Podniosłem się, aby zobaczyć gdzie jestem. Jak długo już tak leżę? Czy sobie przypomnę, jak tu się znalazłem?

Pod sobą czułem mokrą trawę. Położyłem twarz na wilgotnej ziemi. Wilgoć zwilżyła moje zaschnięte usta i wysuszony język. Ugasiłem palące pragnienie. Język wysysał wodę z mokrej trawy. Połykałem ją, jakby był to najdroższy z trunków. Czułem wracającą energię. Zimno i mokra trawa przywróciły mnie do życia. Zdałem sobie sprawę z tego, co się stało. Sam nie wierzyłem, że dzieje się to naprawdę.

Byłem nagi. Widziałem niebo i ziemię i byłem obnażony.

Księżyc szybował po niebie, a moje oczy podążały za nim i zabierały mnie do nieznanych mi światów.

Przejeżdżający pociąg jeszcze bardziej mnie ocucił. Rozejrzałem się po raz kolejny, aby upewnić się, gdzie jestem. Zdałem sobie sprawę, że po skoku stoczyłem się do głębokiego rowu, który ciągnął się wzdłuż nasypu kolejowego.

Gdzie mam teraz iść? Gdzie nagi znajdę ratunek? Ukryłem się przecież wśród ubrań, to dlaczego nie wyciągnąłem niczego dla siebie? Czuję, że moja nagość czyni mnie coraz bardziej bezsilnym. Drżałem cały, zęby dygotały. Moje ciało wilgotne było od porannej rosy pokrywającej ziemię tą jesienną księżycową nocą. Muszę się skryć przez zimnem. Podniosłem się, ale ledwo trzymałem się na nogach. Cały się trząsłem, ale nie myślałem o tym, bo jedynym moim pragnieniem było schować się przed zimnem. Pobiegłem w kierunku lasu. Teraz ścigali mnie nie ludożercy, a mój wewnętrzny instynkt, który kazał mi żyć.

W lesie rosły ogromne nieruchome drzewa, do których tuliłem się chcąc uniknąć zimna. A razem ze mną tańczył mój cień. Znam dobrze leśne schronienia. Nocowałem tu już

[str.374]

wiele razy i nie bałem się już ciemności. Tylko że teraz byłem nagi i tak bardzo pragnąłem, aby drzewa przysunęły się do siebie, przytuliły mnie i ochroniły przed zimnem, które przeszywało moje ciało.

Nagle usłyszałem gwizd. Odpowiedział mu inny gwizd, zaraz znów kolejny. Zewsząd dobiegają mnie świsty.

Czy ktoś mnie dostrzegł i czyhał na moje życie? Wdrapałem się jak małpa na drzewo, dotarłem do wierzchołka trzymając się kurczowo gałęzi. Wiedziałem, że tu nikt mnie już nie zobaczy, a nawet jeśli, to wystraszony ucieknie przed małpą.

Siedziałem więc na gałęziach, które trzymały mnie mocno. Dłońmi kurczowo objąłem wierzchołek i razem z nim bujałem się na wietrze, kołysałem w tę i z powrotem.

Drzewa uginały się, jakby odmawiały modlitwę żałobną za żydowskie ofiary Treblinki. A ja razem z nimi. Przed oczami miałem wszystkich zmarłych, za których pamięć tylko drzewa zmawiają kadisz. Drzewo mnie kołysało, a ja słyszałem jak liście szeptały i przekazywały sobie w wielkiej tajemnicy z jednego drzewa do drugiego, że teraz oddają cześć i chylą czoła przed ofiarami Treblinki.

***

W lesie znów zrobiło się cicho. Ja nadal kurczowo trzymałem się drzewa, walcząc ze śmiertelnym zmęczeniem, bezsilnością i przejmującym chłodem, które chciały zrzucić mnie na ziemię.

Księżyc powoli tracił blask i szary brzask przeganiał ciemności. Zaczęło wschodzić słońce i złocistymi promieniami przegoniło szarawy świt. Znów nastała jasność.

Obawiałem się światła, ale tak bardzo pragnąłem słonecznego ciepła. Patrzyłem, jak słońce wschodzi, i chciałem, aby już świeciło nad moim drzewem, nad moim nagim ciałem. Woda, którą zlizywałem z gałęzi mokrych od nocnej rosy, zaspokoiła moje pragnienie. Już nie trząsłem się z zimna, ale teraz dręczył mnie głód. Chciałem znaleźć drogę do życia. Tak jak udało mi się znaleźć drogę z piekła w Treblince, musiałem szukać drogi do życia. Rozglądając się z wierzchołka drzewa, zobaczyłem okoliczne kolonie i szerokie pola.

[str.375]

Gdzieś w oddali słyszałem kroki. Szybkie kroki, jakby ktoś biegł. Kto to był? To tylko pies. Za psem szedł leśniczy w ciemnoszarym mundurze. Leśniczego się bałem. Tacy jak on zdradzali Niemcom żydowskie kryjówki. On z pewnością nie udzieliłby mi pomocy i wysłał mnie z powrotem do Treblinki. Leśniczy znikął, gwizdem przywołując psa, jakby bał się sam zostać w lesie.

Siedziałem więc na drzewie i czułem, że dzień mija nieubłagalnie. Także moje i tak już osłabione siły opuszczały mnie. Nie wiedziałem, jak znaleźć ratunek w tej beznadziejniej sytuacji. Słońce powoli znikało za drzewami a ja czułem lęk przed nadchodzącą nocą. Wiedziałem, że zimno zmiecie mnie z tego drzewa. Całkowicie pogrążony w ponurych myślach usłyszałem, jak ktoś przegania bydło z lasu. W moim kierunku szła stara chłopka z małą dziewczynką, która trzymała w ręku koszyczek. Chłopka poganiała krowy idące w stronę mojego drzewa. Złapałem szybko gałąź, która już prawie wbiła się w moje ciało i zacząłem schodzić z tą samą małpią szybkością, z jaką wszedłem na drzewo. Gdy zeskoczyłem, usłyszałem krzyk wzywający bożego imienia.

Stara chłopka ubrana w koszulę, długą sukienkę i chłopski fartuch z przerażenia puściła skraj fartucha, w którym trzymała uzbierane w lesie zioła. Dziewczynka, mocno trzymając koszyk, przytuliła się babki, szukając u niej schronienia i płacząc ze strachu. Po chwili udało mi się je uspokoić. Opowiedziałem szybko, jak się tu znalazłem: „Miejcie Boga w sercu i pomóżcie mi”. Chłopkę moje słowa bardzo poruszyły, oddała mi chleb i mleko. Dała też fartuch, abym mógł okryć nagie ciało i wskazała drogę do miasta. Byłem 16 kilometrów od Sokołowa Podlaskiego.
Chłopka obiecała przynieść mi do lasu ubrania, ale już się tu nie pokazała. Znów zostałem sam w lesie, oderwany od żywych. Pomoc udzielona przez starą chłopkę dodała mi odwagi.

[str.376]

Postanowiłem, że po zmroku ruszę w drogę, tak jak mi radziła. Gdy nastała noc, zacząłem iść w kierunku miasta, całkowicie zdając się na nieznany los. Szedłem przez las, a księżyc oświetlał mi drogę. Bałem się, ta cała podróż przyprawiała mnie o straszliwy lęk. Czułem, jakby prześladowało mnie okrutne fatum.

Dotarłem w końcu na skraj lasu i nie wiedziałem, gdzie jestem. Wyszedłem na pole, skąd zobaczyłem rozrzucone pojedyncze chłopskie chaty. Postanowiłem oddać swój los w ręce jednego z chłopów. Może natrafię na dobrego człowieka? – myślałem.

Cicho, czołgając się, aby nikt mnie nie zauważył, podszedłem do chłopskiego gospodarstwa i ukryłem się za stogiem siana. Czekałem aż chłop pokaże się rankiem przed chatą.

Leżałem w sianie, które zakrywało mnie i ogrzewało, owładnęło mną zmęczenie. Przez chwilę drzemałem, aż w końcu zapadłem w mocny sen. Śniły mi się straszne koszmary, śniło mi się piekło Treblinki. We śnie widziałem, jak mordercy ścigali mnie po polach i lasach i złapali, gdy leżałem ukryty w norze. Mordercy zaciągnęli mnie do masowego grobu w lesie. Skurczyłem się i wiłem w straszliwych konwulsjach i wydawało mi się, że leżę już wśród martwych.

Zbudził mnie chłop, który próbował wyciągnąć mnie za wystającą z siana nagą stopę. Byłem oszołomiony i niezupełnie wiedziałem, gdzie jestem. Szybko jednak doszedłem do siebie i opowiedziałem chłopu, skąd przyszedłem. Poprosiłem o pomoc. Zlitował się nade mną i zaprowadził na strych stodoły. Dał mi spodnie i chłopską koszulę, zaopatrzył w jedzenie i wodę, abym mógł zmyć ślady krwi. Zakrywszy moje nagie ciało i ukoiwszy głód, odzyskałem odrobinę ludzkiej godności. Wiedziałem, że szczęście mnie nie opuszcza.

[str.377]

Znów poczułem silną wolę przeżycia. Kierowała mną ślepa nadzieja, wierzyłem, że szczęście mnie nie opuści. Na strychu wśród słomianych snopów spędziłem cały dzień.

Wieczorem przyszedł chłop i powiedział, że muszę opuścić kryjówkę, bo chłopi z kolonii szykują się do obławy z Niemcami. Opuściłem jego gospodarstwo, dziękując za pomoc. Powiedział tylko:

– Skoro udało ci się uciec z Treblinki, diabeł cię już nie ruszy.

Ubrany w chłopskie odzienie ruszyłem do Sokołowa, do którego zostało mi jeszcze dziesięć kilometrów. Szedłem drogami, którymi przeszły już setki Żydów, rozpaczliwie szukając pomocy. Znałem tu już każdą drogą i dróżkę.

Po aryjskiej stronie

Po ucieczce z obozu zagłady w Treblince, z aryjskimi papierami dostałem się do Warszawy. Włóczyłem się po gojskich ulicach, a nocami ukrywałem w ruinach zniszczonych domów. Przypadkowo trafiłem do przytułku dla bezdomnych Polaków, gdzie przebywałem przez miesiąc. Później zostałem uwięziony przez gestapo wraz z innymi mieszkańcami przytułku. W grudniu wysłano nas do polskiego obozu „Leiten-Straße” w Westfalii (w Niemczech), gdzie pracowałem do wyzwolenia przez amerykańską armię, 10 maja 1945 roku w kopalni „Zeche Holland” w obozie pod Wattenscheidt, oddalonego 6 kilometrów od miasta Essen.

Ponad dwa i pół roku żyłem w gojskim kostiumie, nosząc chrześcijańską maskę. Ten okres mojego życia był pełen nadzwyczajnych wydarzeń i walk stoczonych o życie.

[str.378]

W kopalni „Zeche Holland”

… Wiedziałem, że tego dnia, coś wydarzy się w pracy. Niemiecki majster Adolf już od kilku dni dawał mi znaki, abym wydobywał szybciej i więcej węgla. Wyglądało na to, że chciał uwolnić ze mnie moją zwierzęcą naturę. Wydawało mi się, że ciągle ukrywał się za mną gdzieś w ciemności, stał ze zgaszoną lampą i obserwował mnie badawczo. Bacznie śledził, jak stoję w podziemnej chmurze kurzu i wydobywam kawałki węgla, uderzając w ścianę wielkim młotem, którego dźwięk przypominał ciężki karabin maszynowy.

Rozgniewałem się bardzo. Zębami chciałem wgryźć się w ścianę węgla, która przeciwstawiała się wiertarce i ze starodawną siłą wrosła w podziemną przestrzeń. Walczyłem z uporem dzikiej natury. Ręka drżała od młota pneumatycznego, który z wielkim hałasem uderzał w ścianę.

Wyrwał się ze mnie wrzask, jak z zabijanego wołu. Kawałek węgla spadł na moją kość piszczelową. Wiertarka wypadła mi z rąk. Z zaciśniętymi zębami stałem na jednej nodze. Za plecami zaraz usłyszałem groźny głos Adolfa: „Dlaczego wyrzuciłeś młot?”.

Patrzyliśmy na swoje czarne twarze. Nie wypowiedziawszy ani słowa, w świetle lampy Adolfa zobaczyłem swoją zranioną nogę.

Adolf pochylił się, obejrzał moją nogę i stwierdził: „Rana jest powierzchowna. Dam ci jeszcze jednego do pomocy i skończysz swoją zmianę”.

Adolf wierzył, że jestem poznaniakiem, i że mam czelność mu się przeciwstawić. Krzyknąłem więc prosto w twarz:

– Ty sukinsynu, sam sobie pracuj z taką nogą! Poskarżę się na ciebie naczelnikowi obozu, że próbujesz zmusić rannego do roboty!
Adolf zmierzył mnie ostrym wzrokiem, splunął w moim kierunku i odszedł. Za kilka minut znów wdrapał się do mnie z bandażem i pozwoleniem na wyjazd na powierzchnię

[str.379]

przed zakończeniem zmiany w kopalni. Lekarz pierwszej pomocy wypisał mi zwolnienie na dziesięć dni pobytu w szpitalu.

Szpital obozowy znajdował się w wielkim, czerwonym baraku otoczonym od frontu kwiatowymi rabatami. Długi korytarz oddzielał biura od wielkiej sali, w które rzędami stały ustawione łóżka.

– Czołem Stanisław! – obejrzałem się. Z korytarza i z sali chorych patrzyły na mnie znane mi dobrze twarze obozowiczów z zabandażowanymi głowami, kuśtykających o kulach, wspartych na kijach. Inni leżeli w łóżkach.

Główny sanitariusz, który przyjął mnie w swoim gabinecie, wskazał mi puste łóżko i dał kule.

Po raz pierwszy od pół roku tułania się po brudnych posłaniach, położyłem się do czystego łóżka, na białe prześcieradło. Miałem poduszkę i ciepłą kołdrę. Łóżko bez wszy i pcheł było jak marzenie. Chciałem, aby to wydarzenie wryło się głębiej w moją głowę i wypełniło mnie przynajmniej odrobiną przyjemności. Jednak uczucie radości było mi obce, dane mi było jedynie odetchnąć.

W łóżku obok leżał wielki Stefan, mój sąsiad z baraku. Stefan z chorą ręką ułożoną na piersi zajmował całą długość i szerokość łóżka. Po raz pierwszy w życiu leżał w szpitalu i zazdrościł każdemu poważnie rannemu, który na pewien czas zostawał zwolniony z pracy w kopalni.

Gdy Stefan dowiedział się o moim wypadku podczas pracy, popatrzył na moją zabandażowaną nogę i tylko pokręcił głową:

– Stanisławie, nie masz szczęścia. Szkoda, szkoda. Mocniej i noga rozpołowiłaby się. Przez rok nie musiałbyś oglądać kopalni spod powierzchni ziemi.

– Stefan, najlepsza w tym przypadku byłaby śmierć. Natychmiastowy koniec z kopalnią.

Jurek, częsty pacjent w obozowym szpitalu, roześmiał się:

– Do diabła! Na co sobie niszczyć życie – uczcie się ode mnie! Miesiąc w kopalni, miesiąc w szpitalu. Nie można za bardzo przepracowywać się dla szwabów. Za takie pieskie życie, jakie my

[str.380]

wiedziemy, i to dla nich za dużo.

Stefan obrócił swoje ciężkie ciało i twarz w stronę Jurka i zapytał:

– Jak ty to robisz? Gdy pracuję w kopalni to zewsząd obserwują mnie szwabskie gały.

Jurek, który znany był w obozie jako „twardy chłop”, przybrał poważny wyraz twarzy:

– Zrozum, Stefan! W kopalni jak na froncie. Tam wybuchają bomby, tu kamienne sufity. Żołnierz czasami schodzi z frontu, tak i tu w kopalni zdarzają się wypadki i trzeba na jakiś czas iść do szpitala. Trzeba sobie radzić. Na pohybel szwabom! Ostatnim razem leżałem tu z lekką raną na nodze. Ale – wskazał palcem na głowę – ja wiem, co robię. Raz przemyłem mydłem ranę, innym razem posypałem ranę solą i cały miesiąc udało mi się uniknąć kopalni. Teraz mam chorobę wewnętrzną, mam gorączkę. Zanim zmierzą mi temperaturę, kilka razy uderzam łokciem w ścianę, a termometr pod pachą sam się nagrzewa. Jak chcę, to i wskazuje 39 stopni. Na pohybel szwabom!

Jurek roześmiał się na głos, ryczał jak koń i patrzył na Stefana. Ledwo co rozumiałem jego słowa.

– Żydowską głowę ma ten nasz Jurek.

– A ty Stefan, masz koński łeb. Na pohybel! Żydowska głowa wisiałaby tu w obozie na gilotynie – wysyczał Jurek.

– A ty byłbyś katem? – zapytałem Jurka z uśmiechem na twarzy.

– Tak! Jak mi Bóg miły!

– Żaden z ciebie pobożny chrześcijanin, Jurek.

– Co zawracasz mi głowę, Stanisław, świętością i Żydami. U nas w mieście ksiądz nas ostrzegał, abyśmy nie udzielali pomocy i nie chowali Żydów.

– U nas w Poznaniu nie widziałam ani jednego Żyda, od kiedy Niemcy weszli do miasta.

[str.381]

– Dlatego tak mówisz, Stanisław – Jurek mi wybaczył. – U nas w Kongresówce to samo.

Łóżko Stefana zaskrzypiało, gdy jego ciało podniosło się jak ciężki kloc. Wyglądał jakby wyszedł z beczki:

– Nieprawda, że już wszystkich Żydów wyrżnęli. Wielu jeszcze błąka się po wiejskich drogach, ale chłopi wiedzą już, co z nimi zrobić. Do nas do wsi przyszło dwóch Żydów, krawców. Uciekli z getta. Kilka tygodni pracowali u nas w domu. Obiecaliśmy Żydom ich ukryć. Wierzyli w to jak w Boga. Nagle do wsi wpadli żandarmi, przeszukiwali jeden dom po drugim. Gdy zbliżyli się do naszej chaty, wygnaliśmy Żydów. Dzieci biegły za nimi krzycząc: „Żydzi, Żydzi!” Żandarmi pobiegli za nimi jak rozwścieczone psy. Zastrzelili Żydów jak zające na polowaniu.

Odetchnąłem, gdy zabrzmiał dzwonek oznajmiający czas posiłku.

Pierwsza rozmowa o Żydach tuż po przybyciu do szpitala wystraszyła mnie. Mimo że żyłem już kilka miesięcy w takiej atmosferze, słowa moich szpitalnych sąsiadów wywołały we mnie niepokój. Wydawało mi się, że moja gojska maska robi się coraz bardziej przezroczysta. Za wygodnie tu i za przyjemnie, za jasno… Za dużo czasu na rozmowy, za dużo oczu, które szukają obcych twarzy – obce oczy, które przeszywają człowieka.

Jak zawsze w takim momencie, coś kazało mi opanować się i dalej grać swoją rolę…

Następnego dnia stałem już przed lekarzem obozowym, ciemnowłosym Niemcem średniego wzrostu o długim orlim nosie na semickiej twarzy. Mógłbym przysiąc, że jest Żydem. Tylko swastyka na jego guzikach rozwiewała moje podejrzenia. Lekarz obejrzał nogę i pomacał kolano . Koniuszkami palców uderzył w udo i zapytał:

– Nie boli?

– Nie.

Po badaniu lekarz nakazał sanitariuszowi obserwować moje

[str.382]

rany, przede wszystkim udo, bo może się zacząć jątrzyć.

Moja karta pracy wystawiona na nazwisko Stanisław Frybel

Kilka dni później poczułem ból w tym miejscu, w którym doktor uderzył mnie palcem. Zacząłem rozglądać się, jak leczeni są chorzy z ranami, i zauważyłem, że część z nich dostaje zastrzyki.

Gdy pewnego razu oglądałem moje krwawiące rany, sanitariusz kazał mi pokazać udo. Nie chciałem tego zrobić i powiedziałem, że już nic mnie nie boli, tylko trochę jeszcze rana. Miałem nadzieję, że poważnie potraktuje moje słowa.

[str.383]

Ale od tej chwili zaczęło coś mnie dręczyć i zjadać od wewnątrz. Ból w tym miejscu mojego ciała, które musiało zostać ukryte przed niepożądanymi oczami, zaczął się nasilać. Do fizycznego bólu, doszły psychiczne niepokoje. Zauważyłem, że sanitariusz przygląda się, jak chodzę, jak jem, a nawet jak śpię. Zaczął mnie także często zagadywać, rzekomo przechodząc, nigdy bezpośrednio. Bardzo interesował się tym, jak się czuję. Podobnego zainteresowania sanitariusz nie okazywał nikomu.

Moje ówczesne zdjęcie na drugiej stronie karty pracy

Zmartwiony rozmyślałem, co mam zrobić, aby chronić życie. Czy ktoś podejrzewa, że jestem Żydem? Cóż mam zrobić? Uciekać? Nie wydawało mi się to dobrym rozwiązaniem. Nie pozostało mi nic innego niż opanować sytuację, do której doszło tu w szpitalu. Przede wszystkim musiałem zdusić psychiczne niepokoje. Zacząłem więc udzielać się we wspólnych zabawach. Graliśmy często w warcaby, w domino, głównie zaś w karty. Zawsze pozwalałem moim przeciwnikom mnie ograć. To jeszcze bardziej zbratało ich ze mną. Nie unikałem też już sanitariusza i nawet specjalnie pod różnymi pretekstami odwiedzałem go,

[str.384]

aby nie wyczuł mojego strachu. Przychodząc do jego gabinetu, chciałem go lepiej poznać i zbadać zamiary.

Sanitariusz był małomówny, miał na oko może czterdzieści lat. Był chudy i niski, miał czarne, przekrwione oczy i bladą, matową twarz. Pracował przy chorych, zawsze w białym fartuchu, był zamyślony i sprawiał wrażenie, jakby to on, główny sanitariusz, stawiał pacjentom diagnozy.

Pewnego razu, było to zaraz po przyjeździe do obozu, gdy przechodziłem pod otwartym oknem jego gabinetu, sanitariusz kiwnął na mnie palcem i kazał przyjść do siebie. Zapytał, skąd pochodzę. Twierdził, że rozpoznał we mnie znajomego, do którego, jak powiedział, byłem podobny. Może wtedy, myślałem, wydałem mu się podejrzany. Być może podejrzenia sanitariusza teraz w szpitalu jeszcze bardziej się utwierdziły. Obserwował moje gesty, mój sposób mówienia, cechy charakteru i zachowanie. Myśli, które mną owładnęły, zacząłem natychmiast zwalczać, odganiać od siebie. Siłą perswazji udało mi się zawładnąć nad przesadzonymi myślami, będącymi wynikiem straszliwych przeżyć. Za ich sprawą dochodziło w moim wnętrzu do konfliktów. Byłem samotny w tym zupełnie mi obcym świecie…

Gdyby sanitariusz rzeczywiście podejrzewał, że jestem Żydem, i chciał mnie wydać, myślałem, zgłosiłby całą sprawę na gestapo, które było w ścisłym kontakcie z władzami obozu. A skoro tego nie zrobił, nie chce mi wyrządzić krzywdy. W mojej głowie sanitariusz urósł, stał się kimś zupełnie innym. W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że wcale nie poświęca tyle uwagi mojej osobie i nie czułem już na sobie jego przenikliwych spojrzeń. Zaczął mnie nawet zaniedbywać i unikać. Przyszedł raz do sali sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a do mojego łóżka nawet nie podszedł. Bardzo mi to pomogło, mimo że noga cały czas mnie bolała. Obrzęk na udzie powiększał się. Ciepłe kompresy z blaszanego termosu na kawę, które potajemnie robiłem, nie pomagały. Z trudnością stawałem na rannej nodzie i zacząłem ją nawet za sobą wlec.

[str.385]

Pierwsza niedziela w szpitalu była dniem wolnym od pracy. Wszyscy obozowicze zostali tego dnia zwolnieni z pracy. W kopalni było cicho, maszyny nie pracowały. W polskim obozie mówiono, że tego dnia w Wattscheid na ulicy Leit 2 odbędzie się wielka zabawa.

Jasne, wiosenne słońce ogrzewało dachy baraków. Na placu obozowym pachniało ściętą trawą.

W baraku panował zgiełk. Z zaciekawieniem wszyscy patrzyli w stronę miejsca, gdzie zza powieszonej kołdry wyłoniła się postać. Na zsuniętych stołach pojawił się powykrzywiany, wyglądający jak kaleka, sapiący i wzdychający Żyd. Wspierał się na dwóch kijach, ubrany w długą kapotę, na głowie miał przekrzywioną czapkę, a na twarzy skołtunioną brodę. „Garbaty Żyd! Garbaty Żyd!” – zaczęli krzyczeć obozowicze. Gdy jednemu z sanitariuszy udało się uspokoić krzyczących, ten, który się za Żyda przebrał, zaczął się jąkać i gestykulować.

– J… j… ja jestem Żydem z Polski… Kiedyś było mi dobrze… (wydął brzuch), żyłem z oszukiwania gojów… (ręce włożył do kieszeni), teraz, panowie, biada mi… (pokazał na siebie), oj biada… (pokiwał głową), zrobili z nami chyk, chyk, chyk… (palcem przejechał wzdłuż szyi), pozwólcie mi zostać wśród was… (rozłożył jak biedak ręce). Pozwólcie, pozwólcie…

Obozowicze zrywali boki ze śmiechu. Wydawało się, że wszyscy widzowie upoili się tym obrazem i prawie poupadali ze śmiechu na podłogę.
Siedziałem wśród chorych. Udało mi się schować twarz za kulami i w ten sposób zdołałem ukryć moje prawdziwe uczucie wstydu i żenady, jakbym był w lesie wśród dzikich zwierząt.

Gdy podniosłem twarz, nieoczekiwanie natrafiłem na ostre spojrzenie sanitariusza… Poczułem, jakby coś we mnie pękło… Ukryłem prawdziwy wyraz mojej twarzy

[str.386]

maskując go bólem nogi.

– Co jest Stanisław, boli cię?

Sanitariusz, który natychmiast się do mnie zbliżył, zadał pytanie bardzo łagodnie i położył dłoń na moim ramieniu.

Podniosłem twarz, którą cały czas miałem skierowaną na stopy i odpowiedziałem:

– Trochę boli, może to bandaż, który ciśnie.

– Wracaj do szpitala, później przyjdę zobaczyć, jak się czujesz.

Gdy wyszedłem z baraku w moich uszach jeszcze rozbrzmiewały donośne dźwięki harmonii. Tańczące pary tupały nogami do rytmu i wtórowały muzykantom podśpiewując: „Huhu, huha!”

Było już późne popołudnie. Długi szpitalny korytarz był pusty. Drzwi wszystkich gabinetów zamknięte. Stanąłem na środku korytarza, spojrzałem na listę chorych zapisanych na jutro do lekarza.

Wszedłem do sali, na której przywitała mnie grobowa cisza. W łóżkach leżało tylko kilku ciężko chorych rozrzuconych po całej sali. Jeden coś do mnie wymamrotał. Przez chwilę stałem zmieszany, aż w końcu znalazłem łóżko.

Leżąc, miałem jeszcze wyraźniej przed oczami twarz sanitariusza. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej podejrzewałem, że wie, że jestem Żydem. Cóż więc to oznaczało? Kto krył się pod tym białym fartuchem? Niemiecki gestapowiec czy polski prowokator? Czy będę pierwszym, którego chwyci w swoją sieć? Pierwszą ofiarą w obozie? Czy stoję znów twarzą w twarz ze śmiercią? Wcisnąłem twarz w poduszkę i leżałem jakby pogrążony w ciemnej otchłani.

Nagle usłyszałem za plechami ciche kroki, które zatrzymały się za łóżkiem. Szelest papieru. Przez chwilę wstrzymałem oddech i chłonąłem podejrzaną ciszę wokół mnie. Odwróciłem się leniwie, otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą sanitariusza… Usiadłem i wyciągnąłem ręce, aby odkryć chorą nogę.

Sanitariusz, zamiast spojrzeć na nią, chwycił mnie za rękę i zbadał mi puls. Potem długo

[str.387]

przyglądał się czerwonej ranie i nieporadnie uderzył koniuszkiem palców w udo.

Przeszedł mnie dreszcz.

– A jednak bardzo cię boli.

– Nie – odparłem ukrywając grymas na mojej twarzy.

– To skąd ten dreszcz?

– To miejsce u każdego jest tak czułe.

Na moment nasze spojrzenia się spotkały i między nami zawisło pytanie: „Kim jesteś?”

Po chwili milczenia sanitariusz powiedział kręcąc nerwowo głową.

– Jutro ci powiem, o której masz do mnie przyjść. Twoja noga wymaga specjalnej terapii.

Gdy wyszedł z sali, zacząłem przeglądać rzeczy, które leżały na moim stoliku nocnym. Wszystko leżało w tym samym porządku, co wcześniej. Polska książka, niemiecka gazeta, domino i karty. Ruszona została tylko paczka papierów z paczki żywieniowej od pani Rogozińskiej, zaadresowanej do Stanisława Frybla i wysłanej anonimowo przez Jadwigę Bielecką z Sokołowa Podlaskiego, ulica Kupietyńska 91. Obok leżała kartka pocztowa, którą wysłałem sam do siebie jeszcze przed pójściem do szpitala. Na kartce podstemplowanej przez urząd pocztowy w Bochum napisałem:

„Drogi Kolego Stanisławie, Wicek z Dortmundu był u mnie. Tak jak ty pracuje w kopalni. Czuje się lepiej i pracuję w zawodzie jako ślusarz w Bochum. W domu na wsi nie ma kto pomóc rodzicom w pracy na polu. Matka cały czas rozpacza, że zesłano nas na roboty. Napisz, w którą niedzielę mnie odwiedzisz. Żyj! Twój kolega Bronek”.

Leżałem na łóżku i myślałem. Czy sanitariusz na poważnie wziął to, co dla niego przygotowałem? Czy przeczytał? Były to przecież istotne dowody przeczące jego podejrzeniom. Zaraz pojawiła się nowa myśl. Czy nie był to błąd? Czy sam nie dostarczyłem mu dowodów, że utrzymuję kontakty z takimi, za jakich mnie ma? Czy tak to zrozumiał? Co oznaczały jego słowa, że mam się do niego zgłosić? Co miał na myśli? Czy już komuś

[str.388]

na mnie doniósł i postawią mnie w ogniu pytań? Boże! Skąd wziąć siłę i przetrwać takie męki po tylu bitwach stoczonych ze śmiercią? Czy uwierzą mi w to, co powiem? Czy ktoś wyciągnie do mnie rękę? Czy powieszą mnie na środku obozu, a towarzyszyć temu będą wyzwiska i przekleństwa? Szubienica dla Żyda w obozie pełnym gojów. Ostatni Żyd… A Jurek zostanie moim katem? Jurek, ze mną je i śpi obok mnie, i szanuje mnie za odmawiane w obozowym kościele pobożne modlitwy.

Na korytarzu słychać było nieznajome kroki. Zaraz sala chorych wypełniła się głosami i śmiechem. Stefan podszedł do mojego łóżka i potrząsnął mną: „Hej, Stanisław! Dlaczego wyszedłeś z zabawy?”

– A, noga mi dokucza – zaspany odpowiedziałem.

Wesoły i będący w dobrym nastroju Jurek odparł w takt mazura, którego pogwizdywał sobie pod nosem:

– Stefan, daj mu spać. Stanisław jest już za stary na zabawy. On woli modlić się w kościele. Ty też, do diabła, jesteś tu, w Niemczech, jak brudny Żyd.

– Idź do diabła! – Stefan krzyknął – Mnie nazywasz brudnym Żydem? Sam jesteś jak garbaty Żyd, takim samym, jakiego dziś przedstawiłeś.

Serce zaczęło mi mocniej bić. Kopnąłem Jurka w nogę i na stronie zapytałem:

– To ty przebrałeś się za Żyda? Jak Bóg mi miły, nie poznałem cię. Jurek, gdzie ty się nauczyłeś tak udawać Żydów?

Jurek, który uważał, że w sprawach żydowskich nie mam wielkiego doświadczenia, wyjaśnił mi:

– Ty Stanisław z Poznania jesteś, nie miałeś do czynienia z takimi stworzeniami, co to je „Żydami” zowią. U nas w Żyrardowie wszędzie Żydzi byli, na wszystkich ulicach, mieszkali w prawie każdym domu. W domu naprzeciw nas mieszkali żydowscy sąsiedzi, bogaci fabrykanci, handlowali lnem. Żydzi obrośnięci brodami i pejsami. Od dziecka obserwowałem, jak żyją. Widziałem nie tylko ich wesela, widziałem też ich pogrzeby. Żydów znam na wylot. Jak Bóg mi miły, weź, Stanisław postaw wśród tysiąca Polaków jednego Żyda

[str.389]

ubranego w to samo co wszyscy, a natychmiast go rozpoznam…

Przerwałem Jurkowi:

– A powiedz mi, kto zaangażował cię jako aktora?

Dumny odpowiedział:

– Żyrardowianie z obozu znają mnie jako wesołka, który potrafi odgrywać takie śmieszne sztuczki. Zeszłej niedzieli tu w szpitalu już grałem „Żyda”. Ludzie turlali się na łóżkach ze śmiechu i tak krzyczeli, że sanitariusz przybiegł zobaczyć, co się dzieje. I wyobraź sobie Stanisław, sanitariusz, który zawsze ma taką pochmurną twarz i przymrużone oczy, nawet on się śmiał. Nawet jego zdołałem rozśmieszyć. Jak skończyłem, zaproponował, aby odegrał to samo dziś na zabawie.

– Znasz sanitariusza jeszcze z Polski?

Jurek tylko wzruszył ramionami i zmarszczył czoło.

– Diabeł wie, skąd on jest. Nie wiem nawet, jak się nazywa. Jednemu mówi, że jest ze Śląska, mówi dobrze po niemiecku, innemu, że z Kongresówki. W obozie mówią, że pochodzi z rosyjskich terenów. Sam słyszałem, jak rozmawiał po rosyjsku z fryzjerem Iwanem. Ale co to kogo obchodzi, skąd on jest.

W sali chorych pojawił się sanitariusz Janek z dzwonkiem w ręku. Wszyscy prędko schowali domina, warcaby, karty i inne gry. Pacjenci położyli się do łóżek, w sali zrobiło się ciemno i cicho.

Leżałem w łóżku w całkowitej ciemności. Ten ciężki dzień odcisnął na mnie swoje jarzmo. Nie byłem w stanie myśleć. Moje ciało pragnęło wypoczynku. Zasnąłem.

Rankiem ustawiłem się w kolejce rannych czekając na zabandażowanie nogi. Gdy sanitariusz mnie ujrzał, kazał mi wyjść z kolejki i kategorycznym i stanowczym tonem rozkazał:

– Teraz nie będziesz bandażowany. Przyjdź o ósmej wieczorem do mojego gabinetu, zdecyduję, co robić z twoją nogą.

