Sokołów – moje zniszczone miasteczko

Perec Granatsztejn

SOKOŁÓW – MOJE ZNISZCZONE MIASTECZKO

Opisy i obrazy miasta, portrety jego wymordowanych żydowskich mieszkańców

[Przypisy w nawiasach kwadratowych pochodzą od tłumaczki i redaktora tekstu]

 

[str.5]

Do czytelników

Czwarta książka z serii „Dos pojlisze jidntum” [Żydostwo polskie] poświęcona jest małemu żydowsko-polskiemu miasteczku, Sokołów Podlaski. Miasteczko to, do Zagłady oddychało żydowską ludowością, wrzało od społecznej i partyjnej działalności. Mieszkały tam przeróżne barwne postacie, toczyły się polityczne walki i kulturowe spory, oddające całe spektrum żydowskiej ulicy.

Książka ta jest pomnikiem wystawionym żydowskiemu życiu, które zniszczone zostało przez wojenną zawieruchę. Pomnikiem wystawionym miasteczku, które naziści zmietli z powierzchni ziemi, tak samo, jak unicestwili setki i tysiące podobnych żydowskich miasteczek w całej Polsce.

Autor niniejszego tomu, Perec Granatsztejn, jest młodym pisarzem, angażującym się jeszcze w starej ojczyźnie w działalność polityczną. Z wielkim oddaniem i czułością uwiecznił najciekawsze postacie i wydarzenia ze swoich rodzinnych stron.

Perec Granatsztejn, który mieszka obecnie w Argentynie, i który musiał opuścić swój stary dom i swoich bliskich, którzy zginęli w Polsce śmiercią męczeńską, ożywia dla nas tę małomiasteczkową, ale jakże twórczą żydowską społeczność. Dzięki temu nie popadnie ona w zapomnienie.

W Sokołowie Podlaskim, miasteczku, w którym mieszkał Granatsztejn, tak samo jak

[str. 6]

w wielu podobnych mieścinach, żyły pokolenia Żydów, których imiona być może nic nam nie mówią, ale to oni tworzyli ten szczególny, lokalny miejski koloryt.

W środowisku tym były jednak także jednostki, które porzuciły małomiasteczkowe życie, wędrowały po świecie i zostawały często budowniczymi i twórcami nowej kultury żydowskiej. Udało im się prowadzić swoją działalność na dużo większą skalę niż mogłyby to robić pozostając w swoich rodzinnych miastach.

Z galerii postaci, które Granatsztejn tak wyraźnie i dokładnie opisuje w swojej książce, rozpościera się przed naszymi oczami wielostronny obraz żydowskiego życia w małej miejscowości. Sądzimy, że portret tego miasteczka, którego dziś już nie ma, w którym jednak nie tak dawno pulsowało barwne żydowskie życie, poznanie żyjących tam postaci i wydarzeń, jest ważnym przyczynkiem do opisania historii Żydów w Polsce.

Poza tym książka Pereca Granatsztejna, która przygotowana do druku została przez towarzysza I. Falatyckiego, jest pierwszą z serii książek [*Kolekcja Dos pojlisze jidntum to 175 książek publikowanych w latach 1946-1966 przez Komitet Polskich Żydów w Argentynie. Książka Granatsztejna była czwartą z serii, ale pierwszą w tejże, która dotyczyła konkretnego miasta] o unicestwionych żydowskich społecznościach, którą Komitet Centralny Polskich Żydów w Argentynie ma zamiar wydawać pod zbiorczym tytułem „Dos pojlisze jidntum” [Żydostwo polskie].

Redakcja
Buenos Aires, czerwiec 1946

[str. 7]

Książkę poświęcam pamięci moich rodziców Isroela i Kejli, mojej żony Motl Ber i mojej siostry Cipe, którzy zginęli w Polsce.
Autor

**

Sokołów oddalony jest 100 kilometrów od Warszawy. Leży w pobliżu Siedlec i przeklętej Treblinki… W Sokołowie nie było starej gminy żydowskiej. Społeczność żydowska, tak tragicznie wymordowana, podobnie jak samo miasto, były stosunkowo młode. Trudno było znaleźć tam dom, pomnik czy synagogę z historią dłuższą niż 100 lat [*Najstarsza synagoga w Sokołowie została zbudowana w XIX wieku, jednak jej drewniana konstrukcja spłonęła w czasie pożaru miasta. Stąd prawdopodobnie wiedza autora o jedynie „nowych” budynkach w mieście. Żydzi w Sokołowie pojawili się w XVII lub XVIII wieku]. Także stare, dotknięte zębem czasu macewy na cmentarzu nie miały więcej niż dwieście lat.

Miasto należało kiedyś do polskiego szlachcica Hirszmana [*Rodzina Hirschmanów to ostatni właściciele miasta. Doprowadzili do budowy cukrowni na jego obrzeżach]. Jego potomkowie żyli z wynajmu nieruchomości, aż do ostatniej wojny. Całe centrum miasta z okolicznymi sklepami należało do nich.

W ciągu ostatnich 70 lat Sokołów powiększył się, co miało związek z uruchomieniem cukrowni. Także doprowadzenie linii kolejowej spowodowało znaczy rozwój miasta.

Niniejsza książka nie pretenduje do miana historii siedmiotysięcznej społeczności żydowskiej Sokołowa, którą wróg zgładził razem z całym polskim żydostwem. Moim zamiarem było uwiecznienie dla przyszłych pokoleń – pokazując jedynie odłamki i skrawki – żydowskiego biednego i radosnego, bolesnego i wzniosłego życia w małym miasteczku. Pokażę życie całych pokoleń sokołowskich Żydów, ze wszystkimi jego barwami i cieniami: szabasy, święta, smutki

[str. 8]

i radości, polityczne rozgrywki religijnych fanatyków i dobrze urodzonych młodzieńców, śpiewy robotników i służących. Także przejawy duchowych, twórczych sił, które głęboko drzemały w masach żydowskich i tak wspaniale rozkwitły w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, to znaczy w okresie renesansu jidyszowej i hebrajskiej literatury oraz kultury. Narodziny politycznych idei i ruchów, pośród których czołowe miejsce zajmowali chasydzi, syjoniści i socjaliści.

Książka nawet w niewielkim stopniu nie jest w stanie opisać wszystkich duchowych wartości, które oddziaływały na sztetl. Można było jeszcze napisać o bibliotekach, kółkach teatralnych, jesziwach i wielu innych ważnych instytucjach, które Żydzi stworzyli w Sokołowie. Było tam także wiele specyficznych i osobliwych postaci i działaczy społecznych, a każdy jedyny w swoim rodzaju – „ktokolwiek opowiada historię naszych zmarłych braci, jest godzien pochwały ” [Parafraza zdania: וכל המרבה לספר ביציאת מצרים הרי זה משובח „Ktokolwiek opowiada historię o wyjściu z Egiptu jest godzien pochwały“ pochodzącego z Hagady pesachowej].

Sokołów zniszczono. Nie ma tam już ani jednego Żyda. Zniszczono cmentarz i zaorano ziemię. Tam, gdzie leżały szczątki pokoleń Żydów z Sokołowa, pasą się teraz krowy [*Stary cmentarz żydowski znajduje się przy ul. Bulwar 1, gdzie obecnie jest park im. PCK. Nowy cmentarz żydowski znajduje się przy ul. Bartoszowej. Jest nieogrodzony i nieoznakowany]. Po naszej przeszłości nie pozostał ani jeden znak.

Ta książka jest więc macewą wystawioną naszej świetlistej, tak bliskiej przeszłości…

Oby wszyscy moi krajanie od czasu do czasu „poszli” na groby swoich przodków… Przeczytali tę książkę i ze smutkiem powspominali…

P.G.

[str. 9]

 

Królowie biedoty

Nie przystępuj tutaj, zzuj obuwie twoje z nóg twoich,
gdyż miejsce, na którem stoisz, ziemią jest świętą.
(Exodus 3:5, tłum. Izaak Cylkow)

Większość miejskiej biedoty mieszkała przy ulicy Koziej. Prawie w każdym drewnianym domostwie mieszkało po pięć rodzin, a każda liczyła po kilka tuzinów dusz. Właściciele tych zapadających się chat zbijali deski i tworzyli maleńkie, wąziutkie kąciki wyglądające jak kurniki, do których upychali ilu się tylko dało lokatorów.

„Elitą”, samozwańczym gospodarzem na ulicy, był Szmuel Jankiel, szewc, który przez całe życie nie zrobił ani jednej pary butów. Mężczyzna o oczach zachodzących krwią. Szmuel Jankiel był spośród miejscowych łachmaniarzy najbardziej uczony. Modlił się w synagodze przy pulpicie, studiował Torę w bożnicy krawców i potrafił nawet zaklinać złe uroki, gdy któremuś z rzemieślników, nie daj Boże, nie wiodło się najlepiej.

Kolejnym był Kalmen Ber, krawiec z chłopskiego, swojskiego domu, gruby, wiecznie wzdęty, zawsze mówił przez nos. Gdy mówił, wydawało się, że ziemniaki sypią się z wora.

Hilel Flak, bo tak nazywano go na ulicy, był mężczyzną, który

[str. 10]

nigdy nie kupił sztuki dobrego mięsa. W jatkach kupował zawsze tylko tanie flaki. Tym sposobem otrzymał też swoją ksywę.

I te właśnie „grube ryby” były najświetniejszymi przedstawicielami i dowódcami całej armii króla biedaków.

W każdej izbie, zamieszkiwanej przez biedotę, był piec, na którym stał żelazny trójnóg. Kobiety na nim gotowały strawę dla całej rodziny. Drewno dawała gospodyni. Często wybuchały kłótnie i skandale, bo Ester Malka, żona Szmuela Jankiela, kobieta o wychudzonej, zgorzkniałej twarzy, uważnie przyglądała się swoimi małymi zwinnymi oczkami i baczyła, aby sąsiedzi nie zużyli ani jednego zbędnego kawałka drewna. Święto było, gdy można było ugotować garstkę bobu na szabat [*szabat – hebr. ‏ שַׁבָּת‎, odpoczynek; w judaizmie ostatni dzień każdego tygodnia. Rozpoczyna się w piątek po zachodzie słońca, kończy w sobotę po zachodzie słońca].

– Co ty wyprawiasz?! Nie wynajęłam ci tej izby, abyś tu gotowała. Zużywasz na to cały nasz niewielki zapas drewna. Jeśli chcesz sobie gotować bób, to musisz sobie poszukać innego domu! – krzyczała Ester Malka swoim skrzypiącym głosem.

– Esterko, już nie będę nic gotować. Co mam zrobić? Nie mam na czym ugotować rosołu na szabas. A w izbie ani grosza. Mój mąż jeszcze nie wrócił ze wsi. Mam jedynie kilka fasolek bobu z zeszłego tygodnia, którymi chrześcijanin zapłacił mi za zreperowanie butów – tłumaczyła kobieta.

Przez cały tydzień ludzie z ulicy ciężko pracowali, harowali jak Żydzi w Egipcie. A to wszystko tylko na jeden dzień szabasu. O świcie, jeszcze zanim słońce wstało, wszyscy szli do swoich zajęć. Woźnice zaprzęgali konie, żebracy i domokrążcy ruszali w drogę do okolicznych wsi, szewcy i krawcy zasiadali do swoich maszyn. Zaharowani chodzili przez cały tydzień jak konie w zaprzęgu. Przed ich oczami jednak cały czas widniała i lśniła perspektywa tego jednego jedynego dnia ze wszystkimi jego przyjemnościami. Dnia przynoszącego tyle radości w ich ciężkim, bolesnym i mizernym życiu. Na wszystkich szlakach, w lasach i wioskach, wśród ujadających psów, wszędzie rozlśniewało lico królowej Szabasu. Domokrążca, który przez cały tydzień nie dojadał, chciał przynieść do domu

[str. 11]

trochę mąki, kaszy, drobiu, czasem nawet rybę, aby przynajmniej tego jednego dnia, w szabas, żona i dzieci mogły zaznać trochę wygody.

Także kobiety się przygotowywały. Przez cały tydzień gotowały rzadką zupę, tak aby wystarczyło i można było się najeść do syta chleba i kartofli. Nic więcej nikomu nie było trzeba. Tylko w szabas nie można było się niczego wstydzić. Podekscytowane i zalatane kobiety biegały po sklepach i jatkach. Dla rzeźników były one ważnymi klientkami. Żadnej nie odmawiali i nie wymyślali, gdy przychodziły w te pędy kupić kawałek mięsa. Ruwen Pęcik, rzeźnik, osobnik drażliwy i bezwzględny, u którego mięso kupowały wszystkie miejskie gospodynie, zobaczywszy w piątek wieczorem Żydówkę z ulicy Koźlej spoglądał groźnie i gniewnie spod oka i pytał:

– Czego chcesz, kobieto?

– Jak to czego? Kawałek mięsa.

I Ruwen szybko odcinał kilka żeberek z wielkiego kawałka cielęciny.

– Ruweńku, wybaczże, nie miej mi za złe, ale daj mi kawałeczek jagnięciny. Tam na ścianie wisi tłusta jagnięcina, dołóż kawalątek, będę mogła dorzucić do ziemniaków na czulent.

– To nie dla ciebie! – odpowiadał zdenerwowany Ruwen Pęcik.

– A co to? Mój pieniądz śmierdzi? Tylko bogaci mogą jeść jagnięcinę, a biedakom się nie należy? – odpowiadała wystraszona kobieta.

– Patrz ci ją! Specjalnie dla niej kupiłem od szlachcica z Repek tłustego barana! Czy ty przypadkiem do innego nie jesteś przyzwyczajona? Mam swoich stałych klientów, takich co kupują mięso przez cały tydzień. Dla nich ta jagnięcina. Dobrze bym na tym wyszedł, gdybym wyczekiwał wszystkich tych biedaczek z ulicy Koziej, które przychodzą raz na tydzień do jatki.

Wysłuchawszy ciętej riposty Ruwena Pęcika i najadłszy się wstydu, kobieta wracała do domu.

[str. 12]

Nadchodzący szabas czuć było na ulicach. Z każdej z izb unosi się zapach piątkowych potraw. Na przyzbach siedzą dzieci z miseczkami pełnymi cymesu [*cymes – rodzaj potrawy podawanej jako deser]. Dziatwa z umorusanymi buziami, z wielkim apetytem przeżuwa pajdy białego chleba i gotowane czarne jagody. Matki w wielkim pośpiechu wyczesują dziecięce główki i zakładają na zmęczone stopy wyglancowane i wypucowane woskiem buciki.

Herszl Ander, mężczyzna o wykrzywionym nosie podobnym do kartofla, ubrany w rozpiętą i rozchlastaną, uszytą przez żonę koszulą, spod której wyłaniała się porośnięta czarnymi włosami pierś, wyglądająca trochę jak wypłowiała barania skóra, zdejmuje z komina swoimi wielkimi, spracowanymi rękoma garnek pełen brukwi i stawia go na przyzbie. Ugniata brukwie wielką drewnianą łyżką i przez swoje chore i gnijące zęby krzyczy w stronę sąsiadów:

– Widzicie? Widzicie? Ta brukiew to niebo w gębie. Lepsza niż mięso. Kupiłem ją u jabłońskiego gospodarza. Dwa garnce kupiłem. Tylko twarda jest z lekka, musi się trochę pogotować.

Szymon Wół, rzeźnik, mężczyzna wielki jak niedźwiedź, o twarzy okrągłej i czerwonej, stoi na progu swojej izby i smaruje swoje juchtowe brązowe buty tranem. Szybko odpowiada sąsiadowi swoim basowym głosem:

– Reb Herszl, zanieś ten garnek z brukwią do Mojsze Isroela. Przywiózł on z Warszawy piłę, to wam je zetrze.

– Piła dziś stoi. Obluzowała się śrubka – odpowiada radośnie Herszl Ander.

Gdy gasły ostatnie złociste promienie słoneczne i ich blask znikał z pokrytych gontem dachów, a ogniste słońce kryło się za przepastnym horyzontem, królowa Szabas powracała ze swojej długiej wędrówki i rozpościerała nad ulicami swój świąteczny welon. Za oknami żydowskich domów, zza bielusieńkich firanek dochodził blask zapalanych jedna po drugiej świec, które lśniły jak statki na morzu. Jak złamane orle skrzydła, spracowane, zmęczone matczyne ręce unosiły się nad szabasowymi świecznikami – „Baruch hu, baruch szemo” [Błogosławiony On, niech będzie błogosławione jego imię].

[str. 13]

Pierwszy z sidurem [*modlitewnikiem] w ręku wychodzi z domu na podwórko i staje obok drewnianej bramy Mele Kik – chłop jak dąb. Mieni się jego siwiuteńka głowa. Ubrany jest w długi chałat, spod którego wystaje przydługa podszewka owijająca jego długie ciężkie nogi. Mele często wyrywa się do czytania Tory w bożnicy krawców. Stoi dumnie obok drzwi domu Szmuela Jankiela, gdzie zbierał się

Menachem Rozen (z dziećmi). W piątek przed zapaleniem świec, chodził ulicami miasteczka i kazał zamykać sklepy

miejscowy minjan [*minjan – w judaizmie kworum modlitewne, wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn]. Czekał na modlących się. Gdy rzemieślnicy zaczynali napływać do izby, zaraz stawał gotowy do czytania Tory. I jak zepsuty flet świszczał: „Pójdźcie, zaśpiewajmy Bogu, wysławiajmy opokę pomocy naszej” [Psalm 95, tłum. Izaak Cylkow].

Nad ulicą unosiła się świąteczna cisza. Z daleka dochodziły tylko echa krzyków gojów. Naprzeciwko minjanu siedział sąsiad-chrześcijanin Krowacki z dziko potarganymi włosami, a obok niego leżał jego stary, kudłaty pies. Krowacki klepał swoją tępą kosę,

[str. 14]

przygotowując ją na jutrzejsze żniwa. Odgłosy klepania towarzyszą głosom modlących się – skrzypienie kosy i lecha doidi, likrat kala, penej szabat bekabelach [„Przyjdź mój umiłowany na spotkanie oblubienicy, powitajmy oblicze Szabatu”] mieszają się w jedno, wychwalając święty szabes.

Po pieśni Szolem-Alejchem i po odprawieniu kiduszu do szabasowej wieczerzy zasiadają wszyscy prawnukowie reb Jochanana ha-Sandelara. Śpiewają też zmiry. Swoje własne melodie dopasowują do święta. Nie nauczyli się ich w chasydzkich sztiblach [*sztibel – budynek lub jego część, będący małym domem modlitewnym chasydów]. Marsze z Kocka, Góry Kalwarii, czy z Aleksandrowa są im obce. Są to melodie proste, pieśni śpiewane normalnie, bez egzaltacji, religijnych uniesień, bez zbędnych ruchów, gestów i grymasów. Do melodii śpiewanych w ciągu tygodnia ciężkiej pracy, przeciągając czarne, osmolone dratwy i podkuwając podeszwy, wplatają pieśni szabasowe. Także motywy robotnicze, o których czeladnicy śpiewają w swoich warsztatach, wybrzmiewają dalej przy zastawionych i pokrytych białymi obrusami stołach, wokół których zebrali się królowie biedy z ulicy Koziej.

Także Szmuel Jankiel nie spieszy się ze swoją piątkową kolacją. Po każdym daniu spogląda do siduru, opowiada swojej żonie Esterze Malce prastare żydowskie historie o naszych praojcach i podśpiewuje, gdy tylko usłyszy dochodzącą z podwórza pieśń, śpiewaną na melodię marszu miejskiej straży pożarnej. Gdy zje już flaczki i rosół z płuckami i wątróbką, żona siada obok niego i wylewa morze swoich ciągłych pretensji i narzekań.

– Szmuel Jankiel, jak my skończymy? Już od ponad trzech lat ci ludzie nie płacą czynszu za bożniczkę. Moglibyśmy przecież ten kąt, gdzie stoi szafa z Torą wynająć. Za pieniądze kupilibyśmy drewno i ziemniaki na zimę. Cóż z tego mamy, że u nas się modlą? W mieście przecież pełno bogaczy z wielkimi kamienicami, niech oni dadzą im miejsce na modły.

Szmuel Jankiel patrzy na nią swoim przekrwawionymi oczami, uderza ręką w otwarty, leżący na stole Chumesz [*Chumesz – Pięcioksiąg Mojżeszowy, pierwsza część Biblii Hebrajskiej] i zaczyna krzyczeć:

[str. 15]

– Ciągle wygadujesz jakieś głupoty! To się w głowie nie mieści! Sądzisz, że do grobu ci włożą twój stary, podupadły dom? Jesteśmy już przecież starymi ludźmi. Całe życie harowaliśmy, męczyliśmy się, nigdy do syta się nie najadaliśmy, to miejmy przynajmniej jakąś przyjemność na tamtym świecie. Sądzisz, że Bóg w niebie nie wie, że oddaliśmy za darmo miejsce, w którym wszyscy rzemieślnicy się modlą i gdzie zbiera się minjan? On widzi wszystko i wie wszystko. Tam wszystko jest zapisywane. Tu, na tym świecie już wszystko przepadło. Już nam niewiele czasu pozostało.

Ester Malka odwraca tylko swoją małą główkę, otwiera powoli swoje wąskie usta i dumnie odpowiada:

– A to, że mamy w domu Torę to się nie liczy? Pokaż mi, który z tych wszystkich bogaczy ma u siebie w domu zwój Tory. Grosik do grosika zbieraliśmy, aż skończono naszą księgę. Już za to należy nam się tamten świat!

Szmuela Jankiela ucieszyły słowa żony. Uśmiechnięty i rozpromieniony zwraca się do niej:

– Powiedz, pamiętasz tamtą noc, gdy zakończono przepisywać naszą Torę?

– A czemu miałabym nie pamiętać?