– Co takiego dzieje się z moją nogą, że wymaga specjalnej terapii? – zapytałem podpierając się na kiju i próbując zachować równowagę.
Sanitariusz tylko na mnie spojrzał i

[str.390]

powiedział:

– Bez zbędnych pytań. Idź teraz z powrotem do łóżka.

Stało się dla mnie jasne, że sanitariusz zaczyna zrywać mój kostium. Coś planuje i chce swój plan zrealizować do końca.

Leżałem na łóżku i myślałem o naszym spotkaniu. Przeczuwałem, że zaważy ono na moim dalszym życiu w obozie, do którego los mnie rzucił po ucieczce z Treblinki. Zacząłem snuć różne plany. Pierwszy plan polegał na tym, aby ukryć ostry nóż i użyć go w momencie, gdy zdam sobie sprawę, że wszystko stracone. Wówczas rzucę się na sanitariusza z nożem, zakłuję go, a potem siebie. Nie znalazłem w sobie jednak wystarczających sił fizycznych i moralnych, aby to zrobić. Było to dla mnie zwyczajne samobójstwo.

Inny plan wydał mi się bardziej logiczny i realny. Zacząłem więc dokładnie wszystko planować.

Gdy zbliżała się pora spotkania, rozmawiałem z dwoma obozowymi łobuzami: Stefanem i Grzegorzem. Każdego z nich poprosiłem o pomoc w zakupie taniej paczki ubrań i ciasta. W podzięce mieli dostać po kawałku ciasta i paczce papierosów. Umówiliśmy się o wpół do dziewiątej pod drzwiami gabinetu sanitariusza. Jakbym się spóźniał i nie wychodził, niech zapukają i zapytają o mnie. Gdy wszedłem do pokoju, sanitariusz spytał, kim są moi towarzysze.

– To moi dobrzy przyjaciele z Polski – wyjaśniłem.

– Skąd oni są? Wydają mi się znajomi.

– Razem trafiliśmy jako uchodźcy z Poznania do Sokołowa Podlaskiego.

– Pomyliłem się… – wymruczał sanitariusz pod nosem.

Po krótkiej rozmowie sanitariusz pokazał mi palcem, gdzie mam usiąść. Usiadłem twarzą zwróconą w stronę lustra i patrzyłem, jak założył biały fartuch, zapalił wolno papierosa, zatrzymał się na chwilę i podszedł do szklanej szafeczki, w której trzymał lekarstwa. Szukał czegoś przyglądając się buteleczkom, zamknął i znów ją otworzył, kilka razy przeszedł się po pokoju, stanął obok

[str.391]

mnie i rozpiął moją koszulę obnażając pierś. Pod ramię wsadził mi termometr, spojrzał na zegarek i zasiadł w tej samej co ja pozie. Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze. Z wyrazu jego twarzy rozpoznałem, że zabiera się do powiedzenia mi czegoś. Powiedział mi, że jeden z obozowiczów w rozmowie przyznał się mu, że rozpoznał tu Żyda, któremu pomógł uciec z Polski.

Chciałem, aby sanitariusz zauważył, że nie bardzo się na tym znam. Chciałem, aby zwrócił uwagę na moją chorobę i ledwo słyszalnym głosem powiedziałem, że nie interesuje mnie to, co mi opowiada, i że przyszedłem tu w sprawie terapii.

Sanitariusz wyciągnął z ust papierosa i założył nogę na nogę.

– Można przecież trochę porozmawiać, jak jest ku temu okazja…

Jakbym go nie słyszał, wyciągnąłem termometr i położyłem na stole. Zupełnie go to nie interesowało. Zaczął dalej mówić swój wyuczony tekst:

– Do Wattenscheid trafiłem z Kassel. Byłem tam, podobnie jak tu, sanitariuszem w obozie. Pewnego razu przyszły do mnie dwie kobiety, które pracowały w kuchni. Jedna z nich wydawała mi się Żydówką. Długo temu zaprzeczała. Ale moje oczy mnie nie oszukały. Musiała się przyznać. Tajemnica połączyła nas i staliśmy się sobie bardzo bliscy. Tak bliscy, że zastępowała mi żonę, którą pozostawiłem w domu…

Sanitariusz umilkł. Cały czas obserwował mnie w lustrze. Cel jego przemowy stał się dla mnie jasny. Wiedziałem też, co oznaczają jego spojrzenia w lustrze. Zwróciłem twarz do niego, zmierzyłem wzrokiem, zazgrzytałem zębami i srogo na niego spojrzałem.

– Czemu tak bezczelnie na mnie patrzysz? – zawołał i wyskoczył z krzesła.

– W jakim celu opowiadasz mi swoje żydowskie historyjki? Co ja mam z tym wspólnego? Mów! Odpowiedz!

Obaj staliśmy naprzeciw siebie z szeroko

[str.392]

otwartymi oczami. Na korytarzu słychać było ciężkie, powłóczyste kroki. Otwierające się drzwi ostudziły nieco gorącą atmosferę panującą między nami. Wielka głowa Stefana zajrzała przez otwarte drzwi i zapytała, kiedy wyjdę.

Sanitariusz nieco się zmieszał. Spojrzał na Stefana, który wyglądał zza drzwi dość dziko i budził strach. Moje wrażenie odnośnie do sanitariusza utwierdziło się, gdy podszedłem do drzwi, gdy głowa Stefana się wycofała. Na korytarzu wyjaśniłem mu, że nie możemy teraz iść do Waleckiego, bo ten ma dziś nocną zmianę. Zobaczymy się z nim jutro po południu.

– Nie szkodzi, nie szkodzi. Niech będzie jutro – Stefan przyjął moje słowa i poczłapał z powrotem do sali.

Gdy wróciłem do gabinetu, sanitariusz siedział przy biurku z termometrem w dłoni. Nerwowa atmosfera, która dopiero co panowała w pomieszczeniu, prysła w oka mgnieniu. Delikatnie zapytał mnie, czy mam temperaturę i nakazał zdjąć bandaż.

– Czego chciał ten chłop od ciebie właśnie w tym momencie? – próbował wybadać sanitariusz.

– Prywatna sprawa – odpowiedziałem krótko.

– Skąd wiedział, że tu jesteś?

– Pewnie widział, jak tu wchodziłem.

Sanitariusz zadowolony był z mojej odpowiedzi i kazał mi pokazać chorą nogę. Obejrzał nogę i spojrzał na mnie stanowczo. Z jego ust posypały się ostre słowa:

– Masz spuchnięte udo. Ukrywasz to przed mną. Powiedz mi przynajmniej, jaki jest tego powód?

– Siedzę tu z sanitariuszem czy z badaczem?

– Skoro pytasz, z badaczem.

– Przed badaczem siedzę?

Nagle ktoś zapukał. Gdy sanitariusz uchylił drzwi, w gabinecie ukazała się stary Grzegorz. Rozglądał się po pokoju i bezczelnie zapytał, czy już

[str.393]

skończyliśmy naszą zabawę.

Złapałem Grzegorza za ramię i wyszedłem z nim na korytarz. Cicho powiedziałem, że Franek pracuje dziś na nocną zmianę i pójdziemy do niego jutro rano. Zgodził się.

Gdy wróciłem do pokoju, sanitariusz stał w drzwiach. Zamknął je za mną na klucz, schował go do kieszeni i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. W końcu zatrzymał się z zaciśniętymi pięściami. Zza pleców słyszałem jego zasapany głos.

– Jesteś w obozie podejrzanym typem. Organizujesz jakieś intrygi. Powiedz zaraz, kim jesteś. Mów prawdę.

– Nazywam się Stanisław Frybel! – wykrzyczałem.

– Nieprawda! Nieprawda! Nazywasz się Mojsze… albo Jojne… Żydem jesteś! Tak, ten, kto tu przede mną siedzi jest Żydem. Żydem.

W lustrze widziałem jego wyciągniętą, grożącą dłoń. Przeszedł mnie dreszcz, czułem się jakbym stracił przytomność i nie mogłem podnieść głowy ani ręki.

Nie wiem, ile trwało, zanim zdołałem wypowiedzieć słowo. Gdy w lustrze zobaczyłem znów oczy sanitariusza skierowane na mnie, chwiejąc się usiadłem przy biurku, przy którym po drugiej stronie i on siedział.

– No, co masz mi teraz do powiedzenia, gdy twoja maska spadła i siedzisz przede mną patrząc na mnie swoimi żydowskimi oczami?

Pełne jadu słowa sanitariusz wypowiedział z sarkastycznym uśmiechem, pochylając się nad biurkiem i przysuwając swoją twarz do mojej.

– Panie sanitariuszu, byłbym skłonny ci coś powiedzieć, gdybyś wysłuchał mnie z cierpliwością i poświęcił moim słowom trochę uwagi.

– Cóż takiego ciekawego możesz mi opowiedzieć? – prześmiewczo kiwnął głową. – No, opowiadaj. Słucham.

Zacząłem z drżącym głosem:

– Być może jesteś ukrytym Niemcem, który wykończywszy mnie poszuka sobie w obozie nowej ofiary. Wolałbym jednak wierzyć, że rozmawiam z Polakiem. Z chrześcijaninem, który szczerze wierzy w Boga. Który ma ludzkie

[str.394]

serce i sam był dręczony przez Niemców. Tylko takiemu mogę przyznać, że rzeczywiście jestem Żydem.

Jak dostałem się do Niemiec i jak udało mi się tu uchować pod obcym nazwiskiem, ma związek z moją życiową historią. To, co przeżyłem w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, wystarczyłoby na sto lat życia i na straszną śmierć.

Nie wiem, czy znasz obóz zagłady w Treblince, w którym Niemcy urządzili fabrykę śmierci. Uciekłem stamtąd nagi na kilka chwil przed śmiercią. Bóg zesłał mi dobrych ludzi, którzy pomogli mi po drodze. Pierwsze moje odzienie, fartuch, dała mi stara Polka, którą spotkałem ukrywając się w lesie. Pierwszą koszulę, którą okryłem moje ranne ciało, dał mi Polak o dobrym sercu. Inny przyjął mnie do swojego domu, gdzie odzyskałem poczucie człowieczeństwa. Nawet tu w obozie jest kilku Polaków znających moją przeszłość. Dwóch z nich widziałeś w swoim gabinecie. Oni pomogli mi znaleźć się w Niemczech. Także w ich interesie jest to, abym pozostał nierozpoznanym, także dla nich oznaczałoby to pewną śmierć.

Wybaczam ci twoje detektywistyczne dochodzenie prowadzone przeciwko mnie. Jestem pewien, że nie zdawałeś sobie sprawy, co mi uczyniłeś. Ty sam, będąc dręczonym przez Niemców Polakiem, który chce być wolnym człowiekiem w swojej ojczyźnie, jesteś przecież pobożnym katolikiem. Widziałem przecież, jak gorąco modlisz się w obozowym kościele. Zapytaj księdza Ruczewskiego, czy to jest coś, co mógłbyś zrobić nawet komuś takiemu jak ja. Niech ci ksiądz powie, czy masz mnie dręczyć czy udzielić pomocy… Jeśli rzeczywiście jesteś prawdziwym katolikiem, pomóż mi. Uchroń mnie, apeluję do twojego sumienia. Jeśli postąpisz inaczej, ryzykujesz życie wielu dobrych Polaków, którzy mi pomogli. To wszystko, co chciałem ci powiedzieć. A teraz zrób ze mną, co chcesz.

Po moim przemówieniu w pokoju zapadła cisza. Siedzieliśmy tak kilka minut. Sanitariusz ukrył twarz w dłoniach, a ja siedziałem na skraju krzesła, ciężko sapiąc jak po długim biegu…

Minuty, w których decydował się mój los, ciągnęły się w nieskończoność.

[str.395]

Dalsze życie było w rękach tajemniczego człowieka, który siedział przede mną. Drżałem przed pierwszym słowem, które wypowie – słowem, które zaważy na moim dalszym losie. Przemówiłem do jego sumienia? Czy mam obawiać się śmierci?

Krzesło, na którym siedział sanitariusz, przesunęło się. Sanitariusz wstał. Podszedł do szklanej szafki na lekarstwa, wyjął stamtąd małą buteleczkę i do szklanki nalał wody. Wymieszał w wodzie kilka kropel i podał mi je.

– Wypij, uspokoisz się.

– Panie sanitariuszu – bałem się cokolwiek powiedzieć – wystarczy jedno Pańskie słowo, abym się uspokoił.

– Nic złego ci nie uczynię.

– Wyjaśnij mi to szczerze i jasno.

Sanitariusz stanął obok, założył nogę na nogę, ręce oparł o blat stołu i obrócił głowę w moją stronę. Mówił cicho, abym tylko ja mógł usłyszeć.

– Ponieważ się przyznałeś, dramatyczna gra między nami jest zakończona. Musiałeś przede mną skapitulować. Ale swoją rolę grałeś wyśmienicie do ostatniej chwili. Byłem długoletnim agentem polskiej policji w Częstochowie. Nie zapomniałem, jak wykonuje się mój zawód, mimo że tu w szpitalu noszę biały fartuch. Chcę powiedzieć szczerze: wyzbyj się strachu przede mną. Zaufaj mi. Ja też nazywam się Stanisław, Stanisław Sylwester – moje nazwisko było dobrze znane wśród częstochowskich Żydów… Niech to będzie naszą tajemnicą… Pamiętaj, nie zawieraj w obozie żadnych bliższych przyjaźni. Żyj spokojnie, nie awanturuj się. Unikaj gier w karty. Nie prowadź zbędnych rozmów, przede wszystkim z inteligentami tu w obozie. Zapomnij o swoich manierach, mów prostym, brutalnym językiem. wydmuchuj nos na środku korytarza i nie używaj do tego chusteczek. Nikt cię nie będzie podejrzewał. W obozie ściany mają uszy i oczy. Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem.

Po jego słowach, które przepełniły mnie nadzieją, wzruszony uścisnąłem jego dłoń i powiedziałem:

– Znów miałem szczęście, spotykając w moim ponurym życiu dobrego człowieka…

[str.396]

Sanitariusz roześmiał się i pokręcił głową…

– Nie wiem, co to znaczy być dobrym. Nikt nigdy mnie za takiego nie brał, a na pewno nie Żydzi… Ale nie przeszkadza mi to w nienawidzeniu Niemców za ich bezwzględność. Widziałem, co zrobili z Żydami w Częstochowie. Widzę w tobie takiego częstochowskiego

Żyda i bardzo mi ciebie żal, choć nigdy Żydów nie lubiłem.

Późną nocą sanitariusz odprowadził mnie do łóżka.

 

[str. 397]

 

Pinkas Rafałowicz

(Tel Awiw)

Zagłada Sokołowa

 

Zagłada Siedlec i mieszkających tam Żydów w miesiącu elul [*sierpień/wrzesień] 1942 roku zadała kłam wszelkim obietnicom składanym przez dwulicowych niemieckich morderców. Gwarancje, że podlaskie getta nie zostaną zlikwidowane, a przekształcone w obozy pracy produkujące na rzecz niemieckiego Wehrmachtu, okazały się fałszywe.

My, sokołowscy Żydzi, zamknięci w getcie, czuliśmy, że mordercza fala już się do nas zbliża. Strach przed bólem i komorami gazowymi bardzo wszystkimi wstrząsnął. Wystraszeni i zdezorientowani ludzie biegali od jednego domu do drugiego. Wszyscy zadawali to samo pytanie. Co robić? Dokąd uciekać? Nikt jednak nie znał odpowiedzi.

Rozpacz stawała się coraz większa. Nagle dotarły do nas wieści, że z getta uciekają ludzie. Mężczyźni, kobiety, dzieci, matki z niemowlętami na rękach wymykali się przez pola do kupientyńskich, niecieckich i rogowskich lasów nie zważając na niemiecki zakaz grożący śmiercią przez rozstrzelanie każdemu, kto przekroczy granicę getta.

Ludzie biegali po okolicy bez celu, nie wiedząc, dokąd uciekać. Jedno jednak dobrze wiedzieli. Chcieli uciec przed niemieckimi zbrodniarzami, którzy z pewnością mieli wkrótce przybyć tu z Siedlec, gdzie rzeź tamtejszych Żydów dobiegła końca [*siedleckie getto likwidowano od 22 sierpnia 1942 r.]. A skoro zamordowali wszystkich siedleckich Żydów, to dlaczego mieliby nie zrobić tego samego z sokołowianami?

I rzeczywiście sokołowscy Żydzi nie mylili się. Gdy brutalna i okrutna akcja wysiedleńcza w Siedlcach była jeszcze w toku, do Sokołowa dotarł specjalny oddział esesmanów zajmujący się mordowaniem Żydów.

Swoje kroki skierowali do dowództwa okręgowego, aby otrzymać szczegółowe instrukcje od dr Hermanna, który przeprowadził już akcję eksterminyjną nie tylko w Sokołowie, ale też w Węgrowie i w Kosowie.

Dr Hermann, który poinformowany został o ucieczce Żydów z miasta, nakazał odłożyć rzeź

[str. 398]

o miesiąc i poczekać aż Żydzi wrócą do getta. I rzeczywiście po kilku tygodniach w lasach i na polach wielu głodnych, spragnionych i zrozpaczonych Żydów wróciło do getta. Ludność chrześcijańska nie pomagała uciekinierom. Wręcz przeciwnie – zorganizowane bandy chuliganów napadały na bezbronnych i skazanych na śmierć Żydów. Okradano ich i bito, dorosłym zabierano ubrania, często też grabiono rzeczy małych dzieci a zbiegów zaganiano z powrotem do getta albo oddawano w ręce niemieckich żandarmów, którzy z diabelską radością przelewali żydowską krew. Także zaprzyjaźnieni goje, którzy obiecywali, że pomogą, gdy przychodziło co do czego, odmawiali. Potwierdziły się słowa proroka Jeremiasza: „Wzywałam swoich przyjaciół, a oni mnie zdradzili”. Nieliczni chrześcijanie litowali się nad nieszczęsnymi wędrowcami, uciekającymi przed pewną śmiercią. Należy im oddać sprawiedliwość. Niestety były to tylko wyjątki. Wielu bało się sąsiadów i donosu do Niemców za pomoc Żydom.

Ci, którzy wrócili do getta przekazali smutne wiadomości o negatywnym stosunku chrześcijańskich sąsiadów. Wieści te wszystkich bardzo poruszyły. Ludzie popadli w panikę. Marzenia o ratunku w jednym momencie prysły. Okazało się, że otaczają nas sami wrogowie.
Nocą przed oczami pojawiała nam się wizja Treblinki, jako żywo słyszeliśmy rozpaczliwe krzyki wiezionych przez niemieckie bestie do komór gazowych Żydów: „Czym zawiniliśmy, czym zgrzeszyliśmy? Dlaczego nas zabijacie?” Żałości chwytały za serca każdego w getcie, wiedzieliśmy, że nie możemy tu dłużej zostać. Ludzie wymykali się z getta, uciekali z obozu w Szczeglacinie-Korczewie, gdzie pracowało kilkaset Żydów przy osuszaniu bagien i użyźnianiu pól należących do szlachcica z Korczewa.

Także ja byłem wśród tych, którzy uciekli. Nie zważając na niebezpieczeństwo czyhające ze strony Niemców i Polaków, codziennie z getta i obozu wydostawały się duże grupy Żydów. Było to jedynym wyjściem.

W ciągu kilku tygodni liczba Żydów w obozie zmniejszyła się o jedną trzecią. Większość uciekinierów zamordowano i obrabowano. Niektórych zbóje zostawili nawet nagich i bosych. Kontakty między obozem a miastem były z powodu wzmożonych niemieckich patroli bardzo trudne. Dnie nie były już ciepłe i słoneczne, noce zimne i

[str.399]

deszczowe. Nadzy i bosi ludzie drżeli z zimna. Ból był ogromny, ale niewielu decydowało się na pomoc uciekającym Żydom. Nocą leżałem na pryczy w obozie i nie mogłem zmrużyć oka. Przeszywały mną dreszcze. Czułem ten sam chłód, który przeszywał nieszczęsnych i nagich Żydów znajdujących się w obozie zagłady. Postanowiłem następnego dnia zwołać naradę działaczy z Sokołowa, aby zorganizować akcję pomocową.

W naradzie udział wzięło około dwudziestu osób. Postanowiono wysłać 25-osobową delegację składającą się z rabina Jakowa Korpla, zięcia dyrektora jesziwy reb Simchy Wolfowskiego, rabina Aszera Rozenbluma (zięcia Awroma Jakowa Czernickiego), Lejzera Elblinga (zwanego Wielkim Lejzerem), Mojsze Pelcenmachera i piszącego niniejsze słowa.

Miało to miejsce w przeddzień święta Jom Kipur. Postanowiono, że przed świątecznymi modlitwami o naszym zamiarze trzeba poinformować wszystkich ludzi. Należy podkreślić, że tylko w Jom Kipur mogliśmy modlić się razem. Dzięki staraniom żydowskiej gminy tego dnia zwolniono nas z pracy.

W święto Rosz ha-Szana musieliśmy za to pracować na dzikich polach. Jone Pasamanika zięć Awroma Międlarskiego – chasyd z Bracławia, z głębokiego dołu, w którym pracował stojąc po pas w wodzie, modlił się na głos, a słowa: „Odrzuć swój strach…” wypowiedział takim głosem, że wszyscy pracujący struchlali i jednym głosem odpowiedzieli: „A każda niesprawiedliwość zostanie zniszczona i zły rząd opuści nasz kraj”.

W Jom Kipur pomiędzy modlitwą poranną a modlitwą Musaf, Pinkas Czernicki poinformował wszystkich obozowiczów o naszej decyzji. Ludzie przyjęli ją bardzo entuzjastycznie i życzyli powodzenia. Jednym słowem, życzono, abyśmy wrócili cali i zdrowi.

Komendantem obozu był Żyd ze Szczeglacina, typ z półświatka, który lubił wypić. Za łapówki można było u niego kupić przepustki uprawniające do wyjścia.

Gdy kończyło się święto Jom Kipur w prezencie otrzymaliśmy od niego przepustki i mogliśmy pojechać do miasta. Jako delegacja z obozu dostarczyliśmy potrzebującym i nagim ubrania.

W obozie przypadkowo znajdował się tego dnia szklarz Szolem, który swoim wozem zaprzężonym w konie zgodził się zabrać nas do miasta.

[str. 400]

Następnego ranka po Jom Kipur, o godzinie szóstej rano, wyszliśmy z obozu. Wierzyliśmy, że „posłańców niosących pomoc” się nie zaatakuje. Znając gotowość do poświęceń i hojność sokołowian wierzyliśmy, że w ciągu dwóch dni uda nam się zakończyć z powodzeniem misję. Nawet ci, którzy uchodzili za skąpców, w getcie wspierali potrzebujących. Tak też dzięki działalności komitetu pomocy społecznej, w ciągu trzech lat powstały w getcie kuchnie dla ubogich, w których codziennie rozdzielaliśmy około 1500 obiadów potrzebującym dorosłym i czterysta śniadań dla dzieci. Do tego zapewniona została pomoc medyczną.

Dwa kilometry przed Skrzeszewem na drodze spotkaliśmy idącego nam z naprzeciwka chrześcijanina. Zapytał nas: „Dokąd idziecie? Nie wiecie, że w Sokołowie zabijają Żydów?”

Wiadomość ta zszokowała nas. Dochodząc do siebie zastanawialiśmy się, co zrobić. Mojsze Pelcenmacher przekonał nas do kontynuowania podróży, mówiąc, że chrześcijanom sprawia radość straszenie Żydów i zapewne tylko robią sobie tak głupie żarty.

Na drodze prowadzącej ze Skrzeszewa do Repek widzieliśmy grupy Niemców i samochody przewożące karabiny maszynowe. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę jechały. Obleciał nas śmiertelny strach. Czuliśmy, że coś wisi w powietrzu. Nauczeni doświadczeniem wiedzieliśmy, co oznaczają takie „ruchy” rządnych krwi bestii i co smutnego zwiastują. Postanowiliśmy wycofać się z szosy, aby nie rzucać się w oczy, nie znaleźliśmy jednak ku temu sposobności. Nie zostało nam więc nic innego, jak iść naprzód, co zrobiliśmy wbrew naszej woli. Stawaliśmy się coraz bardziej nerwowi. Nasze ciała płonęły z gorąca i zdenerwowania. Nagle usłyszeliśmy rozpaczliwe krzyki chłopca: „Nie jedźcie do miasta! Zabijają Żydów! Uciekajcie!”

Rozejrzałem się, aby zobaczyć, kto krzyczy. Nikogo jednak nie zobaczyłem. Głos dochodził z dalekich pól. Ale ani śladu człowieka. Rabin Karpel krzyknął: „Tu musi być głos prosto z niebios!” Cóż robić w takiej sytuacji? Zsiedliśmy z wozu i bocznymi drogami wróciliśmy do Szczeglacin.

Szliśmy już od kilku godzin nie bardzo wiedząc, którędy. Z daleka widzieliśmy domy, ale baliśmy się

[str. 401]

zajść i zapytać o drogę. Jak wiadomo Niemcy płacili gojom pięćset złotych za każdego zadenuncjowanego Żyda.

Na drodze spotkaliśmy starą chrześcijankę. Kobieta współczuła nam i pokazała, którędy do Korczewa. Szliśmy dalej. Wieczorem dotarliśmy do obozu.

Plac apelowy i wszystkie baraki pogrążone były w wielkim smutku. Z budynków słychać było płacz sierot rozpaczających po stracie ojców i matek, sióstr i braci, którzy tłoczyli się teraz w zaplombowanych wagonach. Jechali do Treblinki.

Doczołgałem się do mojego baraku. Jak tylko przekroczyłem próg, straciłem przytomność. Gdy doszedłem do siebie, byłem już z moimi siostrami i braćmi.

Wiadomość, że pięciu Żydów, którzy wysłani zostali ze szlachetną misją, żyje i znajduje się znów w obozie, szybko rozeszła się po okolicy.
Hersz Tuwje Jabłonowicz i Isroel Rozenbojm zdjęli z siebie kurtki, swetry i palta i trzymając je w dłoni zwrócili się do pozostałych, aby uczynili to samo. Każdy powinien coś dać: czy to koszulę, czy buty.

W krótkim czasie w baraku uzbierała się wielka góra ubrań i bielizny, które ludzie z siebie zdjęli. Następnego ranka rzeczy rozdane zostały nagim i bosym obozowiczom.

W obozie zapanowały mroczne dni. Panika ostatnich tygodni, która owładnęła Żydów z miasta, udzieliła się i nam. Każdy dzień przynosił nowe hiobowe wieści. Pytanie, czy obóz pozostanie, czy zostanie zlikwidowany, osłabiło nasze siły do tego stopnia, że nie widzieliśmy dla siebie żadnego ratunku.

W międzyczasie znów codziennie chodziliśmy do pracy i staliśmy w dołach pełnych wody i robaków. Poranki były zimne, chłód przeszywał ciało, ale najgorsze było to, że nikt nie wierzył, że cierpienie i ból oszczędzą nas od śmierci. Sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz gorsza. Przydziały żywności dostarczane nam przez Niemców były jak porcje głodowe: dwadzieścia deko chleba i pół kilo kartofli na głowę. Chleb był w dodatku

[str. 402]

mieszaniną z mąki i piachu, kartofle spleśniałe i robaczywe. Głód i strach przed śmiercią zmienił twarze ludzi w obozie. Były białe i żółte i zmieniały się w zależności od tego, czy przeważał głód czy strach. Do obozu przychodzili ludzie, którzy uratowali się z getta ukrywając się kilka tygodni w piwnicy albo w innych dziurach. Strach było na nich patrzeć, ciężko poznać: krzywi, zgarbieni, wystraszeni i chorzy.

W poniedziałek, 2 listopada 1942 roku doszła do nas wiadomość, że obóz zostanie zlikwidowany i wszyscy zostaną wysłani do pracy w leśnych punktach.

Nie robiliśmy sobie żadnych iluzji i nie wierzyliśmy w te zapewnienia. Było dla nas jasne, że celem jest zaprowadzenie sokołowskich Żydów do lasu i rozstrzelanie ich tam, tak ja zrobili to z Żydami z Wyszkowa i Pułtuska.

Nie wiedzieliśmy jednak, dokąd uciec i gdzie się ukryć. Siedzieliśmy na wyspie otoczeni ze wszystkich stron przez wrogów.

Pewnego wieczoru odbyła się tajna narada grupy młodych wojskowych. Postanowiono kupić trochę broni, aby przeciwstawić się Niemcom. Nie udało się to jednak, bo straże wokół obozu zostały wzmocnione.

10 listopada 1942 do obozu przybyli wysłannicy Żydów pracujących u szlachciców na placówkach. Dzięki pracy na wsi uchowali się od rzezi w Sokołowie.

Opowiadali, że we wszystkich punktach opublikowano obwieszczenie podpisane przez starostę i głoszące, że wszyscy Żydzi z „placówek” muszą do 30 listopada je opuścić i udać się do specjalnych małych gett w Kosowie, Międzyrzecu i Kałuszynie. Kto po 30 listopada znajdzie się poza wyżej wymienionymi gettami, zostanie na miejscy rozstrzelany.

Wysłannicy ryzykowali życie wykradając się z placówek do obozu, w którym było jeszcze ponad tysiąc Żydów. Prosili o radę, co w takiej sytuacji mają uczynić.

Zdania w obozie były podzielone. Niektórzy sądzili, że skoro tu takie obwieszczenie się nie ukazało,

[str. 403]

to jest to dowód na to, że obóz zostanie zachowany. Dlatego dobrze by było, aby tamtejsi Żydzi się tutaj przeszmuglowali. Inni utrzymywali, że obóz traktowany jest jak małe getto. Nie było też wątpliwości, że zamiarem Niemców było zebranie wszystkich pozostałych przy życiu Żydów w małych gettach, aby za jednym zamachem ich zamordować. Wielu sądziło, że i obóz zlikwidują. Ostrzegaliśmy przed pójściem do getta i namawialiśmy do szukania schronienia u gojów albo ukrycia się w lasach, bo małe getta oznaczają pewną śmierć.

20 listopada 1942 rankiem do obozu weszli polscy strażnicy i wyprowadzili grupy do pracy. Na ich twarzach rysował się smutek, widać było, że mają dla nas smutne wieści, ale nic nie chcieli nam zdradzić. Nasza ciekawość rosła z minuty na minutę. Serce waliło ze strachu.

Zaczęliśmy pracować. Cały czas jednak próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś od gojów o naszych dalszych losach. Na chwilę zarzuciliśmy pracę i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać obserwując reakcję strażników.

Zazwyczaj ci nie pozwalali nam na przerwy w pracy. Tym razem nawet nie zareagowali. Ich beznamiętny stosunek do naszej pracy zapowiadał wielkie zmiany. Stopniowo też uchylili przed nami rąbka tajemnicy: do korczewskiej dyrekcji dotarło zarządzenie Grammsa, starostę powiatu Sokołów-Węgrów, nakazujące zakończyć pracę na szczeglacińskich polach, a Żydów z obozu przesiedlić na okupowane rosyjskie tereny oraz w białowieskie lasy do rąbania drzew. Kobiety i dzieci miały zostać odesłane do małych gett, specjalnie dla nich stworzonych.

Wiadomość o zarządzeniu szybko rozniosła się po obozie i wstrząsnęła nami wszystkimi. Panika wzrastała z minuty na minutę.

Niesamowite jak szybko dzieci w tak ciężkich momentach dorastały. W kilka minut stawały się dorosłe i rozumiały naszą straszną sytuację. Kobiety, które były podobne do chrześcijanek, zabrały swoje dzieci i uciekły, szukając pomocy w okolicznych wioskach. Też mężczyźni wykradali się z obozu udając się do znajomych chrześcijan. Po wojnie do Sokołowa nie wrócił prawie nikt z tych osób.

[str. 404]

Być może zginęli po drodze, być może zostali zamordowani w kryjówkach u gojów.

W obozie panował chaos, wielkie zamieszanie. Nikt nie wiedział, co robić i jak się ratować? 22 listopada 1942 roku do obozu przyjechał Polak, inżynier, zarządzający pracą więźniów w obozie. Uspokoił nas, że likwidacja obozu została przełożona o miesiąc. Jak się jednak okazało, Niemcy go perfidnie oszukali i wykorzystali do swoich niecnych celów, aby powstrzymać Żydów przed ucieczką albo wybuchem powstania.

Tak czy inaczej ludzie w obozie nie wierzyli w zapewnienia. Wszyscy, którzy mieli, dokąd uciec, już dawno to zrobili. W te ponure listopadowe dni stanęli twarzą w twarz z wszelkim niebezpieczeństwem. Niektórzy przedostali się do nowopowstałych małych gett z nadzieją, że ich mieszkańcy znają lokalnych gojów albo tajne leśne kryjówki, dzięki którym uda im się uratować od śmierci.

Pinkas Jakow Lewin i Henoch Menachem Rubinsztejn sądzili, że najlepszym rozwiązaniem jest przedostać się na zajęte rosyjskie tereny, na drugą stronę rzeki Bug, bo obszary ten nie były w tamtym momencie niebezpieczne.

Motl Śniadower był dobrym pływakiem. Zorganizował ponad dwudziestoosobową grupę, która postanowiła przepłynąć Bug w środku nocy, gdy niemiecka wacha oddali się w przeciwną stronę. Zgodnie z planem postanowili po pracy ukryć się na polach i w dołach i nocą przepłynąć Bug, który znajdował się około dwa kilometry dalej.

Zebraliśmy dla nich trochę pieniędzy i oddaliśmy nasz chleb. Pieniądze mogły się przydać do wykupienia z rąk chuliganów-szantażystów.
Aby polskie straże nie domyśliły się, jaki jest plan, pożegnaliśmy się z nimi jeszcze w pracy. Oddzielali się od grupy pojedynczo i zwartą paczką ciemną nocą ruszyli nad Bug. Po wyzwoleniu także z tej grupy nie spotkałem nikogo. Nagle, 25 listopada do obozu zajechał autobus pełen niemieckich żandarmów i Sonderkommando i przeprowadzono srogą rewizję we wszystkich barakach. Gdy polski komendant zapytał, czego szukają, odpowiedzieli, że doniesiono im o wielkich ilościach skór przeszmuglowanych z getta. Przeprowadzając

[str. 405]

rewizje nie szczędzili razów każdemu, kto nawinął im się pod rękę. Jednak skór nie znaleźli. Odebrali od komendanta obozu raport o liczbie Żydów znajdujących się w obozie. Nie mieliśmy wątpliwości, że dzień zagłady się zbliża. Ja i kilku innych mężczyzn postanowiliśmy uciec.

Na dworze leżał głęboki śnieg. Zerwała się zawieja i droga była prawie niewidoczna. Jednak udało nam się wydostać z obozu. Każdy udał się w innym kierunku. Poszedłem do mojej rodziny pracującej w majątku „B”. Do wsi dotarłem ledwo żywy i prawie zamarznięty. Następnego dnia dotarła do nas okrutna wiadomość, że wszyscy Żydzi w obozie zostali bestialsko zamordowani. Ich niewinnie przelana krew zostanie pomszczona.

W majątku było dwudziestu kilku Żydów, między nimi także dzieci w wieku od 2 do 13 lat. Pochodzili oni z Sokołowa i ze wsi Ostrówek, kilku z Pułtuska. Majątkiem kierował rządca, który bardzo lubił prezenty i dzięki temu jeszcze kilkorgu Żydom udało się zatrudnić tam, mimo że nie mieli pozwoleń z urzędu pracy. Rządca ulokował ich wszystkich w izbie, która służyła niegdyś za warsztat stolarski. Oczywiście miejsca nie starczało dla dwudziestu kilku osób. Za kolejną łapówkę rządca wstawił prycze, dzięki którym udało się wszystkim stłoczyć w jednej izbie, która służyła jednocześnie za kuchnię i sypialnię.

Naszym gospodarzem był reb Mojsze. Odbierał dla nas kartofle przeznaczone dla pracowników i kupował od chłopów we wsi najpotrzebniejsze produkty, aby nas utrzymać przy życiu.

Jedzenie gotowały kobiety, które miały małe dzieci i musiały zostać z nimi w domu. Pozostali, kobiety i mężczyźni, pracowali w polu przy kopaniu kartofli, buraków, kapusty, marchwi itp.

Gdy nocą po ucieczce z obozu w Szczeglacinie dotarłem do majątku, wszyscy byli w straszliwym stanie. W izbie było ciemno i zimo. Od czasu do czasu słychać było tylko jakieś westchnienia albo szlochanie kobiety szepczącej: „Co robić? Co począć? Gdyby choć mój mąż był tu z nami, byłoby mi lżej”.

[str. 406]

Czułem, jak opadam z sił. Dziegciu do ognia dodały słowa dziecka wypowiedziane do matki: „Mamusiu, nie płacz. Tatuś jeszcze przyjdzie”.
W mojej głowie rozbrzmiewały słowa psalmu: „Bo poniżona do prochu dusza nasza, przylgnął do ziemi żywot nasz” [*Psalm 44 w tłumaczeniu Izaaka Cylkowa].

Całą noc nikt z nas nie zmrużył oka. Dzieci także budziły się co chwila. Rankiem, gdy było jeszcze ciemno, do izby zapukał zarządca i oświadczył, że Żydzi nie idą już do pracy. Gotowy był dać nam wóz, którym moglibyśmy pojechać do Kosowa. A kto chciał udać się gdzieś indziej, musiał iść na piechotę. Ostatnim dniem, kiedy mieliśmy opuścić wieś był 29 listopada 1942 roku.

Majątek oddalony był o kilometr od wsi, w której mieszkali chłopi posiadający własne kolonie znacznie oddalone jedna od drugiej. Wszyscy parobkowie z majątku mieszkali w barakach.

Zrozumiałe jest, że nie było możliwości ukryć się w majątku. Za bardzo bano się sąsiadów.

Dlatego część z nas poszła do wsi szukać schronienia. Może znajdzie się jakiś szlachetny goj, który choć na jakiś czas przetrzyma i uratuje przed Niemcami?

Wszyscy jednak odmawiali, nie chcieli pomóc Żydom, bo bali się nawet własnych dzieci. Gotowi byli pomóc tylko w jednej sprawie, w przechowaniu naszych pieniędzy i rzeczy. A jak przeżyjemy wojnę, to będziemy mogli sobie je odebrać – mówili. Ich zamiary były jasne. Chcieli zagrabić wszystko, co Żydzi posiadali.

Byliśmy zrozpaczeni, przepełnieni bólem i strachem. Dokąd mamy iść? Żadna z dróg nie prowadzi do domu, żadna droga nie jest drogą nadziei. Jak każdy zmartwiony człowiek, wznosiliśmy oczy ku niebu, a nad nami krążyły strzępki myśli, gdzie szukać schronienia. Było to jedyne wyjście, aby przeżyć, doczekać wyzwolenia i być świadkiem zemsty na naszych mordercach oraz spotkać naszych bliskich.

[str. 407]

Nagle myśli się rozpłynęły. Wszystkich ogarnęła panika. Ze Szczeglacina przybiegł kosowski młodzieniec, a jego twarz była blada jak ściana. Ostrzegał nas: „Uciekajcie ze wsi. W obozie mordują Żydów. Zaraz i tu mogą przyjechać zlikwidować was!”
Gdy skończył mówić, zemdlał. Ciężko było go ocucić. Wiadomość ta stanowiła kres wszystkich rozważań i każdy ruszył w swoją drogę.

Niektórzy udali się do pobliskich lasów szukać schronienia. Inni poszli do Kosowa.

Z żoną udało nam się znaleźć dobroduszną chrześcijańską rodzinę. Zlitowali się i zgodzili nas ukryć. Moja żona otrzymała zapewnienie od chrześcijanki, która robiła zakupy w naszym sklepie, że w gdy sytuacja się skomplikuje, może liczyć na jej pomoc. Kobieta ta była bardzo szlachetna i była prawdziwą przyjaciółką Żydów. Jej mąż był urzędnikiem w polskim rządzie i członkiem endeckiej partii. Ganił jednak mordowanie Żydów. W tamtym czasie była to odważna deklaracja.

Późną nocą dotarliśmy do wsi, w której mieszkała ta chrześcijańska rodzina i poprosiliśmy o ratunek. Moja żona bardzo ostrożnie weszła do chaty, aby żaden sąsiad jej nie zauważył. Noc była mroźna. Stałem ukryty za drzewami i trząsłem się z zimna i strachu. Nie daj Boże zobaczy mnie jakiś chłop. Każda minuta dłużyła się jak rok. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy zobaczyłem psa wielkiego jak lew. Zwierzę zbliżało się drogą do drzew, za którymi się ukryłem. Krew gotowała się we mnie ze strachu. Położyłem się na ziemi. Pies podbiegł do mnie, oblizał ze wszystkich stron i wrócił tą samą drogą, którą przyszedł.

Moja żona ze łzami w oczach przekazała mi zgodę gospodarzy i ich zapewnienie, że nas ukryją.

Muszę wspomnieć, że to gospodyni uzyskała zgodę męża. Dzielnie walczyła o to, aby nas ratował.

Chrześcijanin nie pozwolił, aby moja żona poszła zawołać mnie, bojąc się, że ktoś z sąsiadów nas zauważy. Sam podszedł do drzew i po cichu kazał mi iść za sobą. Tym sposobem znalazłem się w domu.

Następnego dnia wieczorem przeprowadził nas do stodoły

[str. 408]

stojącej na podwórzu, niedaleko od domu. Spędziliśmy tam 22 miesiące aż do wyzwolenia.

Przez pierwsze dni leżeliśmy w stodole wśród ściętych snopków zboża, otoczeni sianem ze wszystkich stron, aby nikt, nie daj Boże, nas nie zauważył. Jednak nasza kryjówka nie była bezpieczna. Gospodarz oznajmił, że trzeba wykopać dół pod zbożem w stodole i go dobrze ukryć. Tam mieliśmy się schronić.

Oczywiście zaraz zabraliśmy się do tej niełatwej roboty. Musieliśmy robić to szybko, aby żaden z sąsiadów nie usłyszał żadnych szmerów dochodzących ze stodoły. W ciągu dwóch dni dół był długi na 190 centymetrów, szeroki na 120, a wysoki na 90 centymetrów. Dach był przykryty snopami słomy i drewnem, z obu stron dobrze zamaskowany z małymi otworami, które służyły do wchodzenia i wychodzenia.
Gdy skończyliśmy nasze ciemne mieszkanie, zaraz się tam przenieśliśmy. Wszystko co mieliśmy, to tałes [*szal używany w czasie modlitwy] i tefilin [*dwa czarne skórzane pudełeczka wykonane z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia, w których znajdują się cztery ustępy Tory] oraz kołdra i kilka koszul. Ciężko było leżeć w tym żywym grobie. Baliśmy się nawet kaszlnąć, wypowiedzieć słowo, nie daj Boże jakiś goj przechodziłby i nas usłyszał. Płakaliśmy całymi dniami i nocami i nie mogliśmy nawet odetchnąć, a źródło naszych łez wyschło i nasze serca były tak zaciśnięte z bólu, że więcej płakać i wzdychać nie mogliśmy. Czuliśmy się jak żywe trupy, które krążą nad swoimi grobami.
Ponure dnie i noce w naszym dole ciągnęły się w nieskończoność. Zwycięstwa armii niemieckiej na wszystkich frontach czyniły nasze dnie jeszcze ciemniejszymi i straszniejszymi i niweczyły nadzieję na wyjście z dołu na słoneczny świat.

Najbardziej załamała nas wiadomość o ostatnich 200 Żydach, którzy pozostali w Sokołowie jako robotnicy, a których już też wywieziono do Treblinki. Tym samym przesądzony został los sokołowskich Żydów, na których wyrok śmierci podpisali nazistowscy mordercy.

Nasza żałoba była wielka. Nie mogliśmy dojść do siebie. Twarz naszego gospodarza także była pochmurna, bo nie sądził, że będzie musiał przechowywać nas tak długo. Wierzył, że będziemy mogli przenieść się do miasta i zjednoczyć z innymi pracownikami w małym getcie.

Wystraszyliśmy się, że będziemy musieli

[str. 409]

opuścić kryjówkę.

Czuliśmy, że powoli tracimy siły i długo już nie wytrzymamy. Kręciło się w głowie – jeden kłopot poganiał drugi. Fakt, że mój szwagier i jego rodzina mogli w każdej chwili zostać zamordowani, zmusił nas do szukania sposobności uratowania ich.

Po ciężkich i pełnych niebezpieczeństwa staraniach mojemu szwagrowi – wnukowi Jakowa Szimena – udało się wyprosić o kryjówkę w stodole oddalonej o kilometr od naszej. Za możliwość ukrycia dobrze zapłacili.

Po kilku miesiącach, w czasie których goj wyciągnął od nich wszystkie oszczędności i zostawił ich bez grosza przy duszy, zapowiedział, że nie może dłużej ukrywać sześciu osób, a jedynie dwie. Ponieważ rodzina mojego szwagra składała się z czterech osób, musieli oni opuścić schron. W innym przypadku goj wyprowadzi się na pewien czas do swojej szwagra do innej wsi i zostawi ich na pewną głodową śmierć. Inicjatywa skazania ich na pastwę losu, wyszła od jego żony. Była ona straszną antysemitką. Gdy tylko wydobyła wszystkie pieniądze od Żydów, próbowała się ich pozbyć. Na nic nie zdały się błagania matki, mojej szwagierki Chancze o litość. Gojka, także matka małych dzieci, zażądała, aby w ciągu kilku dni opuścili kryjówkę.

Mój szwagier i szwagierka mieli jeszcze wielu innych znajomych wśród chrześcijan, którzy byli stałymi klientami w ich sklepie i utrzymywali z nimi bliskie kontakty. Mimo że oni wszyscy odmówili ukrywania ich, jednak w tym ciężkim momencie, gdy nie mieli innego wyjścia i sposobności ratowania się, mój szwagier postanowił jeszcze raz spróbować rozbudzić w nich litość, przynajmniej dla dwójki dzieci, jedynych spadkobierców wielkiej rodziny.

Droga była bardzo niebezpieczna, bo polscy chuligani mordowali Żydów, którzy błąkali się po okolicy. Dzieci pamiętają po dziś dzień ten okrutny i straszny moment, gdy ich matka chodziła po wsiach szukając ratunku. Płacz i jęki całej rodziny poruszyłyby nawet kamień. Bez matki dzieci nie mogły zmrużyć oka.

[str. 410]

Po kilku nocach włóczenia się po lasach i polach – za dnia nikt nie chciał jej wpuścić do chałupy – wróciła załamana i zrozpaczona.

Wszędzie ta sama wymówka: ludzie bali się donosu sąsiadów, bali się reakcji swoich dzieci, które cieszył los nieszczęsnych Żydów.

Szwagierka nosiła przy sobie belę tkaniny, którą odebrała od znajomego chrześcijanina, aby wymienić na chleb. Gdy pewnego razu wychodziła od goja, poszedł za nią jego syn i ukradł materiał. Kazał jej szybko opuścić wieś, a jeśli tego nie zrobi, groził, że ją zabije. Chrześcijanin, u którego ukrywali się, kazał im natychmiast odejść. Ich sytuacja stała się beznadziejna.

Kryjówka, w której przebywał Pinkas Czerniecki z rodziną, oddalona była o kilometr od naszej. Także oni ukrywali się w stodole stojącej na polu i oddalonej od szosy. Jak w każdej stodole, tam także naprzeciw drzwi znajdował się kratka zamykana tylko, gdy przywożono świeże zboże. Przez nią wiatr miał wywiać plewy ze zbiorów. Mój szwagier Szepsl zdecydował, że zanim zostaną wyrzuceni z kryjówki, co równałoby się z pewną śmiercią dla całej rodziny, odwiedzi nas i poprosi, abyśmy, jeśli przeżyjemy, zemścili się na goju. Ten zabrał im wszystkie pieniądze i gdy kupił konia i krowę, wyrzucił żydowską rodzinę na pastwę losu. Zamordował ich i zrabował cały majątek.

Noce tego miesiąca były ciemne. Szepsl zjawił się pewnej nocy w naszej stodole i opowiał o swojej sytuacji. Bardzo nami to wstrząsnęło. Gdy leżeliśmy bezsilnie w kryjówce, jedynie nadzieja na spotkanie tej małej rodziny dodawała nam otuchy. Nadawało to sensu naszemu życiu.
Postanowiliśmy prosić naszego chrześcijanina o pomoc i o litość dla czteroosobowej rodziny, błagać, aby przyjął ich do naszego dołu. W tym czasie szwagier miał raz jeszcze rozmówić się ze swoim gojem, aby ten przetrzymał ich jeszcze trzy dni. Aż porozmawiamy z naszym gospodarzem. Noc poprzedzająca naszą rozmowę był straszna. Wiedzieliśmy przecież, że nasz chrześcijanin żałuje nawet, że nas przyjął. Myślał, że to kwestia kilku tygodni. A co z jedzeniem?

[str. 411]

Nie mógł ze względów bezpieczeństwa kupować jedzenia dla dwóch osób i nawet my głodowaliśmy. A teraz dodatkowe dwie dusze, dodatkowa dwójka małych dzieci.

Nie znaleźliśmy żadnego logicznego uzasadnienie naszego planu, ale mimo to zdecydowaliśmy się bezczelnie zapytać. A jak Bóg da, to nam się poszczęści i wspólnie podzielimy los. Jak co dzień chrześcijanka przyniosła chleb i kawę na śniadanie. W tym momencie wybuchliśmy płaczem i z łzami w oczach zaczęliśmy opowiadać o nieszczęściu, jakie spotkało naszą rodzinę i prosiliśmy o pomoc tym ludziom, których istnienie nadaje sens naszemu życiu. Obiecaliśmy, że będziemy dzielić się z nimi tym chlebem, który dostajemy.

Szlachetna chrześcijanka stała jak wryta i płakała razem z nami. Obiecała, że uczyni co w jej mocy, aby mąż się zgodził. Dobra Lucyna w rozmowie z mężem prosiła o uratowanie naszej rodziny. Po kilku godzinach chrześcijanin przyszedł do naszej stodoły i wyrzucał nam, że łamiemy serce jego żonie i zaapelował do naszego rozsądku. Jak możemy czegoś takiego od niego żądać, skoro brakuje mu chleba dla swojej rodziny? Poza tym w tym dole nie może ukrywać się sześć osób i jak długo przyjdzie nam tu jeszcze siedzieć, nikt nie wie. Ale uparliśmy się przy swoim. „Jakoś się tu zmieścimy. A co do jedzenia – będziemy się dzielić tym, co dostajemy”.

Wieczorem szwagier przyszedł, zapytać, czy chrześcijanin wyraził zgodę. Postanowiliśmy, że szwagierka Chancze sama pójdzie wieczorem do niego prosić o pomoc.

Poszła więc późnym wieczorem do izby, padała mu do stóp i prosiła o ratunek dla jej dzieci. Dobroduszna Lucyna pomagała. Koniec końców, obiecał, że się zastanowi. Chrześcijanka wykorzystała sytuację i po cichu kazała szwagierce przyjść jutro wieczorem z mężem i dziećmi do stodoły. Powiedziała, że tego dnia nie zamknie drzwi. A jak będą już razem z nami w dole, to mąż ich już przecież nie wyrzuci. Bo znaczyłoby to, że oddaje ich prosto w ręce morderców.

Następnego wieczora pod przykrywką nocy mój szwagier, szwagierka z dziećmi pojedynczo wkradali się do stodoły. Każdy z nich miał na plecach torbę z ubraniami,

[str. 412]

co sprawiało, że wyglądali jak żebracy. Spotkanie było bardzo poruszające, ale wszystko obyło się po cichu, bez wypowiedzianego ani jednego słowa, bez najmniejszego szeptu, bo jak ktoś nasz usłyszy, będziemy straceni.

Gdy wzeszło słońce, dopiero można było rozpoznać postacie. Aż strach było na nich patrzeć. Żółte twarze, pod oczami czarne wory, wystraszony wzrok. Dzieci wyglądały na dużo młodsze i mniejsze, jakby rosły w dół, zamiast w górę, ale na ich twarzach rozpoznać można było lekki uśmiech ulgi, bo zostały ocalone od pewnej śmierci.

Do stodoły weszła nasza kochana Lucyna a jej widok podniósł nas wszystkich na duchu. Starała się także, jak tylko mogła zdobyć większe porcje chleba dla nas. Dostawaliśmy też trochę więcej zupy. Głodowaliśmy razem, ale byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwa mała Sorele powiedziała, że jak przeżyjemy, to wszyscy razem wyjedziemy do Erec Isroel.

Tak mijał dzień za dniem. Byliśmy głodni i niewyspani.

Nie mieliśmy wystarczająco miejsca, aby się położyć. Musieliśmy więc spać na siedząco oparci o ściany.

Byliśmy załamani. Nie było widać końca naszych kłopotów. Ciężko było patrzeć na głodujące dzieci. Wiedzieliśmy, że ciężko znoszą cierpienia. Jadły surowe zboże, które zbieraliśmy w stodole.

Jeden z nas cały czas stał na czatach i nasłuchiwał odgłosów na szosie znajdującej się kilkaset metrów od „schronu”. Jeśli nadjeżdżał samochód, to byli to z pewnością Niemcy, bo Polacy nie posiadali wtedy samochodów. Gdy słyszeliśmy warkot silnika, natychmiast chowaliśmy się w dole i zasuwaliśmy wejście.

Lipiec 1943 roku był ciepły i piękny. Pola kwitły i chłopi przygotowywali się

[str. 413]

do żniw. Przez szpary widzieliśmy wracające do domu dzieci. Śpiewały i tańczyły radośnie. Patrzyliśmy z zazdrością na ich błogie życie.

Byliśmy pogrążeni w naszych myślach, gdy nagle Icchok zaczął krzyczeć, że słyszy nadjeżdżające auto.

W wielkim strachu i pośpiechu schowaliśmy się w schronie. Skupieni nasłuchiwaliśmy, dokąd jedzie samochód.

Po kilku minutach słychać było już głosy Niemców. Stawały się one coraz głośniejsze. Upał w dziurze był nie do zniesienia. Serca biły nam z przerażenia. Do wsi przyjechali szukać Żydów.

Słyszeliśmy, jak niemieccy mordercy zbliżali się do naszej stodoły. Wywarzyli bramę i weszli do środka. Zaczęli rozrzucać snopki zboża krzycząc: „Gdzieś tu wśród tych snopów ukrywają się Żydzi!” Razem z psami chodzili w tę i we wtem po naszym schronie. Byliśmy gotowi na śmierć. Zaraz zaczną rzucać granaty. Ale po kilku minutach intensywnych poszukiwań rozzłoszczeni wyszli ze stodoły. Wówczas przyszedł mi na myśl ustęp z Psalmu 102: „Bo wejrzał z wysokości Swojej świętej, Bóg z niebios na siebie spojrzał; By wysłuchać westchnienie jeńca, by wyswobodzić skazanych na śmierć; By głosili na Cyonie imię Boga, a sławę Jego w Jerozolimie” [*Psalm 102: 20-22, tłumaczenie Izaaka Cylkowa]. Zwycięstwo nad śmiercią w tak beznadziejnym momencie, dało nam nadzieję, że przeżyjemy i odzyskamy nasze człowieczeństwo.

Sądziliśmy, że gestapo nasłał do wsi nasz polski sąsiad, któremu przed likwidacją getta przekazaliśmy w zastaw nasz cały majątek. Aby stać się pełnoprawnym jego właścicielem, doniósł na nas do żandarmerii. Tak wyglądała miłość Polaków do Żydów. Dlatego Polacy, którzy ratowali Żydów byli kimś więcej niż Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata.

Tak mijał tydzień za tygodniem. Wiedzieliśmy o likwidacji małych gett i ich straszliwiej zagładzie. Dzieci ze łzami w oczach błagały, abyśmy nie płakali i żywili nadzieję na rychłe wyzwolenie.

We wsi dni mijały normalnie, ale u nas w dole czas ciągnął się w nieskończoność, każdy poranek był wielkim wyzwaniem. Byliśmy słabi i coraz bardziej opadliśmy z sił. Byliśmy głodni i wystraszeni. Czekaliśmy na pomoc, która nie przychodziła.

Jak wiadomo każdy czwartek był w Sokołowie dniem targowym. Ze wszystkich okolicznych wsi przyjeżdżali do miasta

[str. 414]

na zakupy chłopi. Rankiem słyszeliśmy z naszej kryjówki stukot chłopskich wozów. Jednak pewnego czwartkowego ranka w sierpniu 1943 z szosy nie dobiegały żadne odgłosy. Przez szpary wyjrzeliśmy na zewnątrz i zobaczyliśmy okolicznych chłopów biegających niespokojnie po drodze. Do stodoły weszła gospodyni i załamując ręce powiedziała, że partyzanci zabili we wsi Niemców. Wiedzieliśmy, że w takim przypadku Niemcy zawsze robią selekcję, aresztują miejscowych gospodarzy i wypędzają ludzi z domów. Gospodarze bali się, że Niemcy podpalą stodołę, w której się ukrywaliśmy. Wówczas wszystko się wyda i całą rodzinę rozstrzelają na miejscu. Prosiła nas, abyśmy na pewien czas poszli do lasu i przeczekali tam ten gorący okres.

Dobrze wiedzieliśmy, że jeśli pójdziemy do lasu, to zginiemy z rąk antysemickich partyzanckich band, które zabijają wszystkich błąkających się Żydów. Zapewnialiśmy, że nawet, gdy stodoła będzie płonęła, nie wyjdziemy z dołu. Nie wystawimy na niebezpieczeństwo życia rodziny, która nas ratuje. Udało nam się ją przekonać.

Gdy do wsi zjechały samochody z żandarmami i Sonderkommando, rozpoczęły się rewizje w domach i stodołach. Niemcy chodzili także po naszym schronie. Szukali młodych, których mogliby wysłać na roboty do Niemiec. Zrzucili leżące na górze snopy słomy zakrywające nas schron. Ale kryjówki nie znaleźli. Po raz kolejny uniknęliśmy śmierci.

Siedząc w dole słyszeliśmy, jak nagle otworzyły się drzwi od stodoły. Przeszedł nas zimny dreszcz. Przez dziurę zobaczyliśmy szesnastoletniego syna gospodarzy. Powiedział nam, że Niemcy ponieśli wielką klęskę pod Stalingradem. Cała niemiecka armia na froncie wschodnim na linii Stalingrad – Moskwa została rozbita przez Rosjan i wzięta do niewoli. Niemcy odnoszą porażki na wszystkich frontach, wniosek z tego, że wkrótce czeka nas wyzwolenie.

Ciężko opisać, jak bardzo nas ta wiadomość uradowała. Poczuliśmy, że rodzi się w nas nadzieja, kiełkuje radość. Chęć życia stawała się coraz mocniejsza, coraz większa.

Pewnego razu do wsi przyjechała grupa niemieckich esesmanów i rewidowali schludne i ładne domostwa Polaków, także naszego gospodarza.

[str. 415]

W stodole, w której się ukrywaliśmy, zakwaterowała się grupa niemieckich żołnierzy i rozłożyła na sianie.

Siedzieliśmy w dole dwa długie dni bez jedzenia i picia. Gospodyni nie mogła nawet wejść do stodoły. Wydawało nam się, że zaraz umrzemy z głodu i pragnienia. Nagle w środku nocy Niemcy opuścili wioskę, a my uniknęliśmy śmierci głodowej.

Gospodarze przynieśli nam wiadomości, że niemiecka armia odparła atak Rosjan, którzy zaczęli się wycofywać. Ta wiadomość wstrząsnęła nami. Żałowaliśmy, że nie zmarliśmy z głodu kilka dni temu. Jak się okazało, była to cisza przed wielką burzą. W lipcu 1944 roku usłyszeliśmy nagle huk samolotów latającymi nad naszymi głowami. Wyszliśmy z dołu i przez szpary w ścianach stodoły widzieliśmy wielkie lampy rozświetlające niebo. Zrobiło się jasno jak w dzień. Samoloty poleciały w stronę Sokołowa. Zaraz usłyszeliśmy też głośne wybuchy rozcinające powietrze. Stodoła zatrząsała się, a miasto stało w płomieniach.

Nalot trwał może ze dwie godziny. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że był to nalot na Sokołów, w wyniku którego zabito ponad dwa tysiące Niemców oraz wielu Polaków.

Po bombardowaniu do wsi, w której przebywaliśmy zjechało się dużo wojska. Wyrzucono ludzi z domów i ulokowano tam żołnierzy. Pełne były także stodoły. My nadal się ukrywaliśmy, a nasz schron zamknięty był na cztery spusty. Gorąc był okropny. Do jedzenia mieliśmy kawałek chleba, kawę piliśmy łyżeczkami.

We wsi doszło do walk. Widzieliśmy jak od rzuconego moździerza zapaliła się stodoła. Siedzieliśmy w dole przyduszeni, na wpół przytomni i czuliśmy, że są to ostatnie minuty naszego życia. Patrzyłem na siedzących koło mnie ludzi, ich usta były wyschnięte z pragnienia. Twarz żółte jak wosk. Obudziłem ich, ale nie mogli wydusić z siebie ani słowa. Nie bacząc na niebezpieczeństwo po cichu odsunąłem drewniany kloc zasłaniający drzwi do kryjówki. Chciałem wpuścić odrobinę powietrza. Usłyszałem

[str. 416]

odgłosy, szelesty, które odbijały się echem po całym podwórzu. Wyjeżdżali. Pojawiła się nadzieja, że nasza sytuacja się zmieni. Rankiem przyszła Lucyna i zastukała do schronu mówiąc:

– Jesteście uratowani. Rosyjska armia jest we wsi.

Otworzyłem właz na rozcież i jednego po drugim wyciągnąłem każdego z moich współtowarzyszy. Z radości rozpłakali się.

Także w momencie wyzwolenia, w wymarzonej chwili odzyskania wolności, nasz smutek i ból wzięły górę. Nagle poczuliśmy wielką samotność, która towarzyszyć nam będzie w drodze do wolności. Owładnęła nami wielka tęsknota za bliskimi. Co za straszliwa otaczająca rzeczywistość! Pierwszym naszym życzeniem był woda. Wszyscy byliśmy spragnieni i wysuszeni z gorąca. Nie wspominając nawet o głodzie.

Powoli dochodziliśmy do siebie i zaczęliśmy czuć, że to już koniec, że jesteśmy zbawieni. Gospodyni przyniosła nam chleb i czarną kawę.

Dzieci rozpromieniały na widok całego bochenka. Wyglądało to jakby chciały zjeść go w ciągu kilku sekund. Żołądek był jednak tak ściśnięty, że nie dał rady przyjąć wszystkiego, co oczy by zjadły.

Powolutku dochodziliśmy do siebie i poczuliśmy, że żyjemy. Nadal staliśmy w stodole przy ścianie i patrzyliśmy przez szparę na zewnątrz.

Do wsi napływały coraz to nowe oddziały rosyjskiej armii: piechota, kawaleria, czołgi i karabinierzy. Część żołnierzy została we wsi i zajęła stojące otworem stodoły.

Była to dla nas chwila wielkiego napięcia i czekaliśmy, aż gospodarz pozwoli nam wyjść na zewnątrz, aż wylecimy jak ptaki na wolność. Chrześcijanin przyszedł do nas i powiedział, że chce, abyśmy nie pokazywali się we wsi. Bał się sąsiadów. Za ukrywanie nas mógł zapłacić życiem. W najlepszym przypadku tylko spalonym domostwem i majątkiem. Prosił, aby to pozostało naszą tajemnicą. Oczywiście spełniliśmy jego prośbę. Gospodarz zamknął stodołę na wielką kłódkę. Czekaliśmy, chowając się do kryjówki za każdym razem, gdy ktoś do niej podchodził.

9 sierpnia 1944 roku dotarła do nas wiadomość, że we wsi Rogów, 6 kilometrów od Sokołowa, Niemcy zabarykadowali się i stawiają zacięty opór. Kilka godzi później do stodoły zajrzał gospodarz i załamując ręce powiedział, że Niemcy odparli atak armii rosyjskiej i odepchnęli ją na cztery kilometry i że Rosjanie wycofują się. Zrobiło nam się ciemno przed

[str. 417]

oczami. Nie wiedzieliśmy, co począć. Czy opuścić kryjówkę i uciekać na drugą stronę Bugu? Sądziliśmy, że pokonani Niemcy nie wrócą tak szybko na tamtą stronę. Baliśmy się także ataku ze strony polskich band NSZ, których program obejmował zabicie każdego ocalonego Żyda. Nasi gospodarze także nie wiedzieli, co poradzić. Z jednej strony chętnie uwolniliby się już od nas, z drugiej strony chcieli nas ratować.

Koniec końców zdecydowaliśmy się zostać na miejscu i nie uciekać.

Cały czas przeżywaliśmy ciężkie chwile. Radość nasza prysła. Nadal żyliśmy w strachu. Nasze nerwy były skołatane i nie mogliśmy się opanować.

Na szczęście chwile grozy nie trwały wiecznie. Wieczorem usłyszeliśmy przez szparę w stodole, jak miejscowy ksiądz tłumaczył gospodarzowi, że Niemcy wycofują się już z Rogowa a Armia Czerwona lada chwila zajmie wieś. Nasza radość w tym momencie była nie do opisania. Rankiem gospodyni przyniosła nam wiadomość, że Rosjanie są już dwa kilometry od miasta i zaraz je zajmą. Czekaliśmy cierpliwie, aż zajmą Sokołów. Każda minuta ciągnęła się jak wieczność, bo z przyczyn strategicznych odłożono zajęcie miasta o dwa dni. W końcu 12 sierpnia 1944 roku o godzinie szóstej rano zjednoczone armie weszły do Sokołowa. Na budynku na ulicy Siedleckiej, na którym przez cztery i pół roku powiewała niemiecka flaga, zawisła zwycięska flaga Armii Czerwonej.

O godzinie jedenastej gospodyni pozwoliła nam pojedynczo i w wielkiej tajemnicy udać się do miasta.

Postanowiliśmy, że dzieci i ich opadający z sił ojciec pozostaną w stodole. Ja, moja żona i szwagierka Chancze mieliśmy udać się do miasta.
Nie myśląc długo pojedynczo wykradliśmy się ze stodoły przez wejście do chlewu i różnymi drogami doszliśmy do szosy. Tam spotkaliśmy się i razem przeszliśmy 15 kilometrów dzielącą naszą wieś od miasta.

Radość z otrzymanej pomocy niosła nasze zdarte nogi.

[str. 418]

W kilka godzin dotarliśmy do Rogowa. Chwilę odpoczęliśmy. Znajomi chrześcijanie przeżegnali się widząc powstałych z martwych Żydów. Patrzyli na nas z politowaniem. Dali nam chleb i mleko i nawet ucieszyli się na nasz widok.

Droga drżała pod jadącymi nią ciężkimi samochodami i czołgami zmierzającymi na front. Ostatkiem sił dotarliśmy do miasta. Przed zachodem słońca staliśmy już na miejskich polach i ruszyliśmy drogą repkowską prosto do miasta. Ale dokąd się udać? Do kogo mamy pójść? Kogo mamy szukać? Kogo znaleźć?

Szliśmy więc od domu do domu i koniec końców doszliśmy do tych żydowskich. W pierwszym mieszkała córka Icchoka Lejbisza, tu zaraz Rafael, zięć Rocheli Trinecierninowej. Stanęliśmy przy domach Eljezera Hendla, Herszla Fiszera, Judla Krejtmana, Awroma Aszera i innych. Ale z okien patrzyły na nas teraz nieznajome, nieżydowskie twarze. Szliśmy i nie wierzyliśmy w to, co widzieliśmy. Sokołów bez Żydów! Na ulicy Ślepej wszystkie domy były zniszczone. Mieszkał tam kiedyś Szmulke Isroel. Ale jego domu już nie było. Trudno nawet było rozpoznać, że kiedyś coś tam stało. Nowy besmedresz – teraz klub dla polskiej młodzieży – nasze podwórze na Małym Rynku – wszystko zostało zniszczone w wyniku bombardowania tej historycznej nocy, która dodała nam sił, aby przetrzymać kolejne ciężkie tygodnie aż do wyzwolenia. Stanęliśmy na środku ulicy nie wiedząc, dokąd pójść. Wokół zbierały się grupy miejskich chrześcijan, do których dotarła wiadomość, że wróciliśmy. W mieście znano nas jako poważnych handlarzy. Każdy starał się być uprzejmy i podkreślał, że pomagał Żydom.

Przez pewien czas ukrywali tego czy tamtego sąsiada. Wiedzieliśmy, że opowiadając nam to chcieli tylko ukryć i zatuszować skradzione żydowskie mienie. Szukaliśmy. Może do miasta wrócili jacyś inni Żydzi? Ale nikogo nie znaleźliśmy. Przeszedł nas dreszcz. Gdzież są ci wszyscy sokołowscy Żydzi? Czy rzeczywiście nikt nie ocalał? Z naszych oczu wylało się morze łez. Gdzie podziało się żydowskie miasteczko? Czy wszystkich zagazowano i spalono w Treblince? Czy może zamordowano w inny sposób? Jak ich pomścić?