– Bo ja, Ester Malko, mam ją przed oczami jakby to było wczoraj. Był ładny letni wieczór. Tysiące ludzi, mężczyźni, kobiety z dziećmi zebrali się u nas na ulicy. Pamiętasz ten wielki napis z kolorowymi literami sisu ve-simchu simchat tora [tłum. “Radujmy się wszyscy Świętem Tory”; pieśń śpiewana na święto Simchat Tora], który szewc Awromek Michl przygotował? Wszyscy żeśmy szli tanecznym krokiem, ręka w rękę, jak byśmy szli na spotkanie z Mesjaszem. A klezmer Mojsze Chaim ze swoimi skrzypkami – ależ on pięknie grał! Coraz to nowe pieśni wygrywał, jakby skrzypce potrafiły mówić. Gdy grał wesołą melodię to nawet Szepsl Bębniarz z synem puścili się w tany. Wyglądało to, jakby Żydzi wychodzili z Egiptu i naprzeciw nam wychodziła tańcząc i grając prorokini Miriam. Gdy wychrzta,

[str. 16]

jak czarodziej, szybko chwycił skrzypce i przyłożył je do swojej ogolonej twarzy i przeciągnął smyczkiem po strunach wydając smutną, płaczliwą melodię, to wydawało mi się, że właśnie wyganiają Żydów na tułaczkę. A za nami idzie nasza matka Rachela i płacze patrząc na swoje dzieci, które przepędza się z ich kraju.

Szmuel Jankiel zamilkł na chwilę. Podszedł do ławy, na której stało drewniane wiadro z wodą. Zmoczył swoje twarde, ciężkie ręce, zmówił błogosławieństwo, zdjął swoją starą, podartą kapotę, którą nakładał w każdy szabas od dnia swojego ślubu. W białej koszuli wyszedł na podwórze i siadł na wielkim kamieniu. Wszyscy sąsiedzi siedzieli już na przyzbach. Krawiec Kalmen Ber siedział boso w bawełnianych spodniach. Jego gruby, wydęty brzuch okalał szeroki pas. Kalmen Ber sapał po jedzeniu jak wyprawiana gęś i opowiadał przyciszonym głosem:

– Byłem dziś w wiosce Niewiadoma. Wynająłem tam od głuchego Tuszyńskiego [*w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej występuje rodzina Tosińskich z Niewiadomej, może więc chodzić o to nazwisko] sad. Wszystkie drzewa w tym roku owocują, uginają się wręcz od jabłek i gruszek. Jak Bóg da i nie będzie burz, uda mi się za zarobione pieniądze zreperować dach w domu. Nie da się już tak dalej mieszkać. Pułap i podłoga są całe przegniłe od deszczu, który pada prosto do izby.

Miejski żartowniś, łaciarz Mocny Herszele, który przez cały czas siedział na kamieniu przeżuwając dorodną dynię, zabrał głos:

– Słyszeliście ludzie, co wydarzyło się w tym tygodniu? Przechodzę obok starej synagogi i widzę, że stoi tam mężczyzna z wozem pełnym szmat i krzyczy: „Skupuję szmaty, starzyznę, rupiecie!” Chce pan trochę staroci – zagaduję – to chodź pan do mnie do domu, sprzedam panu moje graty. Chłop nie znał się na żartach i pojechał przodem swoim wozem. „Chodźże do izby!” – krzyczy do mnie – „Gdzie macie te graty?” Pokazuję mu moją

[str. 17]

starą, która właśnie stała przy balii. „Oto i moja stara!”. Żyd tylko z hukiem zatrzasnął drzwi i zły wyszedł z izby.

– Ty odrapańcu – krzyknęła jego żona, która wyglądała jak kwaśne jabłko – Kto by widział, żeby całe życie opowiadać dowcipy i stroić żarty. Nic innego mu w głowie. Zbliżają się Jamim Noraim [*Jamim Noraim – z hebr. ימים נוראים Groźne Dni, Straszne Dni, Dni Trwogi; w judaizmie, pierwsze dziesięć dni miesiąca tiszri, okres pokuty, ciąg dni, podczas których decyduje się los człowieka na następny rok], a w domu ani grosza. Trzeba przygotować drewno na zimę. Trzeba kupić kilka worków ziemniaków, bo później będzie drożyzna. A jemu to nie przeszkadza. Ciągle tylko śmieje się z innych ludzi. Widzieliście już takiego wesołego biedaka?

– Zamilcz już, babo! Ale się rozgadała! Jak Bóg da, będziemy mieli wystarczająco ziemniaków, własne będziemy mieli. Nocami będziemy je wykopywać. Ja będę kopał cię, a ty mnie. A dziatwa, co to w jednym łóżku śpi, to mało kopie? Nie bój się, ziemniaków nie zabraknie…

Sąsiedzi pękali ze śmiechu. Z drugiego podwórka przyczłapał Alter Maier, syn Natana. Drobny mężczyzna z kozią bródką. Wszy nie dawały mu spać, wziął więc swój siennik, położył go na ulicy, a sam położył się na plecach i twarz skierował do nieba.

Na dworze pachniało skoszonym sianem. Przyjemny, słodki zapach świeżej koniczyny unosił się z pobliskich gojskich stodół. Z ciemnego, niebieskiego nieba gwiazdy spoglądały na ulicę Długą. Od czasu do czasu jakaś gwiazda spadała i pozostawiała na niebie długi, srebrny ogon. Żona Altera Maiera, wysoka i chuda jak łopata, o głosie cichym i piszczącym, prosiła męża:

– Alter, wejdź do izby. Gwiazdy spadają z nieba, a ty się położyłeś i chcesz spać na środku ulicy.

– Źle się czuję. Chcę się przespać na zewnątrz. Idź, przynieś mi ze studni rabina trochę wody. Nie czuję się dobrze po jedzeniu.

[str. 18]

– Prosiłam cię przecież, abyś się tak nie najadał bobu, bo jest już zleżały. Ale mnie nie posłuchałeś i teraz źle się czujesz.

– A czy miałem coś innego do jedzenia? Dobrą rybę i mięso wykupili przecież bogacze. Na następny szabas, dla pewności, powinnaś się pospieszyć i wcześniej kupić tłustego kurczaka…

– Nie rób sobie żartów! Wejdź do domu i połóż się do łóżka – nalegała żona.

Starzy jeszcze posiedzieli i poleżeliby na zewnątrz, gdyby nie nadchodzące, spacerujące pary.

W późnych piątkowych godzinach wieczornych ulica przemieniała się w romantyczną aleję, w miłosny ogród. Bogata młodzież, kobiety, których mężowie wyjechali do Ameryki – wszyscy, którzy swoich skrywanych miłostek nie mogli pokazać w mieście za dnia, przychodzili ze swoim „trefnym towarem” spacerować pomiędzy melancholijnymi, uśpionymi domkami. Tam też po dziś dzień leżą ukryte sekrety i piękne wspomnienia prawdziwej, niekiedy i odgrzewanej, miłości. Niejedna kobieta i niejeden mężczyzna w krajach żydowskiej diaspory przypomina sobie tę uliczkę, gdzie się całowali, kochali kobiety i mężczyźni w ich najlepszych, najszczęśliwszych latach młodości. W niejednym pozostała wieczna niezagojona rana w przepełnionym bólem sercu.

Z walącymi sercami, pary przytulały się do siebie siedząc na ławkach stojących przy domach. Cała ulica spała pochłonięta nocną ciszą. Z podwórka Szmuela Jankiela niósł się jeszcze cichutki, przyjemny i rozkoszny głos śpiewanej pieśni. Kramarz Jecheskiel, prowadzący modlitwy w aleksandrowskiej bożnicy, zakończył swoje modły i słodko, jak stęskniony gołąb, odburknął – „Świątynia zostanie odbudowana, miasto Syjon powstanie z ruin. A my będziemy śpiewać nową pieśń i ruszymy w drogę ” [wers pochodzi z pieśni szabasowej „Cur Miszelo”].

Wraz z ucichającymi ostatnimi jego serdecznymi tonami, zgasły migające świece i zniknęły z okien domów na ulicy biedaków.

[str. 19]

 

Chaimek

Zawadiaka Chaimek słynął na całą podlaską okolicę. Żydzi i chrześcijanie ze wszystkich okolicznych miast drżeli na jego widok i śmiertelnie się go bali. Gdy jakiś goj pokłócił się z sąsiadem, mógł wynająć Chaimka, aby ten dał mu lekcje i spuścił lanie. Czatował on wtedy na chłopa w czwartek wieczorem po dniu targowym [*sokołowską tradycją są dni handlowe odbywające się w czwartki do dzisiaj] i czekał na okazję, aby go poturbować. Taki chłop cały w krwi wracał do domu.

Chaimek był wielki jak olbrzym. Miał długą szyję, z której wystawała spiczasta grdyka. Tak spiczasta, że można byłoby na niej powiesić płaszcz. Jego twarz był ciemna i ziemista. Twarz jego lśniła krwią i odwagą, jakby ktoś nasmarował ją kolorowym tłuszczem. Jego ogniste, szeroko otwarte kasztanowe oczy, rzucały strach na ludzi, gdy tylko pokazywał się na ulicy. Jego nos o kształcie szofaru [*szofar – instrument dęty o charakterze liturgicznym] i wąska twarz przypominały o okrutnych, fantastycznych dziecięcych bajkach, które opowiadano sobie w chederze [*cheder – dawniej szkoła elementarna, do której posyłano chłopców w wieku trzech lub pięciu lat], o zbójach i kanibalach, którzy wędrują po dalekich lasach Syberii. Mówił z przepięknym akcentem. Jego głos miał ostry, metaliczny wydźwięk. Przyjemnie było go słuchać. Niejeden aktor,

[str. 20]

albo mówca, życzyłby sobie mieć taką dobrą dykcję, jaką miał Chaimek, mówiąc po żydowsku.

Chaimek nie urodził się w podlaskich stronach. Jego kołyska nie stała na sokołowskiej ziemi. Nie był także uczniem lokalnych melamedów [*melamed – nauczyciel dzieci w chederze] i nie uczęszczał do ich chederów. Nie brał też udziału w „wojnach”, które miejscowe urwisy i łobuzy urządzały z chrześcijańskimi chłopcami. Przyszedł do miasta skądś już jako dorosły mężczyzna, podrosły osobnik, dojrzałe jabłko, które spadło z drzewa na sokołowską ziemię.

W przededniu I wojny światowej, w roku 1914 car przegnał Żydów, którzy mieszkali w pobliżu niemieckiej granicy. Ojciec Chaimka, woźnica Chaskiel, mężczyzna średniego wzrostu, miał ochrypły i skrzekliwy głos. Mieszkał w pobliżu Grajewa, niedaleko granicy i zajmował się przewożeniem emigrantów z Cesarstwa Rosyjskiego, wybierających się do Ameryki. Na życie zarabiał także kontrabandą i innymi równie ciekawymi zajęciami. Gdy car go wypędził, przyjechał ze swoimi domownikami, tym razem sam jako uchodźca, do Sokołowa Podlaskiego. Przywiózł ze sobą pół tuzina synów, a jeden większy był od drugiego. Byli to chłopi, których stopa nigdy nie postała w chederze, którzy nie znali ani jednego słowa po hebrajsku i nie wiedzieli na oczy liter, i którzy – tak samo jak ich ojciec Chaskiel, w ogóle nie potrafili się modlić.

Do domu modlitwy Chaskiel, a jakże, przychodził. Jednak nie z powodu modlitw, a dlatego, że czuł się tam dobrze i swojsko. Po całym dniu ciężkiej pracy, taszczenia z dworca ciężkich worów pełnych węgla albo żelastwa, każdego wieczoru zachodził do bes-medraszu [*bes-medrasz – hebr. בית מדרש – dom nauki; jedna z tradycyjnych instytucji żydowskich, najczęściej związana z miejscem sprawowania kultu]. Za wielkim piecem kaflowym miał swoje stałe miejsce. Tragarzom i woźnicom ciągle opowiadał historie o swojej działalności w kontrabandzie. Był jednak jeden żydowski zwyczaj, o którym zawsze pamiętał i którego przestrzegał – rocznica śmierci jego ojca. Każdego roku przynosił do bes-medreszu świecę, którą przekazywał szamesowi [*szames – z jid. שמשׂ szames, z hebr. שַׁמָּשׁ szamasz – woźny; sługa bóżniczy, którego zadaniem było m.in. przygotowywanie synagogi do nabożeństw].

[str. 21]

– To dla mojego ojca! Proszę pilnować, aby cała się wypaliła, aby łobuzy, nie daj Boże, jej nie wykradli.

Zdarzało się, że przynosił święcę w szabas, zamiast przynieść ją w miesiącu kislew [*kislew – miesiąc w kalendarzu żydowskim, trwa 29 lub 30 dni. Gregoriańskim odpowiednikiem jest listopad-grudzień].

– Mylicie się! – szames złościł się i krzyczał. – Jak to tak, aby Żyd nie wiedział, kiedy zmarł jego własny ojciec?! Słyszeliście o czymś takim? Co roku przynosi świecę w coraz to innym miesiącu.

Chaskiel aż cały drżał. Mocno tupnął nogą i zaczął krzyczeć:

– Nie zawracaj mi głowy! Wiem lepiej niż ty, kiedy mój ojciec umarł. Potrafię to doskonale rozpoznać – zimą, gdy goje rozłupują lód na rzece – wtedy ma rocznicę!

Chaskiel przychodził też do synagogi w każde święto zabierając wszystkich swoich synów. Także jego najstarszy syn Mejszek, który handlował końmi, szedł z ojcem. Gdy pewnego razu do miasta zawitał gość, uczony biedak z daleka, który nie miał co zjeść i gdzie spać, zaprosili go do siebie na posiłek. Zdarzyło się, że Mejszek zaprosił takiego gościa na pierwszy seder [*seder – hebr. סדר; w judaizmie pierwszy wieczór święta Pesach; w diasporze pierwsze dwa wieczory są zwane wieczorem sederowym] w czasie Pesach [*Pesach – najważniejsze i najstarsze święto żydowskie cyklu rocznego obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej]. Przygotowano same łakocie: rybę, mięso, macę i wino. Wszystko iście po królewsku. Mejszek nigdy na własne oczy nie widział sederu, ani u swego ojca, ani u nikogo innego. Gość oczywiście wiedział, co należy robić. Wyjął hagadę [*hagada – słowo oznaczające opowiadanie, opowieść, sagę; odnosi się do legend, przypowieści i opowiadań z rabinicznej egzegezy Biblii i Talmudu], nalał do kielicha wina i odprawił kidusz. Dla Mejszka wszystko to było dziwne, dzikie i obce. Był zmęczony, wykończony całym dniem pracy i użeraniem się z chłopami na końskim targu. Chciało mu się tylko zjeść i pójść spać. „Zachciało ci się gościa, to teraz się módl” – pomyślał sobie Mejszek.

Jednak gdy tylko gość zaczął recytować „Awodim hejnu leparoe bemicraim” [Byliśmy niewolnikami faraona w Egipcie] Mejszek natychmiast mu przerwał w połowie zdania:

– Ojczulku, nie miej mi tego za złe, ale powiedz mi, ile to jeszcze potrwa? Że Mojżesz był naszym bratem wie przecież cały świat. Że faraon był sukinsynem też. To

[str. 22]

na co jeszcze raz opowiadać te wszystkie historie? Lechaim, ojczulku! Na zdrowie!

Wszystkie dzieci Chaskiela pracowały i utrzymywały się ze swoich zajęć. Nigdy nie kradły. Byli wśród nich woźnice, piekarze i szewcy. Tylko jeden syn, Chaimek nie chciał pracować i szukał łatwego zarobku. W pierwszych latach po przyjeździe do miasta wstąpił do polskich legionów, które wtedy formował Józef Piłsudski. Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej, dostał medal za odwagę, który Piłsudski we własnej osobie, powiesił mu na piersi. Gdyby chciał wyjść na ludzi, bez problemu otrzymałby od polskiego rządu koncesję [na sprzedaż alkoholu?]. Ciągnęło go jednak do gorzałki i do bijatyk z gojskimi łobuzami urządzanych na targach. Chaimek tylko więc wychodził z jednego więzienia i natychmiast lądował w drugim. Ledwo wyszedł z paki, odsiedziawszy dwa lata, i już pobił dwóch gojów na dworcu.

Dostał więc kolejny rok – odsiedział i znów szedł tą samą drogą.

Najlepiej czuł się w dzień targowy. Sokołów Podlaski był jednym z bogatszych miast w Polsce: wielkie połacie dobrej, żyznej ziemi, wokół miasta szlacheckie wsie i dwory. Gdy przychodził dzień targowy zjeżdżały się setki ludzi z wozami obładowanymi zbożem, drobiem, masłem, jajami i lnem. Targ bydlęcy ciągnął się kilometrami aż do torów.

Przyjeżdżało tu też wielu żydowskich kupców, aby kupić konie, bydło, zboże i tym podobne. Ze wszystkich okolicznych miasteczek: z Węgrowa, Siedlec, Kałuszyna, Mińska i Kosowa zjeżdżali się mężczyźni i kobiety i na wszystkich ulicach miasteczka rozstawiali swoje stoły z różnego rodzaju towarem. Z Warszawy przyjeżdżali żebracy i handlarze końmi dobijać targów. Było tłoczno i gwarno. Dzikie muczenie krów, rżenie koni, przekrzykiwania i targi handlarzy oraz pośredników, piskliwe, dziwaczne śpiewy, modlitwy dziadów i kalek na wszystkich rogach – łączyły się w jeden głos i zalewały całe miasteczko.

W taki dzień Chaimek czuł się jak ryba w wodzie. Gorzałka

[str. 23]

lała się strumieniami. Gdy ktoś kupił krowę, szedł zaraz wypić toast – Chaimek szedł z nim. Przecież nikt mu nie ważył się odmówić.

Gdy ktoś kupił konia, musiał dać Chaimkowi za pośrednictwo… W jeden dzień targowy zarabiał na życie na cały kolejny tydzień. Gdy pusta robiła się jego kieszeń i brakowało kilku groszy na gorzałkę, zabierał jakiemuś woźnicy dorożkę i robił kurs na stację albo do innego pobliskiego miasteczka. Był jednak bardzo leniwy i częściej nie chciało mu się nic robić. Siedział więc na schodkach gospody Gruny i patrzył.

Grupa rzeźników na sokołowskim rynku

Gdy tylko zobaczył najeżdżającego kupca, Chaimek wnet już przy nim był.

– Ojczulku, wiecie kim jestem? Jestem Chaim! Daj mi na flaszkę, bo jak nie dasz, nie masz po co pokazywać się na ulicy!

Człowiek, nieboże, musiał zapłacić Chaimkowi za sokołowską wizę. Tragarze, zdrowi i silni chłopcy, którzy go się nie bali, próbowali od czasu do czasu go ukarać.

– Chaim, zgnijesz w więzieniu!

[str. 24]

Całe życie nie chcesz pracować, tylko wyduszasz od obcych ludzi ich ostatni grosz! – próbowali mu przemówić do rozsądku.

Wysłuchawszy tych wszystkich nauk, Chaimek wyciągnął się jak struna, wkładał ręce do kieszeni i dumnie i głośno mówił, tak, aby wszyscy ludzie na ulicy słyszeli:

– Chaim już raz siedział w więzieniu i jeszcze nie jeden raz posiedzi. Ale nie za kradzież, Chaim nie jest złodziejem! Cóż złego ja robię ludziom? Biorę od nich tylko kilka groszy na flaszkę.

Zawsze szczycił się tym, że nie jest złodziejem. I było to prawdą. Całe miasto wiedziało, że z kradzieżami i paserką Chaimek nie miał nic wspólnego. Nie brał udziału też w walkach politycznych. Sokołowskie partie wyróżniały się swoją zaciętością w walkach i sporach, co najlepiej widoczne było podczas wyborów do gminy i rady miejskiej. Radykalna lewica próbowała za każdym razem przeciągnąć go na swoją stronę i wciągnąć do walki z Poalej Syjon Lewicą [*Poalej Syjon Lewica – rozłam w Poalej Syjon, który opowiadał się za zacieśnianiem więzów łączących polskich Żydów o socjalistycznych poglądach ze światowym ruchem robotniczym. Polscy działacze dążyli do utworzenia autonomicznych instytucji żydowskich i uznania jidysz za język narodowy polskich Żydów] i Prawicą [*Poalej Syjon Prawica – ugrupowanie o umiarkowanych poglądach socjalistycznych, opozycyjne wobec rządów sanacyjnych w Polsce]. Chaimek zaś zawsze odpowiadał, że nie jest głupcem, nie jest frajerem. Nie rozumiał, dlaczego Żydzi mają się bić z innymi Żydami. Z gojami to tak, na to zawsze miał ochotę i zawsze reagował, gdy któryś ważył się zaczepić Żyda. Ale iść i tłuc się z innymi żydowskimi partiami nie było mu w smak. Nie chciał się bić nie tylko po stronie żydowskich partii robotniczych, ale też z religijnymi przedstawicielami Agudy [*Aguda – Agudat Isral, Związek Izraela; międzynarodowa polityczna organizacja ultraortodoksji żydowskiej, założona w 1912 r.] nie chciał mieć nic do czynienia.

Zdarzało się często, że strażnicy szabasu na czele z rabinem przychodzili w piątek wieczorem po zapaleniu świec do fryzjera, robili aferę, przeszkadzali i zabraniali profanowania szabasu. Brali ze sobą dorodnych żydowskich religijnych typków – rzemieślników, który siłą zmuszali do zamykania zakładów fryzjerskich. A gdy dochodziło do bijatyki między młodzieńcami o lewicowych poglądach, a strażnikami szabasu, wszyscy biegli do Chaimka po pomoc. Raz, gdy poproszono go o pomoc, faktycznie się zjawił.

[str. 25]

– Co tak stoisz jak golem, ty zawadiako wielki! – słychać było głosy złośliwców.