W głowie kłębiły się myśli. Całe ciało drżało. Zrobiło się ciemno. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać. Mój dom został zniszczony, wszystkie

[str. 419]

inne żydowskie domy zajęte przez nieznajomych wieśniaków. Goje poradzili nam, aby pójść do polskiej szkoły na ulicy Niecieckiej, z której kilka dni temu usunięto Niemców. W szkole powinno być jeszcze kilka łóżek i sienników. Mogliśmy tymczasowo tam się zakwaterować. Inni skorzy byli przenocować nas u siebie w domu. Nagle przez tłum przedarła się grupa młodzieńców. Rzucili się nam w ramiona i krzyczeli: „Jesteśmy Żydami!” Ocuciło mnie to z marazmu. Wyściskałem się z obcymi ludźmi, których widziałem pierwszy raz w życiu na oczy. Łączyła nas jedna rzecz: byliśmy Żydami ocalałymi z hitlerowskiej rzezi.

Sześciu młodzieńców pochodziło z różnych miast z województwa lubelskiego. Razem z innymi zostali wywiezieni do Treblinki. Po drodze wyskoczyli z wagonów i po tragicznych przeżyciach zaraz po wyzwoleniu Sokołowa przyszli do miasta szukać innych Żydów. Nasza radość z tego spotkania była ogromna. Razem poszliśmy do wspomnianej już szkoły, aby trochę odpocząć. Obleciał nas jednak strach. Cień Niemców towarzyszył nam na każdym kroku. Postanowiliśmy opuścić budynek i zebraliśmy ze sobą kilka sienników. Woleliśmy już nocować w jednym ze zburzonych żydowskich domów na ulicy Niecałej naprzeciw nowego besmedreszu. Padło na dom Mendla Szepsla, dziadka Szepsla Grinberga – jedynego żyjącego spadkobiercy tego wielkiego domu.

Połowa domu była zniszczona: obdarte ściany, zapadający się sufit. Strach było tam wejść. Druga połowa była w znacznie lepszym stanie. Inne żydowskie domy na Niecałej zajęte zostały przez gojów i stały teraz zamknięte na cztery spusty. Być może ich nowi lokatorzy uciekli z miasta podczas bombardowania.

Następnego dnia mieszkańcy zaczęli wracać i rozchodzili się po żydowskich domach, mimo że we wsiach za miastem mieli swoje gospodarstwa. Poprosiliśmy gojów, aby oddali nam mieszkania, bo to domy należące do Żydów, którzy ocaleli z Zagłady. Prosiliśmy o przynajmniej dwa mieszkania, w których moglibyśmy się urządzić.

W międzyczasie do Sokołowa wróciło kilkoro Żydów, tak że ich liczba wynosiła około dwudziestu pięciu.

Chrześcijanie nie mieli jednak ochoty oddawać mieszkań

[str. 420]

i swoje decyzje tego dotyczące odłożyli na później.

Postanowiliśmy następnego dnia zwrócić się do burmistrza i poprosić, aby przekazał nam kilka mieszkań w żydowskich domach. Byliśmy przecież sokołowskimi „obywatelami”!

W tamtym okresie burmistrzem był fotograf [Jan] Pędich. Przed wojną był demokratą. Byłem z nim zaprzyjaźniony i nieraz z innymi miejskimi działaczami radziliśmy wspólnie w miejskich sprawach. Przed wojną zajmował jeszcze stanowisko wiceburmistrza.

Razem z Grinbergiem i Aszerem Safirsztejnem poszliśmy do burmistrza i poprosiliśmy go o kilka mieszkań. Poradził nam, abyśmy pojechali do Węgrowa, bo zebrało się tam już 50 Żydów. Węgrów nie został zbombardowany i jest tam dużo wolnych domów. W Sokołowie przebywa teraz tylko dwadzieścioro kilkoro Żydów. Cóż więc taka mała grupka Żydów ma robić w mieście? Jego rada nas rozczarowała. Zadaliśmy mu tylko jedno, stanowcze pytanie: „Czy chcesz w Węgrowie urządzić nowe getto dla Żydów? Czy chcesz nasze zrabowane przez Niemców domy zachować dla swoich Polaków? Nie uda ci się to!” Opuściliśmy jego gabinet. Goj wystraszył się nie na żarty i poprosił, abyśmy przyszli do niego następnego dnia, ale tego nie zrobiliśmy.

Jak się dowiedzieliśmy, on oraz kilku demokratycznych działaczy przejęli spore żydowskie majątki i nie chcieli mieć w mieście świadków, którzy mogliby rozpoznać obcą własność znajdującą się w ich posiadaniu.

Zdaliśmy sobie sprawę, że lokalna władza nie będzie dla nas bardzo pomocna i postanowiliśmy wykorzystać wszelkie środki, aby dostać kilka mieszkań w domu dla ocalałych, bezdomnych Żydów. Na szczęście udało się przekonać lokatorów, którzy mieli już piękne majątki za miastem i dostali od Niemców mieszkania w mieście, aby odstąpili nam je. Wszyscy razem, 25 osób, wprowadziliśmy się do mieszkania składającego się z jednego pokoju i kuchni. Jak jedna wielka rodzina razem jedliśmy i spaliśmy na podłodze wyłożonej sianem.
Reszta gojskich lokatorów traktowała Żydów jak zarazę i powoli zaczęła opuszczać dom. Tak więc w ciągu

[str. 421]

kilku dni mieliśmy cztery dodatkowe wolne mieszkania, które rozdzieliliśmy między nas. Tym sposobem dom reb Mendla Szepsla (błp.) stał się jedynym żydowskim punktem w całym gojskim Sokołowie [*chodzi o dom na rogu ul. Długiej i Niecałej]. W pierwszy szabas modliliśmy się z minjanem. Każdego dnia w naszym domu w Sokołowie pojawiali się nowi ocalali. W ciągu tygodnia liczba pozostałych przy życiu sokołowskich Żydów wyniosła trzydzieści sześć. I na tym się skończyło.

Najstarszymi spośród uratowanych byli Mojsze Sztutman (dziś w Izraelu) i Mojsze Miedzeszyński ze wsi Łuzki pod Jabłonną.

Nowy besmedresz, który stał naprzeciw naszego domu, był pełen zakwaterowanych tam sowieckich żołnierzy. Często z ciekawości odwiedzali nas, bo chcieli zobaczyć, jak wyglądają ocalali Żydzi. Za miastem stacjonowało także polskie wojsko, w którym byli także żydowscy żołnierze. Gdy się o nas dowiedzieli, szybko odwiedzili nas przynosząc chleb i konserwy, które nawet za pieniądze ciężko było wówczas dostać. Ze łzami w oczach przytulali nas i ściskali.

Nigdy nie zapomnę tego wzruszającego momentu, gdy w szabas rano rosyjska dywizja wyposażona w czołgi i ciężkie działa zatrzymała się na szosie siedleckiej czekając na rozkaz sztabu generalnego do dalszego marszu. W tym momencie z czołgu wyskoczył wysoki żydowski oficer, który się o nas dowiedział. Chwycił mnie i zaczął całować i rozpłakał się. Potrafił powiedzieć w jidysz kilka słów, a ja nie znałem rosyjskiego. Ich serdeczność i współczucie były tak wielkie! Widzieliśmy w jak ciężkich żyją warunkach, zdyscyplinowani, wśród gojów w wojskowych mundurach. Mimo tego wykazywali tylko serdeczność i ciepło. Pomagali nam przeżyć te pierwsze ciężkie dni i nawet przyprowadzili swojego lekarza polowego do naszych chorych. Jak prawdziwe są słowa: „I kto jest jak lud Twój, jak Izrael?” [*2 Sm 7: 23].

W niedzielę rankiem kilka osób poszło na sokołowski cmentarz, aby oddać cześć naszym zmarłym. Jedocześnie chcieliśmy pokazać im, że przeżyliśmy i po sokołowskich Żydach pozostał ślad.

Wchodząc na teren cmentarza zrobiło nam się ciemno przed

[str. 422]

oczami. Niebiańska siła zdołała wydobyć ból zgromadzony w nas, gdy przed naszymi oczami zobaczyliśmy ten straszliwy obraz niewinnych ofiar. Ludzkie kości leżały porozrzucane po całym cmentarzu. Macewy były zniszczone, wiele z nich całkowicie zniknęło z grobów.

Ofiary, trupy i macewy

Wróciliśmy do miasteczka i zaalarmowaliśmy Żydów prosząc o pomszczenie naszych zmarłych. Kilka dni porządkowaliśmy cmentarz. Ciężko było wpłynąć na gojskich sąsiadów, aby nie paśli tam swoich krów. Zostaliśmy zmuszeni szukać innych dróg, aby chronić żydowski cmentarz.

Do antysemickiego burmistrza, fotografa, nie chcieliśmy już iść i postanowiliśmy zwrócić się bezpośrednio do starostwa oraz do komendanta policji. W pierwszych dniach po wyzwoleniu wicestarosta o nazwisku Strzelec, zastępował starostę pochodzącego z Poznania, który uciekł razem z Niemcami przed Armią Czerwoną.

Strzelec był jednym z mężczyzn – ojców, których synów Niemcy zabili kilka miesięcy przed wyzwoleniem na

[str. 423]

ulicy Siedleckiej na oczach wszystkich sokołowskich mieszkańców. Wśród zastrzelonych znajdował się też Prawecki, dyrektor szkoły powszechnej przy ulicy Kupientyńskiej. Zastrzelono także dwóch nauczycieli ze wspomnianej szkoły, syna endeka Dąbrowskiego i jeszcze kilku innych młodzieńców. Zamordowano ich za polityczną działalność. Dzicy gestapowcy zabili młodzieńców na oczach ich rodziców i innych sokołowian.

Jak już napisałem, Strzelec był rodzicem jednego z dziesięciu mężczyzn. Do niego zwróciła się więc nasza kilkuosobowa delegacja i poprosiła, aby rozkazał policji zająć się sprawą cmentarza. Strzelec przyjął nas uprzejmie i obiecał, że postara się to zrobić podkreślając, że niestety nie zależy to jednak od niego. Obiecał, że zrobi wszystko, co w jego mocy.

Natychmiast zadzwonił do komendanta policji oraz do przewodniczącego sądu ludowego, aby poinformować się o prawnych aspektach. Wykorzystaliśmy także protekcje jakie mieliśmy u komendanta policji. Koniec końców komendant wysłał kilku policjantów na teren cmentarza, którzy zmusili gojów do wyprowadzenia bydła z jego terenu. Uwolniło nas to od koszmarnego przeświadczenia, że nasz cmentarz jest stale profanowany. Ale po kilkutygodniowej przerwie goje znów wyprowadzili krowy na cmentarz.

Sokołowski cmentarz

[str. 424]

Stwierdziliśmy wówczas, że tak długo, jak na cmentarzu rośnie trawa, codziennie straż pełnić będą tam dwie osoby i nie dopuszczą do wypasania bydła. Pewnego razu doszło nawet do bójki między Szmuelem Grinszpanem, Jehudą z kilkoma gojami, którzy nie chcieli uszanować ich prośby o wyprowadzenie bydła z tego świętego miejsca. Większość chrześcijan nie wysyłała za dnia zwierząt na cmentarz.

***

Nasza mała sokołowska społeczność powoli zaczęła rosnąć. Z okolicznych miasteczek przyjeżdżali ocalali Żydzi. W ciągu dwóch miesięcy było nas już 98 osób.

Odwiedzali nas także liczni bezdomni goście szukający swoich krewnych. Możliwe, że nasza serdeczna gościna przyciągała załamanych i zagubionych, szukających pocieszenia i bliskości, których tak nam wszystkim wtedy brakowało. Staraliśmy się ich pocieszyć i zadbać o to, aby nabrali sił do normalnego życia. W czasie pierwszych miesięcy po wyzwoleniu nie było własności, wszystko było „nasze”, wspólne. W wielu przypadkach udało nam się dzięki temu wyciągnąć kogoś z otchłani smutku.

Dom, który stał się centrum życia żydowskiego w Sokołowie, nie mógł ugościć więcej niż setki mieszkańców. Wielu Żydów osiedlało się więc w innych miejscach w mieście. Powoli też zaczęto szukać jakichś zajęć, bo nikt z nas nie myślał na poważnie o tym, aby zostać w Polsce przesiąkniętej krwią naszych bliskich i ukochanych. Każdy chciał jak najszybciej stąd wyjechać. Było to tylko kwestią czasu, bo druga strona Wisły była jeszcze w rękach Niemców i czekaliśmy pełni nadziei na odnalezienie krewnych.

Poza tym wszystkim nam doskwierała wielka bieda – nie mieliśmy nic. Ludzie szukali ubrań i obuwia. Kilku z nas pojechało do Lublina i przywiozło stamtąd różne produkty, których brakowało w małym miasteczku. Mydło, zapałki, drożdże i różne inne produkty spożywcze. Zarabialiśmy na tym nieźle i stopniowo mogliśmy kupić najpotrzebniejsze ubrania.

[str. 425]

Droga do Lublina, ówczesnej stolicy wyzwolonej Polski, była straszna. Tam znajdowała się siedziba tymczasowego polskiego rządu oraz sztab generalny. Tylko młodzi chrześcijanie o dobrym wyglądzie mogli pozwolić sobie na taką podróż. Jak już wspomniałem, na początku wśród Żydów panowało poczucie jedności, solidarności. Młodzi oddawali starym towary z Lublina, aby ci mogli je sprzedać i w ten sposób się utrzymać. Dzięki temu, my ocalali mogliśmy przygotować się do wyjazdu.

Niektórzy starali się także odzyskać od gojów swoje zrabowane majątki. Przed wojną miałem w Sokołowie wielki sklep z tkaninami. Część materiałów udało się ukryć u zaprzyjaźnionego goja. Także Sz. Grinberg przekazał swoje tkaniny chrześcijaninowi w nadziei, że odzyska je po wojnie. Byli to znani i poważani obywatele Sokołowa.

Jak się okazało, był to wielki błąd. Po wielu staraniach i z wielkim wysiłkiem udało się odzyskać około pięciu procent tego, co oddaliśmy do przechowania. Wszyscy jak jeden mąż mieli tą samą kłamliwą odpowiedź: „Zabrali Niemcy”.

Meble z mojego mieszkania znalazłem u goja Górskiego. Gdy zażądaliśmy ich zwrotu, utrzymywał, że kupił je od Niemca. Bojąc się wystąpić na drogę sądową i nie chcąc, aby doprowadziło to do szykanowania pozostałych Żydów, postanowiłem odłożyć pozew. Niestety nigdy nie przyszedł na niego odpowiedni czas.

Sz. Grinberg przekazał większość swoich towarów i ubrań szewcowi Kozakowi. Było tam też paltko jego synka Icchoka. Gdy Grinberg zwrócił się do niego, prosząc o wzrost towarów, odpowiedział, że wszystko mu ukradziono. Nie chciał nawet oddać płaszczyka. Jak się okazało za pieniądze ze sprzedaży towarów kupił dom i wielką stodołę.

Mojsze Szejne Rozencwajg opowiedział mi, że gdy próbował uratować się z akcji likwidacyjnej w getcie, jedną noc spędził u wspomnianego chrześcijanina. To pomogło mu uratować się z getta i dotrzeć do Bartkowa, gdzie przebywała jego synowa Rochl, córka Liby Kawer. Goj zabrał mu wszystkie pieniądze, która miał przy sobie.

[str. 426]

Podobnie rzecz miała się z innymi „porządnymi” chrześcijanami. Gdy już coś oddali, to był to tylko niewielki procent tego, co przyjęli, a i to po wielu staraniach i interwencji sokołowskiego księdza, który wzywał w niedzielę z ambony do oddania biednym Żydom ich oddanej w zastaw własności.

Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji nikt nie myślał o osiedleniu się w Sokołowie na stałe. Niektórzy Żydzi chodzili po okolicznych wsiach i sprzedawali i kupowali rzeczy. Tak wyglądało wówczas żydowskie życie w Sokołowie.

Zaorany teren żydowskiego cmentarza w Sokołowie

W domu Mendla Szepsla urządziliśmy dom modlitwy. Tam też koncentrowało się żydowskie życie. W każdy szabas modliliśmy się razem w naszym małym besmedreszu. Zmawialiśmy kadysz za naszych zmarłych. Każde słowo pełne było łez i bólu. Ale z każdym wypowiedzianym słowem czuliśmy ulgę w naszych krwawiących i smutnych sercach.

Dostaliśmy do naszego domu modlitwy dwa ocalałe z Zagłady zwoje Tory.

[str. 427]

Jeden z nich dostaliśmy za darmo od chrześcijanina, który przetrzymywał Torę przez cały czas u siebie w domu. Drugą Torę odkupiliśmy od szewca, który robił z niej cholewki. Chciał za nią dużo pieniędzy. Ale udało się. Po transakcji z szewcem, goje zaczęli przynosić nam różne księgi wiedząc, że zapłacimy za nie więcej pieniędzy niż jakby oddali je na makulaturę. Zebraliśmy wielkie wory porwanych i zniszczonych ksiąg i pochowaliśmy na cmentarzu.

Zbliżało się święto Jamim Noraim. Wspominaliśmy straszne, minione lata. Ile czasu minęło od tętniącego w Sokołowie, pięknego żydowskiego życia? Uczeni, chasydzi i zwyczajni gospodarze, prości rzemieślnicy – wszyscy oni mieli w sobie tyle swojskości, serdeczności, żydowskiej mądrości i inteligencji.

W czasie świąt Rosz ha-Szana i Jom Kipur w synagodze i besmedreszu było rojno jak w ulu. Czysto, schludnie, równo poustawiane ławki i stoły, tak aby zmieścili się wszyscy modlący się. Bo nie było nikogo, kto nie chciałby tego dnia nie przyjść do synagogi. Teraz nie było nawet śladu po pięknej budowli znajdującej się na ulicy Bożnicznej. Tę jedyną tak piękną i ozdobioną artystycznymi malowidłami synagogę, słynącą na całe Podlasie Niemcy zniszczyli, zdewastowali wraz z fundamentami.

W starym besmedreszu zostało ulokowane biuro

Dowód zniszczenia (kamień) pozostały po sokołowskiej synagodze

[str. 428]

magistratu, w którym zasiadali najwięksi antysemici. W nowym besmedreszu zakwaterowano rosyjskich żołnierzy. Myśląc o tym, zawsze słyszę słowa: „Panie poganie wtargnęli do dziedzictwa twego” [*Psalm 79: 1, tłum. I. Cylkow].

Okna naszego mieszkania w domu reb Mendla Szepsla wychodziły prosto na nowy besmedresz. Nie mogłem oderwać od niego oczu. Wydawało mi się, że słyszałem głosy modlących się w czasie święta Jamim Noraim, którzy jak co roku prosili Pana w Niebiosach o dobry rok, zdrowie i pracę. Wspomnienia gęstniały. Na myśl przychodzili wszyscy sokołowscy kantorzy i prowadzący modlitwy. Modlili się oni z takim zapałem i oddaniem: reb Chaim Rozenbaum z chórem zmawiali w synagodze modlitwę Musaf. Robili to z wielkim, przejmującym żarem i nie dającą się opisać energią. Jego „Mechalkel Chaim” rzemieślnicy pracujący w warsztatach podśpiewywali przez cały rok.

Wygłaszane przez Rozenbauma kazanie przed zadęciem w szofar i „Hineni he-ani mimeas” były niepowtarzalne, nie można było ich zapomnieć. Do tego reb Szmuelke Mordechaj i reb Isroel Henoch z nowego besmedreszu i Menachem Międzyrzecki z aleksandrowskiego sztybla, Jakow Kiwajko z sztybla chasydów z Radzynia, Isroel Goldfarb ze sztybla chasydów z Białej i Dowidcze Rozenbaum z Góry Kalwarii oraz Eljezer Hendel i Awrom Szmuel Grinblat, obaj z pilawskiego sztybla. Na podwórzu domu rebego w Rosz ha-Szana zawsze zbierało się wielu Żydów z różnych miast i miasteczek, a cały plac pełen był chasydów w ich jedwabnych bekieszach i sztrejmlach. Alter odmawiał Musaf z niebywałym zapałem, rebe przewodniczył „tiszowi” do późnej nocy. Teraz wszystko przepadło, nic już nie ma. Nie pozostał nawet najmniejszy ślad.

Wspomnienia przelatywały przez głowę. Zebrałem wszystkie siły, aby się nie załamać i znaleźć pocieszenie w słowach proroka, które chciałem wykrzyczeć jak modlitwę: „Niechaj przyjdzie przed Ciebie wszystka niecność ich, a uczyń im, jakoś mnie uczynił, gwoli wszystkim grzechom moim! Bo niezliczone jęki moje, a serce moje boleje” [*Treny 1: 22, tłum. I. Cylkow].

Owładnęła mną niebywała wewnętrzna wola spędzenia Jamim Noraim w prawdziwym miejscu modlitw. Wieczorem zwołałem wielu braci i zaproponowałem, abyśmy w jednym ze zrujnowanych sąsiednich mieszkań w domu Mendla Szepsla urządzili prawdziwy dom modlitwy. Zaproponowałem, abyśmy zaprosili także węgrowskich, kosowskich i sterdyńskich Żydów. Wszyscy się zgodzili.

Mojsze Sztutman, Mojsze Międzyrzecki ze wsi Łuzki i Szepsel Grinberg zajęli się przygotowaniem mieszkania na Rosz ha-Szana. Kilka osób z wyżej wspomnianych miast – Szmuel

[str. 429]

Berg i Chaim z Kosowa, Żydzi z Drohiczyna i Siemiatycz oraz ze Sterdyni przyjechali do Sokołowa, aby razem z nami się modlić.

Nikt nie chciał remontować albo choć porządkować innych zniszczonych mieszkań. Wszyscy siedzieliśmy na walizkach. Jeszcze dzień, może dwa i opuścimy tę polską ziemię, na której przelało się tyle żydowskiej krwi rękami niemieckich i polskich narodowców. Modliliśmy się, aby ten dzień nadszedł jak najszybciej.

W końcu ofensywa rozpoczęła się. Niemcy uciekli z Polski. Cały kraj została zajęty przez Rosjan. Nasze nadzieje miały się spełnić. Kilka tysięcy Żydów znajdujących się w obozach pracy na zachodzie zostało uratowanych od pewnej śmierci.

Rosyjska armia stacjonująca w Sokołowie stopniowo wycofywała się z miasta i przemaszerowała na nowe zajęte przez Rosjan tereny. Pod miastem pozostały niewielkie oddziały.

„Narodowcy”, którzy swój antysemityzm ukrywali przez cały czas obecności Rosjan, od razu podnieśli swoje głowy. Znów zaczęły się bandyckie napady na Żydów mieszkających w mieście. Nie minął tydzień, aby nie było nowych żydowskich ofiar.

Jak bomba eksplodowała wiadomość, że narodowcy ostrzelali Żydów w Siemiatyczach, wyciągnęli Żydów z jadących pociągów i zamordowali. Poruszanie się po mieście stało się dla nas bardzo niebezpieczne. Nocą ludzie [*Żydzi] bali się wyjść na ulicę. Znów żyliśmy w strachu i chcieliśmy jak najszybciej opuścić Sokołów.

Wówczas większe skupiska ludności żydowskiej mieszkały w dwóch miastach: na Pradze i w Łodzi. Mniejsze żydowskie społeczności znajdowały się w Lublinie i Otwocku.

Zdecydowaliśmy się wyjechać na Pragę albo do Łodzi. Większość udała się do Łodzi. W ciągu zaledwie kilku dni po raz kolejny zlikwidowaliśmy wszystko i opuściliśmy miasto. W Sokołowie zostało tylko kilku Żydów, ale później i oni wyjechali do Łodzi. W Sokołowie nie było już Żydów.

W roku 1946 z Rosji zaczęli wracać polscy Żydzi. Wśród nich byli także sokołowianie. Transporty

[str. 430]

wysyłano przede wszystkim na okupowane przez Niemców tereny na Górnym i Dolnym Śląsku, w Szczecinie i innych miastach.

Łódź stała się centrum żydowskich uchodźców. Toczyło się tam jeszcze żydowskie życie w miniaturze. Funkcjonowała gmina, żydowski komitet, różne organizacje pomocowe. Doprowadziło to do tego, że Żydzi przybywający z Rosji swoje pierwsze kroki kierowali do Łodzi.

Tam mogli spotkać swoich ocalałych znajomych.

Także sokołowianie z Rosji trafili do Łodzi.

Pierwszy sokołowski komitet po wojnie założony w Łodzi (Polska)

[str. 431]

 

Cipora Rozen-Mechuren

Po aryjskiej stronie i w lesie

 

W moim rodzinnym mieście Sokołowie Podlaskim ostatni raz byłam przed wojną pod koniec sierpnia 1939 roku. Już nigdy więcej nie zobaczyłam moich nieodżałowanych rodziców, sióstr i braci. Wyjechałam do Brześcia, gdzie zamieszkałam z mężem po ślubie.

Wieczorem, 3 lipca 1941, hitlerowcy otoczyli mój dom, wdarli się do środka, ukradli i zdemolowali wszystko, co się dało. Mojego męża zabrali ze sobą i razem z wieloma innymi młodymi i zdrowymi Żydami zastrzelili w twierdzy w Brześciu. Gdy stał w przedpokoju, zdążyłam jeszcze dać mu kawałek chleba. Niemcy okrutnie go pobili, upadł na ziemię i leżał w kałuży własnej krwi. Długo później to odchorowywałam.

Piekło, które nam gotowali, było za każdym razem coraz gorsze. Po kilku dniach wszyscy Żydzi zostali zmuszenia do noszenia na prawym ramieniu opasek z wyszytą gwiazdą Dawida. Kilka miesięcy później zamknięto nas w getcie otoczonym kolczastym drutem, gdzie cierpieliśmy z zimna i głodu. Na tyfus zmarło bardzo dużo osób, szczególnie małych dzieci. W tym także moje jedyne dziecko. Nocą z aryjskiej strony przychodzili chuligani, złodzieje i mordercy, którzy grabili i mordowali. Ukraińcy, nazistowscy agenci szpiegowali w getcie szukając żydowskich buntowników i znęcali się nad nami, golili brody, kazali tańczyć na ulicach przygrywając na harmonijce.

Udało mi się pojechać do mojej siostry Matl w Pińsku. Także ona została biedną wdową z dwójką małych dzieci po tym, gdy Niemcy zamordowali jej męża wkrótce po wybuchu wojny. Próbowałam znaleźć dla nas jakąś kryjówkę. Ale zanim udało mi się po raz kolejny pojechać do Pińska, zginęła już razem ze swoimi dziećmi.

[str. 432]

Gdy wykradałam się z getta przez dziurę w kolczastym płocie, po mieście poruszałam się bez żadnych dokumentów. Moje żydowskie papiery i opaskę z gwiazdą Dawida zakopywałam w ziemi.

Do getta w Brześciu zaczęli przybywać uchodźcy z Wołynia i Ukrainy. Uciekli z transportów w drodze do obozów śmierci.

Razem z innymi 62. ludźmi nie wierzącymi w optymistyczną propagandę miejscowego Judenratu, zaczęliśmy planować opór i ucieczkę do lasu. W tym okresie poznałam kobietę z Białorusi mieszkającą po aryjskiej stronie, która w zamian za różne rzeczy dawała mi jedzenie, lekarstwa, truciznę (czasem oszukaną) i kilka pistoletów. W międzyczasie służąca moich teściów (niestety Żydówka) doniosła na mnie, że wychodzę z getta. Pewnego ranka przyszedł Ukrainiec w mundurze gestapo i chciał mnie aresztować. Ponieważ był sam, udało mi się go przekupić garniturem należącym do mojego męża, bluzką i dwoma obrusami.

Udało mi się nawiązać kontakt z Polakiem i kilkoma więźniami pracującymi przy rozbiórce zniszczonych domów. Za chleb i tytoń dali mi trochę materiałów wybuchowych. Zbieraliśmy amunicję i zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie akcji. O stawieniu oporu w getcie nie było mowy, bo nasze zapasy broni było zbyt małe i nie mieliśmy wsparcia z aryjskiej strony. Spośród dwudziestu dwóch tysięcy Żydów zamkniętych w getcie, stłamszonych na kilku wąskich ulicach (po kilka rodzin w jednym mieszkaniu) tylko nieliczni wierzyli, że skazani jesteśmy na ostateczną zagładę. Większość wolała wierzyć w obietnice, które w imieniu niemieckiej władzy składał Judenrat.

Wysłaliśmy do lasu pierwszą grupę ludzi, ale po paru dniach kilkoro z nich wróciło. Resztę zamordowano po drodze i w lesie. Wtedy wszyscy mordowali Żydów: akowcy (zbrojna formacja narodowa, która walczyła z Niemcami na ukraińsko-

[str. 433]

polskich terenach i nazywana była Armią Krajową – AK), Ukraińcy, Polacy i oczywiście Niemcy.

Znajomi uchodźcy z Kowla przekazali mi kontakt do osób, które wyrabiały aryjskie papiery. Kuliński, szwagier sokołowskiego lekarza Grodzieńczyka, do którego zwróciłam się w tej sprawie, powiedział, że zrzuciłby mnie ze schodów, gdyby nie wiedział kim jestem (sam przeżył). Rankiem, 14 października 1942, roku udało mi się wyjść na aryjską stronę. Na ulicach zbierało się wojsko i żandarmeria. Ludzie mówili o bliskiej likwidacji getta. Tego samego dnia, około godziny 10 byłam z powrotem w getcie i o wszystkim opowiedziałam moim towarzyszom z podziemia. Za pośrednictwem różnych osób donieśliśmy o tym Judenratowi. Sama osobiście rozmawiałam z wiceprezesem Judenratu i opowiedziałam mu wszystko. Zwierzyłam mu się, że mam zamiar uciec z getta. Na nic jednak to się nie zdało. Nikt nie myślał nawet o opuszczeniu getta. Również wiceprezes poradził mi zostać w getcie i podzielić los Żydów. Niemcy dzień wcześniej aresztowali prezesa wykorzystując jako pretekst fakt, że na futrze, które przekazano jednemu z niemieckich dygnitarzy znaleziono wszy.

Tego samego dnia udało mi się wspólnie z jedenastoosobową grupą wydostać z getta. Byliśmy uzbrojeni w pistolety. Mieliśmy przy sobie trochę lekarstw, chleba i wody i dwa kompasy. Naszym celem były okolice Białegostoku. Szliśmy dwu-, trzyosobowymi grupami w odległości około stu metrów od siebie. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się nawiązać kontakt z partyzantami. Wiedzieliśmy, że getto w Białymstoku leżące na wschodzie nie zostanie tak szybko zlikwidowane. Nocą razem z dwoma towarzyszami dotarliśmy do lasu. Po drodze mijały nas samochody i wozy wypełnione po brzegi niemieckimi żołnierzami i żandarmami. Okazało się, że tego samego wieczora, około godziny dziewiątej, getto zostało otoczone. Rankiem spotkaliśmy dwóch uciekinierów z getta. Jednym z nich był siedemnastoletni syn dr. Librowicza. Moi dobrzy znajomi z podziemia nie chcieli opuścić getta. Później sami się otruli, a synowi zostawili karteczkę z adresem

[str. 434]

znajomego chrześcijanina, który miał go przechować. Rodzina ta jednak go przepędziła i tak znalazł się w lesie.

Późnym wieczorem wywiązała się strzelanina między partyzantami i niemieckimi oddziałami. Z mojej grupy zastrzelono sześć osób.

Okazało się też, że partyzanci nie chcieli nas przyjąć mówiąc, że Żydzi są zdrajcami i w ruchu oporu nie ma dla nich miejsca. Przeszukali nas dokładnie i zabrali broń, ale puścili wolno. Postanowiliśmy ruszyć do Białegostoku. Było zimno, deszczowo i mroźnie. Cierpieliśmy z głodu, pragnienia i zimna. Na polach nie można było nic znaleźć, nawet źdźbła zboża. Wodę piliśmy z kałuż. Buty rozpadły się nam na nogach. Owinęłam stopy szmatami i tak szłam przez błota i wodę. Mnie jako pierwszą wysyłano do pobliskich wsi, aby zdobyć coś do jedzenia. Towarzyszyła mi ciemność i ujadanie psów. Rankiem znalazłam się u studni, z której starowinka czerpała wodę. Prosiłam ją bardzo, aby wpuściła mnie do chaty, abym mogła choć trochę się ogrzać. Bała się jednak reakcji swoich dzieci i kazała mi ukryć się za drzewami i czekać.

Gdy jej dzieci wyszły z domu, wyniosła mi chleb i kaszę. Szczęśliwa wróciłam do towarzyszy w lesie. Byliśmy w pobliżu Wysokich Litewskich. Musieliśmy tylko przeszmuglować się przez granicę. Na ziemi leżały druty pod napięciem, które alarmowały straż graniczną, gdy tylko ktoś ich dotknął. Ponieważ miałam dobry wygląd i zadarty nosek wysłano mnie na przeszpiegi. Gdy zapadł zmrok, ruszyłam w drogę drżąc na całym ciele ze strachu i zimna. Rankiem doszłam do murów getta w Wysokich Litewskich. Ludzie w getcie dawali mi znaki, abym szybko się schowała, bo cały czas trwa godzina policyjna. Za kilka godzin spróbowałam raz jeszcze dostać się do środka. Jak tylko weszłam, usłyszałam straszny krzyk: „Halt! Stój!” Podniosłam głowę i na wieży strażniczej zobaczyłam Niemca z wycelowanym we mnie karabinem. Udało mi się szybko wskoczyć w otwartą bramę drewnianego budynku i przed moimi oczami ukazała się straszliwa scena. Na łóżku leżała umierająca kobieta o sinej już twarzą.

[str. 435]

Trafiłam na kobiecy oddział szpitala gettowego dla chorych na tyfus.

Niemiecki strażnik pobiegł za mną. Na szczęście pomógł mi i uratował administrator szpitala Jakow Fridman. Udało mu się także tego samego dnia wyprowadzić mnie do lasu. W getcie było też kilku moich towarzyszy, którzy tu odpoczywali i leczyli się. Nie chcieli już opuszczać tego miejsca. Sama więc ruszyłam w dalszą drogę i pociągiem dotarłam do Białegostoku. Później dowiedziałam się, że podczas likwidacji getta w Wysokich Litewskich moi towarzysze sami powiesili się, aby nie wpaść w ręce morderców.

Samotna krążyłam teraz po aryjskiej stronie Białegostoku nie wiedząc, gdzie się podziać. Za dnia chodziłam po domach wykonując za jedzenie niewielkie prace, nocą spałam pod gołym niebem. Nikt nie pozwolił mi u siebie przenocować, bo nie miałam przy sobie dokumentów. Raz udało mi się dołączyć do grupy żydowskich robotników, których żandarmi prowadzili z powrotem do getta po ciężkim dniu pracy poza murami. Kroki skierowałam do Judenratu i opowiedziałam, że na Wołyniu, na Ukrainie i w Polsce Kongresowej getta zostały zlikwidowane a Żydzi zamordowani. Nikt mi nie uwierzył i wszystko, co powiedziałam potraktowano jako dobry żart. Zaczęłam szukać więc sokołowskich Żydów. Znalazłam jednak tylko syna szewca Dowida Lejzerki. Nie wiedział, jaki los spotkał sokołowskich Żydów.