– Co to, to nie! – dziko wrzeszczał – Chaim nie będzie bił pobożnych Żydów. Ale was wszystkich zaraz pozabijam, jak tylko podniesiecie rękę na Żyda z brodą!

– Oni zaczęli. Rebe jako pierwszy nas uderzył.

– On może, on jest rabinem.

– Patrzcie no na tego przebranego cadyka! Nie chodzisz się golić w szabas? – spytał jeden z młodzieńców.

– Ano chodzę. Ale jak ja bym ich zobaczył, to bym uciekł przez tylne drzwi, a wy od razu chcecie się z nimi bić.

– To oni wyrwali się na nas z pięściami, nie my – jeden już prawie stracił cierpliwość.

– Oni mogą. Im pęka serce. To my powinniśmy odpuścić, odejść. Przecież to wstyd przed gojami, aby Żydzi tłukli się z innymi Żydami i to z powodu szabasu.

Młodzieńcy nie mogli się temu nadziwić, a Chaimek szybkim krokiem poszedł w górę ulicy i zakradł się po cichutku do starej synagogi.

W mieście było dużo budynków należących do różnych organizacji. Każda partia miała swój lokal, bibliotekę, czytelnie. Nawet pobożna młodzież – ceire emune – miała swój kąt, w którym studiowała księgi, prowadziła dyskusje i czytała prasę. Także rzemieślnicy mieli swoje stowarzyszenie, gdzie załatwiali swoje interesy i grali w domino. Chaimek nigdzie nie chodził. Jedynym lokalem, który odwiedzał była stara, dla niego jednak wiecznie nowa, synagoga.

Gdy tylko noc stawiała swoje pierwsze ponure kroki i otulała całe miasto czarnym, nocnym welonem, Chaimka ogarniała tęsknota. W nocnej ciszy czuł się mały i nędzny. Czuł się dobrze tylko wśród okrzyków, hałasu i zgiełku wielkiego miejskiego targu. Krzyki ludzi, targowanie się,

[str. 26]

zacieranie rąk i uściski dłoni między kupcami oraz pośrednikami pieczętujące zakup konia czy krowy, zachwycały go i sprawiały, że robiło mu się ciepło na sercu. Gdy kończył się dzień, słońce zachodziło, a miasteczko zapadało w cichy sen, wtedy nasz bohater siedząc na schodach wyszynku, kurczył się. Stawał się pyłkiem, który nawet najmniejszy wietrzyk mógł zdmuchnąć. W tak smutnych okolicznościach wypalał papierosa, naciągał na swoją dziką, rozczochraną, czarną jak smoła czuprynę szeroki daszek skórzanej czapki i wyciągał swoje długie obute nogi w stronę wyszynku.

Sama gospoda, przed którą siedział, była brudna i zaniedbana. Smród smażonego taniego śledzia kuł w gardło. Za ladą stała karczmarka Gruna, mała, drobna kobieta, sama skóra i kości. Jej czarny, podarty czepek ciągle przesuwał się na stronę, jakby nie chciało mu się leżeć na jej spiczastej głowie i przy uszach było mu dużo wygodniej. Jej twarz cały czas umorusana była sadzą i tłuszczem ze smażonych śledzi.

Nigdy nie przestawała mówić. Cały czas mełła swoim jęzorem. Jej wyschnięte usta, które wyglądały jak łupiny od kartofli, ruszały się jednostajnie. Gdy tylko widziała Chaimka wchodzącego do wyszynku, wszystkie jej zepsute zęby zaczynały kłapać do taktu, ręce i nogi zaczynały drżeć. Jej twarz na jego widok zmieniała się tak, że nawet trup wyglądałby ładniej niż ona w tym momencie. Karczmarka Grune dobrze wiedziała, czym pachnie jego wizyta. Bez szwanku z tego nie wyjdzie. W najlepszym przypadku będzie ją to kosztować szklankę gorzałki, a kto wie, co jeszcze. Chaimek nie dawał też na siebie długo czekać.

– Daj mi wódki, w dużej szklance! – zaraz dał się słyszeć jego głos.

– A co to u mnie gorzelnia, żebym produkowała wódkę? Sama muszę kupić gorzałkę. Idź do Icchoka Arona Morgenszterna, sąsiada

[str. 27]

Jakowa Szimena. Oni mają wielkie zapasy gorzałki. Niech ci dadzą. Czego chcesz ode mnie? – Grune nie pozostawała mu dłużna i odpowiadała swoim skrzypiącym głosikiem.

– Zapłacę jutro.

– Już wystarczająco dużo długów masz u mnie.

– Grunusiu, jutro przyjeżdżają kupcy z Kałuszyna kupić bydło. Chaimowi dadzą trochę pieniędzy, to ci zapłacę.

Grune nalewała mu wówczas szklankę gorzałki, on sam zaś szedł do bufetu, brał talerz i nakładał sobie smażonego śledzia i zagryzkę. Stamtąd udawał się prosto do synagogi. Tam też miał kilku towarzyszy, z którymi płatał różne figle: chował czyjś płaszcz alby wlewał wodę do kieszeni itp. Jego stali towarzysze zawsze siedzieli za wielkim piecem kaflowym. A byli to: Awrom Troc, tragarz o twarzy pooranej niczym tarka i liniejącej czuprynie, która łysawa była jak szwajcarski ser; Isroel Brisker, także tragarz, który zjadłby konia z kopytami, a i tak dalej byłby głodny. Ten oto Isroel Brisker miał wielkie marzenie. Chciał choć raz w życiu najeść się wyśmienitych klusek wątrobianych do syta. Między tymi towarzyszami gorąca krew Chaimka znów wrzała.

Od czasu do czasu podchodził trochę bliżej wschodniej ściany, gdzie siedzieli mężczyźni zagłębieni w Gemarze [*Gemara – zbiór rabinicznych komentarzy i objaśnień uzupełniających Misznę, czyli kodeks prawa obyczajowego w judaizmie. Obie księgi tworzą razem Talmud] i zajęci nauką. Tam także rozmawiano o polityce i innych światowych sprawach. Między nimi uspokajał się i poważniał. Z wielkim szacunkiem przyglądał się ciekawym wzrokiem mężczyznom pochłoniętym przez ważne sprawy, których jego prosta głowa nie była w stanie pojąć. Najwięcej przyjemności i radości sprawiały mu wizyty magida [*magid – hebr. מַגִּיד kaznodzieja]. Wymieniłby wszystkie teatry i kina razem wzięte na jednego dobrego magida. Odmówiłby sobie i najlepszych kąsków, aby tylko móc wysłuchać dobrego kazania. Ale nie wszystkich magidów poważał. Nie lubił słuchać droczących się, złych magidów, którzy karali i straszyli piekłem wszystkich, którzy grzeszą i nie są pobożnymi Żydami. Po wysłuchaniu takiego kazania całą noc nie mógł zasnąć,

[str. 28]

wiercił się na łóżku w obawie przed wielkimi kotłami pełnymi wrzącej smoły, do których miał zostać wrzucony. Dobrze wiedział, że jest się czego bać. Jego całe życie było jednym wielkim pasmem swawoli i hultajstw.

Chaim odwiedzał nie tylko sokołowskie synagogi. Dobrze znano go też w okolicznych miasteczkach. Wszędzie, gdzie zawitał na targ, szedł wieczorem do synagogi.

Zdarzyło się raz, że Chaimek wybrał się do Węgrowa. Zaparkował swoją dorożkę na rynku, przykrył konia swoją ciepłą burką, zawiesił mu na pysku torbę z owsem i ruszył do synagogi. Właśnie wtedy magid zaczynał swoje kazanie. Był to mężczyzna o promienistej, roześmianej twarzy, o dobrych, słodkich i miłych oczach – jednym słowem czystą przyjemnością było na niego patrzeć i go słuchać: Kol Israel jesz lehem khilek leolam habo – każdy Żyd będzie miał udział w tamtym świecie [Sanhedrin 10: 1-2.], nawet człowiek prosty, który nie potrafi się modlić i studiować ksiąg. Trzeba sobie na to tylko zasłużyć dobrymi czynami, szlachetnością, pomocą i dobrodusznością. Gdy człowiek pomaga i jest życzliwy wobec drugiego to może być pewien, że trafi do raju i będzie się rozkoszował jego dobrodziejstwami. Jesz kune olam habo basza achat – nawet jedną godziną pomocy potrzebującemu można sobie zjednać raj. Chaimkowi zrobiło się gorąco. Jego serce aż urosło z radości, a w oczach pojawiły się iskierki. Gdyby nie był w domu modlitwy, to zaraz złapałby magida i go wycałował. Poczuł, że jeszcze jest coś wart, że nie wszystko stracone. Jest jeszcze nadzieja i nie będzie musiał kąpać się w beczkach wypełnionych gotującą się smołą.

Gdy magid skończył, Chaimek szybko do niego podszedł i powiedział:

– Ojczulku, pojedź ze mną do Sokołowa. Jestem woźnicą, jadę już do domu. U nas więcej zarobicie. Żydzi w Sokołowie nie są tak skąpi, jak ci z Węgrowa.

– Ile ode mnie weźmiesz za podróż?

[str. 29]

– Nic! Nic od was nie wezmę, jakem Chaim!

Gdy zmówiono modlitwę majrew, magid zabrał swój pakunek, w którym były stare ubrania, tałes i woreczek z tefilinem [*tefilin – dwa czarne skórzane pudełeczka wykonane z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia, w których znajdują się cztery ustępy Tory]. Chaimek zarzucił sobie paczkę na plecy i szybko wyszedł. Magid za nim.

Chaim doprowadził do porządku dorożkę, kazał swojemu gościowi wsiąść, pociągnął za lejce i zakrzyknął: wio!

Była to ciepła zimowa noc. Niebo, niczym wielka niebieska chmura, zawisło nad miasteczkiem. Księżyc, jak wielki statek na przepastnym morzu, błyszczał wśród mrugających gwiazd. Malutkie płatki śniegu, migoczące w powietrzu wyglądały jak miliony brylantów spadających z nieba. W nocnym mroku świeży śnieg zmieniał swój mlecznobiały kolor. Między wysokimi topolami na węgrowskiej szosie, na brzegu sosnowego lasu, który rósł przy drodze, rozciągały się fioletowe i szare cienie. Chaimek wziął lejce w dłonie, które ukrywał w szerokich rękawach swojej burki i pozwolił koniowi samemu prowadzić. Mógł się na niego zdać. Nie raz wracając z targu udało mu się porządnie wyspać na furze, a jego koń sam znalazł drogę do domu. Także tej nocy, przepełnionej ciszą, udało mu się zdrzemnąć. Gdy siedział tak na koźle, wydawało mu się, że jest w raju. Siedzi w dużym kryształowym pałacu. Na suficie wiszą złote żyrandole, na ścianach brylanty i lustra. W pomieszczeniu – tysiące Żydów z koronami na głowie i setki aniołów śpiewają radosną pieśń – można rozpłynąć się z rozkoszy. Widział także wielu tragarzy, łaciarzy z ulicy Łaziebnej, którzy zmarli przed kilku laty, a którzy siedzieli teraz na samym przodzie stołu. Także jego zmarła matka, ubrana w prążkowaną sukienkę i owinięta czarnym, tureckim szalem, siedziała wśród dobrotliwych kobiet. Siebie zobaczył we śnie stojącego obok wielkiej beczki , jak nalewał wielkie kielichy i podawał do stołu.

[str. 30]

Chaimek dalej tak śniłby swój słodki sen, gdyby jego koń nie zatrzymał się na ulicy Węgrowskiej, która prowadzi prosto do Sokołowa. W miasteczku, nieco na uboczu, tam gdzie stała Kasa Składkowa, stał też wielki drewniany dom z szybami w oknach i wejściem od frontu. Dom ten należał kiedyś do dozora i miejscowego bogacza Hersza Tuwji Bera. Po jego śmierci, dzieci Hersza sprzedały przed wyjazdem do Ameryki dom Naftalemu Tenenbaumowi.

Szlojme Rozenberg, młodzieniec chudy i delikatny, o szlachetnych rysach twarzy i parze rozmarzonych, romantycznych, ognistych oczu, prowadził tam hotel. Wieczorem, gdy pozostawał sam, często podśpiewywał sobie pod nosem albo nucił jakąś melodię. Słuchanie jego śpiewu było czystą przyjemnością. Swoje elegie i romanse śpiewał na melancholijną, smutnawą, aczkolwiek słodką nutę. Gdy wszyscy goście już zjedli kolację, przysiadali się do niego i prosili, aby im coś przed snem zaśpiewał. Szlojme z wielką tęsknotą śpiewał im kołysankę:

Miasteczko drzemie, okiennice zamknięte już,
mój ukochany jest już tuż, tuż.
Na skraju stoi moja izdebka,
jest tak piękna, tak wspaniała ta moja kolebka.
Wokół domku płynie rzeczka,
kwitną kwiaty, rosną drzewka.
Do mnie w tej ciszy mój ukochany przybywaj
i mi piosnkę smutną zaśpiewaj.
Piosnkę o tym, kto cierpi i boleje,
kto przepędzony i z dalekiej drogi truchleje, 
Tym kimś będę ja, więc to mi zaśpiewaj,
śpiewaj i śpiewaj, i sił nie odbywaj.

Chaimek zszedł z kozła, wziął tobołek magida i powiedział: „Chodź ojczulku!”. Zapukał do drzwi i przerwał śpiew.

[str. 31]

– Szlojme, otwórz!

– Kto tam?

– Ja, Chaim. Szlojme, otwórz! Przywiozłem gościa na noc.

– Chaimku, nie mam miejsca. Wszystkie łóżka zajęte.

– Szlojme, otwórz. Chaim już znajdzie miejsce. Jak nie otworzysz, wyważę drzwi. Gościem jest magid. Jutro będzie wygłaszał w synagodze kazanie. Musi się wyspać.

Szlojme wiedział, z kim na do czynienia, i że nic z tego dobrego nie wyniknie, jeśli nie otworzy. Nie miał więc innego wyjścia, musiał otworzyć. Chaimek wszedł do hotelu.

– Szlojme, musisz znaleźć dla tego mężczyzny łóżko – rozkazał.

– Nie mam. Jedyne wolne łóżko stoi w starej stodole. Ale komu chciałoby się teraz, w taką zimną, zimową noc iść i je przynieść? – odpowiedział Szlojme uśmiechając się.

– Ja to zrobię. Daj mi klucz.

Chaim poszedł więc sam do stodoły, chwycił łóżko swoimi wielkimi łapami i w mgnieniu oka już stało ono na podłodze.

– Ojczulku, tu będziecie spać. A ty Szlojme wiedz, że ten mężczyzna jest magidem. Żeby nie przyszło ci do głowy brać od niego pieniądze. On prawi takie kazania, że aż człowieka ciarki przechodzą. A ty Szlojme, też powinieneś jutro przyjść i posłuchać.

Nazajutrz z samego rana Chaimek rozpuścił w miasteczku wieści. Obok sklepu z wodą sodową, przy ulicy Siedleckiej, gdzie zbierali się miejscy próżniacy, stał i godzinami namawiał ludzi, aby wieczorem przyszli do domu modlitwy posłuchać ważnego magida. Tego wieczora czuł się jak ojciec, który wydaje za mąż swoją jedyną córkę. Ot, nic wielkiego! Gdyby nie on, sokołowscy Żydzi nigdy nie mieliby okazji usłyszeć takiego kazania. W synagodze nigdy nie było tak cicho jak tego wieczoru. A gdyby nawet ktoś odważył się powiedzieć choćby słowo, ryzykowałby to swoim życiem. Gdy magid skończył kazanie,

[str. 32]

Chaimek złapał stół, zabarykadował nim drzwi i sam wziął się za zbieranie od ludzi pieniędzy.

– Nie wyjdziecie stąd, dopóki nie zapłacicie – krzyczał do ludzi.

Ze strachu każdy zapłacił kilka groszy więcej. Chaimek odprowadził magida na dworzec i powiedział:

– Ojczulku, obyśmy, jak Bóg da, wkrótce znów się zobaczyli u nas w mieście.

W mieście czuć było nowe prądy. Antysemicka fala, która w przededniu II wojny światowej zalewała polskie miasteczka, dotarła także do Sokołowa. Przy żydowskich sklepach zaczęły organizować się „pikiety”. Nie wpuszczano do środka chrześcijańskich klientów, z targu bydlęcego przegnano żydowskich rzeźników i handlarzy końmi. Na targ przestali też przyjeżdżać żydowscy kupcy. Domokrążcy i woźnice bali się wyjeżdżać poza miasto. Ludzie żyli w głodzie i strachu. Także bohater Chaimek nie chodził już na targ. Zadumanymi i pełnymi bolączki oczami patrzył tylko na łobuzów wybijających szyby w oknach żydowskich sklepów. Gdy ktoś go pytał: „No, Chaim? I co ty na to?” – nerwowo odburkiwał: „Ja mam się niby ich bać? Wszystkich bym pozabijał, ale potem urządzą pogrom. Nie chcę, aby miasto cierpiało z powodu Chaima”.

W mieście krążyły plotki, że następnego dnia targowego będą niszczyć żydowskie sklepy. Żydowska młodzież szykowała się do aktywnego oporu. Chaimek też się zgłosił.

– Towarzysze, chcę razem z wami być na ulicy. Tylko nie ucieknijcie i nie zostawiajcie Chaima samego z gojami. A jak Chaima wywiozą do Berezy Kartuskiej, to pamiętajcie o mojej żonie i dzieciach!

Działo się to w dni między Pesach i Szawuot [*Szawuot – żydowskie Święto Tygodni, zwane też Świętem Żniw lub Świętem Zbiorów], w przepiękny dzień pod koniec wiosny. Lato już stawiało pierwsze kroki,

[str. 33]

rozkwiecona zielona radość rozpościerała się nad lasami i polami. Zielone listki rozwijały się na łysawych jeszcze drzewkach stojących w jednym rzędzie niczym pułk wojska. Roześmiane słońce na bezchmurnym niebie oślepiało świetlistą radością. Złote promienie przyniosły do drewnianych domów słoneczny blask Pesach, święta wolności i wyzwolenia. Ze wszystkich stron ściągały chłopskie furmanki ze zbożem i drobiem. Grupy łobuzów z kijami szybko zmierzały ulicami miasta w kierunku rynku. Żydzi z drżącymi sercami, jak stado owiec przeciw nadciągającym wilkom, otwierali swoje sklepy. Żydowskie matki zamknęły swoje malutkie dzieci w domach i nie pozwalały im wychodzić. Starsza młodzież nie chciała nawet słyszeć próśb i płaczu rodziców. Wszyscy młodzieńcy przyszli do centrum miasta, do serca żydowskiego handlu.

Na ulicy Siedleckiej, na końcu straganów, naprzeciwko jatki rzeźnika Szolema, Elka Brejne, kobieta wysoka, z zieloną schorowaną twarzą i parą zaropiałych wodnistych oczu, miała swój sklep z żelastwem. Do Elki Brejny weszło kilku chrześcijan, aby kupić ostrza na orkę. Zauważył to jeden z łobuzów i rozwścieczony, z błyszczącymi ze złości, zbójeckimi oczami wdarł się do sklepu i zaczął bić najmłodszą córkę sklepikarki. Jakub Kaliner, odważny rybak, jako pierwszy dopadł zapienionego drania i zdzielił go żelaznym prętem po głowie. Zaczęła lać się krew. Więcej nie trzeba było. „Hurra! Na Żydów!” – wydarło się z setek dzikich gardeł. „Hurra! Hurra!” Nadbiegały chmary gojów z kłonicami i grubymi drągami. Stoły z towarem należące do Żydów przewrócono i zniszczono. Tłuczono szyby w żydowskich sklepach. Szkło sypało się na kamienny bruk. Starsi Żydzi szybko porzucili swoje sklepy i ukryli się na strychach. Większość chłopów w pośpiechu zaprzęgała konie i uciekała do swoich wsi.

Goje ruszyli w stronę biednych bezbronnych

[str. 34]

domostw przy ulicy Szerokiej, dzielnicy biedaków. Chaimek ze swoimi towarzyszami – chłopakami z synagogi i ulicy Łaziebnej stanęli jak żelazny mur w poprzek ulicy i zagrodzili drogę.

– Niech wszyscy tu staną z Chaimem! Niech nikt się nie waży uciec! – wydawał rozkazy.

Batami i kijami policja przegoniła Żydów z Chaimkiem na czele, z ulicy Szerokiej. W nocy policjanci przyszli do domu szukać Chaima. Ten zdołał jeszcze uciec na strych. Po zapadniętych dachach pokrytych gontem przeskakiwał z domu do domu. W tę mroczną noc Chaimek zniknął z miasta.

[str. 35]

 

Ślepy śpiewak

W rzędzie drewnianych domów bezczelnie stał mur z czerwonej cegły, który z góry spoglądał swoimi masywnymi ścianami na pochylone chaty, tak jak patrzy indyk na wystraszone kury. Mur należał do Awroma Lejba, którego w miasteczku nazywano Miedzianym. Był on grubym, masywnym mężczyzną, z postury był barczysty i potężny. Dom miał pełen dzieci, a wszystkie bez wyjątku wdały się w niego: zdrowi i dorodni chłopcy i dziewczęta, na widok których całą ulicę oblatywał strach. Nikt nie chciał mieć z nimi nic wspólnego i nikt nie śmiał wchodzić w zatarg z „miedzianą” gwardią. Nawet goje-łobuzi, którzy zwykli przysparzać Żydom z tej ulicy kłopotów, pukając nocą w okiennice albo kołatając do drzwi – „miedzianej” zgrai nigdy nie ruszali. Dobrze wiedzieli, że synowie Awroma zaraz spraliby ich na kwaśne jabłka i zabroniliby ruszać ich rodzeństwo.

Awrom Lejb z dziećmi handlowali końmi i jeździli po końskich targach. W piątek rodzina sprzedawała na targu ościste ryby. Latem wynajmowała od szlachciców sady i wozami wywoziła owoce do Warszawy. Wszyscy synowie świetnie nadawali się do handlu, potrafili jeździć konno, wypić z gojem, upilnować sadów, aby nikt

[str. 36]

nie zrywał ich owoców. Tylko jeden syn nie udał się Awromowi Lejbowi. Pasował do nich wszystkich jak piąte koło u wozu. Ani nie nadawał się na targ, ani nie potrafił jeździć konno. Nawet w sadzie nie było z niego żadnego pożytku. Ten nieudany nazywał się Jankiel. Był niski i gruby. Miał zeza, co wyglądało jakby zamiast oczu miał dwie metalowe blaszki siedzące w oczodołach. Także dolna warga była wykrzywiona w jedną stronę i wyglądała jak cielęca śledziona.

Gdyby nadawał się do interesów, ojciec zaprowadziłby go do okulisty i wyleczył chore oczy. Ale skoro był pokraką i niedorajdą, Awrom Lejb nie chciał wydawać pieniędzy na chorobę syna. „Tak czy inaczej – myślał – nie będzie z niego żadnego pożytku. Handlarz koni z niego nie będzie, to po co na niego wydawać pieniądze. Wielkie mi coś! A niech oślepnie. I tak nic z niego nie będzie”.

I tak Jankiel rósł z chorymi, zezowatymi oczami, aż prawie oślepł i niewiele już widział. Ślepiec miał jednak słodki serdeczny głos i cały czas śpiewał. Skąd brał swoje piosenki? A znał ich bez liku, piosenki autorstwa różnych poetów: Morrisa Rosenfelda, M. Winczewskiego, a także Mojsze Brodersona czy Icika Mangera. Znał wiele piosenek ludowych, chasydzkich nigunów [*nigun – specyficzny typ żydowskiego melodyjnego śpiewu grupowego], piosenek złodziejaszków i zbójów, także cały szereg elegii, romansów opowiadających o księżniczkach, zaczarowanych rzemieślnikach i nimfach. Wkradał się często do różnych organizacji i wyśpiewywał tam swoje smutne serce.

Stałe miejsce miał w lokalu Poalej Syjon Lewicy. Tam, jak się zdaje, jego zadręczona dusza znajdowała ukojenie. Do lokalu przychodzili co wieczór robotnicy, młodzieńcy i dziewczęta. Jeden wymieniał książkę w Bibliotece im. Berochowa,

[str. 37]

inny dyskutował o aktualnych wydarzeniach politycznych, jeszcze inny flirtował z dziewczętami. Jankiel usuwał się wówczas w kąt, gdzie miał swoich stałych, wiernych słuchaczy, którzy sadzali go zawsze do środka i dla których śpiewał. Ich ulubione piosenki traktowały o wyrzutkach, którzy rzucają swoje żony i o panach młodych, którzy chcą tylko wyłudzić posag od narzeczonej. Swoimi rozczarowanymi życiem oczami patrzyli na cały męski świat. Pieśni Jankiela były balsamem na ich rozżalone dusze. Siadali wokół niego, a on nigdy nie odmawiał i zawsze śpiewał „Uwiedzioną” Morrisa Rosenfelda, piosenkę, którą bardzo lubili:

Czy pamiętasz tę noc, gdy przyrzekłeś mi swoją miłość?
Jabłoń na polu zaczęła się zielenić,
Ptak cicho w gałęziach śpiewał,
nawet głos znikąd nie dobiegał.
Któż wówczas znał twoje zamiary,
pewno niebo i ziemia i księżyc srebrnoszary.
Przyrzekłeś mi wtedy uroczyście,
że na zawsze kochać mnie będziesz zaiste.

Gdy tak śpiewał, stare panny tylko spoglądały po siebie i kiwały głowami: „Prawda, prawda, każde słowo prawdziwe”. Jego śpiew potwierdzał ich zdanie o mężczyznach-zdrajcach.

Ślepy Jankiel także kochał. Szczerze, całym sercem, nie jak bohater piosenki Morrisa Rosenfelda. Był gotów całkowicie poświęcić dla swojej ukochanej, która go opuściła i pozostawiła w jego sercu głębokie rany.

Naprzeciwko muru stała drewniana chata z blaszanym dachem. Mieszkał tam Mojsze, syn Malki, handlarz zbożem.

[str. 38]

Ponieważ nie miał swoich dzieci, wziął pod swój dach daleką krewną, biedną sierotę. Nazywała się ona Chanele i była dziewczynką już starszą, niską, o spiczastej i bladziutkiej twarzy i dwóch cienkich zaplecionych warkoczykach. Nóżki Chany były króciutkie, malutkie jak u kaczki, a jej głos skrzypiący i ochrypły. W letnie wieczory Chanele otwierała okno i wystawiała swoją spiczastą główkę. Jankiel stał wtedy zazwyczaj przy drewnianej bramie i podśpiewywał:

Po ciemnych uliczkach błądziłaś,
w wielkim mieście się gubiłaś,
tam, gdzie domy zapadłe stoją,
a drzewa zamyślone się do Boga kierują.

Chanele z kołaczącym sercem słuchała śpiewu. Słowa piosenki poruszały ją do głębi. Nie wiedziała co robić. Czy przywołać go do okna? Czy wyjść na zewnątrz, stanąć obok niego i wsłuchiwać się w jego śpiew? Zrobiło jej się go żal i nagle wymsknęło jej się:

– Śpiewaj trochę głośniej. Będę cię lepiej słyszeć! Tak pięknie śpiewasz, a słowa tej piosenki są takie mądre… Lubię słuchać śpiewu. Piękny głos jest najpiękniejszym boskim darem. Byłabym szczęśliwa, gdybym potrafiła tak śpiewać jak ty.

– Nie mogę śpiewać głośniej. Ludzie zaczną się zatrzymywać i na ulicy zrobi się zbiegowisko.

– To podejdźże trochę bliżej do okna. Będziesz śpiewał tylko dla mnie.

Jankiel podszedł do okna, ona zaś jeszcze bardziej wychyliła głowę.

– Wiesz, kim jestem? – spytała.

[str. 39]

– Jakże miałbym nie wiedzieć! Już tyle lat przecież jesteśmy sąsiadami. Widziałem cię niejeden raz.

– Mnie widziałeś? Jakim sposobem? Przecież jesteś ślepy.

– Nie całkowicie. Trochę jeszcze widzę. Wszystkiemu jest winien mój ojciec. Gdybym miał pieniądze, to choćby i dziś można byłoby mnie wyleczyć.

– To jak wyglądam? – zapytała, aby przekonać się, czy mówi prawdę.

– Jesteś blondynką, niską. W ten szabes byłaś w lokalu Poalej Syjon. Widziałem cię tam.

Chanele bardzo się ucieszyła, że Jankiel nie jest całkowicie ślepy. Poprosiła go, aby zaśpiewał jakąś piosenkę o dziewczynie, która kocha i tęskni za swym lubym. Ulicę pochłonął jesienny smutek, jasny, srebrny blask odbijających się od dachów promieni słonecznych oślepiał ludzi. Powoli na błękitne, jedwabne niebo zaczął wspinać się okrąglutki księżyc. Jankiel wydął swoje grube mięsiste usta i na wdechu rozśpiewał się jak słowik:

Raz jeden matka mi opowiadała,
jak stara chatka w dolinie stała,
dom i ogród w kwieciu były,
a w nim uczciwe ludzie żyły.

Chanele siedziała jak zaczarowana. Jakby szybowała w innym wymiarze. Na skrzydłach swojej fantazji leciała daleko do pięknej dziewczyny o czarodziejskich oczach, do kryształowego strumyka, który wpadł do wielkiej rzeki, aby szukać w niej przyjaciela. Pożegnała się z Jankielem, zamknęła okno, a na odchodne życzyła mu dobrej nocy i poprosiła, aby przychodził częściej. W nocy prawie nie spała. Co nóż śniła słodkie sny. Wyobrażała sobie fantastyczne sceny. Ona i Jankiel mieszkają

[str. 40]

razem w domu wśród drzew i kwiatów. Jankiel śpiewa piosenkę, którą kiedyś usłyszała, i której nie może zapomnieć, bo ona jest tą piosenką, jej myśli, jej los. Skąd wielki poeta wiedział, że na świecie jest tyle nieszczęśliwych żydowskich dzieci, które nie wiedzą, co to miłość, co to dzieciństwo. Wieczne sieroty błąkają się po tym świecie. Gdy Jankiel jutro przyjdzie, poprosi go, aby zaśpiewał tę piosenkę, która za nią cały czas chodzi, a której tytułu nie może sobie przypomnieć. Powie mu tylko kilka pierwszych słów, a on już z pewnością będzie wiedział, co to za piosenka.
I gdy Jankiel nazajutrz wieczorową porą przyszedł pod okienko, spytała go, czy zna może tę piosenkę, której tytułu ona co prawda nie zna, ale może zgadnie, gdy zacytuje mu kilka jej wersów. Nie było przecież piosenki, której Jankiel by nie znał.

– Oczywiście! Słuchaj! – i Jankiel zaczął śpiewać.

Bądź mi opoką, bądź mi siostrą,
a nawet matką bądź mi…

Ludzie mówią, że na świecie młodość jest,
a gdzie jest moja?

Gdy skończył śpiewać, zawołała do niego:

– Czy to nie pasuje jak ulał do nas? Czy my doświadczyliśmy młodości, dzieciństwa?

– Ale miłość znamy i możemy jej doświadczyć – odparł bez pardonu Jankiel.

– Musisz jednak wiedzieć Jankielu, że miłość to piękna, doniosła rzecz. A ja jestem sierotą, biednym, marnym dziewczęciem. Ty też jesteś nieszczęśliwym człowiekiem. Połączenie naszych losów jest nieszczęściem,

[str. 41]

rezygnacją z życia. Gdybyś tylko nie był ślepy! – powiedziała szeptem i głęboko westchnęła.

– Prawdziwa, czysta miłość tym się nie przejmuje. Gdy się kocha, trzeba być gotowym na wszystko – Jankiel patetycznie wykrzyknął.

– Tak, Jankielu. Masz rację – odpowiedziała zawstydzona. Jankiel ujął w dłonie jej spiczastą twarz i bawił się jej warkoczykami.

Spotykali się co wieczór. Śpiewał jej piosenki, a nawet sam wymyślił piosenkę zadedykowaną swojej ukochanej, którą śpiewali później ludzie w miasteczku:

Jesteś mi droższa niż pesachowy rosół,
jesteś mi najdroższa i najsłodsza,
każda inna jest od ciebie dużo gorsza,
to śpiewam ja, twój Jankiel wesół.

Tak mijał rok za rokiem. Mojsze, syn Malki i jego żona umarli, Chanele została w domu sama. Zarabiała piorąc bieliznę w domach zamożnych ludzi. Przyczepił się do niej jeszcze jeden ukochany, który nawet chciał się z nią żenić. Gdy Mojsze, syn Malki żył, nosiwoda Jechiel, młodzieniec o wiecznie zatkanym nosie, przynosił im do izby świeżą wodę. Kilka razy przez chwilę z nią rozmawiał. W pierwszych latach niezbyt uprzejmie go przyjmowała, nie robiła z nim żadnych większych interesów, unikała wchodzenia w drogę. Jednak gdy została praczką w domach bogatych ludzi, do których i on nosił wodę, zostali kolegami po fachu i od czasu do czasu zgadzała się z nim porozmawiać. Ten zaś zaczął przychodzić do niej do domu każdego wieczora i odprowadzać ją pod rękę. Próbował rozmawiać z Chanele

[str. 42]

swoim nosowym głosem o poważnych sprawach, ale nie chciała go słuchać. Jechiel jednak nie akceptował odmowy i nie poddawał się. Był pewien, że kiedyś szczęście się do niego uśmiechnie. Wiedział, że Jankiel nie był całkowicie ślepy. Ona zaś musi chodzić i robić pranie bogaczom. Z Jankielem nigdy się nie ożeni. On zaś może pracować, zarabiać na chleb, więc Chanele na pewno będzie jego!

– Chanele, jak ty skończysz? Jesteś sierotą, starszą panną. Żal mi cię. Po co się tak męczysz przy baliach i pierzesz cudzą bieliznę? Pobierzmy się. Ja będę pracował, nosił wodę, ciągał wózki z węglem i drewnem. Będziesz miała u mnie chleba w brud!

– Co? Ty moim mężem? Po moim trupie! Co za bezczelność! Mam w nosie takich kawalerów jak ty!

– Chanele, nie miej w nosie!  mówił Jechiel przez nos. – Ja mam pracę. Jankiel może i śpiewa ci piosenki, ale umrzesz przy nim z głodu. Będziecie się tułali od podwórka do podwórka. Ty będziesz go prowadziła za rękę, a on będzie śpiewał. I tylko będziesz krzyczała: „Wy tam, z piątego piętra! Zrzucie coś kalece!”

– Idźże. Nie mieszaj mi w głowie. Czego ode mnie chcesz? – rozpłakała się jak mała dziewczynka.

Jechiel poszedł, ale stojąc przy drzwiach, powiedział jeszcze:

– Przemyśl to, co ci powiedziałem.

Całą noc Chanele, posiadająca dwóch amantów, przewracała się z boku na bok. Co robić? Lata lecą. Jest już słaba i stara. Jak to się skończy? Jaki jest sens całe życie tułać się po obcych domach? Może i Jechiel ma rację. Bo jaki pożytek będzie miała z Jankiela? Ale przecież go kocha. Chce go nie tylko z litości, bo przecież jest on też jest srogo przez los pokaranym, nieszczęśliwym człowiekiem. Ale weź bierz ślub ze ślepcem i męcz się przez resztę życia.

[str. 43]

Ślepiec i gadający przez nos kołatali się w jej malutkim sercu, aż zwyciężył ten drugi. Pobrali się. On nosił wodę w miasteczku, ona dalej prała cudzą bieliznę.

Wiadomość o ślubie Chanele trafiła ślepego Jankiela prosto w serce. Już nawet chciał się powiesić u swojego ojca w stodole. Ale ludzie go zauważyli i odratowali. Nadal chadzał po domach, przebywał w towarzystwie, w którym bywała też młoda para.

Na ulicy Pięknej w podwórzu domu rzeźnika Awroma, w małym domku mieszkała Lea, wyrabiająca knoty do świec. Cały dom pełen był kobiet, które pracowały jako służba w bogatych domach. W szabes wszystkie miejskie służące spotykały się ze swoimi kawalerami. Lea gotowała kilo bobu, kupowała zboże i spraszała towarzystwo. Była to zazwyczaj elita miasteczka: smalcowy Szmuel, szewc o czerwonej twarzy, gliniany Berl z krzywymi nogami, syn praczki Gołdy, Aszer Jon tragarz węgla, Siedlecki Mojsze z wielkim, mięsistym nosem i wielkimi jak dwa bochenki chleba piersiami. W tym towarzystwie obracali się także Jankiel, Jechiel i Chanele. Ludzie siadali na łóżkach wokół stołu i śpiewali różne pieśni. Ulubioną piosenką służących była stara pieśń ludowa:

Pierwsza miłość spoczywa na dnie serca,
druga już nie jest tak gorąca.
Jak szczęśliwe jest więc dziewczę,
które nie zaznało miłości jeszcze…

Pieśń tę intonował zawsze Jechiel. Miała ona kilkanaście zwrotek, a motywy komiczne, przemieszane z ludowymi, ciągnęły się jak krew z nosa. Gdy tak śpiewali „wzruszającą poezję”, patrzyli zawsze na Jankiela i Chanele,

[str. 44]

próbując odgadnąć, jakie ona robi na nich wrażenie. Jankiel siedział zazwyczaj załamany, pochłonięty w smutku.

Zdarzało się, że przerywał nucąc kolejną smutną piosenkę:

Z dnia na dzień mój ból rośnie,
gdy widzę, jak z nim idziesz,
nożem chcę się przeszyć boleśnie,
abym nie musiał tego wiedzieć.

Gdy nastawał wieczór, pary szły na spacer na szosę. Tylko Jankiel zostawał sam jeden w domu. Gdy całkowicie oślepł, nikt z nim już nie rozmawiał. Nie miał gdzie iść, stał więc tak, stary i schorowany przed drzwiami domu swego ojca i sobie podśpiewywał:

Na górze, za górą stado gołębi lata,
Żadnej radości nie miałem, hen są moje młodzieńcze lata.

Gdy słyszał jak młodzieniaszki dyskutują, spierają się na ulicy, lubił z kijem w ręce podchodzić bliżej i mówić:

– Dzisiejsza młodzież nie wie już, jak się bić. Kiedyś tu były partie, które miały swoich przywódców. Co wy to wiecie?! Kto z was pamięta pierwszy rok po wojnie, kiedy to towarzyszka Neche Winogórska z Bundu zmarła? Wszystkie partie się wtedy pojednały. Pamiętacie, jaki jej pogrzeb wyprawiliśmy? Wszyscy Żydzi z miasteczka ją odprowadzili. Ludzie nieśli ze sobą chorągwie, wieńce i bukiety kwiatów. Pamiętacie ten śpiew, który niósł się po miasteczku wzdłuż drogi na cmentarz?

I zanim ktokolwiek zdążył go poprosić, Jankiel sam z siebie zaczynał śpiewać piosenkę, którą śpiewał wtedy orszak pogrzebowy:

Przyjaciele, jak umrę
zanieście na mój grób nasz sztandar,
czerwoną chorągiew wolności,
splamioną robotniczą krwią.

[str. 45]

Młodzieńcy się z niego naśmiewali, stroili żarty.

– Powiedz, Jankiel, chciałbyś mieć taki pogrzeb?

– Chciałbym.

Pogrzeb Jankiela przeszedł bez echa. Nawet diabeł nie zajrzał.

[str. 46]

 

Icchok Zaremski

Jednym z najbardziej interesujących, najbardziej osobliwych działaczy społecznych w mieście był Icchok Zaremski. Znany był dobrze nie tylko sokołowskim i okolicznym Żydom. Także w syjonistycznych organizacjach w Warszawie jego nazwisko nie było nikomu obce. Syjonistyczni wysłannicy, instruktorzy, mówcy, literaci i artyści dobrze znali jego adres. Bez niego w mieście nie odziało się nic – nie odbywały się żadne spotkania, przedsięwzięcia, wykłady, czy sztuki teatralne. Do wszystkiego, co w ciągu ostatnich 20 lat wydarzyło się w Sokołowie, przykładał swoją ręką. Nie było instytucji, w której nie zabrałby głosu i do której nie zaglądałoby zwaliste ciało Icchoka Zaremskiego. Był także stroną we wszystkich miejskich sporach i konfliktach. Trzeba by też dużej sali, aby pomieścić w niej wszystkie stołki, na których zasiadał.  Spróbujmy je wyliczyć: Keren Hajesod [*Fundusz zbierający środki na ustanowienie niezależnego państwa żydowskiego w Palestynie], Żydowski Fundusz Narodowy, Pracujący Erec Isroel [Dos arbetndike Erec-Isroel], Żydowski Kongres Światowy, stowarzyszenia profesjonalne, organizacje szkolne, organizacje pomocowe, TOZ [*właśc. Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce], kasa rzemieślnicza, banki, do tego jeszcze rada miasta i gmina. Szczególnie w tych dwóch ostatnich zajmował najczęściej swoje pozycje bojowe. Tu też było najwięcej zgiełku i wrzawy.

Icchok Zaremski pochodził z rodziny chasydzkiej.

[str. 47]

Jego dziadkowie byli jednymi z praojców polskiego chasydyzmu, a jego chasydzki rodowód ciągnął się od Przysuchy, Kocka aż po Sokołów. Był on przesiąknięty rabinackimi i chasydzkimi opowieściami, które miały duże znaczenie nie tylko w kontekście lokalnym, ale też znaczną wartość historyczną i folklorystyczną oraz stanowiły ważny wkład w historię polskich Żydów i w historię chasydyzmu na ziemiach polskich.

Dziadek Icchoka Zaremskiego, reb Welwele Zarembar był wielkim uczonym. Jeździł do reb Mendele (bp.) [*błogosławionej pamięci – tak mówi się o ludziach zmarłych] z Kocka i czekał miesiącami, aż ten zachce go przyjąć. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół z lat młodzieńczych, nie opuścił rebego i był bardzo nieszczęśliwy, gdy ten zdecydował, że będzie żył w odosobnieniu. Zamartwiał się i przeżywał, że nie może zobaczyć rebego. Przyjmował to jednak ze zrozumieniem i przekonany był, że rebe wie, co robi. Gdy reb Mendele umarł, Welwele Zarembar jeździł do reb Dowida, gdzie spotkał i poznał sokołowskich chasydów, którzy też byli częstymi gośćmi w Kocku. Pewnego szabasu w odprawianiu kiduszu towarzyszyli mu sokołowscy chasydzi: handlarz skór Pinie Arie, syn Mojszego, Chaim Dowid Pinie, syn Aszera i Jakow Szymon. Zasmakował wówczas w wędzonej baraninie, którą sokołowskie żony pakowały na drogę swoim mężom, gdy ci wyjeżdżali do Kocka. Nasze potrawy, które chasydzi wozili w swoich walizkach – pieczone gęsi i nadziewane szyjki, słynne były na cały Kock. Pytano nie raz Pinie Arie syna Mojszego, co jego żona dodaje do tych wszystkich przepysznych potraw. Wówczas dumny odpowiadał: „I tak tego nie zrozumiecie. Trzeba mieszkać w Sokołowie, aby wiedzieć jak gotować i przyrządzać jedzenie”.