Dopiero później dowiedziałam się o likwidacji getta w Sokołowie.

Rola, którą mi powierzono, nie była łatwa. Miałam o własnych siłach znaleźć pracę po aryjskiej stronie. Gdy wychodziłam z getta przez dziurę w murze, spotkałam dziesięcioletniego chłopca ubranego w długie palto i czapkę naciągniętą na uszy. Od czasu do czasu wykradał się na aryjską stronę, aby zdobyć jedzenie dla rodziny.

[str. 436]

Postać tego chłopca mam ciągle przed oczami. Został on dla mnie symbolem naszych męczonych i dręczonych dzieci.

Podziemny antyfaszystowski komitet skontaktował mnie z pewnym Polakiem, który miał pomóc mi wyrobić aryjskie papiery i urządzić się po aryjskiej stronie. Okazał się on jednak być strasznym antysemitą i jedyne miejsce, jakie dla mnie widział było na żydowskim cmentarzu.

Oczywiście szybko zeszłam mu z oczu i poinformowałam o tym podziemie. Nadal musiałam ukrywać się w różnych dziurach i ruinach zniszczonych domów. Raz mieszkańcy takiego domu złapali mnie i wygonili, ale nie wydali w ręce policji.

Na aryjską stronę wysłano jeszcze dwie dziewczyny. Miały aryjskie papiery i udało im się zatrudnić na służbę w prywatnych chrześcijańskich domach. Przynosiły jedzenie do mojej kryjówki, ale gdy w mieście urządzano łapankę, cały dzień byłam bez jedzenia. Pewnego dnia siedząc tak w schronie, postanowiłam zatrudnić się w fabryce. Zmieniłam nazwisko na aryjskie i udało mi się. Przyjęli mnie do pracy bez dokumentów. Pracowałam jako pomocniczka tkaczki, którą była czternastoletnia Polka. W tym okresie zaczęto wydawać tzw. kenkarty.

Podałam, że nazywam się Stefańska Emilia i na to nazwisko dostałam tymczasowe dokumenty i kartki żywieniowe. Po dwóch tygodniach mogłam odebrać swoją kenkartę. Wynajęłam też pokój na drugim piętrze. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie mój stan zdrowia. Także mój wygląd pozostawiał wiele do życzenia. Twarz była pełna krost, a z szyi schodziła mi skóra. Doktor zakładowy, Polak, wyleczył mnie.

Pracowałam w fabryce już około dziesięciu dni, gdy podszedł do mnie młody robotnik i zaczął kopać. Inny krzyczał: „Idź do rabina!”, a moja czternastoletnia nauczycielka powiedziała, że zaraz przyjdzie ktoś z gestapo i mnie zabierze. Wszyscy zgromadzili się wokół

[str. 437]

mnie. Zrozumiałam, że dzieje się coś złego. Nie straciłam jednak nerwów, bo nie miałam też innego wyjścia. Nie mogłam uciec, trucizny nie miałam. Szybko wyjęłam dokument i pobiegłam do majstra, volksdojcza i poskarżyłam się mu, że mnie podejrzewają. „Nic o tym nie wiem – powiedział. – Jeszcze nie poinformowałem o tym niemieckiego dyrektora fabryki”. Majster zaczął rozpytywać robotników, skąd wzięli podejrzenia, że jestem Żydówką. Okazało się, że pewien staruch, bandyta stojący przy wadze surowcowej w fabryce rozpuścił tę plotkę. Gdy wyszłam do niego, ku wielkiemu zdziwieniu rozpoznałam w nim mojego sąsiada, dozorcę domu, w którym mieszkałam w Brześciu.

Zwróciłam się do niego i zaczęłam przekonywać, że popełnia straszny błąd. Pytałam, czy zdaje sobie sprawę, czym to grozi. Zaczął więc odkręcać swoje słowa. Poszedł razem ze mną do majstra i wyjaśnił wszystkim, że się pomylił. Z daleka wydawało mu się, że wyglądam jak znajoma Żydówka.

Zaczęłam pracę w przyfabrycznej kuchni. Zwróciłam się do lekarza i poskarżyłam się, że boli mnie oko. Wysłał mnie na komisję, a ta skierowała mnie do okulisty Czerwonego Krzyża. Badał mnie dr Kerszman z Wołynia, którego sprowadzano specjalnie z getta na takie okazje. Wizyta miała miejsce w cztery oczy w ciemnym gabinecie. Powiedziałam mu prawdę o sobie i poprosiłam o diagnozę, która pozwoli mi uwolnić się z fabryki.

Tym sposobem skierowano mnie do pracy w kuchni. Moje zadania wymagały wielkiego pośpiechu. Stałam na drabinie i mieszałam w kotle, pilnując, aby nic nie wykipiało.

Mój pokój stał się miejscem spotkań łączników między gettem a lasem. Nocowali u mnie też ludzie wychodzący na aryjską stronę.

Dostarczałam różne wiadomości i szmuglowałam broń.

[str. 438]

Pewnego razu kierowniczka kuchni zabrała mnie do magazynu i kazała wziąć produkty. Spotkałam tam znajomego z Warszawy, który również pracował w fabryce na aryjskich papierach. Okazało się, że także był członkiem podziemia. (Nazywa się Łopata, mieszka w Izraelu i pracuje jako nauczyciel). W fabryce udawałam, że jestem analfabetką nie znającą ani słowa po niemiecku. Udawało mi się od czasu do czasu kupić olej i wymienić go na broń. W getcie wybuchło powstanie. Ocalali uciekli do lasu, gdzie powstała żydowska grupa partyzancka. Wśród partyzantów byli: Rywka Wojskowska i Chajka Grosman. Młodzież złapana przez Niemców w getcie masowo wieszała się na balkonach domów.

Widok bitych Żydów, których pędzono do pracy, był dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Raz musiałam obserwować wykonywanie wyroku śmierci na dwóch młodzieńcach, przy których znaleziono odrobinę oleju. Powieszono ich na podwórzu fabryki.

Dom, w którym mieszkałam, zaczynał się coraz to bardziej zaludniać. Naprzeciw mojego pokoju zamieszkały dwie chrześcijańskie rodziny, za ścianą kolejna rodzina, której jeden z synów służył w gestapo. Gdy wracałam do pokoju, zostawiałam drzwi otwarte, aby udowodnić, że nie mam nic do ukrycia. Mój pokój podzielony był na dwie części. Jedna z nich była dobrze zamaskowana i zawsze znajdował się tam ktoś, kogo miałam przewieść do lasu. Nachum Szapiro z Kowla ukrywał się u mnie dziesięć dni. Umówiliśmy się, że ten, kto przeżyje, ma spróbować odnaleźć rodzinę tego drugiego i opowiedzieć mu o jego losach i śmierci. Odprowadziłam go trzy kilometry za miasto. Miał ze sobą mały pistolet (francuskiej firmy). Nieszczęśnik spotkał niemiecki patrol, który zranił go w nogę. Nie chcąc wpaść w ich łapy, zastrzelił się sam. Następnego ranka po wyprowadzeniu go za miasto miałam halucynacje. Widziałam konającą osobę, całą we krwi. Okazało się, że w tym samym czasie, gdy halucynowałam,

[str. 439]

umierał Nachum Szapiro.

Nosiłam do lasu broń, naładowane agregaty i lekarstwa. Dwa razy brałam udział w napadzie na strażników chroniących różne zakłady pracy, podczas którego udało nam się zdobyć broń. Raz uśpiłam strażnika fabryki, w której pracowałam, a moi towarzysze zabrali mu karabin. Jedna z naszych towarzyszek pracowała jako aryjka w gestapo. Dostarczała nam dokumenty i informowała, gdy szykowała się akcja skierowana w partyzantów. Towarzyszka Gela Rywka przed ucieczką do lasu zastrzeliła gestapowca. W moim pokoju przechowywano amunicję do karabinów maszynowych. Kupowano ją od Niemców za olej i słoninę. Chętnie przystawali na taką wymianę i produkty wysyłali swoim rodzinom w Niemczech.

Początkowo nasi żyli w lesie i samodzielnie przeprowadzali różne akcje. Jedzenie dostawali od wiejskiej ludności. Wszystko na własną rękę. Przywódczynią była Rywka Wojskowska (przeżyła, mieszka w Polsce). Dopiero w 1943 roku przyjęto nas do partyzanckiego oddziału „Kostuś Kalinowski” dowodzonego przez generała Kapustę i komendanta Wojciechowskiego. Panował tam straszny antysemityzm.

Partyzanci – Rosjanie, Białorusini i Polacy upijali się, bili i przeklinali, nieraz też gwałcili kobiety. Żydów wykorzystywano do najbardziej odpowiedzialnych i najniebezpieczniejszych zadań. Wysadzali w powietrze pociągi i strategiczne punkty na froncie. W powietrze wyleciała także stacja elektryczna w Białymstoku.

Za nic w świecie nie chciano mnie zabrać do lasu. W międzyczasie zaczęło się bombardowanie Białegostoku. Bomba trafiła w dom, w którym mieszkałam. Dom został całkowicie zniszczony (na podwórzu znajdowały się magazyny siarki). Cudem uratowałam się od pewnej śmierci, bo chwilę wcześniej opuściłam mieszkanie. Dwie towarzyszki z podziemia przekazały mi rozkaz opuszczenia Białegostoku i udania się do Solnik, miejscowości położonej bliżej frontu. Spędziłam tam dwa straszne dni pod bezpośrednim ostrzałem i wróciłam z ważnymi dla partyzantów wiadomościami. Chcę wspomnieć tu o wypadku z młodą żydowską dziewczyną, łączniczką, Chają Rozenberg z

[str. 440]

Lublina. Długi czas przebywała w kryjówce w ruinach zbombardowanego żydowskiego domu. Gdy pewnego razu zbliżała się do schronu z parą butów w ręku, które miała oddać mężczyźnie wybierającemu się do lasu, zza rogu wyskoczyli niemieccy agenci i chcieli ją pojmać. Zaczęła uciekać, ale Niemcy ją zastrzelili. Cześć jej pamięci! Chcę napisać o jeszcze jednym przypadku. Ukrywał się u mnie Josef Finkelsztejn ze swoją czternastoletnią córką. Pewnego późnego wieczoru zapukała do drzwi sąsiadka zza ściany i poinformowała, że na podwórzu jest gestapo i rozpytuje o mnie. I rzeczywiście za chwilę na schodach słychać było głośne kroki ich ciężkich buciorów. Żegnaliśmy się już z życiem. Prosiłam Finkelsztejna, aby mnie zastrzelił a później niech robi, co chce. Uparł się, że najpierw musi zastrzelić Niemca. W międzyczasie gestapowcy dotarli na pierwsze piętro i byli już w drodze na drugie. Nagle jednak zawrócili i zaczęli schodzić. Okazało się, że nie chodziło im o mnie. Brakowało sekundy, abyśmy się nawzajem pozabijali.

Przydarzył się także następujący przypadek. Wracając do domu, zobaczyłam, że drzwi mojego pokoju są otwarte. Byłam pewna, że mnie obserwowano i coś się w środku wydarzyło. Nie weszłam do środku, ale poszłam spotkać się z łącznikiem i o wszystkim mu opowiedziałam. Jeden z towarzyszy, przebrany za Niemca, poszedł sprawdzić, co wydarzyło się w środku. W pokoju nikogo nie zastał. Dał więc umówiony znak i ukrywający się Josef Finkelsztejn wyszedł z kryjówki. Widząc Niemca, zemdlał. Także ta historia skończyła się dobrze.

Nie sposób zrozumieć, jak to wszystko wytrzymały moje zszargane nerwy, mimo że byłam młoda i zdrowa. Byłam zmęczona i wyczerpana bezsennymi nocami i wyostrzoną czujnością spowodowaną obawą, że każdy mnie śledzi.

7 lipca 1944 roku zostałam już wyzwolona. Oddałam mój aryjski paszport i dostałam dokumenty na moje prawdziwe nazwisko. Białystok płonął.

Dostałam dwa odznaczenia za odwagę jako partyzancka łączniczka. Ciężko mi było tylko znieść tę straszliwą katastrofę.

[str. 441]

Pojechałam do Grodna szukać mojej rodziny, bo wiedziałam, że moi dwa bracia zostali zesłani do Rosji. Okazało się, że rzeczywiście wrócili z Rosji razem z wojskiem i zostali zdemobilizowani w Polsce.

Życie po wyzwoleniu było bardzo ciężkie. Nie odnalazłam nikogo z moich bliskich. Samotność wypełniała moje serce smutkiem i tęsknotą za odrobiną szczęścia. Nieraz zadawałam sobie pytanie, po co i dla kogo żyć? A mimo tego instynkt do przeżycia był silniejszy.

W Sokołowie po raz pierwszy po wojnie byłam w 1949 roku, gdy jeszcze mieszkały tam dwie żydowskie rodziny. Ostatni raz w roku 1957, kilka tygodni przed moim wyjazdem do Izraela. Byłam w Węgrowie, Kałuszynie i w Siedlcach, prawie na całym Podlasiu i nie znalazłam tam już ani jednego Żyda. Powiedziano mi tylko, że w Siedlcach mieszka jeszcze kilkoro.

W Sokołowie zatrzymałam się w hotelu „Podlasianka” na ulicy Rogowskiej [*obecnie Wilczyńskiego]. Miasto było jak wymarłe, wyglądało zupełnie inaczej. Duży Rynek zamienił się w park miejski. Stragany – zamknięte (w niektórych z nich otworzono nowe sklepy). Tylko w karczmach, gdzie pito, było tłoczno i gwarno. Na dworcu autobusowym roiło się od ludzi, miejscowi jeździli na spekulacje, chłopi wracali do swoich wsi. Żydów w Sokołowie już nie ma, ale nadal dużo się o nich mówi. Ponoszą oni mianowicie winę za dzisiejszą złą koniunkturę. Od Żyda chętnie brało się pożyczki i było się wówczas bardzo uprzejmym wobec niego. Do mojego wyjazdu potrzebowałam z Sokołowa kilku dokumentów. Wystawienie ich – powiedziano mi – może trwać dwa dni. Ale za pół litra wódki dostałam je w przeciągu kilku godzin. Urzędnik od razu skojarzył mojego ojca, chociaż nie do końca wiedział, kim on był. Poszłam do mojej byłej sąsiadki Wyganowskiej, córki piekarza i spytałam, czy wie coś o mojej rodzinie. Zapłonęła takim gniewem, że aż się wystraszyłam. Bałam się, że mnie pogryzie, tak jak jej rozwścieczony pies gryzł kiedyś nasze dzieci.

Niech uświęcona będzie pamięć wszystkich naszych niezapomnianych bliskich zamordowanych przez hitlerowskich zbrodniarzy i ich pomocników.

(Tłum. na język jidysz M. Z-C.)

[str. 442]

 

Chane Sztutman-Wiśnia

(Nes Ziona)

Niemieckie piekło

 

Już kilka dni po zajęciu miasta, Niemcy zaczęli łapać mężczyzn do pracy. Później na roboty zabierali także kobiety. W naszej izbie często ukrywali się mężczyźni, którym udało się zbiec z łapanki. Pewnego razu do mieszkania weszli Niemcy i kazali matce wskazać, gdzie ukrywają się uciekinierzy. Pobili ją mocno i szukali, ale kryjówki nie znaleźli. Tych, którzy nie stawiali się na rozkaz gminy żydowskiej, niemiecka i żydowska żandarmeria wyciągały z domów. Ludzie bali się nawet wyjść na ulicę.

Niemcy złapanych Żydów odstawiali do budynku gminy. Tam każdy dostawał swój przydział chleba. Zarząd gminy składał się w tym okresie z prezesa Nachuma Lewina i członków: Icchoka Szlafmyca, Kalmana (nazywanego „Klinem”) i innych.

Wkrótce gmina żydowska opublikowała nakaz noszenia opasek z gwiazdą Dawida. Ten okrutny dekret wszystkich ciężko dotknął. Czuliśmy, że szykują się ciężkie czasy.

Przedstawiciele gminy wzywali społeczność do przestrzegania rozkazu. Za niesubordynację groziły surowe kary. Ale nie każdy chciał wypełniać niemieckie rozkazy. Niemcy strzelali więc do Żydów bez opasek.

Kilka miesięcy później w Sokołowie pojawiło się wielu uchodźców z Kalisza, których Niemcy wygnali z ich rodzimego miasta.

Pod koniec 1941 roku w Sokołowie powstało getto. Żydzi z okolicznych miasteczek zostali zmuszeni do przeniesienia się

[str.443]

do miasta. Getto ze wszystkich stron zostało otoczone ceglanym murem i kolczastym drutem i strzeżone było przez niemiecką, polską i żydowską policję. Wkrótce zabroniono Polakom wchodzić do getta. Cały handel między Żydami i chrześcijanami zamarł. Panował straszliwy głód. Ci, którzy zdołali zrobić zapasy, jako tako wiązali koniec z końcem. Wkrótce wybuchła epidemia tyfusu. Śmiertelność była bardzo wysoka. Komendant getta Surdik, Polak z Poznania, nie pozwalał, aby podczas pogrzebów (dziesiątki dziennie) zbierali się ludzie.
Nie ustawały łapanki do pracy. Żydowska gmina (teraz Judenrat) musiała codziennie dostarczać kontyngent pracowników. Wysyłano ich do pracy poza getto. W niemieckich szpitalach robili pranie, zgarniali śnieg z ulic, mostów, czyścili ubikacje itp. Gdy esesmani chcieli się zabawić, okrutnie bili każdego, kto im w ręce wpadł. Niektórych zastrzelili na miejscu i przy tym urywali boki ze śmiechu. Robotnicy każdego wieczora wracali do getta.

Niespełna trzy miesiące później, sytuacja drastycznie się zmieniła. Niemcy zażądali, by Judenrat wysłał młodych i zdolnych do obozów pracy. Poinformowali, że zostaną oni wysłani do pracy.

W getcie zaczęła krążyć plotka, że w Treblince mordują Żydów. Wiadomości te przyniósł kolejarz, który prowadził pociągi do Treblinki, do obozu zagłady. Opowiadał chłopom, że na własne oczy widział, jak zabijają Żydów i poprosił, aby dobrzy ludzie poinformowali o tym sokołowskich Żydów w getcie. Tak też się stało. Przekazano też wiadomość od chłopa, który widział luksusowy pociąg z eleganckimi zagranicznymi Żydami, którzy pytali przechodzących chłopów, jak daleko jeszcze do Treblinki. Chłopi domyślili się zatem, dokąd wywożą Żydów i przekazali te wiadomości sokołowskim Żydom. W getcie wybuchła niedająca się opisać panika.

Mój ojciec Mojsze Sztutman, szwagier Aszer Jaspersztejn i ja trafiliśmy z naszego miejsca pracy w Skrzeszewie do siedleckiego getta. Miało to miejsce już po likwidacji getta w Sokołowie. Poza nami trafiło tam wielu Żydów z okolicznych

[str. 444]

obozów pracy. Ludzie byli wygłodniali, wychudzeni, wycieńczeni i zawszeni. Ich widok był straszny. Gdy zobaczyliśmy, co czeka nas w nowym getcie, postanowiliśmy wracać do Skrzeszewa. Mieliśmy tam znajomych chłopów i za pieniądze – myśleliśmy – uda nam się tam ukryć. Zwróciliśmy się do znajomego chłopa Stanisława Rosochackiego, którego dom we wsi stał przy głównej drodze. Ustaliliśmy, że za 7000 złotych ukryje nas do czasu, aż Niemcy opuszczą Polskę. Chłop zapewnił, że tak długo jak będzie trwała wojna, nas nie wyrzuci.

Chata chłopa Rosochackiego miała tylko jedną izbę. Za piecem postawił z desek ściankę i tam nas ukrył. Nie wiadomo skąd, dowiedzieli się o tym sąsiedzi i pytali, skąd właśnie teraz taka konstrukcja? Stanisław odpowiedział, że chce tam ukryć zboże przed Niemcami, jeśli ci zwrócą się do niego z żądaniem dostarczenia kontyngentu.

Gdy sąsiedzi poszli, chłop wystraszył się i na poważnie obawiał o bezpieczeństwo naszej kryjówki. Po rozmowie z nami stanęło na tym, że wykopiemy dół pod podłogą. Zaraz zabraliśmy się do pracy i wykopaliśmy głęboki tunel prowadzący do ogrodu.

Gdy tunel był gotowy, chłop zakrył właz deskami i przysypał ziemią. W dole wykopaliśmy małe dziury, przez które mogliśmy wyglądać na zewnątrz i łapać powietrze. Tak przeżyliśmy siedemnaście miesięcy.

Pewnego razu, gdy ojciec i szwagier poszli po chleb (chłop obiecał, że we wszystkim będzie nam pomagał, ale nie w zdobywaniu chleba, bo nie mógł piec więcej niż zazwyczaj, aby sąsiedzi nie nabrali podejrzeń), zauważyli ich dwaj akowcy. Poszli za nimi i tym sposobem dowiedzieli się, gdzie się ukrywamy.

Po tygodniu do drzwi zapukała banda akowców. Chłop otworzył. Zażądali, aby ten wydał

[str. 445]

ukrywających się Żydów. Chłop zmieszał się i początkowo wszystkiemu zaprzeczał. Ale gdy zagrozili mu, że go zastrzelą i podpalą chałupę, otworzył wejście do kryjówki i kazał nam wyjść.

Wyszliśmy trzęsąc się na całym ciele. Akowiec kazał nam położyć się na podłodze twarzami skierowanymi ku ziemi. Gdy to uczyniliśmy, powiedział, że puści nas wolno, jeśli powiemy mu, gdzie ukryliśmy tysiąc litrów gorzałki.

Mój szwagier przypomniał sobie, o co chodzi. Opowiedział kiedyś znajomemu chłopu, że ukrył trochę wódki. Dotarło to do innego chłopa i z kilku butelek, zrobiło się tysiąc litrów. Szwagier odpowiedział, że może z nimi pójść i pokazać kryjówkę. Banda zostawiła mojego ojca w kryjówce, a mnie i szwagra zabrała ze sobą.

Gdy dotarliśmy do ich kolonii, szwagier powiedział, gdzie znajduje się zakopana gorzałka. Kilku pojechało tam, a gdy za jakiś czas wrócili, poświadczyli, że mówimy prawdę. Takie bestie jak oni nie potrafiły wykopać alkoholu o zmroku, mimo że noc była jasna. Po chwili nas wypuścili, zaprowadzili do okolicznego lasu i nakarmili. Nakazali nam pozostać na miejscu, aż wykopią wódkę i zapewnili, że nam później pomogą.

Zrozumieliśmy, że jeśli nie znajdą gorzałki, zrobią z nami to samo, co zrobili z innymi żydowskimi partyzantami.

Wkrótce opuściliśmy to miejsce i wróciliśmy do chaty, w której znajdował się mój ojciec.

Gdy wróciliśmy, chłop bardzo się zdziwił, że jeszcze żyjemy. Ojca jednak już tam nie było. Kazał nam przekazać, abyśmy udali się do sadu w Skrzeszewie. Zaraz tam poszliśmy i rzeczywiście znaleźliśmy tam ojca.

Tułaliśmy się po lasach, cierpiąc z głodu i strachu.

W pewną letnią noc, gdy nie mieliśmy już

[str. 446]

co, do ust włożyć, postanowiliśmy, że będziemy szli szosą, która prowadziła do kolonii, w której mieszkała chrześcijańska rodzina. Zaraz zatrzymali nas niemieccy żołnierze. Rozglądając się po okolicy zobaczyliśmy oddziały niemieckiego wojska. Sądziliśmy, że prawdopodobnie gdzieś niedaleko przebiega linia frontu. Ponieważ nie mieliśmy żadnych dokumentów, aresztowano nas. Po drodze szwagrowi udało się uciec, a mnie i ojca zaprowadzono do wsi Skrzeszew. Uzbrojeni żołnierze odstawili nas do wielkiej chłopskiej chaty. Zaraz wyszedł z niej niemiecki oficer, popatrzył na nas i powiedział, że z pewnością jesteśmy niemieckimi szpiegami. Oficer wydał rozkaz, że natychmiast trzeba nas odstawić do żandarmerii do Sokołowa.

Gdy dotarliśmy do Sokołowa, w mieście nie było już żandarmerii. Zrozumieliśmy, że Armia Czerwona zbliża się wielkimi krokami. Byliśmy na siebie źli, że nie wytrzymaliśmy jeszcze kilku dni w lesie.

Żołnierze zabrali nas więc do Węgrowa. Ale i tam żandarmeria już się wycofała. Przekazali nas więc sztabowi wojskowemu.

Tam przesłuchiwano nas próbując ustalić, kim jesteśmy. Jeden z żołnierzy ze skórzanym biczem w ręku, zaczął bić mnie po całym ciele krzycząc, że mam powiedzieć prawdę. Płacząc powtarzałam, że z powodu dużego ostrzału uciekłam z domu i zapomniałam zabrać ze sobą dokumenty. Na pytanie, kim jest ten stary mężczyzna, odpowiedziałam, że go nie znam i spotkałam przypadkiem po drodze.

Po przesłuchaniu obolałą zaprowadzono mnie do komórki znajdującej się na podwórzu domu. Na zewnątrz stał żołnierz z karabinem w ręku.

Później na przesłuchanie wzięto ojca. Także on poświadczył to samo. Ponieważ podejrzewano, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami, oficer zaczął przeszukiwać ojca i obmacywał kieszenie jego ubrania. Natrafił na coś grubego. Rozciął kamizelkę i wnet wypadła z niej opaska z gwiazdą Dawida. Gdy Niemcy to zobaczyli, zdziwieni

[str. 447]

zapytali ojca: „Sind Sie Jude?” [*niem. Jesteście Żydem?]. Ojciec wielce się zdziwił, że nie pamiętał o wszytej w kamizelce na pamiątkę opasce. Starał się zachować spokój i zaprzeczył, że jest Żydem. Oficer skinął na jednego z żołnierzy i kazał zabrać ojca do sąsiedniego pokoju i dokładnie go zrewidować i sprawdzić, czy jest obrzezany. Tato przyznał więc, że jest Żydem i prosił, aby zastrzelili go na miejscu i nie torturowali.

Zaprowadzono go w jego kierunku wielkiego, wściekłego psa. Na całym ciele drżał ze strachu. Pies patrzył tylko na dygoczącego i wychudzonego ojca i nie ruszał się z miejsca. Niemcy stali wielce zdzwieni aż oficer zaczął szczuć. Zwierzę tylko spuściło łeb i nie chciało ruszyć mojego ojca. Rozwścieczeni Niemcy podbiegli do nagiego ojca i okrutnie go pobili. Wybili mu wszystkie zęby i ciągnęli krwawiącego na całym ciele przed podwórze do komórki, w której siedziałam już ja.

Ojciec leżał na ziemi nieprzytomny. Ze wszystkich sił zaczęłam go cucić. Gdy doszedł do siebie, podniósł rękę i łamiącym się głosem wyszeptał: „Boże, czego od nas chcesz?” Rozpoczęliśmy spowiedź. Drżałam na całym ciele i uderzałam głową w ścianę. Później, gdy leżałam bezsilnie wyczerpana nieustannym płaczem, zobaczyłam, jak ojciec wstał, podszedł do zamkniętych drzwi i spróbował je otworzyć. Był to ranek. Zauważył gospodarza domu, w którym znajdował się sztab wojskowy, idącego do toalety. Zapytał, gdzie jest wacha, bo, jak powiedział, też musiał się wypróżnić. Gospodarz odpowiedział, że żołnierze poszli spać.

Gdy goj wrócił do domu, zrozumieliśmy, że to nasza szansa na ucieczkę. W pośpiechu opuściliśmy komórkę i uciekliśmy. Pobiegliśmy na pole i próbowaliśmy się oddalić, ale nie wiedzieliśmy, dokąd. W końcu dotarliśmy do jakiegoś lasku i tam się schowaliśmy. Zatrzymaliśmy się przed lasem bojąc się wejść w jego głąb. Nie

[str. 448]

wiedzieliśmy, czy nie ma tam akowców. Na polu stały snopy słomy. W końcu schowaliśmy się w jednym z nich. Po około dwóch godzinach zauważyliśmy niemieckich żołnierzy z karabinami w ręku. Za nimi biegła chmara Polaków i krzyczała w stronę lasu: „Żydki, wychodźcie z lasu!” A gdy nikt nie wyszedł, zaczęli strzelać. Strzelanina była tak potężna, że wydawało nam się, że ziemia się trzęsie.

Gdy żołnierze odeszli, jeszcze bardziej baliśmy się wyjść ze snopa i zostaliśmy tam na noc.

Rankiem wygrzebaliśmy się z siana i rozprostowaliśmy bolące nogi. Chcieliśmy iść dalej. Nagle wyrósł przed nami chłop i zapytał, dokąd idziemy. Gdy poprosiliśmy go o kawałek chleba, kazał nam czekać i obiecał przynieść jedzenie. Nie chcieliśmy jednak czekać i poszliśmy dalej. Ojciec zatrzymał się i powiedział, że nie ma już siły iść dalej. Nie mieliśmy wyboru i znów schowaliśmy się w snopie siana. Zostawiłam ojca i sama poszłam szukać pożywienia.

Poszłam do pobliskiej kolonii. Gdy otworzyłam drzwi, w izbie ujrzałam starego mężczyznę. Przedstawiłam się jako chrześcijanka i opowiedziałam, że z powodu silnej strzelaniny na pobliskim froncie, straciłam swoją furmankę i poprosiłam o kawałek chleba. Goj kazał mi usiąść przy stole i skinął na żonę, aby dała mi jeść.

Gdy jadłam, gospodarz nie spuszczał ze mnie oczu. W końcu powiedział: „Nie sądź, że nie wiem, że jesteś Żydówką. Widać to po tobie. Ale się nie bój. Nie wydam cię i nie zrobię ci nic złego”. Zdałam sobie sprawę, że mam do czynienia z porządnym człowiekiem i o wszystkim mu opowiedziałem. Dał mi też jedzenie dla ojca.

Gdy wróciłam, ojciec nadal leżał bez sił. Musiałam mu odgryzać chleb, bo Niemcy wybili mu wszystkie zęby. Siedzieliśmy tak do wieczora, a gdy zrobiło się ciemno chcieliśmy pójść na sokołowski cmentarz. Ojciec jednak czuł, że nogi już mu nie służą i powiedział: „Słuchaj córko, widzisz przecież, że już nie mogę iść. Zostaw mnie i idź

[str. 449]

sama. Jesteś jeszcze młoda! Tylko jak przeżyjesz wojnę, nie zapomnij, że w tym miejscu został zamordowany twój ojciec albo zmarł z wycieńczenia”.

Poczułam, jak mi serce pęka. Zebrałam siły i postawiłam ojca na nogi. Oparł się o mnie i wspólnie powoli ruszyliśmy w drogę. Gdy się trochę rozruszał, doszedł do siebie. Szliśmy całą noc.

Rankiem spotkaliśmy dwóch uzbrojonych niemieckich żołnierzy. W wielkim strachu ukryliśmy się w zbożu. Ale i my zgubiliśmy się pośród gęstych i wysokich źdźbeł zboża. Krzyczałam i wołałam ojca, ale znikąd odpowiedzi. Szukałam go po całej drodze. Gdy znów spotkałam niemieckich żołnierzy, przeszłam obok nich z podniesioną głową. Nawet na mnie nie spojrzeli. W tym samym momencie usłyszałam strzał i krzyk: „Gwałtu!” Wydawało mi się, że zastrzelili mojego ojca.

Zaczęłam biec. Oby jak najdalej od tego miejsca. Nie będąc pewną, czy ojca na pewno zastrzelili, poszłam na sokołowski cmentarz. Pamiętałam słowa ojca, który upominał mnie, że mamy się tam spotkać, jak się zgubimy.

W pobliżu cmentarza spotkałam dwie chłopki. Rozpoznały we mnie Żydówkę i ostrzegły, że cała okolica roi się od niemieckich żołnierzy, kazały uciekać. Poszłam więc do wsi Repki.

Ale na miejscu rozciągał się już front. Nie miałam gdzie uciec. Niemcy zapytali mnie, dokąd idę. Odpowiedziałam, że do domu. Poradzili, aby dalej nie szła, bo są już tam Rosjanie. Zawróciłam więc i weszłam do jeden z chłopskich chat. Poprosiłam chłopkę o kawałek chleba. Dała mi cały bochenek. Odeszłam nieco nie chcąc przebywać tak blisko wojska aż przed jedną z chałup zobaczyłam siedzącą młodą chłopkę z trójką małych dzieci. Gorzko płakała. Gdy spytałam, dlaczego płacze, powiedziała, że jej pola leżą daleko od wsi

[str. 450]

i właśnie są na nich jej mąż z synem. A tam już Rosjanie i cała rodzina rozłączyła się. Namówiłam ją, aby za pomoc przyjęła mnie pod swój dach. Zgodziła się. Oddałam jej pół chleba. Nie trwało to długo, a Niemcy uciekli i jak burza do wsi wkroczyli Rosjanie.

Gdy byłam już wolna, poszłam do Skrzeszewa szukać ojca. Zastałam tam jedynie pięciu Żydów. Nic jednak o moim ojcu nie wiedzieli. Myślałam już, że ojciec nie żyje. Dwa dni później poszłam do pobliskiego szlacheckiego majątku z nadzieją, że może tam znajdę ojca. Po drodze spotkałam kilku chłopów. Powiedzieli, że właśnie widzieli mojego ojca. Nie mogłam im uwierzyć.

Gdy zaszłam do dworu, zobaczyłam starego, wymęczonego człowieka, który wydał się być do niego podobny. Jednak nadal nie mogłam uwierzyć, że to on.

Gdy ojciec podniósł głowę, zaczęłam krzyczeć: „Tato! Tato!”

Oboje zemdleliśmy.

Gdy doszliśmy do siebie, postanowiliśmy opuścić Polskę. I tak trafiliśmy do Izraela.

[str.451]

 

Gdalje Wiśnia

(Nes Ziona)

Błędne koło nieszczęśliwych wypadków

 

Podczas łapanek urządzanych na Żydów, razem z kuzynem Josefem Wiśnią, który mieszka obecnie we Francji, ukrywaliśmy się w stajni należącej do starego Żyda. Zamykał on jej wrota na cztery spusty, a my leżeliśmy tam schowani przez całą noc. O zmroku niejeden raz słyszeliśmy, jak prowadzą złapanych Żydów. Rano gospodarz poinformował nas, że następnej nocy niemiecka żandarmeria będzie w getcie szukać ukrywających się Żydów.

Z kuzynem stwierdziliśmy, że nie mamy już na co czekać i musimy uciec przez wysoki druciany płot otaczający getto. I rzeczywiście udało nam się przeskoczyć przez ogrodzenie. Dotarliśmy do wioski oddalonej o około 20 kilometrów od getta.