Czasami reb Welwel Zarembar zabierał do Kocka swoich synów Mendela (zwanego Mendelem-Cukiereczkiem) i Awroma. Po śmierci reb Dowida, Kock podzielił się na dwa obozy i z kockiej dynastii wyrosły dwa nowe dwory. Jeden z synów reb Dowida, reb Isroel osiadł w Pilawie, drugi reb Herszele w Łomży. Z kockich chasydów wyrośli chasydzi piławscy i łomżyńscy. Także drogi Mendla i Awroma po śmierci ojca rozeszły się. Mendel-Cukiereczek pojechał do Pilawy, ożenił się i został

[str. 48]

melamedem na pilawskim dworze. Później zaś rabinem w Sokołowie. Icchok Zelik uczył się u Mendla-Cukiereczka. Awrom ożenił się z panną z Sokołowa i jeździł do reb Herszele do Łomży. Awrom Zaremski, majętny handlarz skór, modlił się w kockim sztiblu, który znajdował się w Sokołowie, w podwórzu domu Liskerów, w górę ulicą Siedlecką aż do Zdroju. Między starymi, podupadłymi domami, kilka grusz oplotło swoimi powykręcanymi, zielonymi gałęziami blaszane dachy domów. Latem w wielkie upały chasydzi siadywali w cieniu drzew, rozkładali na kolanach wielkie Gemary i rozkoszowali się orzeźwiającym wiaterkiem i słodkimi zapachami, które niosły się z kwitnących jabłoni. Awrom Zaremski zwracał baczną uwagę, aby co roku ogród przed sztiblem został zaorany, aby zasiano warzywa i pamiętano o podlaniu ziemi. Wszyscy chasydzi wiedzieli, że Awrom jeździ do Łomży i ludzie w miasteczku o tym gadali. Zdarzyło się raz, że w pierwsze dni Sukot [*Sukkot – święto, które upamiętnia mieszkanie w szałasach i namiotach podczas ucieczki Izraelitów z Egiptu i wędrówki do Kanaanu], gdy tylko dotarł do Łomży, gdzie miał zamiar spędzić Jamim Noraim, Kalman Jechiel, człowiek drażliwy, z mocno skręconymi pejsami (zagorzały zwolennik rabina z Pilawy), uderzył pięścią o stół i krzyknął: „Panowie! Nie mogę dopuścić w kockim sztiblu do takich bezeceństw. Awrom pojechał do rebego do Łomży. Nie może już się z nami modlić!”

Awrom Zaremski nikogo o pozwolenie jednak nie pytał, a już tym bardziej takiego obdartusa, jakim był dziki, burzliwy Kalman Jechiel. Awrom był bogaty, handlował skórami i wszyscy sokołowscy kuśnierze kupowali u niego hamburskie skóry i ścinki. Nawet wszyscy szlacheccy dostawcy Mordechaj syn Jokla, Josl Kalman syn Herszka i Mojsze Strok zaopatrywali się u niego skórę. Zaremski nie liczył się więc zupełnie z tym, czy Kalmanowi Jechielowi podoba się jego jeżdżenie do Kocka, czy nie.

Gdy potrzebowano pieniędzy na sztibel, zawsze przychodzono do niego. Rozdawał w miasteczku duże datki, dawał ludziom darmowe pożyczki na czwartkowy targ, wspomagał także miejscowych chasydów większą sumą, gdy musieli stanąć na własne nogi. Pomagał nawet swoim braciom ze sztibla wyprawiać wesela ich córkom.

[str. 49]

Mógł sobie więc pozwolić na luksus jeżdżenia do Łomży i modlenia się w sztiblu z pilawskimi chasydami. Awrom i jego brat Mendel nie mieli dzieci. Być może był to powód, dla którego jeździł on do Łomży? Odwiedzał też innych rabinów, prosząc o błogosławieństwo, nic jednak nie pomagało. Rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną i poślubił drugą, siostrę Hersza Tuwji, syna Bera.

W tym samym czasie w mieście wybuchła afera wokół miejskiej mykwy. Rabin reb Judl pochodzący z Płocka opuścił swój rabinacki urząd, bo nie mógł dojść do porozumienia z przedstawicielami gminy i nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Zajął się handlem i prowadził swój sklep. Wówczas do miasta zawitał nowy rabin, reb Benjamin Jechiel Zbożyner (bp.). Postawił sobie za cel zaprowadzenie pokoju w miasteczku, co jednak mu się nie udało. Reb Benjamin Jechiel był wielkim uczonym i serdecznym człowiekiem. W Sokołowie napisał też sidur „Perusz mirow Binjomin Eljachu” [“Komentarz rabina Binjomina Eljachu”], który zyskał aprobatę wielkich autorytetów religijnych. W sidurze reb Benjamin Jechiel tłumaczył w prosty i zrozumiały sposób wszystkie żydowskie modlitwy, między innymi także Hagadę Pesachową. Dla prostych ludzi, którzy nie rozumieli znaczenia większości słów, sidur był prawdziwym skarbem.

Miejscy gospodarze na czele z Eliezerem Szachną i Nachmanem Dowidem wiecznie się z nim spierali. Nie chcieli mu płacić kilku rubli miesięcznie, które mógłby przeznaczyć na życie. Biedny rabin musiał więc przez długi czas głodować, aż w końcu i on opuścił swój urząd. Eliezer Szachne i Nachman Dowid wyrzucili go z miasta. Musiał teraz jeździć od miasta do miasta i sprzedawać swój sidur, który z czasem dotarł do wielu społeczności żydowskich. Jeszcze dziś, gdyby poszukać w domach modlitwy i synagogach, to znalazłby się sidur autorstwa reb Benjamina Eliahu. Nawet w synagodze w Buenos Aires jest takowy. Wielu sokołowskich Żydów mieszkających w Buenos Aires i modlących się w synagodze szczyci się tym sidurem, bo napisany on został w ich rodzinnym mieście, a jego autor był tam rabinem. Najwidoczniej jednak nie wiedzą, jak podle

[str. 50]

członkowie gminy zachowywali się wobec tego interesującego człowieka i w jaki sposób się go pozbyli. Niektórzy już wówczas wróżyli, że Eliezera Szachnę spotka okrutny koniec, bo ważył się przegonić z miasta rabina. Jednak wyrugowanie z miasta rabina było starym sokołowskim zwyczajem. Już przed 120 lat miejscowi możni wyrzucili z miasta rabina. I to w przeddzień święta Jom Kipur [*Dzień Pojednania – jedno z najważniejszych świąt żydowskich, o charakterze pokutnym]! Na cmentarzu w sąsiadującym z Sokołowem mieście Węgrowie stał ohel [*niewielki grobowiec] rabina Szmuela, który przez pewien czas sprawował ten urząd w naszym mieście. Był on bardzo popularny i lubiany przede wszystkim przez rzemieślników i biedotę. Miejscowi rzeźnicy i inni możni obywatele prześladowali go jednak i nękali, a nawet rzucali na niego pomówienia. Ojciec Hersza Chaima Kronenberga rozpuścił w miasteczku plotki, że widział rabina bawiącego się z kotem. Ten zaś jeszcze przed Kol Nidre [*modlitwa żydowska unieważniająca przysięgi religijne, które zostały złożone zbyt pochopnie oraz pod przymusem. Odmawiana jest przed wieczorem Jom Kipur] uciekł do Węgrowa. Starzy ludzie powiadają, że rabin Szmuel przeklął miasto i dlatego Sokołów tak często nawiedzały pożary. W święto Pesach, w dniu, w którym wypadała rocznica śmierci rabina, ludzie z Sokołowa jeździli na jego grób, wkładali kwitki z prośbami i przepraszali rabina. Setki mężczyzn, kobiet i małych dzieci co roku, w czasie Pesach jechało albo szło do Węgrowa na grób rabina Szmuela.

Gdy rabini Judel z Płocka i Benjamin Elijahu opuścili Sokołów miasto było niczym stado bez pasterza. Nie było do kogo zwrócić się z ważnymi pytaniami, nie było komu rozsądzać sporów. Jedynym autorytetem w tym okresie był miejscowy dajan [*sędzia] starowina reb Josele. Był on już w bardzo podeszłym wieku, niedomagał i cały czas leżał w łóżku. Potrafił co prawda odpowiedzieć kobiecie, gdy ta przychodziła zapytując, czy garnek jest koszerny czy nie, ale nic poza tym. Miasto znów szukało odpowiedniego rabina. Takiego, co to nie będzie brał dużo pieniędzy i w ogóle będzie tani w utrzymaniu. No i, co najważniejsze, nie będzie miał na utrzymaniu całej gromady dzieci.

Wówczas rebe zwołał do Pilawy sokołowskich możnych mieszkańców: Jakuba Szymona, Fejwla Kaczyka, Pinie Arie syna Mojszego, Mojsze Luftikmana i Awroma Zaremskiego. Razem z nimi zadecydował, że urząd rabinacki w miasteczku trzeba powierzyć jego synowi Icchokowi Zelikowi, późniejszemu

[str. 51]

Sokołowski rabin Icchok Zelik Morgensztern, gdy przyjechał do miasta

[str. 52]

sokołowskiemu rabinowi. Pomysł ten zaraz znalazł w Sokołowie swoich przeciwników. Sprzeciw wyrazili chasydzi z Aleksandrowa, Góry Kalwarii i Radzynia. Wiedzieli jednak, że nic nie uda im się wskórać. Z kockimi nie da się wygrać, a na ulicach będzie się tylko przelewać krew. Spryciarze z Kocka są zdolni do wszystkiego.

Pięknego poranka Icchok Zelik w towarzystwie setek chasydów wjechał do miasta i uroczyście włożono mu na głowę wielką futrzaną czapę. Młody rabin był mądrym mężczyzną, uczonym. Wiedział jak obchodzić się z miejskimi dygnitarzami. Zaprzyjaźnił się ze wszystkimi dozorami, zapraszał ich na kidusz i gawędził z nimi o światowych sprawach i o polityce. Udało mu się zakończyć lokalne afery i spory, które trwały nawet i dziesiątki lat. Udało mu się to także dlatego, bo nie miał wiele do czynienia z gminą. Nie musiał, jak Benjamin Elijachu, co piątek wystawać jak jakiś biedak u Eliezera Szachny i prosić o kilka rubli na szabas. Icchok Zelik był bogaczem. Po śmierci ojca został też rebem [*z hebr. mój mistrz]. Przyjeżdżały do niego tysiące chasydów, także z zagranicy. Rebe łagodził nawet konflikty między największymi bogaczami w Polsce. Znał się na medycynie, wypisywał recepty, a wszystkie lokalne apteki bez szemrania je uznawały. Tysiące chorych mężczyzn i kobiet przyjeżdżało do niego po lekarstwa. Z datków i kwitów płynęły do kasy rabina pieniądze niczym w banku państwowym. Jego dwór prowadzono z wielkim przepychem, ale miejscy dozorzy nie mieli mu tego za złe. Nie mieli też mu nic do zarzucenia. Szanowali go, a nawet trochę się bali. Dlatego wraz z jego pojawieniem się w miasteczku, zniknęły afery i machlojki, które toczyły się i mąciły w mieście przynajmniej od dwóch pokoleń.

W tym czasie w mieście miało miejsce następujące wydarzenie. Sokołowski rabin urządzał wesele swojej najstarszej córce Esterze, która wychodziła za mąż za reb Jankiela Białowieżegera. Wesele świętowano z wielki przepychem. Na uroczystości przyjechał także ojciec rabina, reb Isroel z Pilawy. Zatrzymał się w domu Chaima Szmuela. Zanim wyjechał i pożegnał się

[str. 53]

z setkami chasydów minęło wiele dni. Awrom Zaremski i jego brat Mendel także przyszli pożegnać rebego. Reb Isroel wyjął srebrną monetę i powiedział do Awroma:

– Idź i kup zabawki dla moich wnuków, a i swoim będziesz mógł kupować.

Usłyszawszy to Mendel zakrzyknął:

– Rebe, a ja?! Przecież ja też nie mam dzieci.

Reb Isroel szybko odpowiedział:

– Idź przestudiować stronę Gemary, ustęp z Miszny i dajże mi spokój!

Mendel nie miał dzieci i umarł bez syna, który mógłby po jego śmierci zmówić kadysz. Żona Awroma, Wiszka, wkrótce rzeczywiście zaszła w ciążę. Wieść o tym niosła się z miasta do miasta i wielu łomżyńskich chasydów przeszło do kockich [w sensie pilawskich]. Gdy Wiszka przygotowywała się do porodu, aby nie kusić losu, wysłano ją do szwagra, do Jeżewa. Tam urodziła chłopca, a chasydzi z Kocka świętowali i hulali bez umiaru. Wódka lała się strumieniami. Jednak przytrafiło się wielkie nieszczęście – dziecko zmarło.

Jak piorun z jasnego nieba wiadomość ta trafiła pilawskich chasydów. Rebe reb Isroel był wielce nieszczęśliwy. Gdy Awrom do niego przyjechał rozmawiał z nim godzinami, zabrał go do odosobnionego pokoju, pocieszał i zapewniał, że Pan tego świata ześle mu kolejnego potomka. I rzeczywiście Wiszka znów zaszła w ciążę, a Awrom zapowiedział swój przyjazd w Pilawie. Rebe prosił, żeby, jak Bóg pozwoli, stawił się u niego na Jamim Noraim, bo musi z nim pomówić. Na Jom Kipur Awrom pojechał do Pilawy. Rebe ucieszył się, widząc go. Był też przeszczęśliwy, gdy dowiedział się, że Wiszka znów jest w ciąży i zapowiedział mu, żeby wysłał do niego depeszę, gdy jego żona urodzi, a wówczas on przyjedzie do Sokołowa pobłogosławić potomka.

Gdy Awrom wrócił do miasta w szabas podczas modlitwy opowiedział chasydom o planach rebego.

[str. 54]

W sztiblu zapanowała wielka radość. Nikt już nawet nie myślał o pójściu do domu, tylko z impetem i kockim zapałem zaczęto przesuwać wielkie stoły. Awrom posłał po pięć flaszek gorzałki, śledzie i ciasto. Brat Mendel-Cukiereczek zebrał grupę młodzieńców i udał się z nimi na zaplecze wyszynku w poszukiwaniu czegoś na zagryzkę. Przyniesiono wszystko, co tylko znaleziono w domach. Poznoszono też wszystkie czulenty [*czulent – wolno gotowany gulasz, przyrządzany z koszernego mięsa, z fasolą, cebulą, kaszą jęczmienną lub jaglaną] i kugle [*kugel – babka ziemniaczana], które sokołowskie kobiety przygotowały z okazji świętego szabatu.

Mojsze Lustikman, najspokojniejszy, najcichszy spośród chasydów, człowiek o chłodnym usposobieniu, który nigdy nie tańczył, nie śpiewał i po modlitwach zaraz wracał do domu, tym razem został. Był nie do poznania – toż to inny Mojsze! Był rozgorączkowany i podniecony wiadomością, że rebe przyjedzie do Sokołowa. Mojsze Lustikman krzyknął na cały głos: „Wyślijcie młodzieńców po beczkę piwa na mój koszt!” Radości nie było końca. Awrom Jankiel Poklet wskoczył na stół i zaczął śpiewać ochrypłym głosem. „A skąd jegomość jedzie? – Z Pilawy. A cóż się takiego w tej Pilawie wyrabia? – Ano pije się gorzałkę i hula i tańczy w kole”.

Pinie Arie, syn Mojszego, wydawał rozkazy jak rosyjski oficer. Zakomenderował, aby przyniesiono z wyszynku jego córki Doby, wszystko, co tylko tam się znajduje. A to wszystko na jego koszt. I towarzystwo przyniosło pełne słoje marynowanych śledzi, talerze pełnie marynowanej ryby, smażone gęsi, kaczki i faszerowane szyjki. Chasydzi padli sobie w ramiona, biedni i bogaci, wysocy i niscy. Złapali się za ręce i wyglądali niczym las składający się z setek bród, futrzanych czap – święta iskra zapłonęła w ludzie Izraela, w dzieciach Najwyższego, które to tysiące lat podążają drogami diaspory, jak pisze Perec, a które teraz rozśpiewały się i roztańczyły wierząc, że zbawienie nadejdzie, gdy my, odświętni, przepełnieni duchowością i obdarzeni dodatkową duszą, będziemy tego warci.

Śpiewy i tupanie nóg dały się słyszeć w cały mieście. Setki mężczyzn, kobiet z dziećmi stało w ogrodzie

[str. 55]

przed sztiblem i przysłuchiwało się temu wyniosłemu, głośnemu śpiewaniu, chasydzkiej bijącej jasnością radości, które niosły się ze sztibla. Pijany szklarz Joel przewrócił wielką balię wody, która stała w pobliżu drzwi. Naprzeciwko sztibla mieszkał stary szewc. W domu miał worek z grochem. Synowie Jankiela Piniesa, Nate i Izrael, przytaszczyli ten wielki wór z grochem, wysypali zawartość do wody i tańcząc kręcili się w wodzie z grochem. Mężczyźni pluskali się i tańczyli, chodząc po grochu aż do popołudniowej modlitwy.

Gdy Wiszka urodziła, Awrom bezzwłocznie zawiadomił Pilawę, zapraszając na obrzezanie. We wszystkich piekarniach w mieście pieczono przepyszne bułki i inne łakocie. Rzeźnik Majer Kurcer specjalnie na tę okazję kupił najlepszego woła z karczewskiego dworu. Zapłacił nawet 30 rubli więcej niż ten był wart, bo tak drogi wół na pewno musiał być koszerny. Isroel Icchok Fiszer przywiózł z Gródka dwie beczki pełne żywych łososi. Do przygotowywania potraw zatrudniono dziesiątki kobiet – kucharek. Przygotowywano się na przyjazd setek Żydów. Gorzałkę i piwo dostarczył Jakub Szymon. Przysłał on też wóz wyładowany po brzegi wielkimi beczkami i miedzianymi pompami do nalewania alkoholu. Obrzezanie miało miejsce w nowej synagodze [*chodzi prawdopodobnie o dom modlitwy przy Małym Rynku; obecnie sklep Modny Strój]. Od samego rana wszystkimi drogami zjeżdżały do miasta setki wozów i karet z Węgrowa, Siedlec, Kosowa, Kałuszyna, Łukowa i Białej, a wszystkie napakowane po brzegi chasydami. Ulicami miasta sunęło morze brodatych, pejsatych mężczyzn w futrzanych czapach, z niewielkimi walizkami w dłoniach. Rozgorączkowani młodzieńcy ubrani w kapoty i atłasowe jarmułki biegli w te pędy do synagogi, gdzie miało się odbyć obrzezanie. Do miasta zjechali się też przeróżni biedacy, kaleki, ślepcy, setki żon gabajów [*gabaj – urzędnik gminy żydowskiej], zogerki [*zogerka – kobieta, która pomaga w modlitwie niepiśmiennym], bo wszyscy chcieli być przy obrzezaniu. Goje tylko podkręcali swoje spiczaste wąsy i podziwiali tysiące Żydów, a wróciwszy do swoich rodzinnych wiosek, opowiadali, że żydowski król przyjechał.

[str. 56]

Nie wszystkim udało się dostać do besmedreszu [*bes medrasz – dom modlitwy]. Tylko nieliczni mieli to szczęście być przy samym obrzezaniu. Reb Isroel zjawił się w towarzystwie starej kockiej gwardii. Przed wejściem do synagogi dwóch starych chasydów, którzy byli jeszcze chasydami reb Mendele, Efraim Koliszer i Herszke Slowetiszer śpiewało starą kocką pieśń:

„Gdzie jest Najwyższy? – Wszędzie, tam, gdzie go wpuszczą.
A gdzie go wpuszczą? – Do izb, które są czyste.
A które izby są czyste? – Te, w których ludzie się nie wywyższają…”

Dziecku nadano imię Icchok. Icchok wyrósł na rzeczonego działacza społecznego – Icchoka Zaremskiego, wokół którego toczyły się wszystkie kłótnie i spory w ciągu ostatnich 25 lat między obiema wojnami.

Cały kocki sztibl cieszył się i cackał z małym Icchokiem. Wszyscy chasydzi dawali mu pieniądze na Chanukę [*Chanuka – doroczne święto żydowskie trwające osiem dni, podczas którego zapala się świeczki w chanukiji], dawali w prezencie łakocie. Wszyscy wierzyli, że wyrośnie z niego pobożny człowiek i pójdzie w ślady reb Isroela z Pilawy. Wiszka urodziła jeszcze jednego chłopca. I znów jego obrzezanie świętowano uroczyście. Awrom był zadowolony ze swoich dwóch synów Icchoka i Lejba. Jednak wkrótce zmarł, a Wiszka została wdową z dwójką małych dzieci. Nie było komu poprowadzić interesu. Szewcy przestali kupować u niej towary i poszli do innych handlarzy. Wiszka od czasu do czasu jeździła z woźnicą Mendlem Szobranem do Węgrowa, aby kupić trochę starej skóry. Rozpruwała ją, moczyła i sprzedawała szewcom. Jednak wielkie wozy pełne skóry z Białegostoku, Świsłocza czy Węgrowa już nie przyjeżdżały. Wiszka utrzymywała swoje dzieci z tych kawałków skóry, które udało jej się sprzedać. Icchok poszedł do chederu. Nie było jednak nikogo, kto mógłby sprawować nad nim pieczę i chował się jak półsierota. Był on chłopcem dorodnym i wdał się w ojca. Miał wielki apetyt i rozpierała go energia. Wszystkie

[str. 57]

dzieci w chederze bały się go i przed nim drżały. Drapał je i bił. Wszędzie było go pełno, w chederze i w synagodze. Nikt jednak nie zwracał mu uwagi i nie czepiano się go ze względu na jego wyśmienite pochodzenie i fakt, że był półsierotą.

Wiszka, Icchok Zaremski z żoną Henią i dwójką dzieci Szifrą i Awromem

Bano się też sokołowskich chasydów, pod których skrzydłami zawsze znajdywał opiekę. Jego miejsce było u boku rebego w besmedreszu. Tam tłukł się z innymi chłopcami, a gdy któryś wracał do domu podrapany, wszyscy wiedzieli, że to robota Icchoka.

W szabes i w każde święto rebe urządzał w besmedreszu ucztę, w której zawsze udział brało wielu chasydów. Potrawy na uroczystość trzeba było przynieść z góry, z kuchni. Aby oszczędzić sobie bieganiny, za piecem wykuto małe drzwiczki, wielkości dziury, przez które mały chłopiec mógł przeczołgać się i przynieść strawę. Szames Mojsze zajmował się Icchokiem, próbując znaleźć dla niego jakieś zajęcie.

[str. 58]

I w końcu znalazł: Icchok przechodził przez małe drzwiczki i stamtąd przynosił talerze pełne ryby, mrożone nóżki, czulent, kugiel, mięso i wino. Icchok był za pan brat z każdym chasydem. Wszędzie go było pełno, wszędzie zaglądał i wciskał swoją małą główkę. Miasto nadało mu przydomek „Napoleon” – nic lepszego im do głowy nie przyszło.

Wybuchła I wojna światowa. Niemcy najechali kraj, a stare żydowskie życie legło w gruzach. Jak wzburzone morskie fale po kraju rozlewały się rozbudzone nowe ruchy społeczne, które burzyły dotychczasowe życie żydowskich mas i zmieniały je gruntownie. Ciemiężeni zrzucali kajdany, budzili się do czynów i przywracali swoją ludzką godność. Prości, zapracowani ludzie, dzieci narodzone z potu przelewanego przy ciężkiej pracy, wnuki Boncze Szwajga, którzy w synagodze zajmowali najgorsze miejsca, zakładają teraz biblioteki, stowarzyszenia, partie polityczne. Nowe czasy przynoszą też nowe pieśni. W miasteczkach rozbrzmiewają i niosą się echem pieśni bojowe – „Bracia i siostry w pracy i nędzy” [“Di Szwue” – hymn bundowców] albo „Wznosimy dłoń na Wschód i przysięgamy”.

Icchok Zaremski wstępuje do młodzieżówki Poalej Syjon Lewicy. Jest aktywny, nie opuszcza ani jednego wykładu, czyta wszystkie wydawnictwa partyjne, a interesują go przede wszystkim polemiczne artykuły o Bundzie i narodowym syjonizmie. W mieście, podobnie jak w innych miasteczkach, jest Komitet Pomocowy, w którym wydają zupy, mleko, mąkę i cukier. Icchok dostaje tam pracę. Pilnuje, aby kobiety stały równo w rzędzie, gdy wydawane są posiłki. Często wybuchają skandale wokół jego osoby. Jest on surowy, porywczy. Musi z racji swojej pozycji spierać się z ludźmi z miasteczka. W tamtym okresie jest jednym z niewielu, którzy mają pieniądze i tak samo jak ojciec, szeroki gest. Pieniądze nie były dla Icchoka nigdy ważne. Obchodziło go tylko, aby było co do ust włożyć. Młodzież w tym okresie była wygłodniała. Każdy chciał dobrze zjeść. A Icchok Zaremski miał i pieniądze i żywność, kręcił się w końcu wokół worków z ryżem, mąką i cukrem.

[str. 59]

Wszyscy inni działacze Komitetu Pomocowego robili interesy, wzbogacali się gminnymi pieniędzmi. Icchok też brał wiele produktów, ale rozdawał je głodującym biedakom, czasem też wysyłał je potrzebującym gospodarzom z miasteczka. Nikt jednak o tym nie wiedział. Nie był jednym z tych, których można było ujarzmić, zdyscyplinować. Był jak porywcza rzeka, która przelewa się przez brzegi, zalewa i niszczy otoczenie. Buzował w nim impet i niepokój. Kierowały nim wewnętrzne popędy, prymitywny, niespętany wolny patos pełen stanowczej energii, aby zbudować coś nowego i walczyć o wyzwolony świat.

Gdy Bolszewicy zajęli Sokołów, Poalej Syjon przyjęła wyczekujące stanowisko i nie brała udziału w tworzeniu nowych rządów. Icchok Zaremski nie tracił czasu. Jako piętnastolatek został policjantem u bolszewików. Dostał broń, która o mało go nie zabiła. Nikt nie miał w miasteczku tyle posłuchu co on. Chodził więc po chrześcijańskich stodołach w poszukiwaniu koni i miał dużo do czynienia z Polakami, którym rozkazywał dostarczyć konie na potrzeby Armii Czerwonej.

Gdy Rosjanie uciekli, Icchok Zaremski wyruszył z nimi. We wsi Boćki złapało go wojsko polskie i sprało na kwaśne jabłko. Rozebrano go do gołego i wysłano z całą grupą komunistów do Siedlec do więzienia. Gdyby był pełnoletni, zostałby zapewne tak samo jak inni skazany na śmierć. Po odsiedzeniu wyroku wrócił do domu. Minęło kilka lat. Wojenne rany zabliźniły się, a życie zaczęło się normalizować. Partie znów zaczęły działać. Społeczne i kulturalne instytucje ze zdwojoną siłą wznowiły swoją działalność. Sokołowska Poalej Syjon znów stała się najpotężniejszą siłą polityczną w miasteczku. Partia pod wpływem

[str. 60]

rosyjskiej zwycięskiej rewolucji zboczyła na lewo i kurs swój skierowała na Moskwę. Pasywnie zaś odnosiła się do kwestii odbudowy państwa Izrael, nie udzielała się też w syjonistycznych przedsięwzięciach, ani w ruchu chalucowym [*celem ruchu chalucowego było przygotowanie ludności do życia na terenie Palestyny]. Chaluców traktowano jak bandę małomiasteczkowych rozpieszczonych dzieciaków, „szerzycieli syjonistycznej burżuazji”. Niektórzy członkowie Poalej Syjon buntowali się przeciwko oficjalnej linii partii i stanowczo protestowali twierdząc, że „nie tędy droga”. Nie można przecież wyobrazić sobie Erec Isroel bez funduszy pomocowych, bez chaluców, bez budowania. Nie można siedzieć z założonymi rękoma i walczyć z angielskim imperializmem z Sokołowa na wieczorkach dyskusyjnych…

Miało to miejsce w okresie między trzecią a czwartą aliją [*alija – emigracja do Izraela]. Ludzie wyjeżdżają do Erec Isroel, a przed podróżą robią pożegnalne bankiety. Tematem wielu rozmów staje się też organizacja chalucowa. Pod Sokołowem na szlacheckich terenach w Patrykozach utworzony został kibuc. Chłopcy i dziewczęta z najodleglejszych zakątków kraju przyjeżdżali do Patrykoz pracować w rolnictwie. Miasto zostało zarażone entuzjazmem tej rozbrykanej hałastry, jej wzniosłym, dostojnym śpiewem. „Praca jest naszym życiem” – śpiewa sokołowska młodzież idąc ramię w ramię z chalucami. Icchok Zaremski, dziecko z rodziny zapalonych chasydów, cud z Kocka, wstępuje do Poalej Syjon Prawicy. Staje się jednym z budowniczych i najaktywniejszych jej działaczy, który ma wielki wpływ na duchowy i polityczny rozwój młodzieży, aż do wybuchu wojny. Każdy chłopiec i każda dziewczyna, którzy przeżyli wojnę i żyją teraz w Erec Isroel, zawdzięczają to tak ważnej, historycznej, świętej pracy, którą kilku miejscowych upartych marzycieli i lekkoduchów zapoczątkowało idąc pod prąd historii. W ruchu tym Icchok Zaremski grał pierwsze skrzypce.

W sokołowskiej Poalej Syjon Prawicy było wielu zdolnych, interesujących młodych ludzi, którzy swoimi odczytami i przemowami wywierali duży wpływ na młodzież. Pośród nich Icchok był najbardziej osobliwym. Wszyscy byli dużo błyskotliwsi niż on, on jednak odznaczał się swoją prawdomównością, aktywnością i wiernością ideałom,

[str. 61]

które mu przyświecały. Był gotów poświęcić się ruchowi. Był on człowiekiem czystym jak kryształ i miał otwarte, serdeczne serce. Bił od niego święty patos, przepełniony był wiarą swoich przodków – ofiara minionych pokoleń, które z modlitwą Szma [*Szma Israel – hebr., Słuchaj Izraelu; jid. Szma-Jisroel – jedna z najważniejszych modlitw żydowskich „Słuchaj Izraelu! Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym!”; modlitwa często odmawiana przez Żydów tuż przed śmiercią w obozach w czasie II wojny światowej] na ustach szły na stos. Za sprawą tych wszystkich cech charakteru wybierano go zawsze na przewodniczącego wszystkich organizacji, w których się udzielał, aż w końcu został przewodniczącym partii. Jednak nie nadawał się na szefa ludzi, z którymi razem pracował. Gdyby to rozumiał, byłoby to z pewnością z dużą korzyścią dla niego i dla partii.

Icchok nie raz zagalopował się z powodu nadmiaru szacunku, jaki mu okazywano. Wiele razy działał bez porozumienia z członkami partii i nie jeden raz się poślizgnął, bo był uczciwy i naiwny. Brakowało mu politycznej dojrzałości, społecznego uporu potrzebnego partyjnym działaczom. Miejscy intryganci, sprytni politycy nie jeden raz go wykorzystali i sprowadzili z partyjnej drogi. W radzie miasta, w gminie był zawsze wykorzystywany i oszukiwany, o czym jego towarzysze doskonale wiedzieli. Często też wykorzystywano go do różnych oszustw, ale świadkowie tylko zaciskali zęby i milczeli. Nie było innego wyjścia. Jedynym rozwiązaniem było wystąpienie z partii. Ludzie mu wybaczali i przymykali oko na jego dziwactwa. Jego czyny i wierność, jego otwarte serce zamykały usta niezadowolonym towarzyszom. Człowiek, który był w stanie utrzymać i prowadzić dom dziecka, który partia otworzyła, sam, z własnej kieszeni płacił nauczycielce pensję tylko po to, aby nie zamknięto ośrodka. Musiało to wywoływać w ludziach podziw i przebaczenie.

W Warszawie także o tym wiedziano. Zaremski był dobrze znany członkom Komitetu Centralnego. Wiedziano, że organizować działalność kulturalną, wychowywać młodzież i pięknie przemawiać może każdy, ale prowadzić kampanie, zbierać fundusze i samemu dorzucić stówkę, gdy będzie taka potrzeba, może tylko Icchok Zaremski. Trzeba było być w Sokołowie w 1933 roku, podczas

[str. 62]

Grupa działaczy z Poalej Syjon w Sokołowie Podlaskim

[str. 63]

Grupa działaczy z Poalej Syjon w Sokołowie Podlaskim

[str. 64]

akcji przygotowawczej do 17. Kongresu Syjonistycznego, aby zorientować się w tym, jaką pracę wykonał w miasteczku. Ponieważ sam kandydował w wyborach członków na Kongres, zamknął swój interes i całkowicie poświecił się akcji zbierania funduszy. Gdy do sklepu przychodzili szewcy kupić skórę, krzywo na nich patrzył: „Dziś, w takim dniu przychodzicie kupować skórę?” -„A co mamy zrobić? Musimy przecież przygotować buty na targ!” „To bywajcie zdrowi i kupcie swoją skórę gdzie indziej! Dopiero po wyborach pojadę do Białegostoku i Krynek po towar. Gdy nie powiedzie mi się w wyborach na Kongres, pojadę po skórę!”

W Warszawie bardzo się z nim liczono i bardzo go szanowano. Gdy trwała legalna i nielegalna emigracja do Erec Isroel, gdy młodzież z miasteczek masowo wstępowała do partii i ruchu chalucowego, aby móc wyjechać i dostać certyfikat i gdy każdy pragnął dostać certyfikat dla siebie, Icchok często jeździł z interwencjami do Warszawy i pertraktował w sprawie emigracji. Jeśli z kimś rozmawiano o tych sprawach, to właśnie z nim. Z racji swojego zawodu uchodził on za kupca, z którym można prowadzić pertraktacje. Niejeden raz się wygłupił i działał samowolnie, ale nigdy z uwagi na siebie lub na swoją rodzinę, ale zawsze dla dobra innych. Wywoływało to w partii sprzeciw i niekiedy dochodziło do kłótni.

Wiele lat był radnym w radzie miasta. Mimo iż nie był błyskotliwym mówcą, ciągle było o nim głośno. Miał cięty język i w każdej kwestii zabierał głos. Czy to, co mówił było dobre, czy złe – takie rzeczy go nie zastanawiały. Inni radni cały czas wykorzystywali go do załatwienia swoich osobistych interesów, także do swoich politycznych intryg. Wywoływało to w partii niezadowolenie, konflikty, którymi ludzie w mieście bardzo się interesowali. Jego ambicją było zostanie miejskim dozorem. Bo tam, w gminie już dałby im wszystkim do słuchu, już on by znalazł sposób, aby policzyć się z Agudas Isroel i ze wszystkimi bogatymi Żydami, którzy nie chcieli wesprzeć odbudowy Erec Isroel! Jak zasiądzie on w gminnej ławie, to zaraz zrobi rewolucję w gminnych finansach. Ludzie rzeczywiście się go bali. Pobożni, bogaci Żydzi

[str. 65]

obawiali się, że faktycznie zostanie wybrany. Nikt nie chciał dzielić gminnej ławki z taką zapalczywą, waleczną naturą.

Miasteczko przygotowywało się do wyborów. Z uwagi na rabina i jego wiernych wyznawców, wśród których było wielu miejskich polityków, miasto był twierdzą Agudy. Także gmina była w rękach Agudystów, którzy za wszelką cenę, rękami i nogami chcieli zachować władzę dla siebie. Jednak koszernymi, demokratycznymi środkami niewiele mogli zdziałać. Ze wszystkich sił

Zarząd sokołowskiej Agudy wraz z prezesem gminy reb Chaimem Jakowem Szpadlem (bp.) na czele

syjoniści, na czele z Poalej Syjon, próbowali przeciągnąć masy na swoją stronę. Oni także mieli wyśmienitych mówców i pisarzy. Ruszając w ideologiczny bój, było na kogo się zdać. Na pierwszy ogień wysłano Icchoka Zaremskiego.

Wydano wówczas odezwę pt. „Oskarżamy stary zarząd gminy”, która wywołała duże poruszenie w

[str. 66]

mieście. Aguda szukała sposobu, aby unieważnić syjonistyczną listę. Nie pozostało im nic innego, jak odwołać się do sławetnego i haniebnego paragrafu numer 20, który polski reakcyjny, na wpół faszystowski rząd wprowadził na życzenie Agudy do swojej zdradzieckiej, obłudnej polityki antyżydowskiej [*Ten fragment jest dość kontrowersyjny i wymaga szerszego komentarza. Nie udało nam się ustalić, o jaki paragraf 20 chodzi. Z kontekstu wynika, że polegał on na uniemożliwieniu zasiadania we władzach gminy żydowskiej osobom niereligijnym. Polska w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy na jej czele stał Józef Piłsudski, była krajem w miarę przyjaznym mniejszościom. Co nie znaczy, że nie występowały przypadki antysemityzmu. W 1920 r. utworzono w Jabłonnie obóz dla żydowskich żołnierzy, który zlikwidowano po 25 dniach z powodu nacisku opinii publicznej. Po śmierci Piłsudskiego w 1935 r.  do głosu doszły ugrupowania nacjonalistyczne, niechętne Żydom. Prowadziły one bojkot ekonomiczny żydowskich sklepów i zakładów usługowych, co skutkowało często użyciem przemocy fizycznej. Żydzi bankrutowali, a ci, którzy mogli, wyjeżdżali z Polski].

Wobec Icchoka Zaremskiego nie można było zastosować tego paragrafu, gdyż jego żona przestrzegała religijnych przepisów i chodziła, gdzie trzeba, więc i on chodził do besmedreszu się pomodlić. Co roku w rocznicę śmierci ojca odprawiał w synagodze kidusz. Aguda musiała zatem szukać innego sposobu, aż koniec końców znalazła niewielkie nieścisłości na liście, co doprowadziło do jej unieważnienia.

Wieczorem, gdy w gminie odbywało się posiedzenie komitetów wyborczych, do budynku wdarło się kilku działaczy Poalej Syjon i kilku chaluców i w proteście przeciwko usunięciu listy, zerwali kable elektryczne i zdemolowali lokal. W domach dozorów, którzy głosowali za skreśleniem listy syjonistycznej, powybijano szyby w oknach. Michał Hersz, kapelusznik, chłop duży i silny, przywódca rzemieślników, też był jednym z tych, którzy głosował za wykreśleniem. Gdy leżał późnym wieczorem w łóżku, spadł na niego grad kamieni. Jego żona zemdlała, a na miejsce zbiegło się pół miasta. W ten sposób potraktowano także prezesa Chaima Jankiela Szpadla i jego zastępcę Herszele Kajeta. Obleciał ich blady strach, a w mieście gotowało się jak w ulu. W całą sprawę wmieszał się starosta i nakazał przywrócić listę Poealej Syjon.

Tym sposobem Icchok Zaremski został wybrany na parnasa sokołowskiej gminy. Swoją działalnością rozczarował jednak przeciwników, a także swoich przyjaciół. Agudnicy sądzili, że wiedzą, co to za typ. A okazało się, że w historii gminy nie było jeszcze tak wiernego, odpowiedzialnego działacza jak on. Udzielał się nawet w sprawach, do których z uwagi na jego polityczne poglądy, nie powinien się mieszać. Wybielił wapnem synagogi, pojechał kupić grzejnik do mykwy,

[str. 67]

nakazał ogrodzić cmentarz itp. Udzielał się we wszystkim. Brał udział nawet w takich przedsięwzięciach, w których on, jako członek Poalej Syjon nigdy brać nie powinien. Co więcej – często stał na ich czele! Smuciło to jego towarzyszy i pociągnęło za sobą falę krytyki. Także przy przydzielaniu etatów działał mądrze i był bardziej dyplomatyczny niż inny dozorzy. Wszyscy zamożni Żydzi w mieście mieli w gminie swoich przedstawicieli, którzy ich chronili. Także wśród ludzi o lewicowych poglądach byli bogacze i trzeba było wiedzieć, jak się z nimi obchodzić.

Icchok Zaremski szedł swoją prostą, uczciwą drogą. Masz pieniądze, płać! – było jego dewizą. Towarzysze partyjni, którzy wylewali siódme poty, aby Zaremski wszedł do zarządu gminy, musieli teraz płacić dużo więcej, niż zanim stał się on jej członkiem. Biegli więc natychmiast do Icchoka. Ten zaś, zamiast dać im dyplomatyczną odpowiedź, mówił prosto z mostu: „Nie szkodzi! Przecież możecie zapłacić. Wiem, że macie pieniądze”.

Zawsze było z nim wesoło. Lubił i zaśpiewać i zatańczyć. Na wszystkich posiedzeniach, zebraniach ciągle się z nim sprzeczano. Często też przyjeżdżali do miasta wysłannicy z Warszawy, aby zażegnywać spory. Wszyscy działacze partyjni znajdowali schronienie w jego domu. U niego spali i jedli. Jego żona była dobrą i zdolną kobietą, wyśmienitą gospodynią. Jej potrawy słynęły w całej okolicy. Gdy w piątek przybywał do miasta gość z Warszawy, nie wracał już do domu na szabas, a zostawał u Icchoka i jadł u niego rybę, czulent i kugiel.

W czasie ostatnich wyborów do rady miejskiej, w przededniu wojny, nie wystawiono już Zaremskiego. Towarzysze utrzymywali, że powinien trochę wypocząć. Już za dużo spadło na niego zaszczytów. Wydawało się, że i dla niego i dla miasta będzie lepiej, jeśli trochę czasu spędzi w domu. Icchok był tym bardzo dotknięty i zwrócił się w tej sprawie do warszawskiego zarządu. Jednak towarzysze byli uparci i nie dawali za wygraną. Niektórzy radzili mu, aby wystartował w wyborach do rady miejskiej jako niezależny kandydat. Nie chciał tego jednak, bo wiedział, że bez swojej partii nic nie znaczy.

W pierwszym roku wojny

[str. 68]

do Argentyny, do jego brata przyszedł list. Icchok Zaremski pisał:

„Drogi bracie,

ja i moja żona, i dzieci żyjemy. Uciekliśmy z Armią Czerwoną z Sokołowa. Jesteśmy w małym miasteczku w pobliżu Słonimia. Nie wyobrażacie sobie nawet, co przeżyliśmy. Dziś jesteśmy szczęśliwi. Pracuję w fabryce mydła i wiedzie nam się nieźle. Towarzysz Stalin wyzwolił nas od faszystowskich Niemców. Wyzwoli on od faszyzmu wszystkich Żydów”.

Tak pisał działacz Poalej Syjon Lewicy [*w tekście „Lewicy”, ale chodziło chyba o „Prawicę”]? Icchok Zaremski, na którego obrzezaniu gościem był rebe z Pilawy, reb Isroel.

Co się z nim stało? Czy uratował się w Rosji? Pozostaje mieć nadzieję! [*Zgodnie z informacjami archiwum Jad Waszem Icchok Zaremski, ur. w 1907 r. w Sokołowie, żonaty z Henią z domu Kabak, został zamordowany w czasie wojny; informację o tym przekazał do archiwum jego krewny Szmuel Kleiman]

[str. 69]

 

Bal-tfile

Dajcie przejść! Zróbcie przejście i okażcie szacunek! Niech się otworzą niebiosa, niech wylecą nam naprzeciw setki aniołów, by na swoich białych skrzydłach zanieść do bożego tronu czystą, piękną duszę Chaima Szmuela Rozenbauma, bal-tfile [*hebr. mistrz modlitwy] sokołowskiej synagogi.

W Sokołowie było wielu Żydów, którzy byli wzywani do czytania Tory w czasie święta Jamim Noraim. Każda synagoga, każdy chasydzki sztibl miały swojego bal-tfile, a każdy z nich miał swój własny styl prowadzenia modlitwy. Wyjątkiem była synagoga sokołowskiego rabina, w której na Rosz Haszana i Jom Kipur modlitwie przewodniczyli przyjezdni chasydzi z wielkich miast.