Ponieważ oboje mieliśmy blond włosy ani przechodzący Niemcy ani chłopi nie podejrzewali, że jesteśmy Żydami. Poszliśmy do chłopa, który zawsze prowadził interesy z moim ojcem. Poznał nas i nakarmił. Wkrótce poszliśmy do innej wsi, do chłopa, który kiedyś pracował u mojego ojca. Ten dał nam chleb i mleko i wypytywał, jak żyją moi rodzice w getcie. W tym momencie ktoś zaczął mocno walić do drzwi. Gdy chłop otworzył, naszym oczom ukazał się rozwścieczony, nieuzbrojony niemiecki żołnierz. Zmierzył chłopa ostrym wzrokiem i zapytał, gdzie są dwaj Żydzi, którzy kręcili się za chatą.

Chłop wystraszył się tak bardzo, że nie mógł nawet słowa z siebie wydobyć. Zorientowawszy się, co się dzieje, odpowiedziałem za niego: „Nie widzieliśmy tu żadnych Żydów”.

– Kto jest gospodarzem? – Niemiec zapytał.

– Ja – odpowiedział drżącym głosem chłop.

– Mów, gdzie są Żydzi? – krzyknął.

Chłop ze strachem w oczach popatrzył najpierw na Niemca, potem na nas,

[str. 452]

mając nadzieję, że Niemiec zrozumie jego spojrzenie.

– Czy to są Żydzi? – zapytał wskazując palcem na nas.

Niemiec podszedł do mojego kuzyna i uderzył go mocno. Potem zaatakował także mnie i kazał nam obu iść z nim do sołtysa.

Szliśmy przodem, Niemiec szedł za nami. Szliśmy szybko bojąc się, że będzie nas popędzał kopiąc swoimi ciężkimi buciorami. Po drodze kuzynowi udało się uciec. Niemiec tylko zazgrzytał zębami i powiedział do mnie, że zapłacę za to głową. Zaprowadził mnie do sołtysa. Tam zdjął szynel, aby łatwiej było mu mnie bić. Maltretował mnie i bił, aż wybił mi kilka zębów. Mdlałem kilka razy i za każdym razem, gdy mnie ocucono widziałem, że moja twarz i ręce są całe we krwi. Niemiec zaprowadził mnie na posterunek.

Znów szedłem przodem. Niemiec zatrzymał się ze mną przed jedną z chat i zaczął rozmawiać z mieszkającym tam chłopem. Nie spuszczał ze mnie oka, abym nigdzie mu nie uciekł.

Za chatą stali chłopcy i krzyczeli do mnie:

– Żydku, uciekaj, bo cię zabiją.

Nie zważając na zmęczenie i wycieńczenie, zdałem sobie sprawę w jak wielkim znajduję się niebezpieczeństwie. Nie wiem, skąd znalazłem siłę, ale szybko uciekłem.

Niemiec zaczął mnie gonić. Na szczęście byłem szybszy niż on i szybko dotarłem do mostu łączącego dwa brzegi wyschniętej rzeki. Biegłem dalej mostem, ale Niemiec najwidoczniej tego nie zauważył, bo pobiegł do rzeki.

Gdy przeszedł na drugi jej brzeg, znów mnie zauważył i zaczął gonić. Odwróciwszy się na chwilę, zobaczyłem, jak Niemiec zrzuca z siebie płaszcz i ściga mnie rozwścieczony.

Jakaś tajemna siła dodawała mi prędkości i

[str. 453]

w końcu hitlerowiec zniknął mi z oczu. Udałem się do znajomego chłopa Wyrowa. Nakarmił mnie a ja opowiedziałem mu o wszystkim.

Niemiec zabrał moje dokumenty i bałem się, że o mojej ucieczce powiadomi żandarmerię w Sokołowie, a ta zemści się na moich rodzicach. Postanowiłem, że nie będę u niego nocować i natychmiast wrócę do getta.

Noc była bardzo ciemna i nie widziałem, dokąd idę. Ale w końcu dotarłem do getta i przeskoczyłem przez płot. Zaszedłem do pierwszego domu i zapukałem do drzwi. Otworzył wystraszony mężczyzna, która wskazał mi wolne łóżko. Położyłem się spać. Nagle usłyszeliśmy łomot do drzwi. Serce waliło nam jak młot. Ale zaraz usłyszałem znajomy głos – był to mój kuzyn Josef Piekarski, który właśnie skądś wracał.
Rankiem bałem się iść do domu i poprosiłem, aby sprowadzono tu moich rodziców. Ci poszli zaraz do Judenratu i poprosili o pomoc dla mnie. Judenrat wpisał mnie na listę wysłanych do pracy. W kryjówce dostałem zapalenia płuc i długo leżałem w łóżku.

Każdego, komu nie udało się ukryć, łapano i wywożono w różne miejsce. My w getcie nie wiedzieliśmy, co się z tymi ludźmi stało.
W roku 1942, tuż przed Jom Kipur, w Sokołowie rozpoczęła się likwidacja getta. Rankiem Niemcy chcąc wystraszyć Żydów, otoczyli i ostrzelali getto. W wyniku tej straszliwej strzelaniny zginęło około tysiąc pięćset osób. Zaraz potem Niemcy weszli do getta, zajmowali po kolei domy i wyciągali Żydów z kryjówek. Załadowano ich na ciężarówki i wysłano na dworzec. Gdy przeszukali już każdy kąt, zostawili w getcie około dwustu Żydów, aby ci uprzątnęli stosy martwych ciał i wykonali inne prace.

Pozostawionych w getcie Żydów, samych mężczyzn, ulokowano na Małym Rynku i trzymano około pięciu tygodni.

Pewnego razu komendant getta (Poznaniak)

[str. 454]

przyszedł na Mały Rynek i wszystkim Żydom kazał zebrać się na podwórzu synagogi, aby można było ich przeliczyć. Gdy przyszli na podwórze, czekało już tam na nich SS z Treblinki. Zagoniono ich do przygotowanych zawczasu ciężarówek i odtransportowano do Treblinki. Tych, którzy próbowali uciec, zastrzelono na miejscu.

Jeszcze zanim przeprowadzono akcję wysiedleńczą do Treblinki, Żydzi prosili znajomych szlachciców, aby ci wystarali się u Niemców o przydzielenie im żydowskich robotników. Tak też się stało. Oczywiście każdy szlachcic pomagał swoim Żydom.

Także i mnie przydzielono do pomocy znanemu szlachcicowi Tadeuszowi Chroszczakowskiemu [?], którego majątek znajdował się pod wsią Skrzeszew. W majątku pracowało około piętnastu Żydów. Tam dotarła do nas wiadomość o tym, co wydarzyło się podczas ostatniej akcji likwidacyjnej w sokołowskim getcie. W majątku zostaliśmy do końca grudnia 1942 roku. Wówczas ukazało się rozporządzenie stanowiące, że wszyscy Żydzi znajdujących się na placówkach mają stawić się w gettach w Siedlcach lub w Kosowie.

Nasz szlachcic prosił Niemców, aby przedłużyli termin, ale ci nie chcieli o tym nawet słyszeć. Koniec końców szlachcicowi udało się wskórać tylko tyle, że trzech Żydów, którzy pracowali przy wytwarzaniu gontu, pozostało u niego na kolejne dwa tygodnie. Wiedzieliśmy, że jest to bardzo niebezpieczne. Naradziliśmy się więc z szlachcicem, co począć. Poradził nam abyśmy uciekali, bo Niemcy z pewnością przyjdą nas rozstrzelać.

Przygotowywaliśmy się do ucieczki, ale szlachcic rozkazał jednemu ze swoich parobków odwieźć nas wozem do Kosowa. Po drodze przekupiliśmy parobka, a ten wypuścił nas pod lasem. Poszliśmy głęboko w korczewski las. Spotkaliśmy tam piętnastu Żydów ukrywających się w podziemnym bunkrze. Zostaliśmy z nimi.

Dwa dni później dołączył do nas młodzieniec z Sokołowa i opowiedział nam, że ukrywał się z dwoma chłopcami po drugiej stronie lasu. Nagle w lesie zjawiła

[str. 455]

banda rosyjskich zbiegłych jeńców wojennych włóczących się po okolicy. Napadli na Żydów, zrabowali wszystko, co popadło i rzucili się na ludzi z siekierami i innymi tępymi narzędziami. W wyniku tej akcji zginęło czterech Żydów. Młodzieniec został z nami.

Po krótkim czasie banda zjawiła się i w naszej kryjówce Widząc, że jest nas wielu, zostawili nas w spokoju i powiedzieli tylko, że dobrze robimy ukrywając się w lesie.

Gdy sześcioosobowa banda odeszła, stwierdziliśmy, że pewnie poszli zawołać posiłki. Postanowiliśmy, że uciekniemy, ale nie wszyscy razem, a w mniejszych grupach. Pożegnaliśmy się i popłakaliśmy. Gdy zaczęliśmy się rozchodzić, z krzaków wyskoczyła grupa Rosjan z siekierami i żelaznymi prętami w ręku i napadła na nas. Zamordowali dwie osoby z naszej grupy. Jednym z martwych był Szlojme Kowalczyk, który dwa dni wcześniej uciekł z pociągu jadącego do Treblinki.

Wywiązała się bójka. Niektórzy moi towarzysze uciekli. Szmul Stocki ranił siekierą jednego z Rosjan. Gdy zobaczyłem, jak ten podnosi swoją siekierę i zamachuje się na Szmula, szybko złapałem topór i ruszyłem na niego. Rosjanie widząc nasz opór, wystraszyli się i uciekli.
Wyszliśmy z lasu. Ale znów skądś pojawili się Rosjanie i napadli na trzy żydowskie kobiety i szesnastoletniego chłopca. Jeden z nich uderzył żelaznym prętem chłopaka, który poniósł śmierć na miejscu. Zaczęli gonić uciekające kobiety, a gdy nie mogli ich dogonić, zaczęli ścigać mnie. Broniłem się siekierą. Trzymając w drugiej ręce tobołek z bielizną, zamachnąłem się nim. Rosjanie sądzili, chyba że w tobołku jest skarb, zostawili mnie i rzucili się w pogoń za paczuszką. Wykorzystałem okazje i uciekłem w głąb lasu.

Biegnąc po lesie, spotkałem dwój moich przyjaciół Natana Gwiazdę i Joela Szpadla, który niedługo po naszym spotkaniu został zamordowany. Droga była bardzo niebezpieczna, ale w końcu udało nam się dostać do szlacheckiego majątku w Karskich.

[str. 456]

Doszły do nas wieści, że w Karskich ukrywają się Żydzi.

Pracujący tam stróż zwierzył się nam, że to on ukrywa Żydów i za pieniądze, które mu daliśmy, zgodził się i nas wpuścić do kryjówki.
Spędziłem tam dzień i noc i postanowiłem opuścić przyjaciół i poszukać rozproszonych po lesie Żydów. Gdy wyszedłem na pole, zobaczyłem wielki stóg siana stojący na środku. Ze strachem zapytałem po polsku, czy ktoś tam jest. Nikt się nie odezwał. Zapytałem o to samo, ale w jidysz i zaraz moi towarzysze zaczęli wychodzić z kryjówki.

Zostałem z nimi. Ten samej nocy śpiąc na sianie, śniło mi się, że moi rodzice i dwóch braci, którzy zginęli w Treblince, siadają u moich stóp i krzyczą, że mam nie czekać, aż będzie jasno, a od razu uciekać.

Gdy się obudziłem było jeszcze ciemno. Opowiedziałem mój sen towarzyszom. Prawie wszyscy byli przekonani, że ten sen coś znaczy i powinniśmy opuścić pole. Udaliśmy się do wsi Kruszew.

Dwa tygodnie później, gdy wróciłem na to miejsce w poszukiwaniu chleba, stróż opowiedział mi, że gdy opuściliśmy kryjówkę, przyszli uzbrojeni Niemcy i szukali w stogach ukrywających się Żydów.

Jakiś czas później dowiedziałem się od znajomego, gdzie ukrywa się mój kuzyn. Spotkaliśmy się i od tego momentu już razem włóczyliśmy się kolejne kilka miesięcy. Nocowaliśmy, gdzie popadnie, aż Ruwen Miodowski, który ukrywał się u goja, dowiedział się, że żyjemy. Poprosił gospodarza, aby nas odnalazł. I tym sposobem znaleźliśmy się w jego kryjówce. Łącznie ukrywało się tam pięcioro Żydów.

Pewnej nocy, gdy spaliśmy w ciemnym dole, usłyszeliśmy, jak ktoś wali mocno w okno chałupy naszego gospodarza.

„Kto tak wali?” – pytał gospodarz łamiącym się głosem.

„Otwieraj! Ukrywasz Żydów – odpowiedział ktoś po polsku. – Otwieraj stodołę, bo wiemy, że tam ich schowałeś!”

[str. 457]

Gospodyni wyszła na zewnątrz i otworzyła drzwi do stodoły. Grupa łobuzów wbiegła do środka. Porozrzucali siano, pukali w podłogę i kłuli widłami miejsca, w których podejrzewali znaleźć ukrywających się Żydów. Naszej kryjówki znajdującej się pod podłogą w izbie mieszkalnej nie znaleźli.

Pozostaliśmy tam aż do wyzwolenia.

[str.458]

 

Pola Szwarc

(Tel Awiw)

Po aryjskiej stronie

 

Gdy Niemcy zajęli Sokołów, mój ojciec Aron Wąs pracował jako felczer w Ośrodku Zdrowia. Naziści torturowali go, żądając, aby zdradził, gdzie ukryta jest broń, bo w Ośrodku znaleziono granat, który zostawiła wycofująca się polska armia. Ale ponieważ ojciec nie wiedział, co powiedzieć, aresztowano go i wraz z innymi wywieziono w nieznanym kierunku. My jednak nie spoczęliśmy i dzięki interwencji kilku znanych polityków, którzy naszego ojca bardzo lubili, Niemcy zwolnili go z więzienia.

Pewnego razu Niemcy weszli do zakładu fotograficznego należącego do mojego brata Mojszego. Przeprowadzili tam rewizję. Ze złości, że nic nie udało im się znaleźć – mój brat zawczasu ukrył aparaty – zarekwirowali wszystko, co wydawało im się cenne. Na stole stała butelka gorzałki, którą próbowałam ukryć. Niemcy jednak ją zauważyli i już zaczęli rozlewać wódkę do szklanek, które im podałam.

Esesman wręczył mi szklankę i kazał wypić. Gdy już sobie popili, poprosiłam, aby już sobie poszli i zostawili nas w spokoju. Nie wiedziałabym, czy moja prośba coś wskórała, gdyby nie następująca sytuacja. Siostra mojej matki miała w Warszawie znajomą o nazwisku Petersburska. Syn pani Petersburskiej, muzyk z zawodu, uciekł do Rosji. Przejeżdżając przez Sokołów wstąpił do nas przekazać pozdrowienia od matki. Gdy pewnego razu esesmani postanowili przeprowadzić w naszym domu rewizję i zrabować wszystkie cenne rzeczy, muzyk ten przebywał u nas. Zaraz wdał się w gadkę z nazistami, a mówił płynnie po niemiecku. Opowiedział im, że długo mieszkał w Berlinie i grał tam w niemieckiej orkiestrze. Niemcy – sami pochodzący z Berlina – zaczęli zadawać mu szczegółowe pytania. A ponieważ powiedział im nawet nazwę ulicy, na której znajdował się teatr, uwierzyli mu

[str. 459]

i nie wzięli nic z jego rzeczy.

Mój ojciec pojechał razem z muzykiem Petersburskim do Siemiatycz po sowieckiej stronie i po dwóch miesiącach wrócił do Sokołowa.
Zaraz po powrocie ojca w Sokołowie powstało getto. Musieliśmy opuścić nasze piękne mieszkanie i przenieść się do mniejszego. Ojciec cieszył się dużą sympatią Polaków, więc Niemcy kazali przydzielić nam lepsze i większe mieszkanie. W getcie ojciec nadal praktykował jako felczer i ratował ludzi nie biorąc za to żadnych pieniędzy.

Gdy utworzono Judenrat, wszyscy chcieli, aby mój ojciec został jego przewodniczącym. Ojciec jednak się nie zgodził. Do objęcia tego stanowiska rwał się za to Nachum Lewin i to jego kandydatura została zarekomendowana na jego miejsce. Lewin został przewodniczącym Judenratu i sprawował tę funkcję aż do likwidacji getta.

W Szczeglacinie, około osiemnaście kilometrów od Sokołowa, Niemcy założyli obóz i przenieśli tam kilkuset Żydów z sokołowskiego getta. Także moich rodziców. W przeddzień Jom Kipur ojciec zostawił matkę w obozie, a sam zakradł się do Sokołowa.

Gdy Niemcy podczas ostatecznej likwidacji ostrzeliwali getto, razem z ojcem i mężem Awromcze Zajdenbergiem ukryliśmy się w bunkrze, w domu, w którym mieszkaliśmy. Zostaliśmy tam przez kilka dni. Nocą opuściliśmy schronienie i w ciemności udaliśmy się do Gródka, gdzie miejscowy szlachcic zatrudniał Żydów.

Ojciec spędził z nami kilka dni, ale nie mogąc usiedzieć na miejscu, wrócił do matki do Szczeglacina. Po miesiącu zlikwidowano również i ten obóz. Prawdopodobnie wtedy zastrzeleni zostali także moi rodzice.

Pewnego dnia Niemcy wydali rozporządzenie zachęcające ukrywających się Żydów do dobrowolnego stawienia się na gestapo. W zamian za współpracę obiecano mieszkanie i pracę. Z mężem nie posłuchaliśmy rozkazu, jak zrobili to inni, a udaliśmy się z powrotem do Sokołowa. Znajomy Polak za wielką sumę pieniędzy wyrobił dla nas aryjskie dokumenty. Od tej chwili nazywałam się Janina Głowińska a mój mąż Józek Korzedocki. Wyjechaliśmy do Warszawy szukać

[str. 460]

mieszkania. Jednak było to bardzo trudne. Niespodziewanie na ulicy Bródno spotkaliśmy chrześcijankę, która w Sokołowie miała siostrę. Za pieniądze zgodziła się mnie przyjąć do pracy. Udało mi się wybłagać, aby przyjęła także mojego męża. Nie zostaliśmy jednak u niej długo, bo sąsiedzi rozpoznali w nas Żydów. Nasza gospodyni załatwiła nam inną kryjówkę na Pradze. Był to rok 1943.

Bardzo cierpieliśmy. Trzymano nas tylko dla pieniędzy. W między czasie zaszłam w ciążę i urodziłam chłopca. Gdy wróciłam do domu z kliniki z dzieckiem, gospodyni nie chciała nas już ukrywać. Byliśmy zrozpaczeni i nie wiedzieliśmy, gdzie pójść z niemowlęciem na rękach. Gojka jednak się nad nami zlitowała i kazała pojechać do kobiety mieszkającej w miasteczku Grodzisk pod Warszawą.

Rodzina Wyborskich z Grodziska przysporzyła nam wielu cierpień, mimo że im dobrze płaciliśmy. Jedzenie, które nam dawali, było gorsze niż dla psa. Pewien raz w maju 1943 roku do naszych gospodarzy przyszła grupa ukraińskich pogromszczyków grać w karty. Na początku nie wiedzieliśmy, kim oni są. Tydzień później nagle ktoś głośno załomotał do drzwi. Gospodarza nie było w domu. Na pytanie, kto to, padła odpowiedź, że żandarmeria. Gospodyni otworzyła. Mój mąż wystraszony pobiegł do drabiny w przedpokoju, która prowadziła na strych. W tym samym momencie jeden z bandytów strzelił i trafił go w prawe ramię. Mój ranny mąż spadł z drabiny. Zaciągnięto go do oświetlonego pokoju. Usłyszałam, jak żandarm zażądał od męża okazania dokumentów. Dokument potwierdził, że jest chrześcijaninem i razem z mężem weszli do mnie do pokoju. Wylegitymowali mnie i zapytali, czy jestem jego żoną. Odpowiedziałam, że go nie znam. Zostawili mnie w spokoju, a z mężem wrócili do izby. Słyszałam jak jeden z żandarmów pytał go, czy mnie zna. Mąż odpowiedział, że nie wie, kim jestem, i że nie wie nawet, gdzie w czyim mieszkaniu się znajduje, bo się upił i wkradł się tu w nocy.

[str. 461]

Nie rozumiałam, dlaczego nie pytają o to gospodyni. Najstarszy z żandarmów kazał przeszukać męża. Nagle usłyszałam wystrzał, a małżonek upadł na podłogę. Drążąc na całym ciele nasłuchiwałam. Rannego wyciągają go na ulicę. Siedziałam jak sparaliżowana nie mogąc się ruszyć z miejsca.

Po chwili gospodyni weszła do pokoju i kazała mi wynosić się z domu. Prosiłam ją, aby choć przetrzymała mnie do rana, ale nie chciała nic o tym słyszeć i pchała mnie w kierunku drzwi. Przygotowywałam się do opuszczenia mieszkania. Gojka nie pozwoliła mi nawet zabrać moich rzeczy. Wzięłam ze sobą tylko pieluchy mojego syna. Otuliłam dziecko i ruszyłam w kierunku dworca.

Gdy podeszłam do oświetlonego wagonu pełnego pasażerów, Niemcy stojący na peronie krzyknęli na mnie: „Podejdź tutaj!” Serce waliło mi ze strachu jak młot. Ledwo mogłam zachować spokój i wstrzymując oddech podeszłam do nich. Zaprowadzili mnie do wagonu i jednemu z pasażerów kazali ustąpić mi miejsca.

Dojechawszy na miejsce, wyszłam z Dworca Głównego w Warszawie i włóczyłam się bez celu. Byłam tak wykończona psychicznie i fizycznie, że nawet nie czułam ciężaru dziecka na ręku. Szłam jedną ulicą, potem drugą aż znalazłam się przy szlabanie oddzielającym getto od reszty miasta. Nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Przy szlabanie nie było nikogo. Weszłam do jednego z mieszkań. Nagle przede mną wyrosła starsza chrześcijanka o dobrotliwej twarzy. Stałam zdenerwowana i w napięciu, bo wydawało mi się, że rozpoznała we mnie Żydówkę. Na pytanie, jak przeszłam przez szlaban, nie znalazłam odpowiedzi. Popatrzyła na mnie, pokręciła głową i kazała pójść za kotarę do ciemnej kuchni. Przyniosła mi jedzenie. Ogrzałam się i trochę odpoczęłam. Następnego dnia uprzejmie poinformowała mnie, że szlabanu znów nikt nie pilnuje i kazała iść.

Pociągiem pojechałam w kierunku Częstochowy. Trasę Warszawa – Częstochowa przemierzałam całymi tygodniami, bez przerwy, chroniąc się tak nie tylko przed niebezpieczeństwem zostania

[str. 462]

rozpoznaną jako Żydówka, ale także przez zimnem i głodem, bo w pociągu łatwiej było zdobyć jedzenie. Byłam zmęczona ciągłym chodzeniem po wagonach, do tego martwiłam się moimi włosami, które kiedyś pofarbowane na blond, zaczęły ciemnieć i coraz bardziej podkreślały mój żydowski wygląd.

Nagle zdałam sobie sprawę, że pasażerowie patrzą się na mnie zdziwieni, szepczą sobie coś na ucho i wzruszają ramionami. Wyczułam czyhające niebezpieczeństwo i z napięciem czekałam, aż dojedziemy do Warszawy. Był to chłodny dzień, a ja byłam bardzo zmęczona i bałam się, że z wycieńczenia stracę przytomność. Przypadkowo dowiedziałam się, że na Alejach Jerozolimskich 76 u stróża w oficynie jest przytułek dla bezdomnych ludzi. Zaraz tam poszłam i rzeczywiście zastałam wielu bezdomnych lub ludzi, którzy spóźnieni przyjechali z dalekich miast. Siadłam w kącie pod ścianą i ze zmęczenia zasnęłam. Nagle usłyszałam jak pewna gojka mówi na głos: „Żydówka wśród nas!” Ukrywałam moje zdenerwowanie i znając bardzo dobrze polski język, odpowiedziałam, że się myli. Później stróż, który był członkiem polskiego podziemia, wziął mnie na stronę i w zaufaniu zapytał, czy rzeczywiście jestem Żydówką. Ja jednak pozostałam przy swoim i jako dowód pokazałam mu moje dokumenty.

– Lepiej dla ciebie i dla twojego dziecka – mówił do mnie miłym głosem. – Jeśli się przyznasz. Przyznaj się, a ja wam pomogę. Twoje dziecko na pewno uda się uratować.

Milczałam i tylko spuściłam wzrok. Stróż już o nic nie pytał i dobrze mnie nakarmił. Powiedział też, że dziecko może zaraz zanieść do domu dziecka na ulicy Nowogrodzkiej 76. Zatroszczy się o to, aby niczego mu tam nie brakowało, a gdy skończy się wojna, będę mogła je odebrać.

Przystałam na to.

Gdy dziecko trafiło do przychówka, zaczęłam szukać pracy. Znalazłam zajęcie w restauracji. Już tam pracując dowiedziałam się, że właścicielem jest Ukrainiec. W restauracji wszyscy byli zadowoleni z mojej pracy, ale ku mojemu wielkiemu nieszczęściu goście rzucali na mnie podejrzliwe

[str. 463]

spojrzenia. Właściciel wezwał mnie pewnego dnia do siebie, zapłacił, co mi się należało i kazał się stamtąd wynosić.

Szukałam więc innej pracy. Próbowałam jak tylko mogłam, ukryć moje włosy, bo niebezpieczeństwo czyhało na mnie już na każdym kroku. Ale szybko nie udało mi się nic znaleźć. Zaraz rozpoczęła się łapanka na roboty do Niemiec. Złapano także mnie i wysłano do Breslau.

Przydzielono mnie do pracy w gospodarce pewnego Niemca. Później dowiedziałam się, że jego syn jest esesmanem. Nie było mi tam źle. Wkrótce też gospodarz zwolnił mnie z pracy i odesłał do Polski. Może podejrzewał, że jestem Żydówką.

Dotarłam do Krakowa i tam także stawiłam się do pracy jako pokojówka. Po pewnym czasie moi polscy pracodawcy odkryli moje żydowskie pochodzenie i mnie zwolnili.

Pojechałam więc do Częstochowy. Przez dwa tygodnie pracowałam na strzelnicy, potem w koszarach. Miałam zawsze co zjeść. Pewnego razu wezwano mnie do kancelarii na przesłuchanie. Wypytywano o wszystkie szczegóły mojej przeszłości. Poczułam zbliżające się niebezpieczeństwo i zrozumiałam, że pracownice, głównie folksdojczki, na mnie doniosły. Przesłuchujący kazał mi wracać do pracy.

Przeczucie mi jednak podpowiadało, że nie mam na co czekać i powinnam stamtąd uciekać. Niewiele myśląc założyłam płaszcz i podeszłam do budki strażniczej. Tam stał uzbrojony żołnierz. Odważnie przeszłam obok niego.

– Dokąd? – zapytał.

– Kazano mi iść na zakupy – odpowiedziałam z uśmiechem.

Puścił mnie. Gdy zniknęłam mu z oczu, zaczęłam iść szybciej. Poszłam w stronę miasta.

Nagle jednak zachorowałam i trafiłam prosto do szpitala. Miałam wysoką gorączkę i przez sen musiałam mówić rzeczy, które mnie zdradziły. Skończyłoby się to dla mnie z pewnością źle, gdyby nie

[str. 464]

przyszedł folksdojcz, który utrzymywał, że mnie zna. Zadziało to i już nikt mnie się nie czepiał. Folksdojcz zlitował się nade mną. Gdy poszedł, antysemitki pożerały mnie swoimi dzikimi spojrzeniami i wyklinały: „parszywa Żydówka”. Dobra pielęgniarka zlitowała się nade mną i przeniosła mnie do innej sali.

Pod wyzwoleniu pojechałam odebrać moje dziecko z ochronki, którą polskie podziemie przeniosło do Pruszkowa pod Warszawą.

Dowiedziałam się tam, że zamożne bezdzietne małżeństwo z Gniewkowa pod Toruniem adoptowało mojego syna. Natychmiast pojechałam na miejsce. Małżeństwo, właściciele cukierni, nie chcieli nic słyszeć o oddaniu dziecka. Dopiero po długich pertraktacjach prowadzonych przez ważne osoby i za pokaźną sumę, którą zapłacił mój ówczesny mąż, odzyskałam syna.

[str. 465]

 

Szimen Grinszpan

(Nes Ziona)

Uciekłem z Treblinki

 

W jeden z szabasów roku 1939 wojska Hitlera wkroczyły do Sokołowa. Jeszcze tego samego dnia grupa żandarmów i Ukraińcy wpadła do besmedreszu z pistoletami w ręce. Widząc wielu modlących się zaczęli strzelać w kierunku babińca zabijając Chane Siedlecki. Wybuchła wielka panika i ludzie ze strachu zamknęli się w domach. Następnego ranka łapano mężczyzn do pracy bojąc się przy tym niemożebnie.

Dwa dni później Niemcy opuścili Sokołów. Do miasta wkroczyła armia czerwona. Gdy po tygodniu Niemcy znów wrócili, wielu Żydów z Sokołowa, opuściło miasto wraz z Rosjanami. Niemcy, ku wielkiemu zdziwieniu pozostałych w Sokołowie Żydów, nie zemścili się na nich. Wykorzystywano ich tylko do różnych ciężkich prac.

W roku 1941, zaraz po wypowiedzeniu wojny Rosji, Niemcy utworzyli getto. Powołali też Judenrat na czele z Nachumem Lewinem.
W tym samym czasie Niemcy nakazali Żydom z okolicznych wsi przenieść się do sokołowskiego getta. W żydowskich domach zapanowała ciasnota i po całym terenie rozniósł się tyfus plamisty. Śmiertelność była ogromna.

Do chwili wysiedlenia Niemcy kazali Judenratowi każdego dnia dostarczyć pewną liczbę Żydów do pracy. Judenrat chętnie spełniał ich żądania, mimo że żydowscy robotnicy byli okrutnie bici. Dopiero wiele dni później, gdy od gojów dowiedzieliśmy się, że Żydzi z sąsiedniego miasteczka Sterdyni, których wywieziono rzekomo do pracy w Treblince, już nigdy z niej nie wrócą, zrozumieliśmy o co chodzi

[str. 466]

i nie słuchaliśmy już rozkazów Judenratu.

Esesmani rozkazali dostarczyć trzystu mężczyzn. Za niespełnienie żądania zagrozili, że sami będą wyciągać ludzi z łóżek. Nie mając innego wyjścia, na wezwanie Judenratu stawiło się prawie całe getto, młodzi i starzy mężczyźni. Ku wielkiemu zdziwieniu esesmani wybrali spośród nich tylko trzydziestu i wysłali na sześć tygodni do Treblinki. Gdy po wyznaczonym terminie nie wrócili, ich żony i dzieci, ojcowie i matki z płaczem interweniowali w Judenracie. Uspokojono ich zapewniając, że w najgorszym przypadku będzie trzeba ich wykupić. I rzeczywiście tak się stało, wykupiono ich za wielką sumę. Nie wszyscy jednak wrócili. Ci, którym się udało byli ledwo żywi. Opowiadali, że niedaleko od ich miejsca pracy, około pół kilometra, słychać było przeraźliwe krzyki. Przez cały czas widać było też unoszący się do nieba dym. Było jasne, że plotki o krematorium, o którym opowiadali goje, są wiarygodne. W mieście wybuchła panika.

22 września 1942 zaraz po Jom Kipur miasto niespodziewanie zostało otoczone przez esesmanów i Ukraińców. Zaczęli strzelać. Wiedzieliśmy, że oznacza to jedno, rozpoczęła się akcja. Hitlerowscy mordercy ostrzeliwali żydowskie domy z karabinów maszynowych i wyrzucali małe dzieci przez okna domów. Zaganiali kobiety, mężczyzn i dzieci do wielkiej synagogi i przetrzymawszy ich tam cały dzień, wieczorem wywozili do Treblinki.

Gdy akcja się skończyła, w getcie pozostało około stu Żydów, którzy mieli zakopać trupy zamordowanych podczas strzelaniny. Po trzech miesiącach także ich wywieziono do Treblinki. Od nich dowiedziałem się, że jeszcze w getcie zastrzelono cały sokołowski Judenrat.

W Treblince nr 1 znajdował się obóz pracy, w którym pracowali wybrani ludzie z całego kraju. Praca była bardzo ciężka. Za najmniejsze przewinienie straszliwie bito. Często

[str. 467]

wysyłano nas do pracy do sąsiedniej wsi Małkini, a większość z zesłanych tam, już nigdy nie wracała.

Jesienią [*2 sierpnia] 1943 roku nagle wybuchło powstanie w Treblince numer 2. Powstańcy zabili esesmana i kilku Ukraińców i przetarli tym samym drogę do ucieczki kilkuset Żydom. W tym samych czasie przejeżdżał pociąg z niemiecką armią. Pociąg zatrzymał się a żołnierze zajęli pozycje. Stopniowo otaczali okoliczny las, gdzie ukrywali się zbiegli Żydzi. Zastrzelili połowę uciekinierów.

Po powstaniu z mojego miejsca pracy udało się uciec ośmiu mężczyznom. Także ja byłem wśród nich. Gdy zbliżaliśmy się już do lasku i byliśmy oddaleni o siedem kilometrów od obozu, zobaczyliśmy jak esesmani i Ukraińcy gonią nas strzelając w naszym kierunku. Grad kul na szczęście nikogo z nas nie trafił i udało nam się ukryć w głębi lasu. Zbóje nie weszli do lasu, najwidoczniej się bali.

Wyczerpani i ledwie żywi ze zmęczenia i strachu wyszliśmy z lasu i na skraju ujrzeliśmy osamotnioną chłopską chatę. Gdy się zbliżyliśmy, stróżujący pies zaczął ujadać. Zaraz z chaty wyszedł chłop z lampą w ręku. Poprosiliśmy go, aby nas ukrył, ten zaś odpowiedział, że ukrywa już u siebie kilku Żydów, ale zamierza ich wyrzucić, bo ci nie mają już pieniędzy, aby mu za kryjówkę zapłacić. Ponieważ trzech z nas miało wszytą w ubranie sporą sumę pieniędzy, przekonaliśmy gospodarza, aby dał nam schronienie. Zabrał od nas wszystkie pieniądze.

Zaprowadził nas do stodoły, w której leżało skoszone siano. Otworzył właz do głębokiej piwnicy i wszyscy szybko tam weszliśmy. W piwnicy nie było okna. Mrok rozświetlał tylko słaby blask świecącej się lampy. Zaraz rozpoznaliśmy ukrywających się tam Żydów, byli to mieszkańcy naszego miasteczka.

Od nich dowiedzieliśmy się, że chłop

[str. 468]

już od dawna planuje wydać ich w ręce Niemców. Nie uczynił tego tylko dlatego, bo jego zięć, komunista, zagroził mu, że jeśli to uczyni i wyda nieszczęsnych Żydów, albo gdy ich wypędzi, partyzanci się na nim zemszczą, a może nawet podpalą chatę.