Chaim Szmuel Rozenbaum był królem wszystkich bal-tfile. Takiego głosu i takiej barwy jak on nie miał nikt. Gdy swoim tenorem, niczym lew, wykrzykiwał: „Hineni heoni mimas” [„Oto jestem” – pieśń rozpoczynająca obchody święta Jom Kipur], ludzi aż przechodziły ciarki po plecach. Wielu modlących się w sztiblach, zaraz po modlitwie porannej natychmiast przybiegało do synagogi, aby posłuchać modlitwy musach w wykonaniu Chaima Szmuela.

Był on najprzystojniejszym, najlepiej ubranym mężczyzną w całym mieście. Miał rumiane, okrąglutkie policzki, błyszczące, lśniące oczy, krótką brązowo-siwawą bródkę i wąsy zaczesane à la cesarz Franciszek Józef. Spodnie miał zawsze wyprasowane, leżały gładko i równo jak od linijki. Jego skórzane buty wyglancowane były na połysk i można było się w nich przejrzeć jak w lusterku, gdy przechodził obok stawiając małe, powolne kroki. Jego

[str. 70]

laska ze srebrną rączką świeciła nowością jakby ją dopiero co z wystawy zdjęto. Możecie się zakładać, o co chcecie, a na jego płaszczu nie znaleźlibyście ani pyłku, ani paproszka.

Skąd wziął się w polsko-żydowskim miasteczku taki patriarchalny, dostojny elegant ze wszystkimi swoimi wygodnickimi przyzwyczajeniami? Bo także dom, w którym mieszkał, różnił się od innych – był znacznie bardziej gustowny i stylowy. Ładny, drewniany domek, otoczony kwiatami i akcjami, ozdobiony rzeźbionymi drewnianymi gzymsami i nadokiennikami, wyróżniał się swoją majestatycznością i kolorami spośród starych, ponurych domów.

Chaim Szmuel Rozenblum był też uczonym człowiekiem i potrafił studiować Torę. Był religijny, ale daleko było mu do bycia chasydem. Nie darzył też chasydzkich rebe wielką sympatią, być możne dlatego, że ci opowiadali się przeciwko Erec Isroel, występowali przeciwko syjonizmowi i nie wspierali odbudowy żydowskiego życia w ziemi Izraela. On zaś był zażartym syjonistą, jeszcze zanim syjonizm w Polsce stanął na nogi. Należał do Chowewej Syjon [*Chowewej Syjon – Miłośnicy Syjonu, żydowska organizacja powstała w Europie] i nauki pobierał u samego reb Szmuela Mohylewera (bp.). Światopoglądowo blisko mu było do Mizrachi [*Mizrachi – organizacja syjonistyczno-ortodoksyjna], ale nie chciał angażować się w żadne polityczne spory wewnątrz syjonizmu. Trzeba budować Erec Isroel i kropka. Inne sporne kwestie go nie obchodziły. Nie miało dla niego też większego znaczenia, kim są polityczni liderzy. Chaim Szmuel Rozenblum miał lepsze i gorsze okresy. Przez wiele lat był bardzo bogaty i posiadał swój własny młyn. Interesy prowadził na szeroką skalę, był hojny i rozdawał wielkie datki, i darował też dużo pieniędzy na gminne wydatki.

Gdy pochował swoją trzecią żonę, miał jedynie 50 lat. Długo nie próżnował i wziął za żonę młodą pannę, warszawską piękność z iście wielkomiejskimi, arystokratycznymi manierami. Jego piękna, inteligentna i młoda żona była kolejnym dowodem na jego estetyczny stosunek do życia. Był też taki okres, w którym Rozenbaumowi nie wiodło się najlepiej. Młyn się zepsuł i stracił wówczas dużo pieniędzy. Ludzie gadali, że to z powodu jego

[str. 71]

kokieteryjnej, rozbałamuconej i rozrzutnej żony. Nawet sokołowski rabin pewnego razu, trochę dla żartu, wypowiedział się na ten temat: „Chaim Szmuel zrobił kiepski interes. Kupił młyn ze starym napędem i ożenił się z młódką. A trzeba było postąpić na odwrót – kupić nowy, młody napęd i ożenić się z wdową. To i interes by dobrze szedł”.

Nigdy jednak nie stracił swojej subtelności, dumy i dobroduszności. Na jego serdecznych ustach zawsze gościł arystokratyczny uśmiech. Często zapraszano go do różnych społecznych akcji. Chętnie w nich brał udział, jeśli były one dla dobra ogółu. W roku 1929, gdy przez Erec Isroel przetoczyła się fala pogromów, wszystkie syjonistyczne partie i organizacje zwołały w synagodze mityng. W mieście zamknięto wszystkie sklepy i niemal wszyscy żydowscy mieszkańcy zebrali się, aby zaprotestować przeciwko rządowi MacDonalda [*James Ramsay MacDonald – premier Wielkiej Brytanii w latach 1924 oraz 1929-1935]. Babiniec pękał w szwach. Wszyscy mówcy głośno i stanowczo wyrażali, wykrzykiwali swoją złość i oburzenie przeklinając Anglię. Żaden z nich jednak nie porwał ludzi. Kobiety nie rozumiały za wiele z politycznych przemów i te ich także nie ruszały. Gotowe były wybuchnąć płaczem i przelać setki łez, trzeba było tylko trafić w ich czuły punkt i ścisnąć ich rzewne serca. Gdy głos oddano Chaimowi Szmuelowi Rozenblumowi, ten wszedł na podest dostojnie, jak w święto Jom Kipur na modlitwę neila. Uderzył dłonią w blat stołu (dobrze znał ludzi) i krzyknął: „Ludzie!” W synagodze zapadła cisza.

– My, Żydzi – kontynuował swoim przyjemnym głosem – jesteśmy słabym narodem. Nie mamy wojska, nie mamy armat. Naszą jedyną bronią jest głos, głos Jakuba. Dlatego też zmówmy wspólnie Pieśń pielgrzymią „Z głębin wzywam cię, Boże”.

Krzyki i płacze wyrwały się z setek gardeł i wybuchły jak wulkan. Staliśmy w pobliżu podwyższenia, a obok nas stał bundowski miejski działacz, kamasznik Grunem. Widzieliśmy, jak po jego twarzy spływały łzy.

[str. 72]

– Co to ma być, Grunem. To przecież ci nie przystaje!

– A co miałbym niby zrobić? Nie mogłem się powstrzymać, tak mnie wzięło – odpowiedział Grunem.

Nawet, gdy Chaim Szmuel skończył 80 lat nie chciał się rozstać z podestem w synagodze, nie chciał przestać być kantorem w sokołowskiej synagodze. Starzał się z godnością i dumą i dobrze znosił przemijające lata. Nawet przez myśl mu nie przyszło, że na świecie jest coś takiego jak starość.

Jak ten dobry, czcigodny człowiek zakończył swój żywot? Czy wywieziono go do Treblinki? Czy umarł w getcie? Najwyższy w niebiosach już nigdy nie będzie miał takich Żydów jak Chaim Szmuel… [*Zgodnie z informacjami archiwum Jad Waszem, Chaim Rozenbaum został zamordowany w czasie wojny; pracował w administracji kuchni publicznej w getcie w Sokołowie]

[str. 73]

 

Baruch Winogóra i jego towarzysze

Sokołów nie miał tyle szczęścia, co takie miasta jak Zamość, Kutno czy Wyszogród, gdzie na świat przyszły słynne żydowskie osobistości, które swoimi nazwiskami rozsławiły rodzinne miasta. Sokołów nie cieszył się sławą w okresie renesansu literatury jidyszowej, nie był też kolebką syjonizmu. Także nie bardzo znany był wśród działaczy żydowskich partii robotniczych. W środowiskach chasydzkich nie cieszył się taką sławą jak Berdyczów, Humań, Przysucha czy Kock, skąd pochodziły największe dynastie rabinackie. Sokołowski rebe, który był co prawda znany w całej Polsce i miał tysiące swoich wyznawców, którzy co roku zjeżdżali się do niego z najodleglejszych zakątków kraju, nie pochodził z Sokołowa, a z Pilawy i dostał cześć kockiej dynastii poniekąd w spadku. Sokołów wydał jednak małą grupę utalentowanej, uzdolnionej młodzieży, wśród której byli poeci, eseiści i działacze społeczni, zabierający głos w żydowskim świecie po dziś dzień.

Jednym z nich był krytyk literacki Baruch Winogóra,. Był on z uwagi na charakter i pełną sukcesów drogę życiową, być może najciekawszym i najbardziej popularnym sokołowianinem. Rodzina jego była bardzo biedna. Jego ojcem był jeden z najwybitniejszych uczonych, jakich te okolice kiedykolwiek widziały. Mieszkał obok nowej

[str. 74]

synagogi, na Małym Rynku, na którym kramarki sprzedawały swoje warzywa, a rybacy – ryby z wielkich drewnianych beczek. Tam, wśród wrzawy i zgiełku, wśród krzyków wydobywających się z setek gardeł, w suterenie, z której na ulicę prowadziły przegniłe schody, wychowywał się Baruch Winogóra. Jego matka piekła i sprzedawała gryczane babki i zajmowała się domem. Słynny wiersz Chaima Nachmana Bialika „Jak zostałem spadkobiercą mojej muzyki” pasował jak ulał do ich domostwa. Bieda krzyczała z każdego kąta, w izbie panował smutek i mrok. Mordechaj Zalman, ojciec Barucha, studiował z młodzieńcami z jesziwy Torę. Był wielkim uczonym, miał głowę na miarę prawdziwego gaona, był jednak też wielce uparty i kapkę arogancki. Inni uczeni bali się go śmiertelnie i drżeli na sam jego widok, mimo iż w życiu był człowiekiem raczej spokojnym i prostym, który pomagał swojej żonie ugniatać ciasto i nosić drewno. Uwijał się w pocie czoła. W besmedreszu jednak, pochylony nad Gemarą, prowadząc poważne dyskusje, stawał się innym człowiekiem. Nie można było mu przerwać. Cały płonął, nie posiadał się ze złości i zaklinał cały boży świat. Poza tym oczytany był w filozofii, astrologii, a nawet wydał książkę pt. „Dibri Mordechaj” [pol. Tako rzecze Mordechaj]. Baruch ożenił się z malarką Chane Kowalską, córką wrocławskiego rabina Kowalskiego (bp.), byłego polskiego senatora i jednego z najbardziej błyskotliwych żydowskich działaczy. Na weselu Mordechaj Zalman poznał swoich powinowatych. Ojcowie długo ze sobą rozmawiali o sprawach najwyższej światowej wagi. Rabin Kowalski był zachwycony erudycją swojego nowego krewnego, podziwiał nie tylko jego znajomość literatury rabinackiej, ale także przenikliwą wiedzę na temat żydowskości i kabały. Całymi dniami rozmawiali o gaonach i myślicielach złotego okresu w średniowieczu, o „Howot HaLewawot” Bachji ibn Pakuda, „Kuzari” Judy Halewiego i o takich myślicielach jak Saadja ben Josef czy Awicebron.

Baruch Winogóra odziedziczył głowę po ojcu, jego miał także pulsującą krew i otwarty umysł. Do 15. roku życia uczył się w besmedreszu. Później jego także porwały myśli i ideologie, które w tamtym okresie

[str. 75]

odbijały się echem o ściany besmedreszów. Jak spragniony czystej wody, tak on pochłaniał książki Mojsze Lejb Lilienbluma, Mendele Mojcher Sforima i Fajerberga. Największe wrażenie wywarł na nim, w tamtym okresie, Icchok Lejb Perec z powodu swojego buntowniczego patosu. Stał się gorącym entuzjastą, zażartym miłośnikiem nowej żydowskiej literatury. Pomagał nawet otworzyć pierwszą w Sokołowie bibliotekę, organizował kluby literackie, w których wspólnie uczono się i dyskutowano.

W miasteczku, w tamtym okresie zaczęły prężnie działać dwie grupy, mające różne ideologiczne podstawy i zapatrywania – syjoniści i bundowcy. Baruch należał do ugrupowania syjonistycznego.

Poeta Ejzik Płotner, Baruch Winogóra, Szercman, Icze Farbiarz i Szmuel Rubinsztajn

Pomagał śpiewać „Hatikwę” [*Hatikwa – obecnie hymn Izraela] i „In der soche ligt mazl broche” [*”W pługu leży szczęście”; pieśń ludowa w języku jidysz]. Gdy wybuchała I wojna światowa i Niemcy wkroczyli do Polski, Winogóra był najpopularniejszym działaczem w mieście. Doprowadził do rozłamu w organizacji syjonistycznej i sam został aktywnym działaczem Poalej Syjon. Swoimi pięknymi przemowami porwał dużą część miejskich

[str. 76]

robotników i uczniów jesziwy. Pomagał założyć stowarzyszenie robotnicze i szkołę żydowską. Był w tamtym okresie nielicznym, który potrafił wejść na trybunę i przemawiać publicznie do dużego tłumu.

Był znakomitym mówcą. Przemawiał odważnie i elokwentnie, a do tego mówił w pięknym, poprawnym jidysz. Jego specjalnością była literatura. Nie poetycko, nie rozpływając się nad artystami, ale rzeczowo i chłodno analizował, rozkładał na czynniki pierwsze bohaterów i środowisko, z którego autor czerpał literacką inspirację, a także ideologiczne rysy badanych dzieł. Zgłębiał, czy są one korzystne, czy szkodliwe dla mas robotniczych, czy pomagają, czy szkodzą w walce o wyzwolenie. Z marksistowską lupą w dłoni przedzierał się przez żydowską literaturę, badał jak szojchet [*szojchet – rzeźnik] płuca krowy, czy, nie daj Boże, w książce są antymarksistowskie treści albo idealizowane jest umierające, małomiejskie żydowskie miasteczko.

Przez pewien czas przebywał ze swoim przyjacielem Ajzikiem Płotkerem na Litwie. Wygłaszał odczyty, pracował dla Poelej Syjon, ale nikt nie zwrócił na niego tam uwagi (w lewicowym organie Poalej Syjon pt. „Rojter Pinkas” ukazującym się pod redakcją Zerubabela L. Chejn wspominał o nim). Opuścił Litwę i wyjechał do Niemiec, gdzie bardzo ciężko pracował. W końcu wrócił do Sokołowa. Warszawa zatrudniła go jako instruktora i od tego czasu jeździł po kraju i dawał odczyty, wygłaszał referaty, przede wszystkim na tematy literackie.

Ciężko przychodziło mu trzymanie się oficjalnej linii partii, bo z natury nie lubił kompromisów, co było niezbędną cechą charakteru każdego działacza politycznego, szczególnie takiego działającego w środowisku robotniczym. On zaś był bardzo lewicowy. Zarówno w życiu, jak i w swojej działalności był dużo bardziej radykalny niż niejeden socjalistyczny działacz. Także ojcowska duma i niewyparzony język nie pomagały mu w partyjnej działalności. Odszedł więc razem z wieloma innymi działaczami Poalej Syjon Lewicy. Niektórzy wstąpili do partii komunistycznej i tam aktywnie się udzielali, za co w końcu zostawali

[str. 77]

aresztowani. Baruch Winogóra wyznawał komunizm w pojedynkę. Agitował w miasteczkach i namawiał ludzi, aby wstąpili do partii. Swoje lewicowe poglądy przelał nie na politykę, nie na walkę z polskim rządem, a na literaturę, która, jego zdaniem, nie była zdolna do żadnych aktywnych czynów. Od literatury wymagał walki, wejścia na barykady, kultu proletariatu, marksistowskiej prostolinijności, zachęty do rewolucji itp.

Sokołowska młodzież lubiła słuchać jego przemówień. Pomagał im wyjaśniać zagmatwane kwestie literackie i w ogóle był najciekawszym mówcą w całym miasteczku, porywał tłumy swoimi ostrymi, ciętymi analizami. Był zapalonym jidyszystą. Jego wystąpienia na cześć Żydowskiej Organizacji Szkolnej zawsze odnosiły wielkie sukcesy. Zaś ataki skierowanie w stronę języka hebrajskiego przyniosły miejscowej młodzieży, z wychowawczego punktu widzenia, więcej szkód niż pożytku. Niemały miał udział w powstaniu tzw. antyhebrajskiego kultu. Jego przemówienia w pewnych kwestiach nie wychowywały młodzieży, a wręcz przeciwnie, ją deprawowały. Jego czelność i szczerość przysporzyły mu w miasteczku wielu wrogów. Każdemu mówił prawdę prosto w oczy. Możnym gospodarzom i ich skromnym, i cnotliwym żonom nie podobało się to. Był też wyśmienitym szachistą. Ale i on był tylko człowiekiem i zdarzało mu się od czasu do czasu przegrać. Nie ma co zazdrościć młodzieńcowi, który odważył się z nim wygrać. Winogóra potrafił go zrównać z błotem. Ludzie bali się z nim wygrywać w szachy i chętniej przegrywali, aby tylko go nie zdenerwować.

Ubierał się elegancko, ze smakiem. Jego ubrania były czyste i równo wyprasowane. Chód miał dumny, sylwetkę wyprostowaną jak struna. Zawsze chodził z podniesioną głową. Dużo czasu spędzał w mieszczańskich syjonistycznych kręgach. Jednak i tam nie próbował się nikomu przypodobać i często się ze wszystkimi kłócił. Ludzie szanowali go jednak i

[str. 78]

tolerowali, bo doskonale wiedzieli, że jest on mądrym człowiekiem posiadającym dużą wiedzę.

Syjonistyczny działacz Jankiel Mikulski (bp.), którego Baruch często odwiedzał, był mądrym człowiekiem, ale zapalczywym przeciwnikiem lewicowców i jidysz. Jednak dla Winogóry zawsze znalazło się u niego miejsce. U niego w domu ostrzył swój lewicowy miecz i na białej wygodnej kanapie, przy szklance wonnej herbaty walczył o socjalistyczną rewolucję.

J. Mikulski, przewodniczący Organizacji Syjonistycznej w Sokołowie

Także w domu Chaima Zilbermana był częstym gościem. Chaim i jego żona Masza, którzy z natury nie byli zbyt gościnni, w stosunku do Barucha zachowywali się całkowicie odmiennie. Tolerowali jego manię wielkości, bo interesował ich przede wszystkim jego ostry umysł. Jak ryba w wodzie Winogóra czuł się u Eliezera Pasomanika. U Pasomanika w domu zbierała się cała miejska śmietanka. Żona Eliezera, Lea, bardzo lubiła zapraszać ludzi i spędzać z nimi czas. Była też bardzo piękna i miała duże powodzenie u mężczyzn. Dom prowadziła z elegancją i rozmachem. Goście jedli, pili i czuli się jak u siebie w domu. Miała też słabość do inteligentów. Gdy przyjeżdżał z Warszawy jakiś interesujący literat, znajdował u niej w domu wygodne gniazdko. Tragicznie zamordowany dr Ignacy Schiper, dr Józef Kruk i Zerubabel, byli częstymi gośćmi u niej w domu.

Baruch Winogóra był u Pasomanika w domu wyczekiwanym gościem.

[str. 79]

Przesiadywał tam dzień i noc. Robił to nawet, gdy pokłócił się z gospodarzem. Na jego wizyty nie miało to większego wpływu. Ot, czuł się jak w każdym innym lokalu.

Goście nie tylko przesiadywali w mieszkaniu Eliezera i Lei. Toczyły się tam przede wszystkim zażarte dyskusje. Było wesoło, gdy udało się Barucha sprowokować. Tak jak jego ojciec, stojąc w besmedreszu z innymi uczonymi, zapalał się, gotował, krzyczał i wyklinał, tak samo jego syn wrzał, wszystkich obrażał, gdy ktoś miał czelność twierdzić coś innego niż on. Nie oszczędzał też pięknej płci, gdy tej udało się go sprowokować. Podobnie jak inni, opuścił miasto ze swoją żoną Chaną Kowalską i osiadł w Paryżu. Pracował tam w fabryce odzieżowej i tym sposobem zarabiał na życie. W wolnym czasie dużo pisał do komunistycznej gazety „Undzer Frajnd” [*”Nasz Przyjaciel”]. Artykuły, które docierały do Polski były dojrzałe, mocne, napisane w doskonałym stylu. Trzeba było to przyznać, nawet gdy nie zgadzano się z krytycznym podejściem i jego literackimi myślami, które wypływały spod jego pióra. Ludzie czytali je z dużym zaciekawieniem. Jego rozprawy o Szolem Alejchemie, Icze Mejerze Wajsenbergu, Herszu Dowidzie Nombergu, Baruchu Glazmanie i Mojsze Nadirze powinny zajmować czołowe miejsce w żydowskiej krytyce literackiej. On jednak nadal pozostał tym samym Baruchem, który na dłużej nie mógł się związać z żadną partią. Mimo swoich lewicowych poglądów, nigdy nie wstąpił do partii komunistycznej. W Paryżu pokłócił się z tamtejszymi żydowskimi komunistami i wspólnie ze znanym pisarzem Sz. Sznajdermanem wydawał czasopismo literackie, w którym polemizował z komunistami.

Spośród wszystkich zamordowanych sokołowskich Żydów, spośród milionów ofiar w całej Europie, tych wszystkich nieznanych, bezimiennych męczenników i bohaterów, którzy spaleni zostali w wielkich piecach, po których nie pozostał nawet znak, ani jedna pamiątka, po których nikt nie zmówi kadyszu, i którym nikt nie postawi macewy, Barucha Winogórę i jego żonę Chanę Kowalską spotkał wielki przywilej. Ich nazwiska często wspominane są w spisach zamordowanych pisarzy i artystów na łamach żydowskiej prasy na całym świecie.