[str. 469]

 

Szmuel Kohen

(Kriat Szalom)

Tamte czasy

 

Gdy Niemcy w 1939 roku zajęli Sokołów, pół miasta uciekło na okupowane sowieckie tereny. Ponieważ ich domy stały puste, Niemcy sprowadzili z Kalisza około dziesięć tysięcy Żydów oraz wielu Polaków z poznańskiego. Dla kogo nie starczyło miejsca, dokwaterowywany zostawał do innych rodzin, alby wysyłany do okolicznych wiosek.

Gdy założono getta, sokołowscy Żydzi mieli zostać wywiezieni do Węgrowa (do „Judenstadt” jak nazywali Węgrów Niemcy). Jednak Tsilow [?], szef okręgowej policji kryminalnej, który okazał się przyjacielsko nastawiony do Żydów, uparł się, aby i w Sokołowie powstało getto.

Tsilow pochodził z okolic Berlina. Był mężczyzną w średnim wieku a swój urząd piastował jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Mój ojciec Menachem przed krótki czas zajmował stanowisko prezesa sokołowskiego Judenratu i w tym czasie poznał Tsilowa. Zdarzało się, że pijany stroił sobie żarty z Hitlera. Jak bardzo getto, a szczególnie moja osoba, skorzystały z dobroci Tsilowa, niech zilustrują następujące przykłady. Uzbrojeni żołnierze Wehrmachtu nieraz przechadzali się wzdłuż granicy getta i strzelali do stojących na granicy żydowskich domów. Było wiele ofiar śmiertelnych i wielu rannych. Strach w getcie był wielki – członkowie Judenratu spotkali się w wielkiej trwodze i postanowiono zwrócić się do Tsilowa z prośbą o pomoc. Tsilow kazał przynieść łuski z wystrzelonych w kierunku getta nabojów. Zabrał je i poszedł interweniować w koszarach. Nigdy więcej niemieccy żołnierze nie strzelali w kierunku getta.

Pewnego razu inspektor pracy, dziki esesman urządził u siebie w mieszkaniu przyjęcie, na które zaprosił wielu swoich kamratów. Ponieważ mój warsztat znajdował się pod jego mieszkaniem, wezwał mnie i kazał mi iść do Judenratu i zażądać, aby wysłali mu dziesięć

[str. 470]

lamp. Gdy Szlafmic, członek Judenratu, nie dostarczył lamp, inspektor uznał, że go okłamałem i kazał mnie szukać.

Następnego dnia policjant z getta przyszedł do mnie i poradził, żebym nie pokazywał się nigdy więcej inspektorowi na oczy, jeśli jest mi życie miłe. Tak też uczyniłem.

Pijany i wściekły inspektor pobiegł do Judenratu i obiecał, że jeśli mnie nie wydadzą, do odpowiedzialności zostaną pociągnięci inni Żydzi.
Kazano mi więc się stawić. Także mój ojciec był tego zdania. Ale ja bałem się tak bardzo, że nie stawiłem się, czując, że wściekły inspektor nie odpuści mi mojego grzechu. Poszedłem więc do Tsilowa i o wszystkim mu opowiedziałem. Wysłał tajnego agenta w cywilu i kazał mi stawić się do inspektora. Tak też zrobiłem. Agent stanął za drzwiami. Wcześniej powiedział mi, że gdy inspektor zechce wyrządzić mi krzywdę, mam głośno krzyczeć. Będzie to dla niego znak, że ma mi pomóc.

Z wybuchem niemiecko-sowieckiej wojny sytuacja w getcie bardzo się zmieniła. Wszędzie panował głód. Niemiecka armia szybko zajęła polskie tereny dotychczas okupowane przez Sowietów. Zwycięstwo jeszcze bardziej ośmieliło esesmanów, a panika w mieście rosła. Ludzie w getcie byli zrozpaczeni i bezbronni, a nadzieja na wyjazd zagranicę we wszystkich już zgasła.

[str. 471]

W tym czasie inspektor pracy wybrał około pięćdziesięciu Żydów – młodych chłopców i dziewczyny i wysłał ich do pracy w lazarecie, który znajdował się na granicy miasta. (Także ja znajdowałem się wśród nich).

Lazaret zajmował wielki obszar i znajdował się w dużym baraku wyposażonym w niezliczoną ilość łóżek.

Gdy przeszliśmy lekarską kontrolę, zwolniono nas z konieczności noszenia opaski z gwiazdą Dawida i wydano niebieskie książeczki pracy, w których zaznaczono, że jesteśmy Żydami.

Pracowaliśmy ciężko, ale warunki nie były złe. Nasze przepełnione bólem serca napełniały się radością widząc tysiące rannych niemieckich żołnierzy przywiezionych do lazaretu prosto z frontu. Wielu z nich zaraz po przybyciu umierało.

Pewnego razu przydarzył się następujący przypadek. Chciałem odwiedzić moją rodzinę w getcie i poprosiłem głównego lekarza o kilkudniowe zwolnienie od wykonywanych prac. Wystawił mi potrzebne zaświadczenie. Szedłem więc bez opaski na ręku niczego się nie obawiając. Pewnego popołudnia, gdy, jak zawsze, szedłem ulicą bez opaski, zauważyłem, że idzie za mną esesman. Nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi i wszedłem do domu. Gdy stałem już w pokoju, poczułem, że Niemiec stoi obok mnie. Patrzył na mnie ze złością i zapytał, dlaczego nie noszę opaski. Pokazałem mu zaświadczenie od lekarza z lazaretu. Ten jednak nie chciał nawet na nie spojrzeć i krzyknął tylko: „Scheiße!” [*niem. gówno].

Gdy jeszcze raz powiedziałem, że zaświadczenie wydał mi główny lekarz z lazaretu, nie chciał tego nawet słuchać i cały czas krzyczał: „Scheiße! Scheiße!” W tym samym momencie wyjął z pochwy swój bagnet (ostrej broni przy sobie nie miał) i zagroził, że mnie nim dźgnie, jeśli z nim nie pójdę. Gdy nie ruszyłem się z miejsca, chciał już się na mnie rzucić. Rozwścieczony zaczął gonić mnie wokół stołu. Trwało to kilka minut, aż udało mu się dźgnąć mnie bagnetem w kark. Czując ogromny ból, złapałem ławkę i z całej siły uderzyłem go w głowę.

[str. 472]

Uciekłem na zewnątrz, gdzie zobaczyłem matkę stojącą z załamanymi rękoma.

Wbiegłem do czyjegoś mieszkania i dopiero tam zdałem sobie sprawę co zrobiłem uderzając esesmana. Jak zawsze w beznadziejnych sytuacjach poszedłem do Tsilowa i o wszystkim mu opowiedziałem. Obiecał, że sprawę wyjaśni.

Gdy wróciłem do lazaretu, zaraz zameldowałem się u głównego lekarza i opowiedziałem mu o wszystkim. Doktor bardzo się zdenerwował. Prawdopodobnie nie dlatego, że esesman chciał mnie zabić, ale dlatego, że ten nie liczył się z wystawionym przez niego zaświadczeniem i nazwał je gównem. Doktor również nie popuścił i zażądał wyjaśnień.

W międzyczasie ktoś doniósł esesmanowi, że zarówno Tsilow, jak i główny lekarz chcą go wiedzieć. Udał więc, że jest chory i zabrano go do lazaretu. Gdy doktor się o tym dowiedział, sam poszedł go zbadać. Jak się okazało, że nic mu nie dolegało i chciał tylko uniknąć służby.

Pewnej niedzieli stałem pod barakiem skąd rozciągał się widok na dworzec kolejowy. Zobaczyłem jak na stację prowadzą sokołowskich Żydów. Także moi przyjaciele widzieli ten pochód i dopiero wtedy zrozumieliśmy, co oznaczała wieczorna strzelanina.

Widzieliśmy zmęczonych i zmarnowanych ludzi, którzy szli ze spuszonymi głowami pilnowali przez surowych, nielicznych strażników. Zaraz zagoniono nas z powrotem do baraków i nic więcej już nie widzieliśmy.

Po pewnym czasie z Treblinki przyjechał wyższej rangi esesman i nakazał wszystkim z lazaretu ustawić się w rzędzie: mężczyźni po prawej, kobiety po lewej stronie. Gdy staliśmy, słyszeliśmy, jak żaden z naszych majstrów nie chciał oddać

[str. 473]

swoich pracowników. Stanęło na tym, że z całej grupy oficer wybrał siedemnastu.

Wkrótce do lazaretu wróciło sześć osób, które opowiedziały o strasznych rzeczach, jakie tam zobaczyły. Po sześciu tygodniach ten sam esesman przyjechał ponownie tym razem żądając dwudziestu pięciu robotników. Miał ze sobą gotową imienną listę, na której znajdowały się głównie kobiety. Tym razem także udało mi się pozostać w lazarecie.

Przyglądając się tym działaniom, zrozumieliśmy, że wkrótce przyjdzie i nasza kolej na wyjazd do Treblinki. Zaczęliśmy myśleć o ucieczce.
Wkrótce mi i piątce moich towarzyszy, wśród których znajdowała się jedna kobieta, udało się uciec. Udaliśmy się do sokołowskiego getta. Dowiedzieliśmy się, że po likwidacji getta stu pięćdziesięciu Żydów ukryło się w podziemnych kryjówkach. Gdy tylko zaczęliśmy ich szukać, złapano nas i zaprowadzono na komendę, która znajdowała się w domu Nachuma Lewina. Po drodze mocno nas bito. Zamknięto nas w zlikwidowanym magazynie. Na jednej ze ścian znajdowało się małe okienko. W środku siedzieli już Żydzi złapani na ulicach Sokołowa. Na zewnątrz pod oknem leżało ciało Elji Pęcaka. Położyli je tam Niemcy, aby zniechęcić ludzi do ucieczki. Elje Pęcak został zastrzelony, gdy wrócił do lazaretu po ucieczce z pociągu jadącego do Treblinki.

Wiedzieliśmy, że zaraz nas zamordują albo wywiozą do obozu zagłady, więc razem z czterema towarzyszami i dziewczyną z Kalisza, szukaliśmy sposobności ucieczki. Wkrótce też nadarzyła się okazja. Jeden z sokołowskich gojów ukradł szafę pełną towarów, która stała w tym domu Nachuma Lewina. Uzbrojony strażnik przyłapał złodzieja na gorącym uczynku, zaczął się z nim szarpać. Ponieważ wartownik zajęty był zaistniałą sytuacją, skorzystaliśmy z okazji i przez okienko szybko wyskoczyliśmy na zewnątrz. Udało się nam uciec, ale dziewczyna z Kalisza skacząc na bruk nabiła się na drut kolczasty. Jej próbę uwolnienia się zauważył strażnik.

[str. 474]

Usłyszeliśmy strzały i dziewczyna została ranna w rękę i w ramię. Cały czas wisiała na drucie. Teraz zaczęła krzyczeć z bólu a strażnik zdjął ją z drutów i zamknął z powrotem w magazynie.

Ciemną nocą pobiegliśmy polami w kierunku wsi Repki. Dostaliśmy się do szlacheckiego dworu i spotkaliśmy Żydów tam pracujących. Przenocowaliśmy w majątku i poszliśmy dalej.

Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że na dwór, gdy tylko go opuściliśmy, przyjechała grupa żandarmów i rozpytywała, czy nas tam nie było. Brat Szlafmica, odpowiedział, że tak. Na pytanie, dokąd poszliśmy, odpowiedział, że nie wie. Na miejscu go rozstrzelali.

Poszliśmy więc do Korczewa. Żandarmi ścigali nas, ale nie znaleźli. Dotarli do obozu w Korczewie [*dokładnie w Szczeglacinie] przed nami i gdy rozpytywali o nas, powiedziano im, że nas tu nie było. Nie mieliśmy zamiaru tam się zatrzymywać, ale gdzie indziej moglibyśmy pójść? Kierownik obozu poradził nam, abyśmy przeszli na drugą stronę Bugu, która należała już do Rzeszy. Kazał nam też zwrócić się o pomoc do jego kuzynów. Poszliśmy, z nami ruszyła także dziewczyna z Sokołowa, Lea Rozenbaum.

Gdy byliśmy w pobliżu granicy, poszliśmy do chłopa, znajomego Maksa. Przepracowaliśmy u niego jeden dzień. Potem chłop przeprowadził nas przez granicę. Poszliśmy do kuzynów Maksa i opowiedzieliśmy, jaki los spotkał Żydów i co przydarzyło się nam po drodze. Bardzo się dziwili i nie chcieli nam uwierzyć, w to, co wydarzyło się Żydom na „polskich terenach”.

Pewnego razu przyszła do nas Żydówka, która pracowała na żandarmerii. Opowiadała, że jeden

[str. 475]

z żandarmów kazał prezesowi Judenratu dostarczyć pięćset koni i wozów. Powiedziała, że z tego co mówili wynika, że przygotowywana jest akcja w getcie w Siemiatyczach. Ale tamtejsi Żydzi, którzy nie cierpieli tak bardzo z powodu niemieckiego terroru (można było to poznać po zabawach odbywających się w żydowskich domach), nie chcieli wierzyć, że coś się kroi.

Byli też ludzie, którzy uwierzyli w słowa dziewczyny i zastanawiali się, jak zachować się podczas akcji. Ciemną nocą przecięto kawałek drutu okalającego getto, aby ułatwić ucieczkę, jeśli będzie taka potrzeba.

Nie pamiętam, czy prezes siemiatyckiego Judenratu dostarczył żądaną przez Niemców daninę (i czy w ogóle był w stanie to zrobić), ale gdy getto rankiem zostało otoczone przez niemieckie czołgi, niedowierzający Żydzi przekonali się, że dziewczyna mówiła prawdę. Zaraz rozpoczęła się straszliwa strzelanina. Wydawało się, że to trzęsie się ziemia. W wielkiej panice ludzie biegli w stronę płotu chcą uciec do pobliskiego lasu. Padali trupem, próbując się ratować, inni wisieli martwi na drutach.

Wiedziałem w którym miejscu druty zostały przecięte i dzięki temu udało mi się zbiec do lasu. Tym sposobem uratowało się kilkudziesięciu Żydów.

Trzymałem się razem z grupą czterech młodych mężczyzn. Weszliśmy głęboko do lasu i nie wiedzieliśmy, co dalej robić. W międzyczasie spadł lekki, zimny deszcz. Padało cały tydzień. Byliśmy cali mokrzy i zrozpaczeni. Umacniała się też w nas niebywała chęć przeżycia. Postanowiliśmy więc wyjść z lasu i poszukać pożywienia u chłopów.

Chodziliśmy tak po okolicy, zobaczyliśmy małą chatkę. Gdy podeszliśmy, ze środka usłyszeliśmy cichy szept. Zapukaliśmy do maleńkich drzwi i powiedzieliśmy po polsku: „Otwierać, jesteśmy Żydami”. Gdy nie usłyszeliśmy odpowiedzi, to samo powtórzyliśmy w jidysz. Drzwiczki otworzyły się i ujrzeliśmy grupę Żydów, którzy także uciekli z getta.

[str. 476]

Ponieważ oni też nie mieli nic do jedzenia, poszliśmy szukać drogi prowadzącej do wsi. Gdy chcieliśmy przejść na drugą stronę szosy, na drodze pojawił się uzbrojony Niemiec na rowerze. Wystraszyliśmy się i pobiegliśmy znów w głąb lasu. Za sobą słyszeliśmy strzały, które kierował w naszą stronę. Nikogo na szczęście nie trafił. Wieczorem znów podeszliśmy do szosy i koniec końców doszliśmy do małej wioski.

Zapukaliśmy z zamknięte okiennice.

– Kto tam? – zapytał ktoś po polsku.

– Jesteśmy bezdomnymi i głodującymi Żydami. Nie jedliśmy już od kilku dni. Zlitujcie się nad nami!

– Idźcie stąd, jeśli życie wam miłe – usłyszeliśmy w odpowiedzi polski głos.

Chodziliśmy tak od jednej do drugiej chaty, ale wszędzie dostawaliśmy taką samą odpowiedź. Psy na łańcuchach zaczęły głośno ujadać i wróciliśmy do lasu. W zagajniku siedzieliśmy wystraszeni i zrozpaczeni.

Rankiem znów dopadł nas głód i wyruszyliśmy szukać pożywienia w innej wsi. Było nam już obojętne, co się z nami stanie. Gdy doszliśmy do drogi zauważyliśmy młodego chłopa. Jeden z nas zatrzymał go i opowiedział, co nas spotkało. Chłop spojrzał na nas z politowaniem, kazał poczekać i obiecał, że przyniesie jedzenie. Baliśmy się, że zamiast pożywienia „przyniesie” Niemców, ale mimo tego czekaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu chłop przytargał pełną torbę jedzenia, wielki bochen chleba i flaszkę gorzałki.

– Wypijcie trochę wódki, zrobi wam się ciepło – podał jednemu z nas butelkę.

Wypiliśmy i w jednej sekundzie pożeraliśmy bochen chleba. Chłop patrzył na nas długo z litością w oczach. Koniec końców powiedział:

– Chodźcie do mnie, ukryję was w stodole. Nakarmię was i będziecie mogli trochę odpocząć.

Poszliśmy z nim. Zaprowadził nas do wielkiej stodoły, która stała w szczerym polu, oddalona od wsi. Ukryliśmy się wśród snopów siana i ogrzaliśmy.

[str. 477]

Gospodarz przyniósł nam później wielki gar zupy, chleb i znów butelkę wódki. Najedliśmy się do syta i wypoczęliśmy przez noc.

Rano chłop wszedł do stodoły mówiąc:

– Będziecie musieli stąd pójść, wiecie, że nie mogę was trzymać.

Podziękowaliśmy mu i poszliśmy. Ale nocą znów wróciliśmy do stodoły i cichaczem zakradliśmy się do środka. Gdy gospodarz rano otworzył drzwi do stodoły i ujrzał nas leżących na sianie, zmienił ton. Jeden z naszych towarzyszy wyjął z kieszeni swój złoty zegarek i mu go dał. Drugi dołożył pieniądze. Chłop wziął zegarek i pieniądze i poszedł.

Później wrócił z jedzeniem. Powiedział, że za nasze pieniądze kupił nam jedzenie.

Spędziliśmy w stodole jeszcze kilka dni. Musieliśmy stamtąd iść. Wiedzieliśmy, że nie jest to dla nas bezpieczne miejsce. Narażaliśmy na niebezpieczeństwo także życie dobrego chłopa i jego rodziny.

Od tego dnia do przybycia Armii Czerwonej tułaliśmy się po lasach i polskich stodołach. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak udało mi się to przeżyć i wytrzymać.

[str. 478]

 

Elje Sztejnberg

(Paryż)

Moje przeżycia w niemieckim obozie koncentracyjnym

 

W Paryżu Żydzi nie pokazywali się publicznie, nie wychodzili na ulice. Siedzieli w kryjówkach, ukryci pod ziemią. Komu udało się przedostać na nieokupowane przez Niemców tereny, dalej musiał zmagać się z ciężkim losem.

Mnie udało się dostać do wolnego Lyonu. Jednak latem 1943 roku i to francuskie miasto zostało zajęte przez Niemców. Znów zaczęła się walka o życie. W listopadzie 1943 złapało mnie gestapo, które cały czas szerzyło swoje zbrodnicze dzieło.

We wtorek, 22 listopada zostałem razem z dużą grupą Żydów wywieziony do Drancy. Żydowska policja pomocnicza policzyła nas i cały czas pilnowała. Z naszej grupy wyznaczono Żydów przeznaczonych do deportacji. Ja znalazłem się wśród tych, którzy mieli tymczasowo pozostać w obozie. Po przejściu wszystkich kontroli, wprowadzono nas do wielkiej sali, w której przebywali już inny złapani Żydzi z całej Francji.

Zostałem tam piętnaście dni. Później wszyscy zostaliśmy załadowani do zaryglowanych wagonów i wywiezieni na wschód. Pociąg wywiózł nas w drogę, której znaczenie dopiero później poznaliśmy.

Leżeliśmy na siennikach i czekaliśmy. Szef zmiany obudził nas głośnym gwizdem. Była czwarta rano, na zewnątrz ponuro i ciemno. Zabraliśmy nasze bagaże, które nam pozostały. Najważniejsze walizki zabrali już dwa dni temu esesmani. Zapewniali, że odzyskamy je u celu podróży. Siedzieliśmy na podwórzu obozu w Drancy, gdy rozległ się drugi gwizd. Wstaliśmy do wymarszu. W sumie było nas sześćdziesięcioro – mężczyźni, kobiety i dzieci – wszyscy płakali.

Autobusy już na nas czekały. Wsiadaliśmy do pojazdów grupami. Strzegli nas francuscy żandarmi w pełnym rynsztunku i w mosiężnych hełmach na głowie. Do deportacji przeznaczeni byli także starcy z miejscowego domu starców.

W końcu przyszła kolej na nas. Zawieziono nas na dworzec. Gdy wysiedliśmy, okazało się, że byliśmy na stacji w Bobigny na przedmieściach Paryża.

[str. 479]

Wysiadaliśmy pod czujnym okiem uzbrojonych żandarmów. Przeliczono nas raz jeszcze: „sześćdziesiąt sztuk”. Teraz przejęli nas niemieccy żołnierze i zaprowadzili do wagonów z napisem: „Osiem koni albo czterdzieści osób”. Gdy wsiedliśmy, Niemcy zaryglowali ciężkie, żelazne drzwi.

Na zewnątrz ściemniło się. Pociąg ruszył. Przez szparki próbowaliśmy dostrzec, gdzie jesteśmy. Właśnie minęliśmy Noisy-le-Sec. Pociąg zatrzymał się. Gdy na zewnątrz zapadła ciemna noc, pociąg ruszył z wielką prędkością. Najwidoczniej Niemcy nie chcieli, aby ktoś się o naszej tragedii dowiedział.

Szef wagonu (Wajs, francuski Żyd) zapalił lampę naftową. Zawiesił ją pośrodku wagonu, a my ułożyliśmy się na posłaniach. Kładliśmy się tak, aby każdy miał miejsce.

Arabski Żyd, który jechał razem z nami w wagonie, chciał natychmiast wysiąść. Szarpał okienne kraty. Zaraz doprowadzili go do porządku wybrani przez Niemców trzej żydowscy strażnicy, strasząc, że oprawcy zastrzelą nas na miejscu, jeśli się nie uspokoi. Wszyscy zerwali się na równe nogi, zaczęli krzyczeć, kobiety i dzieci płakały. Szef wagonu szarpał się z arabskim Żydem.

Na zewnątrz zaczęło widnieć i okazało się, że byliśmy już w Niemczech. Teraz ucieczka z wagonu nie miała żadnego sensu.

Minęła noc, od 24 godzin siedzieliśmy w zamkniętym wagonie. Skończyła się w wiadrach woda i używaliśmy ich teraz na odchody. Wszyscy załatwiali swoje potrzeby do pojemnika podawanego z rąk do rąk. Sześćdziesiąt osób siedziało stłoczonych w bydlęcym wagonie.

Zapadała noc, nikt nie wiedział, dokąd nas wieziono. Wszyscy byli rozgoryczeni. Niektórzy zaczęli przygotowywać się do spania, ale nie dla wszystkich starczyło miejsca. Wiadra były pełne. Starcy, którzy z nami jechali, robili pod siebie. Załatwiali się tam, gdzie siedzieli i stali. Druga noc była dużo gorsza niż pierwsza. Pociąg pędził. W wagonie brakowało sienników do spania. Zrobiliśmy miejsce dla kobiet, dzieci i starców, którzy nie mogli ustać na nogach. My całą noc spędziliśmy na nogach. Przez okratowane okienko zaczęły zaglądać promienie słoneczne. Nowy dzień. Jechaliśmy stłoczeni jak bydło. Kobiety i dzieci płakały. Nie było ciepłego jedzenia dla najmłodszych, brakowało pieluch. Wszystko było mokre, zimne i brudne.

[str. 480]

Po 48 godzinach pociąg zatrzymał się. Niemcy otworzyli drzwi od wagonu. „Wiadra!” – rozkazali. Wajs wykonał całą robotę. Do wagonu wrócił ze smutną miną i opowiedział, że jedziemy na wschód. Drzwi znów zamknięto.

Pociąg znów pędził z pełną prędkością. Przejeżdżaliśmy przez różnie niemieckie miasta, a przez szpary oglądaliśmy stojących na dworcach cywilów. Kobiety i dzieci ciągle płakały. Zapadła noc i znów kładliśmy się na mokrej podłodze. To już trzecia noc.

Piątek, 10 grudnia 1943 roku. Przez szpary zobaczyliśmy pełne śniegu pola, wszystko wokół było białe. W zamkniętym wagonie siedzieliśmy już od czterech dni, nie wiedząc, dokąd jedziemy.

Nagle pociąg zwolnił i zatrzymał się. Słychać krzyki esesmanów: „Wychodzić! Szybko! Szybko!”

Wyszliśmy z wagonu. Śnieżna biel kłuła w oczy. Esesmani gnali nas uderzając raz po raz, szliśmy zrozpaczeni. Naziści skakali wokół nas i nie przestawali krzyczeć: „Szybciej! Szybciej! Ruszać się!”

Gdy wszyscy wysiedli z bagażami z wagonów, kazano nam wszystko wyrzucić na stronę, wszystko, nawet butelki dla niemowląt. Ustawiono nas w dwóch rzędach, kobiety i mężczyzn oddzielnie. Wszystko musiało odbywać się bardzo szybko, zza pleców słychać było tylko diabelskie ryki. Gdy staliśmy już w dwóch rzędach, podeszło do nas trzech umundurowanych nazistów. Musiały być to ważne persony, bo mieli po kilka belek na pagonach. Jeden z nich prowadził selekcję – na prawo, na lewo. Po chwili wybór został dokonany.

Staliśmy dalej, drugą grupę upchano do ciężarówek, które wywiozły najpierw kobiety i dzieci, potem mężczyzn.

Przyszła kolej na nas. Wsadzono nas do ciężarówek i wywieziono. Podróż nie trwała długo i zaraz kazano nam wysiadać. Zaprowadzono nas do szpitala. Staliśmy między dwoma barakami, z okien których spoglądali na nas chorzy, w naszym kierunku kierowali swoje wychudzone głowy. Zajęliśmy dokładnie trzy rzędy prycz, jedna nad drugą.

Znów staliśmy w rzędzie. Za chwilę podszedł do nas esesman i zaryczał jak lew: „Rozbierać się i stać w miejscu!” Nie przestawał krzyczeć: „Rozebrać się i stać nago!” Na zewnątrz było bardzo zimno, śnieg

[str. 481]

sięgał kolan. Zaczęliśmy się rozbierać, robiliśmy to jednak niedostatecznie szybko i za chwilę posypał się na nas grad ciosów.

Na miejsce przyjechaliśmy o dziesiątej rano. Teraz była już trzecia po południu. Staliśmy. Wieczorem zaprowadzono nas do umywalni.

Esesman kazał nam oddać wszystko, co mieliśmy przy sobie. Gdy zobaczą, że ktoś coś ukrywa, zastrzelą na miejscu – ostrzegli.

Wysłuchaliśmy groźby i niepostrzeżenie upuściliśmy zegarki i inne kosztowności i rozdeptaliśmy je po kryjomu.

Zmęczeni i zrezygnowani, czekaliśmy na to, co się zaraz stanie. W końcu do pomieszczania weszło dwóch mężczyzn w białych fartuchach: były francuski profesor i polski Żyd. Pierwszy mówił do nas po francusku, drugi w jidysz:

– Jak widzicie, dotarliście do Auschwitz. Jesteście w obozie pracy Buna. Z obozu koncentracyjnego nie wychodzi się żywym. Wasze żony i dzieci, którzy przyjechali z wami, zostali zaprowadzeni wprost do komór gazowych, w których ich zagazowano, a następnie spalono. Wszyscy stojący z lewej strony zostali zamordowani. Wy jesteście w obozie pracy. Tu haruje się bardzo ciężko. Nie myślcie o swoich żonach i dzieciach, zapomnijcie o życiu prywatnym. Nie rozpamiętujcie tego, co minęło, jeśli chcecie przeżyć.

Takie przemówienie powtarzano przed każdym nowym transportem.

Staliśmy jak wryci. Patrzyliśmy jeden na drugiego. Serca przestały nam bić. Tonęliśmy w bólu: naszych bliskich już nie ma. Rozmawialiśmy stojąc nago w umywalni. Na miejsce przyjechało 1250 osób, a w pomieszczeniu zostało nas już tylko 180. 1070 osób zostało zamordowanych. Nasz ból był niewyobrażalny, z rozpaczy traciliśmy rozum.

Po wygłoszonej przemowie, która nie zapowiadała nic dobrego na temat miejsca, w którym się znajdowaliśmy, do pomieszczenia weszło kilku fryzjerów. Wszyscy musieli zostać ogoleni i ostrzyżeni. Każdy czekał na swoją kolej. Staliśmy godzinami i czekaliśmy, aż cała grupa będzie gotowa. Następnie każdy został zdezynfekowany i natarty w delikatnych miejscach żrącym płynem. Zaprowadzono nas do łaźni. Na nogach byliśmy już od dziesiątej rano, nadzy staliśmy w umywalni od drugiej popołudniu. Byliśmy śmiertelnie zmęczeni i brakowało nam sił. W łaźni nie było wystarczająco miejsca dla 180 osób. Esesmani ciężkimi buciorami upychali nasze nagie ciała, aż wszyscy się zmieścili. Czekaliśmy na wodę, choć przez chwilę przyszło nam na myśl, że zaraz pojawi się gaz. Kto wie? Słychać było rozpaczliwe głosy: „Wszystko jedno, tak czy inaczej, jesteśmy zgubieni.”

[str. 482]

Nagle po naszych głowach spłynął gorący strumień wody. Polano nas wrzątkiem i wypędzono nagich na siarczysty mróz. Zaprowadzono do innego bloku, gdzie wydano ubrania.

Weszliśmy do magazynu z ubraniami. Każdy dostał koszulę i majtki, w kolejnym bloku spodnie i pasiastą marynarkę, czapkę i parę rękawiczek – wszystko w pasy. Wyglądaliśmy jak wariaci, nikt siebie nie rozpoznawał.

Najwyższy rangą kapo – ubrany w spodnie w pasy i lśniące

Niemiecki obóz koncentracyjny

buty, ciemną marynarkę (stary bandyta) – zaprowadził nas do bloku sycząc przez zęby: „Raz, dwa, trzy, cztery, równaj! Wy przeklęte szczury, równać!” Zaraz posypały się na nas razy i zewsząd tryskała krew. Zmęczeni i wycieńczeni musieliśmy jeszcze maszerować żołnierskim krokiem.

Przygotowano dla nas bloki numer trzydzieści, trzydzieści jeden, trzydzieści trzy. Mnie przydzielono do bloku numer trzydzieści. Razem ze mną byli Wajs, kierownik naszego wagonu, jego pomocnicy Piquardem i Sternem, mój przyjaciel Moris Roznik, Szusterman i dwaj synowie

[str. 483]

Jurista (znałem ich z Paryża), Sikora i Szlos (handlarz z Saint-Antoine), Maks Wint (pochodził z Wiednia i razem ze mną przyjechał z Nicei do Drancy) i wiele innych francuskich Żydów, których imion nie znałem. W bloku trzydzieści kapo była Maks z Niemiec.

Wykończeni leżeliśmy na siennikach. Kapo Maks poinformował nas, że dziś nie będzie jedzenia. Dopiero jutro dostaniemy chleb i zupę. Od czterech dni, od momentu, gdy opuściliśmy Drancy nie mieliśmy nic w ustach. Zaraz zasnęliśmy, była to noc z piątku na sobotę, 11 grudnia 1943 roku.

Zmęczony leżałem na pryczy i myślałem o mijającym dniu, który przyniósł mi wiele cierpienia. Było czwarta nad ranem, z daleka dobiegał dźwięk dzwonka oznajmiającego pobudkę. Zaraz kapo Maks zaczął krzyczeć: „Wstawiać! Wstawać! Ścielić łóżka! Otworzyć okna!” Jego głos z minuty na minutę stawał się coraz bardziej doniosły. „Nie zrozumiałeś gnoju?! Dzwonek już dzwonił. Wstawać i ścielić łóżka”. Groził, że kto nie pościeli swojej pryczy, dostanie dziesięć kopniaków w „Arsch” (w tyłek). I rzeczywiście wieczorem wielu dostało obiecane razy.

Grzesznik kładł się na taborecie, tyłkiem w górę a kapo razem z vorarbajterem wybierali jednego z Polaków, który lubił bić Żydów. Kapo stawał przy skazanym, vorarbajter odliczał razy, a Polak bił kijem, ile sił w rękach po całym ciele. Wszyscy obserwujący śmiali się do rozpuku a ofiara zwijała z bólu. Także ja należałem do ofiar.

Dzwonek znów zadzwonił i kapo zaczął krzyczeć: „Komando robocze do apelu!” Kolejny dzwonek zwiastował wymarsz. Dzwonek oznajmiał nam, kiedy wstać, kiedy iść spać oraz kiedy wieszano kogoś na placu apelowym. Wówczas zganiano wszystkich więźniów, aby przyglądali się egzekucji albo innym torturom.

W sobotę dostaliśmy chleb i zupę. Zaczęliśmy też powoli poznawać obozowe zwyczaje i obowiązki, które wykładał nam jeden z kapo. Wieczorem po apelu kładliśmy się znowu na siennikach i rozmyślaliśmy o wczorajszym dniu. Do pracy jeszcze nas nie wysłano.

Niedziela, 12 grudnia 1943 roku, była dniem wypoczynku dla więźniów. Po przepracowanych piętnastu dniach, otrzymywaliśmy jeden dzień wolny. Apel odbywał się wówczas tylko raz dziennie – o godzinie dwunastej w południe (zazwyczaj apel miał miejsce dwa razy dziennie). Do dwunastej wszyscy musieli być gotowi. To znaczy ogolić się i zgolić włosy.

[str. 484]

Przeprowadzona musiała zostać do tego momentu także rewizja osobista w poszukiwaniu wszy. Od dwunastej do pierwszej – apel. Potem wydawano zupę. Popołudniu więźniowie mieli wolne. Wolne na tortury.

Gdy wróciliśmy z apelu, kapo poinformował nas, że odwiedzi nas główny kapo obozowy, aby sprawdzić, czy wszystko w naszym baraku jest w porządku. Zapowiedział też, że do tego czas wszystko musi być schludne i zadbane i każdy ma stać przy swojej pryczy.

Zbliżała się wyznaczona godzina. Wszyscy staliśmy przy pryczach, każdy sprawdzał, czy wszystko u niego w porządku.

Kapo przyszedł punktualnie. Z daleka już słychać było rozkazy: „Uwaga, zdjąć czapki!”. Staliśmy przy łóżkach jak wryci, krew gotowała się w żyłach. Nie ruszaliśmy się z miejsca, nie ruszyliśmy nawet palcem. Słychać było tylko ciężki oddech wszystkich więźniów (dwustu w bloku), serca waliły.

Przed naszymi oczami przetaczał się kolos o ogolonej na łyso głowie i twarzy czerwonej z wściekłości. Szedł powoli, krok za krokiem i zgrzytał zębami. Szukał ofiary od czasu do czasu pytając więźniów o ich miejsce urodzenia. Nazywał nas „verdammte Juden” [*niem. cholerni Żydzi] i pytał: „Wy gnoje, wiecie, że tu trzeba się myć?! Wszystkich was powieszą jak psy. Stąd już nie wyjdziecie. W sanatorium jesteście, wy świnie? Brudni Francuzi! Murzyni! Chcieliście wojny?”

Szedł powoli z batem w ręku. W baraku panowała grobowa cisza i tylko kapo z naszego baraku towarzyszył mu w pochodzie.

Oddychaliśmy ciężko. Kapo obchodził już trzeci rząd, w którym w końcu znalazł ofiarę, na którą posypał się grad ciosów. Jeden z więźniów nie zdążył się ogolić. Przyglądaliśmy się tej brutalnej scenie, patrzyliśmy na ofiarę, która leżała już na ziemi cała we krwi. Z twarzy tryskała krew, krew lała się strumieniami z nosa. Kapo sięgnął po bat i zaczął bić mężczyznę po całym ciele. Odgłosy wydawane przez ofiarę były straszliwe, mężczyzna znów runął na ziemię. Teraz kapo kopał go po brzuchu swoimi ciężkimi buciorami śmiejąc się i krzycząc:

– Ty kanalio, chciałeś nas oszukać, ty cholerny Włochu. Zachciało ci się zawieszenia broni?! (Nieogolony był włoskim Żydem). Klnąc pod nosem wyszedł z naszego bloku. Kapo z naszego baraku krzyknął raz jeszcze: „Uwaga!” Oprawca wyszedł. Odetchnęliśmy z ulgą.

Tak wyglądała pierwsza wizyta głównego kapo w bloku numer trzydzieści w niedzielę, 12 grudnia. Dostaliśmy nasze porcje chleba i

[str. 485]

litr zupy. Przyglądając się temu smutnemu przedstawieniu, które odegrało się w bloku, zrozumieliśmy, że słowa, które usłyszeliśmy pierwszego dnia, są prawdziwe. Zaczęliśmy też pojmować, co tu się dzieje. Niejeden pytał się, dlaczego nie poszedł do gazu z żoną i dziećmi.

Dzwonek znów się rozdzwonił. Pobiegliśmy na plac apelowy. Razem z nami stali wszyscy więźniowie z Monowic – 11 000 osób. Staliśmy i drżeliśmy z zimna. Po odliczeniu wróciliśmy do baraków. Po powrocie vorarbajter oznajmił nam, że następnego dnia idziemy do pracy.

Zaczynała się codzienna gorycz i zgryzota.

W poniedziałek, 13 grudnia, wczesnym rankiem, był to godzina 3:30, pobudka. Maks, sam będąc żydowskim więźniem, nie był mniej brutalny niż jego szef. „Wstawać!” – wrzeszczał z dziką wściekłością. „Szybciej nie można? Krucyfiks!” – a jego pałka co raz to lądowała na naszych głowach. Jego bestialskie niemieckie krzyki w niczym nie ustępowały tym wydawanym przez przeklętych esesmanów. Także on wyżywał się na nas i wykorzystywał naszą tragedię.

Dostaliśmy kawałek chleba z margaryną i kapo zaraz wygonił nas przed barak. Na zewnątrz było jeszcze ciemno. „Wychodzić!” – krzyknął. Staliśmy przed barakiem po pięciu w rzędzie. Podszedł do nas kapo, na opasce numer 63, taki sam więzień jak my w pasiaku z czerwonym trójkątem. Był to Polak z lubelskiego (czerwony trójkąt oznaczał więźnia politycznego). Szybko odliczył czterdziestu. Na zewnątrz zaczęło widnieć. Kapo maszerował z nami jak z żołnierzami. Po apelu przystąpiliśmy do roboczego komando. Razem z 11 000 więźniami z Monowic pomaszerowaliśmy do pracy na polu zwanym Buną.

Przemaszerowaliśmy do bramy wejściowej, prowadzącej do obozu. Kapo szedł w pierwszym rzędzie z lewej strony i cały czas krzyczał: „Lewa, lewa, głowa do góry! Zejść na lewo, na lewo!” Droga do bramy pełna była esesmanów uzbrojonych w karabiny maszynowe.
Gdy doszliśmy do wyjścia, usłyszeliśmy znów: „Lewa, lewa! Głowa do góry! Czapki z głów!” Szliśmy jak drewniane figury z czapkami w prawej ręce nie ruszając głowami. Nasz kapo zameldował: „Komando 63, czterdziestu więźniów”. Staliśmy przed bramą. Kapela składająca się z dwunastu mężczyzn, więźniów w pasiakach, grała nieprzerwanie marszową muzykę. Można było ogłuchnąć.

Wszystkie figury w więziennych pasiakach musiały przemaszerować przez tę bramę do piekła. Przy wejściu stała cała komendantura (główny komendant, komendant Inspektoratu Pracy, komendant więźniarski) i esesmani z karabinami maszynowymi. Wszyscy oni pilnowali

[str. 486]

Bezbronnych, wycieńczonych więźniów. Banda morderców cały czas wykonywała swoją diabelską robotę.

Droga z obozu do Buny (naszego miejsca pracy) wynosiła cztery kilometry. Co pięćdziesiąt metrów ustawiony był specjalny dwupiętrowy punkt obserwacyjny, z którego uzbrojony esesman kontrolował drogę podczas wymarszu więźniów z obozu ogrodzonego drutem pod wysokim napięciem. Bieda temu, kto nie mógł dalej iść. Zaraz wyciągano go z kolumny i kazano czekać na stronie. Tym sposobem każdego dnia zbierała się coraz to większa grupka niezdolnych do pracy. Gdy wszystkie komanda wyszły z obozu, zabierano tych, którzy nie byli w stanie pracować na kontrolę do szpitala. Tam decydowano, kto jest jeszcze zdolny do pracy, a kto już nie. Los tych, których opuściły siły, był przesądzony. Tak zabijano ludzi codziennie. Razem z innymi więźniami maszerowaliśmy do Buny. Droga usłana była trupami w pasiastych ubraniach. Tu też pilnowali nas uzbrojeni esesmani i ogrodzenie z drutu kolczastego podłączone do prądu. Nie było możliwości zbliżenia się do bramy.

Kapo numer 63 pokazał nam, co mamy robić. Kopaliśmy zamarzniętą ziemię. Polski fachowiec o imieniu Franek zademonstrował, jak należy pracować, wyzywając nas przy tym od parszywych Żydów.

Praca nie była prosta. Pikami nakłuwaliśmy lodowatą ziemię, która nie chciała poddać się naszym zabiegom.

O godzinie dwunastej zabrzmiała syrena obwieszczająca przerwę obiadową. Do jedzenia dostaliśmy coś, czego nie dało się strawić. Przez pierwsze dni smakowało okropnie, później jedliśmy już z wielkim apetytem. Przerwa trwa czterdzieści pięć minut i znów zabieramy się do pracy.

Dzień kończył się o zmroku. Wracaliśmy razem ze wszystkimi komandami do obozu. Pracę zaczynaliśmy o świcie i kończyliśmy o zmroku – dzień w dzień. Zegarków nie mieliśmy. Do roboty chodziliśmy wszyscy razem – czterdziestu mężczyzn, a kapo numer 63 wydawał nam rozkazy. Zawsze, gdy przechodziliśmy przez bramę, słychać było ten sam rozkaz: „Lewa, lewa, głowa do góry!” Jak drewniane figury staliśmy pod bramą śmierci. Kapo krzyczał: „Czapki z głów, komando 63, czterdziestu więźniów, lewa, lewa, czapki z głów!” I znów z naszych szeregów wyciągano tych, którzy nie mogli już pracować. Każdego poranka, każdego wieczoru nie mogliśmy być pewni, czy doczekamy kolejnego dnia. Z walącym sercem

[str. 487]

Maszerowaliśmy z powrotem do obozu. Zaraz rozpoczynał się apel i wszyscy więźniowie stali zawczasu już na placu apelowym.
Staliśmy w jednym szeregu razem z blokiem numer trzydzieści. Kapo patrzył na nas z odrazą i odliczał swoich dwustu więźniów. Jego ręce poruszały się szybko, nie żałował też ciosów pięścią w brzuch.

Staliśmy razem ze wszystkimi 61 blokami, które zliczane był przez kontrolującego esesmana. Staliśmy w długich rzędach, na baczność. Słychać było głośny krzyk głównego kapo: „Czapki z głów!” Między rzędami przechadzał się sprawozdawca. Wszystko odbywało się precyzyjnie i dokładnie. Za chwilę padł nowy rozkaz: „Czapki na głowy!” Muzyka grała a my maszerowaliśmy pod dowództwem kapo do naszych bloków. Przed blokiem kapo przeprowadzał dodatkową kontrolę kilku więźniów. Po kontroli szliśmy do łaźni, potem według numerów dostawaliśmy po litrze zupy. Następnie każdy kładł się na swojej pryczy. I tak od czwartej rano do dziewiątej wieczorem, bez przerwy. Gdy leżeliśmy już na pryczach, kapo przeprowadzał kontrolę stóp. Do pomocy miał dwóch zdrowych Polaków, którzy chętnie bili Żydów. Dokładnie oglądali stopy leżących. Kto miał brudne nogi, dostawał kilka razów gumową pałką i zimą musiał biec nagi i bosy do umywali raz jeszcze się wymyć. Gdy wrócił, znów został poddany kontroli, ale po galopie do łaźni bez butów, stopy nadal były brudne. Tak właśnie bawili się kapo.

Pracowaliśmy ciężko. Wieczorami wyładowywaliśmy cement z wagonów. Nosiliśmy pięćdziesięciokilogramowe worki do magazynów. Do przejścia mieliśmy około 150 metrów. Kapo nas poganiał z premedytacją próbując nas zmęczyć. Pracowaliśmy w porwanych butach i co krok upadaliśmy na ziemię. Kapo się wściekał – jego zmęczone, wycieńczone komando nie miał już sił do pracy. Ale nadzorca nie poddawał się i siłą zmuszał nas do ruchu. Każdego, kto z workiem cementu wylądował na ziemi, bił pałką. „Co za parszywe Żydy!” – krzyczał polski nauczyciel z Lublina pełniący w obozie funkcję kapo pomagającego mordować Żydów. „Chcą tylko robić interesy, ale pracować im się nie chce. Już ja was nauczę pracy. Ta wojna to wasza wina, to z waszego powodu cierpimy my, Polacy. Wy leniwe istoty, paskudne Żydy!”
Gdy zaczynało się ściemniać, wracaliśmy do obozu. Byliśmy jednym z ostatnich komand, razem z nami wracał polski kapo. Utyrani musieliśmy jeszcze przejść cztery kilometry. Byliśmy ledwo żywi i brakowało nam sił, ale musieliśmy iść. Ze zmęczenia gubiliśmy po drodze buty. Szalony kapo nie pozwalał ich nawet założyć

[str. 488]

i trzeba było iść z butem w ręku i to w mroźne grudniowe dni.

Niejeden leżąc omdlewając na sienniku myślał, że może lepiej byłoby podbiec do drutów będących pod napięciem niż znosić te tortury.
Następnego dnia było nas już o dwóch mniej – obie ofiary zostały zabrane przez sanitariuszy, a jak wiadomo, ze szpitala niewielu wracało. Dziś mieliśmy wolny dzień. Wybiła godzina ósma i dzwonek kazał nam wstawać. Od ósmej do dwunastej wykonywaliśmy różne prace rozmyślając o zupie, którą dziś dostaniemy, o kawałku chleba z margaryną. Dzieliło nas od tego już tylko kilka godzin.

W naszym baraku zarządzono blokszperę – zabroniono nam opuszczać blok. Siedzieliśmy zamknięci. W mgnieniu oka mogliśmy zostać spaleni żywcem. Czym jest blokszpera, dobrze wiedzieliśmy. Baliśmy się i nikt z nas już nie myślał o zupie, nikt nie mógłby niczego przełknąć. Siedzieliśmy zrozpaczeni. Drzwi i okien pilnowali kapo. Kapo z naszego baraku rozkazał rozebrać się i ustawić zgodnie z numerami. Szybko, szybko, w mgnieniu oka. Staliśmy skamieniali, serca waliły ze strachu, już żegnaliśmy się z naszymi młodymi życiami. Dwustu mężczyzn stało nago z walącymi jak młoty sercami i czekało na przyjście anioła śmierci. Kto wie, kogo dziś wyśle do pieca? Kto ze stojących tu nie ujrzy jutrzejszego dnia? Nasze nagie ciała drżały. Ktoś krzyknął: „Achtung!” Do baraku wszedł diabeł – wysoki, w okularach i zimowym palcie. Towarzyszyło mu dwóch mężczyzn – jeden esesman i sanitariusz obozu w Monowicach, którzy codziennie wysyłali setki bezbronnych ludzi do krematorium. Dwieście wychudzonych ciał, zastygłych w bólu, stało przed oficerem SS i sanitariuszem. Tego, który zostanie jutro zamordowany, jeszcze okrutnie pobiją. Kapo, w którego rękach były wszystkie karty, przekazał oficerowi potrzebne informacje, ten zaś przekazał je sanitariuszowi. Tak odbywała się selekcja. W czterdzieści pięć minut trzydzieści cztery życia zostały skazane na śmierć. Znów słychać: „Achtung!” Diabeł i jego dwóch pomocników opuściło barak.

Siedzieliśmy w bloku i rozmyślaliśmy o nadchodzącym dniu i nowych nieszczęściach. Skazani wiedzieli, że nie doczekają kolejnej nocy. Próbowaliśmy powstrzymać łzy patrząc na nich. Jugosłowiański Żyd z mojego komandu pożegnał się ze mną, nazywał się Dojczer.

[str. 489]

Pod koniec 1943 dotarł tu z Włoch. Drugi, śpiący na pryczy obok mnie, Konstantyn, adwokat z Włoch, także został skazany na śmierć. Płakał.

Z mojego 63-osobowego komando, sześcioro wysłano do krematorium.

I znów przyszedł dzień, taki jak wszystkie inne dni. Pracowaliśmy przy ładowaniu ziemi do wagoników, które później też sami ciągnęliśmy. Praca była ciężka. Kopałem łopatą. Wczorajsza selekcja nie dawała mi spokoju.

Kapo rozmawiał z nami o wczorajszej selekcji jak o czymś zupełnie naturalnym. Kto nie może pracować, nie może rościć sobie praw do posiłków, szczególnie jeśli chodzi o Żydów. Powiedział też, że wczoraj odeszło sześciu z naszego komando, jutro dojdzie jeszcze kolejnych dziesięciu. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, że wiernie służy SS i jest zagorzałym antysemitą. Usprawiedliwiał hitlerowskich morderców, którzy unicestwiają Żydów. Szczycił się swoją dzikością, chwalił się, że do gazu wysłał już wielu Greków i Francuzów. Na koniec dnia zawsze „raczył” nas przekleństwami: „Wy wszystkie parszywe Żydy traficie do krematorium. Żywi stąd nie wyjdziecie” – tak mówił do nas Mietek, kapo z komando 63, były polski nauczyciel.

Jak co dzień dzwonek zwiastował pobudkę. A potem tylko ponura, okrutna codzienność. Na zewnątrz było bardzo zimno, wiał mroźny wiatr. Praca, którą wykonywaliśmy, była zawsze taka sama. Byliśmy zmarznięci i głodni, zmęczeni i wykończeni od codziennej harówki od czwartej rano do dziewiątej wieczorem, od tortur i męki. Staliśmy się już chodzącymi drewnianymi figurami, które wykonywały wszystko bez chwili refleksji, bez uczuć, każdego dnia to samo.

Wieczorem wszystkich nas zaganiano na plac apelowy. Byliśmy skonani od wyładowywania węgla i cementu. Ludzie o zgaszonych oczach, zgarbieni z zimna, ludzie o spuchniętych, ziemistych twarzach okrągłych jak baloniki, napuchniętych ustach i z wielkimi ciemnymi worami pod oczami. Załamani i zniszczeni wzdychaliśmy zadając sobie jedno pytanie: kto będzie następny?

***

Dziś wróciliśmy do obozu już o drugiej popołudniu. Było to dla nas nowe. Gdy dotarliśmy na plac apelowy, poczuliśmy, że dzieje się coś złego. My, nowi w obozie, byliśmy wystraszeni. Ustawiliśmy się w rzędy: 11 000 więźniów. Staliśmy tak też po apelu i z gołymi

[str. 490]

głowami patrzyliśmy w kierunku stojących esesmanów. Na placu pojawili się żołnierze z karabinami maszynowymi i hełmami na głowach.
Słychać grzmiący głos starszego kapo: „Czapki z głów!” Staliśmy jak wryci i nie ruszaliśmy się z miejsca. Nasze spojrzenia skierowane były w kierunku SS. Odczytano wyrok śmierci. Skazani na śmierć przez powieszenie za próbę ucieczki z obozu koncentracyjnego. Wysłuchaliśmy wyroku i w skupieniu patrzyliśmy na szubienicę stojącą przy bloku numer cztery. Pod szubienicą stał więzień w pasiaku ze związanymi z tyłu rękami. Inny, też w pasiaku, założył skazanemu na szyję pętle. Słychać uderzenie denka, na którym stał skazany. Jeszcze kilka sekund rzucał się w powietrzu. Wszystkich 11 000 więźniów musiało przemaszerować przed szubienicą, patrząc na wiszącego, który wyglądał teraz jak zwisająca, złamana gałąź.

Niektórzy z naszego bloku leżeli w szpitalu obozowym. I ja zachorowałem. Wiedząc, co tam się dzieje, pomyślałem, że teraz przyszła pora na mnie, bo szpitalni pacjenci są potencjalnymi kandydatami do Auschwitz. Mijały dni, a ja walczyłem ze sobą nie chcąc iść do szpitala. Gorączka rosła i płonąłem już na całym ciele. Ciężka praca wykańczała mnie. Wieczorem, gdy wróciliśmy z roboty, poszedłem dobrowolnie do szpitala, dłużej wytrzymać już nie mogłem. Gdy zmierzono mi temperaturę, termometr wskazywał 38,4. Sanitariusz oświadczył, że to nie wystarczy, aby zostać przyjętym. Do tego trzeba mieć przynajmniej 39,5 stopni. Gdy zacząłem protestować, zostałem pobity i wyrzucony. Następnego dnia znów musiałem iść do pracy. Powłóczyłem nogami próbując nadążyć za moim komando. W pracy załamałem się. Kapo był bardzo niezadowolony i już chciał wysłać mnie do krematorium Leżałem przy budzie, z której braliśmy narzędzia do pracy. Popołudniowej zupy już nie dostałem.

Przed apelem zaprowadzono mnie do szpitala. Lekarz kazał położyć mnie na podłodze, gdzie już leżało wielu takich jak ja i czekało na swoją kolej. Każdego wieczora przyprowadzano tu ludzi z odmrożeniami, chorych i zaniedbanych. Gabinet był za mały, aby przyjąć wszystkich, którzy prosili o pomoc. Termometr krążył od jednego do drugiego, aż u mnie wskazał temperaturę 40,1 stopni. „Mój chłopcze, – powiedział lekarz – jutro już będziesz w niebie”.

Zrozumiałem, że już po mnie. Dzisiaj minął już

[str. 491]

siedemdziesiąty drugi dzień od kiedy trafiłem do piekła. Kapo nie rozpamiętywał tych, których skazał na śmierć. Szczycił się, że co trzy miesiące wysyła do krematorium czterdziesto- czy pięćdziesięcioosobowe komando.

Nie straciłem przytomności. Zostałem przyjęty do szpitala, z którego niewielu wychodzi. Każdego dnia było wielu martwych, „muzułmanie”, których tu przyprowadzali, wytrzymali tylko kilka dni.

Kapo ładują zmarłych wywożonych do krematorium

Przed oczami mam rodzinny dom, moich czterech braci i dwie siostry, moich starych rodziców, moją wielką rodzinę. Zastanawiałem się, czy ktoś z nich jeszcze cierpi? Myślałem o moim bracie, który 16 lipca 1942 został wywieziony z Paryża. Czy ktoś z mojej rodziny jeszcze żyje?
Teraz przyszła kolej na mnie. Przeszywał mnie przerażający ból, gdy myślałem o moim drogim synku. Nie skończył jeszcze czterech lat. Czy dowie się, jak zginął jego ojciec? A może i on został już wywieziony przez brunatnych morderców do Auschwitz?

Kurt, sanitariusz ze szpitala, przerwał moje myśli. Patrzyłem na niego płonącymi ze wściekłości oczami. Powiedziałem: „Mój

[str. 492]

synek nie ma jeszcze czterech lat i już musi zostać sierotą”. Pielęgniarz słuchał moich słów i obwijał mnie mokrą szmatą.

Gdy obudziłem się, na zewnątrz było już jasno. Leżał gęsty śnieg. Nakryłem się cały kołdrą, aby nie musieć patrzeć na straszne życie, jakie prowadzili współwięźniowie, którzy w głębokim śniegu musieli maszerować do swojej niewolniczej pracy. Ze strachem myślałem o swoim komando. Ilu zamęczonych i zamarzłych przyprowadzą dziś?

Leżałem w szpitalu już jeden dzień. Dobrze mi w brudnym łóżku, które śmierdzi ropą ostatniego zmarłego w nim człowieka. Ciepło mi. Nie wyspałem się od 74 dni. Codziennie musiałem wstawać o czwartej rano i pracować do dziewiątej wieczorem.

Już środek dnia, a ja cały czas leżałem w łóżku. Ciało płonęło z gorączki. Sąsiad, więzień z Czech, wypluwał ostatnie kawałki płuc. Już się kończył i nie było dla niego ratunku. Oddał mi swoją czarną kawę. Ja też nie dostałem nic do jedzenia, tylko kubek czarnej kawy.

Mój drugi sąsiad opowiedział mi, że dwa dni temu w szpitalu miała miejsce selekcja. Stu chorych zostało zabranych do krematorium. Tych, którzy nie mogli iść o własnych siłach, zaciągnięto przemocą. Później zwrócono tylko ich płaszcze…

W szpitalu leżałem już od dwóch dni. Lekarz, Żyd, obejrzał mnie ze wszystkich stron i znalazł zapalenie po lewej stronie. Uspokoił mnie, że nie ma tam ropy i postara się mnie uratować. Lekarstw nie miał, esesmani dostarczali mu tylko truciznę.

Gdy wróciłem do łóżka, sąsiad już nie żył. Martwy jednak nocował z nami. Nie mogłem zasnąć. Bałem się wątłego światła rzucanego przez stojącą nieopodal lampkę. Myślałem o śmierci. Pielęgniarz Kurt jeszcze raz owinął mnie mokrymi szmatami i powiedział, że wyglądam już dużo lepiej. Mój nowy sąsiad jednak też już się kończył i właśnie uchodziła z niego dusza. Od pięciu dni zbierał i trzymał w woreczku pod poduszką kromki chleba. Nie wiedział jednak, że nie zdąży ich już zjeść. Jego nos był blady jak kreda. Zanim się ściemniło, wyzionął ducha. Chleb został rozdzielony wśród tych, którzy mogli

[str. 493]

jeszcze jeść. Głód był ogromny i nikt nie zastanawiał się, skąd pochodził chleb.

Każdego ranka i wieczora do szpitala trafiali wycieńczeni, spuchnięci więźniowie, przed cały dzień były wynoszone trupy. Mój trzeci sąsiad, łódzki Żyd, też już nie żył. Zasnął nie wydawszy ani jednego jęku. I tak bez przerwy.

Widząc, co dzieje się w szpitalu, chciałem jak najszybciej wrócić do komanda. Lekarz powiedział, że wyglądam już dużo lepiej.

Po dwudziestu trzech dniach pobytu w szpitalu, zostałem razem z innym chorymi z tej samej sali, wyznaczony do pomocy innym chorym. Dostawało się za to dodatkową zupę.

W sobotę, 1 kwietnia 1944 roku, opuściłem stęchły szpital, w którym spędziłem dwadzieścia osiem dni.

Wróciłem do bloku nr 30, w którym spałem. Kapo (zielony trójkąt, zbrodniarz) patrzył na mnie z pogardą. Zaraz odbył się apel. Gdy wróciłem, zapytał mnie do którego komanda należę. Odpowiedziałem, że do 63. Uśmiechnął się tylko i dopowiedział: „Dobre komando…”
Po apelu stanąłem jak zawsze z komandem numer 63. Na twarzy kapo rysowało się pobłażanie. Że przeżyłem, nie było, jak się zdaje, jego największym marzeniem. Byłem dla niego zbędny, miał już nowe ofiary. Z czterdziestu mężczyzn, którzy byli ze mną pozostał tylko jeden, który czyścił mu buty i jego trzej pomocnicy. Nikogo innego. Jak mi później przekazano, wszyscy zostali „muzułmanami” i zostali zabrani w czasie selekcji.

Kapo z komanda numer 63 był znanym antysemitą. Podburzał i zachęcał ludzi do bicia Żydów. Także kapo z komanda numer 178, który sam był niezłym zabijaką (Kapo z komanda 63 nazywał się Mietek i był nauczycielem z okręgu lubelskiego, od 1944 roku był w obozie w Monowicach).

Wracając z pracy z daleka już widzieliśmy trzy ustawione szubienice stojące przy bloku numer cztery, w którym spał starszy kapo. Wszyscy pomaszerowaliśmy na plac apelowy. Esesmani stawili się w pełnym rynsztunku.

Starszy kapo rozkazał: „Cisza! Czapki z głów!” Naprzeciw nas stali wszyscy najważniejsi funkcjonariusze obozowi. Przed nami przechodziła procesja.

Więzień-sekretarz odczytał wyrok. Skazano na karę śmierci przez powieszenia za kradzież jedzenia podczas alarmu lotniczego. 11 000 więźniów w pasiakach,

[str. 494]

łysych głowach, wstrzymało oddech, aby usłyszeć słowa wyroku.

Ofiary coś mówiły, ale ze względu na odległość nie zrozumiałem ani słowa. Przemaszerowaliśmy przed skazanymi, których ciała kołysały się na wietrze. Dla nich to już koniec. Tyle znieśli, cierpieli z głodu i zimna a w roku 1944, kiedy naziści zaczęli odnosić porażki na wszystkich frontach i ich niechybny koniec zbliżał się wielkimi krokami, zostali zamordowani. Nadchodził maj, naloty stawały się coraz częstsze, ale nikt nie pozwalał nam ukryć się przed bombami. Podczas bombardowań siedzieliśmy w barakach. Buna jest wielka, jak miasto, z licznymi fabrykami wybudowanymi przez sprowadzonych tutaj niewolników. Pracowali tu Żydzi, Rosjanie, Francuzi, Belgowie, Włosi, Polacy, Jugosłowianie, Grecy, Turcy – ludzie z całej Europy.

Pomyślałem, że jeśli nie zamordują nas w krematorium, to zginiemy od bomb. Nasze nerwy były w strzępach. Gdy naloty kończyły się, napawaliśmy się widokiem zniszczonych baraków i budynków. Po ostatnim bombardowaniu, znaleźliśmy martwe ciała, wśród nich byli nasi bracia. W sumie 225 trupów i 430 rannych. I tak w kółko.

Gdy wracaliśmy po pracy do obozu, karetka już wracała. Lekarze wykonali swoją robotę – zabrali rannych a trupy odesłali do krematorium.
Byłem wówczas w innym komandzie, wykonującym dużo łatwiejszą pracę transportową. Kapo był niemieckim Żydem z Berlina, jego żonę i dziecko hitlerowcy spalili w Auschwitz. Nikogo nie wyzywał i nikogo nie bił. Sortowaliśmy, zbieraliśmy i kleiliśmy zniszczone w bombardowaniach rzeczy od rana do wieczora. Pracę wykonywaliśmy z radością, bo wiedzieliśmy, że koniec jest bliski. Żywiliśmy niewielką nadzieję, że przeżyjemy.

Wśród ostatnich transportów, które w lipcu 1944 dotarły do Auschwitz, byli węgierscy Żydzi (także ci z Karpat). Od pokoleń mieszkali we wsiach i małych miasteczkach. Większość z nich było rzemieślnikami. Jeden z nich opowiadał, że powiedziano im, że jadą do pracy w obozie. „Nu, pomyślałem, do pracy jestem przyzwyczajony. Nie będzie źle.” Był ojcem ośmiorga dzieci, zabrał ze sobą całą rodzinę, wśród nich dwie

[str. 495]

córki, które mogły ukryć się u gojów. Uczynił to, aby rodzina była razem…

Praca na polach była ciężka i wyczerpująca. W lecie harowaliśmy całe dnie bez szklanki wody. Słońce prażyło, a my mdleliśmy z pragnienia i upału, wysmarowani błotem i cementem. Mieliśmy spuchnięte i poranione nogi, obtarte od ciężkich buciorów stopy. Zimą, w ulewnym deszczu i głębokim śniegu i mrozie wstawaliśmy o czwartej rano i do siódmej wieczorem harowaliśmy na polu narażeni na śmierć podczas selekcji albo spalenie w piecu.

Byłem w bloku numer 34. Naszym kapo był przechrzczony Żyd z Niemiec. Nie lubił wschodnioeuropejskich Żydów i bił nas, czym popadło. Sam rozdzielał jedzenie i często specjalnie rozlewał nasze porcje zupy. Biada temu, kto wpadł w jego rządne krwi łapy. Leżeliśmy

Grupa „więźniów” przy pracy

już na pryczach. Moim sąsiadem był teraz belgijski Żyd urodzony w Polsce. Do naszego komando trafił z magazynu, to znaczy z klozetu – giełdy dla więźniów. Sprzedawano tam ubrania, buty i chleb, a także zupę. Stamtąd przyniósł też straszliwą wiadomość, że za parę dni odbędzie się selekcja.

Węgierscy Żydzi, którzy przybyli z ostatnim transportem w roku 1944, spali po tysiąc osób w baraku, w którym było miejsce na dwieście osób. Ludzie wariowali w panującym tam ścisku, godzinami czekali na rację chleba i zupy. Łatwo sobie wyobrazić panującą tam sytuację. Po powrocie z pracy odmawiali modlitwę popołudniową i

[str. 496]

wieczorną stojąc przed barakiem i nie rozumieli, gdzie tak naprawdę się znaleźli. Wielu religijnych Żydów nie jadło zupy, była niekoszerna. Żyli z kromek chleba a zupę sprzedawali za papierosy albo inne dobra. Szybko zostawali muzułmanami.

Wrzesień 1944. Zbliżało się święto Rosz ha-Szana. Żydzi poprosili kapo, aby pozwolił im pomodlić się razem w bloku po pracy. Wecl, przechrzczony Żyd i kapo w bloku numer 34, wyśmiał ich i wyszydzał, ale pozwolił. W wieczór Rosz ha-Szana po powrocie z pracy, umyliśmy się i zjedliśmy zupę. W powietrzu unosił się duch żydowskiej pobożności. Prowadzący modlitwy modlił się głośno, a my powtarzaliśmy za nim jego słowa płaczliwym głosem. Płacze i prośby do Boga, aby wyzwolił nas z tego piekła, przepełniały nasze ciała. Ludzie rozpaczliwie modlili się na ruinach Auschwitz.

Następnego dnia znów poszliśmy do naszej katorżniczej pracy. Żydzi mówili, że zbliża się Dzień Sądu. Wieczór poprzedzający Jom Kipur. Gdy wróciliśmy po pracy do baraku, kapo oznajmił, że wieczorem będzie miała miejsce blokada. Kapo będą pilnowali drzwi i okien. Ucieszyli się, że pozbędą się już „drecksacków” [*z niem. Drecksack ‘gnój’] (tak nas nazywali). Już szczerzyli sobie zęby. W takich momentach serce stało mi w gardle. Nie mogliśmy się ruszać i staliśmy jak woły skazane na rzeź.

Kapo kazał nam rozebrać się i ustawić zgodnie z numerami. Przed oczami miał nagie, żywe trupy, wśród których przechadzały się demony z batami w rękach. Nie mogliśmy powiedzieć ani słowa, nie mogliśmy się ruszyć. Nagle kapo krzyknął: „Achtung!” I jeden po drugim czterdzieści pięć żyć zostało skazanych na spalenie.

W moim bloku było ciemno. Ojciec siedział pochylony nad synem, obaj modlili się. To był najprawdziwszy sądny dzień.

Skazani wiedzieli, że już jutro będą musieli pożegnać się z życiem. Wszyscy mieliśmy skołatane nerwy, a nieszczęśnicy byli już omamieni dymem, który jutro z krematorium uniesie się do nieba. Kapo zamknęli się w swojej sali, w której razem jedli i pili alkohol.

Już o trzeciej rano, a nie jak zawsze o czwartej, kapo ze swoim pomocnikiem zaczął ściągać ze skazanych

[str. 497]

koce i prowadzić ich do swojego pomieszczenia, w którym mieli czekać, aż wszyscy inni pójdą do pracy. Później odprowadził skazańców do namiotu stojącego na środku placu obozowego obozu w Monowicach. Tym razem pięćset osób. O godzinie jedenastej podjechały samochody i zawiozły ich do komór gazowych.

Znów dniami i nocami staliśmy na placu apelowym naprzeciw szubienicy, na której wisieli już nowi trzej skazańcy. Jeden z nich podczas nakładania pętli na szyję wykrzyczał: „Towarzysze, głowy do góry! Jesteśmy ostatnimi ofiarami. Żyjcie wolni!” To były jego ostatnie słowa.
Rok 1944 zbliżał się ku końcowi. Dotarły do nas wieści, że ocalali Żydzi we Francji są już wolni.

W wielkich celach, w których było miejsce na szesnaście osób, siedziało teraz trzydziestu dwóch więźniów w pasiakach, byle jak zarzuconych ubraniach i pod nosem nuciło po francusku Marsyliankę.

Gdy wróciliśmy do bloków, usłyszeliśmy syreny i odgłosy samolotów. Gdzieś zaczęły spadać bomby. Leżeliśmy w ciemnych barakach na naszych pryczach. Ludzie odmawiali „Szma Israel”. Byliśmy jak zamknięci w elektrycznej klatce, z której nie mogliśmy się wydostać. Szyby brzęczały, ściany się trzęsły, wszystko chybotało. Z daleka widać było czerwone płomienie unoszące się ku niebu. Niedaleko od nas płonął obóz. Leżeliśmy na pryczach i nie mieliśmy, gdzie się schować. Czekaliśm