[str. 80]

 

Alter Chaim Kafowy

Sokołowscy Żydzi mieli tę słabość, że darzyli szczególnym szacunkiem „obcych” ludzi. „Obcych”, czyli takich, którzy nie urodzili się w miasteczku. Krajanie mogli być nie wiem jak zdolni i inteligentni, byli jednak w mieście celowo bojkotowani. Tak postępowali nasi przodkowie. Ich ojcowie i wnuki byli już bardziej otwarci na szeroki żydowski świat i rewidowali swoje poglądy, ale dobre pochodzenie po dziś dzień odgrywa w społeczności żydowskiej ważną rolę. Tym wytłumaczyć można, dlaczego prawie wszyscy dozorzy, działacze starszego pokolenia, aż do powstania nowych społecznych ugrupowań, nie pochodzili z Sokołowa.

Alter Chaim Kafowy też był jednym z „obcych”. Na szacunek ciężko sobie zapracował. Każde miasto przywitałoby go z otwartymi rękoma i posadziło na honorowym miejscu przy stole. Wszyscy chcieli, aby został przewodniczącym gminy w ich mieście. Był jedynym ze starego pokolenia, który potrafił mówić rzeczowo. Dowodem był fakt, że nawet inteligenccy młodzieńcy, tacy, co to chodzą z książkami pod pachą, nie naśmiewali się z niego. Przemawiał spokojnie, każde słowo wymawiał powoli i wyraźnie, wplatając w swoje wypowiedzi nowoczesne wyrażenia zaczerpnięte z parlamentarnego słownika oraz wersety z Tory i Midraszy.

[str. 81]

Urodził się w Węgrowie przy ulicy Jatki. Jego ojciec był szewcem. Spośród wszystkich dzieci rzemieślników był on najlepiej wykształcony, uczył się w jesziwie i potrafił studiować księgi. Dlatego też zachowywał się arogancko, chodził z zadartym nosem i nie liczył się z nikim. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Wielki i chudy jak szczapa. Miał czarną, wyfryzowaną bródkę, mądrą, jasną twarz. Na wszystkich patrzył z góry – dosłownie i w przenośni. Być może także dlatego, że jego teściowie chwalili się nim na lewo i prawo. Był dla nich jak oczko w głowie. Jego teść cackał się z nim i obchodził jak z jajkiem.

Teść Ber Welwl był bardzo bogaty. Mieszkał w dużej, murowanej kamienicy i handlował tandetą, której jednak nie sprzedawał innym Żydom. Był wielkim ignorantem, świętych ksiąg studiować nie potrafił, ale mimo tego miał zwyczaj wplatania w swojej wypowiedzi hebrajskich słów. Całe miasto wyśmiewało się z takowych „wypowiedzi” Bera Welwla. „Uczoność” teścia miała duży wpływ na aroganckie zachowanie zięcia. Ber Welwl lubił wkupić się w łaski uczonych, co pozwoliło mu znaleźć dla wszystkich swoich dzieci świetne partie. Ludzie opowiadali sobie, jak spotkał kiedyś na targu innego sokołowskiego tandeciarza, równie bogatego powinowatego, Awroma Lejba zwanego Miedzianym. Wieczorem w zajeździe po wypiciu kilku kieliszków gorzałki i zagryzieniu ich kilkoma faszerowanymi gęsimi szyjkami, lekko wstawiony Ber Welw wygłosił w kierunku swojego niegodnego powinowatego następujący monolog: “Słuchaj, Awrom Lejb. Nadszedł czas, abyś dowiedział się, dlaczego tak się ciebie wstydzę. Powiem ci też, jak do tego doszło, że zostaliśmy rodziną. Jestem zwykłym, prostym człowiekiem. A ty jesteś do mnie bardzo podobny. Ja jestem bogatym człowiekiem z własną kamienicą i ty jesteś bogatym człowiekiem z własną kamienicą. Mam dom pełen panien na wydaniu. Patrz tylko, jakie małżeństwa udało mi się zaaranżować, a jakie tobie? Mam najlepszych zięciów w całym mieście. A ty? Jeden z twoich zięciów jest fryzjerem, golibrodą, co to publicznie nie przestrzega szabasu. Drugi handluje końmi, trzeci rybami. Wszyscy to prości, nieokrzesani młodzieńcy, tacy jak ty! Miałem w domu taki jeden ułomny egzemplarz. Istny gbur i niedorajda,

[str. 82]

to wcisnąłem go tobie na zięcia. Teraz już rozumiesz, dlaczego jesteśmy rodziną? Pomyśl tylko jaki pożytek masz ze swoich niedorajdów, a jaki ja mam z Altera Chaima?! Jest on głową miasta. Wszyscy go szanują, nawet rebe nie rusza się bez niego”.

Alter Chaim był zwolennikiem ruchu Mizrachi i należał do kockich chasydów. Modlił się u sokołowskiego rebego, wiceprezydenta polskiej Agudy. Był on częstym gościem na dworze rebego. Rebe, jak miał w zwyczaju, wołał na niego „czarny chłopak” i dopiero, gdy ten został przewodniczącym gminy, zaczął nazywać go po imieniu. Podczas szabasowej kolacji rebe miał w zwyczaju rozlewać swoim chasydom wino i częstować ich kuglem i kurzymi nóżkami. Do Altera Chaima zaś wołał: „Alter Chaim, weź sobie, co chcesz!” Rebe zawsze radził się go w sprawach powszednich. Często spacerował z nim po łąkach, aby pooddychać świeżym powietrzem. Kładł przy tym rękę na jego ramieniu i gładził swoją delikatną, czarną bródkę. Alter Chaim jeździł często z rebem na wesela i wyruszał z nim w dalsze podróże. Jednak do Agudy nigdy nie przystał. Jego przeciwnicy przebąkiwali, że Alter Chaim chwyta dwie sroki za ogon. Zupełnie mu to jednak nie przeszkadzało i cały czas podążał wyznaczoną sobie drogą. Cały czas zajmował się sprawami innych ludzi. Zaniedbywał swoje interesy, a domownicy prawie w ogóle go nie interesowali. W wielkim gminnym kotle ciągle się gotowało, ciągle wrzało. Z posiedzenia na posiedzenie atmosfera robiła się co raz to gorętsza. Gmina, rada miejska, Stowarzyszenie Rzemieślników, kupcy i banki państwowe – wszyscy się do niego zwracali. Gdy trzeba było interweniować u starosty, ludzie biegli do Altera Chaima. Ten zaś nie lenił się i migiem szedł do starosty. Gdy trzeba było zabrać biedakom ich niewielkie dobytki i przeznaczyć je na podatki, przychodzono do niego, aby poszedł i przekazał je magistratowi.

Nawet przez chwilę nie odpoczywał. Całe miasto nosił na swoich barkach. Nie interesowały go nawet własne dzieci, nie frapowały go ich życiowe wybory. Nie miał na to zwyczajnie czasu. Jego interesy podupadły.

[str. 83]

W szabes nie wracał do domu, jak inni ludzie i nie siadał z żoną i dziećmi do szabasowej kolacji. Można było go znaleźć na poddaszu, w domu rebego, gdzie świętowano szabas, aż do hawdali. Po szabasie Chaim Alter nie jechał jak inni ludzie na targ, nie przygotowywał w swoim sklepie towaru na cały tydzień, a leciał zajmować się gminnymi sprawami. Mimo iż wszyscy tandeciarze zarabiali dużo pieniędzy, on zrujnował swój sklep i zaprzepaścił interesy. W ostatnim czasie nie miał już nic i musiał ciężko pracować, aby cokolwiek zarobić. Ciągle zaciągał też nowe kredyty. W przededniu wojny sprzedał część swojego dobytku i przeniósł się do Warszawy. Tam zakończył swój żywot w getcie warszawskim razem ze wszystkimi warszawskimi Żydami [*Zgodnie z informacjami archiwum Jad Waszem Alter Kafowy, ur. w Węgrowie w 1892 r., żonaty z Rachelą z domu Sadownik, w czasie wojny przebywał w Warszawie, zginął na Majdanku w 1943 r.; informację tę przekazała do archiwum w 1956 r. jego córka Heni Teichenblat].

[str. 84]

 

Tragedia żydowskiego inteligenta

Pośród dołów i kamieni, na ulicy, na której błoto sięgało do kolan, w ruderze należącej do Nachuma Wolfa mieszkali rodzice Naty Kaufmana. W domowej gmatwaninie, pośród starych futer, stała owędzona dymem i smrodem kołyska. Rodzice Naty zajmowali się naprawianiem futer. Chodzili od wsi do wsi, łatali stare płaszcze i je odświeżali. W izbie dzieci chowały się bez opieki i pozostawione były same sobie. Wśród tej gromadki był także miejski inteligent. Miał słabe zdrowie i był bardzo wątły. Miał wiecznie zaczerwienione oczy, kręcone, rozczochrane włosy, których nigdy nie czesał. Na jego szerokich mięsistych ustach zawsze gościł dziecięcy, głupkowaty uśmiech. Jego koszulom brakowało guzików, a krawat nie był zawiązany jak u innych mężczyzna, a przywiązany do szyi sznurkiem.

Nate chodził zamyślony, zadumany i wiecznie pogrążony w myślach. Od zawsze pracował w swoim fachu i dobrze zarabiał. Miał też pieniądze. Gdy jego towarzyszom brakło grosza w kieszeni, zawsze ich wspomagał. Za zaoszczędzone pieniądze zaś kupował książki. Tym sposobem mógł sobie pozwolić na najdroższe dzieła, a słabość miał przede wszystkim do tych filozoficznej natury. Kupował Marxa, Engelsa, Spinozę, Kanta, Nietschego, Schopenhauera, Bergsona, Freuda, Plechanowa, Bucharina, Mojżesz Hessa, Achad Ha’ama, dr

[str. 85]

Chaima Żytłowskiego, Ber Borochowa i innych. W książkach tych przez całe życie szukał prawdy i sensu ludzkiego istnienia.

Czytał też dużo beletrystyki. Był dobrze obeznany w literaturze światowej i świetnie znał także żydowskich klasyków. Nie chodził do biblioteki szukać nowych książek i nie czekał cierpliwie na nie w kolejce, ale od razu kupował wszystkie świeże wydawnictwa. Jednak jego duchowy bagaż nie był doskonały, nie był też uporządkowany i poukładany. W jego głowie panował istny mętlik, plątanina wątków, scen i tematów książek, które przeczytał – jak w sklepie pełnym strzępków przeróżnych tkanin. Swoją wiedzę z niewyczerpanego źródła filozofii i nauki, czerpał dziurawym, podniszczonym wiadrem. Często plątał się w tym, co mówił, przekręcał filozoficzne idee. Wiele razy także sobie zaprzeczał i na nowo musiał podejmować zagubione myśli. Zdarzało się też, że wygłaszał swoje filozoficzne teorie do ściany. A gdy ktoś nie chciał go słuchać, zaklinał go na wszystkich filozofów, myślicieli ze wszystkich epok, z którymi był za pan brat. I weź tu się z nim spieraj i go nie słuchaj, jak zaraz zalewa cię mądrościami światowych mędrców.

Ciężko było z nim dyskutować. Stawał się nerwowy, histeryzował, a nawet doprowadzał się do obłędu. Często też wybuchał płaczem. Wielce zakochany był w swoich mglistych, rozmytych teoriach i za swoje dziwaczne idee gotów był oddać życie. Gdy wielki żydowski poeta H. Lejwik [*Halper Lejwik – ur. 1888, zm. 1962, żydowski poeta i dramaturg piszący w języku jidysz. W 1906 r. został aresztowany za działalność rewolucyjną i zesłany na Syberię, skąd zbiegł w 1913 do Stanów Zjednoczonych] odwiedził Sokołów, Nate Kaufmana publicznie powitał autora. Tak się rozgadał i zagłębił w mroczny labirynt dramatycznego poematu „Der gojlem” [*”Der Golem” – dramat napisany w 1921 r. przez Lejwika, oparty na legendzie o golemie, utrzymany w klimacie mesjańskiej apokalipsy], że nie mógł skończyć. Nikomu nie popuścił, dla nikogo nie miał litości.

Często wygłaszał przemówienia i występował z odczytami o I. L. Perecu [*Icchok Lejb Perec – ur. 1851 lub 1852, zm. 1915, polski i żydowski pisarz, jeden z głównych twórców literatury jidysz, adwokat i działacz społeczny]. Motał się między martwymi, mistycznymi cieniami z „Nocą na starym rynku” [*”Ba nacht afn altn mark”, książka napisana w 1907 r. przez Pereca] i nigdy swoich literackich wystąpień nie kończył puentą, nie mówiąc już o sukcesie. Nie należał do żadnej z partii i zawsze występował przeciwko oficjalnej linii. Nie podobały mu się wybory i drogi, którymi podążały partie polityczne. Podczas I wojny światowej był aktywnym działaczem Poalej

[str. 86]

Syjon. Występował na łonie partii, wygłaszał referaty. Był jednak cały czas niezadowolony. Gdyby można było wyciąć, usunąć Erec Isroel z oficjalnej linii partii, wówczas byłby szczęśliwy. Kaufman popierał Poalej Syjon, ale nie popierał pracy na rzecz odbudowy Erec Isroel. Ten cały palestynizm był dla niego jak zbędny bagaż, ciężki garb. Fascynowała go wielka rosyjska rewolucja i tu upatrywał początek zbawienia ludzkości.

W tak burzliwym okresie nie mógł pozostać w miasteczku. Wyjechał na Litwę, skąd przedostał się do Rosji. Na własne oczy widział społeczne powstanie zniewolonych mas, zemstę wyzyskiwanych pokoleń. Wiele lat spędził w Moskwie i w innych dużych miastach, gdzie spotykał się z żydowską inteligencją, pisarzami i artystami, którzy mieszkali wówczas w Rosji. Pracował i żył w tamtejszych warunkach w okresie panującego kryzysu nie gorzej niż inni. Nie mógł jednak dojść do porozumienia z rosyjskim środowiskiem. Człowiek, który zawsze głosił sądy inne niż wszyscy, musiał teraz dopasować się, pogodzić z panującym w Związku Radzieckim politycznym systemem. Doszło nawet do tego, że Nate musiał bronić w Rosji Erec Isroel przed różnymi żydowskimi sekcjami w partii komunistycznej. Oczywiste jest, że Poalej Syjon była w Związku Radzieckim prześladowana ze względu za swoje propalestyńskie poglądy. Nate Kaufman zaś, któremu Erec Isroel stawał jak kość w gardle i który chciał się go jak najszybciej pozbyć, musiał zostać jego orędownikiem i obrońcą w kraju, w którym nawet wspominanie o Erec Isroel było surowo zabronione.

Dłużej nie mógł zostać w Rosji. Wrócił więc do Sokołowa i został przywódcą Poalej Syjon Lewicy. I to jednak długo nie trwało. Spierał się wiecznie ze swoimi towarzyszami na tematy ideologiczne, aż w końcu Warszawa przysłała nawet specjalnych wysłanników, którzy mieli przemówić mu do rozsądku. Nate Kaufman w końcu opuścił partię, bo ta była dla niego zbyt prawicowa. Został bezpartyjny i twierdził, że prawdziwą partię nosi w swoim sercu, ale ludzie w mieście nie są jej godni. W wolnym czasie poświęcał się pracy na rzecz edukacji młodzieży i pomagał założyć Organizację Szkolną. Robił wszystko, aby w mieście powstała żydowska szkoła z wykładowym językiem jidysz. Jidysz stał się jego nową fascynacją, nowym językiem świętym.

[str. 87]

Stawiał go na równi z religią i widział w nim spełnienie rewolucyjnej mesjańskiej idei, którą mędrcy głosili już przed dwoma tysiącami lat. W żydowskiej literaturze zaś wyrażało się, jego zdaniem, pragnienie zbawienia żydowskiego narodu.

Z miasta wyjechało w tamtym czasie wiele cennej, inteligentnej młodzieży. Rosło już nowe pokolenie. Nate Kaufman, mizerny i samotny, został w miasteczku. Ożenił się z piękną panną i nadal samotnie podążał swoją ideologiczną drogą, rozmyślał też dużo nad filozoficznymi kwestiami. Zwycięstwo faszyzmu i hitleryzmu w Europie, ciemne, złe siły dusiły go, powoli zabijały jego słabe ciało. Zrobił się pesymistyczny, pogrążył w melancholii. Zrewidował też swoje poglądy i został wegetarianinem. Nie jadł ryb, nie jadł mięsa, chodził smutny, strapiony, wychudzony i chory. Spotkało go też wielkie nieszczęście. Umarła jego piękna córka. Kaufman spędzał całe dnie przed swoim domem, stojąc na progu z opuszczoną głową porośniętą kudłatymi włosami i dłońmi ukrytymi w przydługich rękawach. Patrzył tylko w dal swoimi smutnymi, bolesnymi oczami. Znikał na całe dnie z miasteczka. W tym czasie jeździł do Warszawy, gdzie całe dnie spędzał na cmentarzu przy ulicy Gęsiej [*cmentarz przy ul. Okopowej w Warszawie; obecnie największa żydowska nekropolia w Polsce] na grobie swojego dziecka.

Byłem jednym z niewielu, z którymi przed wojną jeszcze rozmawiał, przed którymi wylewał swoje żale. Unikałem głębokich i poważnych dyskusji, bo wiedziałem, że do niczego one nie prowadzą. On znów tylko się zdenerwuje i rozstaniemy się w gniewie. W przededniu mojego wyjazdu kilka godzin spacerowaliśmy. Cały czas mówił, jakby unosiły go mistyczne, irracjonalne skrzydła. „Koniec z marksizmem. Nie ma on nic wspólnego z dzisiejszym chłodnym historycyzmem”. Widziałem wówczas innego Natę Kaufmana. Natę szukającego Boga. Próbowałem rozeznać, czy nie podąża tą samą drogą, co Lejbusz Lerer, Gołąb, Menes, Abe Gordin i Jakub Glatsztajn, którzy dążyli do odrodzenia żydowskości, powrotu do tradycyjnego żydowskiego sposobu życia, do obchodzenia świąt i szabasów.

– Nie, co to, to nie, – odpowiedział – nie można zawrócić biegu historii. Nie możemy żyć dziś tak, jak

[str. 88]

żyli nasi rodzice, jak bardzo wyniosłe i piękne by to nie było. Nie możemy położyć się z powrotem do kołyski.

Nie udzielił mi jasnej odpowiedzi, na czym ma polegać jego wizja, jakimi drogami mamy zmierzać, jaką nową naukę przyjąć. Mówił skomplikowanymi, abstrakcyjnymi zdaniami, które jeszcze bardziej zmąciły jego i tak dziwaczny tok myślenia.

Widział bankructwo zachodnioeuropejskiej cywilizacji i kultury, która nie była niczym więcej niż pustym, lśniącym naczyniem. Bał się bardzo antysemickiej fali, która zalewała Europę. Robotnicy, socjaliści byli w jego oczach zdrajcami, którzy porzucili, zdradzili moralne, etyczne wartości.

– Na świecie zwyciężą czarne siły! A my, Żydzi, zostaniemy rozdeptani przez ich maszerujące kamasze – mówił do mnie podczas naszej ostatniej rozmowy. Przerażająco i strasznie spełniły się przepowiednie załamanego i tragicznie zamordowanego żydowskiego inteligenta, Naty Kaufmana.

[str. 89]

 

Najsłynniejsza żona gabaja

Ze wszystkich żon gabajów, dobrych i zaradnych gospodyń, które mieszkały w naszym miasteczku, Chawa Peskes była najaktywniejszą i najpopularniejszą w całym mieście. Kobieta ponad sześćdziesięcioletnia, średniego wzrostu o ciemnej, zaczerwienionej i zaciętej twarzy, parze dużych, żwawych oczu, z których biła energia i niepokój. Chusta wiecznie jej się zsuwała i odsłaniała kawałek bladej wygolonej głowy. Chodziła szybko, z impetem i cały czas wykrzywiała obcasy. Ciągle była zajęta, zabiegana. Była opiekunką wszystkich chorych w mieście, wszystkich starych panien i sierot. Troszczyła się o zasady koszerności i o Talmud Torę [*Talmud-Tora – określenie stosowane wobec szkoły religijnej lub bractwa religijnego]. Biedakom przynosiła chałkę na szabes, do mykwy zanosiła wiadra z gorącą wodą, opiekowała się potrzebującymi rodzinami – jednym słowem na jej wąskich, słabych barkach spoczywała cała biedna stara żydowska diaspora.

Chawa Peskes była kobietą wpływową. Nikogo i niczego się nie bała, zawsze mówiła prawdę i to tak dosadnie, że niejednemu szło to w piętę. Nie tylko wśród kobiet uchodziła za kozaka. Także mężczyźni traktowali ją jak równą sobie. Rozmawiali z nią na poważne tematy, używając uczonych słów i często prosili też o radę. Nie przyjaźniła się z kobietami z miasteczka, bo, szczerze mówiąc, o czym mogłaby z nimi pomówić? Jakie interesy z nimi prowadzić? Za to ze wszystkimi możnymi gospodarzami z miasteczka była za pan brat. Na

[str. 90]

wszystkich miejskich zebrania zabierała głos i ludzie liczyli się z jej zdaniem. Gdy rabin i inni działacze gminni chcieli przenieść Talmud Torę do budynku starego kobiecego besmedreszu, Chawa zawzięła się, sprzeciwiła i nie było sposobu, aby ją przekonać. A gdy zięć rabina, na specjalnym zebraniu pobożnych kobiet, różnymi argumentami i tłumaczeniami udowadniał, że zgodnie z prawem kobiety powinny podporządkować się woli kahału, Chawa Peskes oponowała i wysuwała coraz to nowe kontrargumenty.

Działalność Chawy Peskes zaczęła się od odbudowy spalonej synagogi. Kto wie, czy piękny, rzeźbiony aron ha-kodesz zostałby ukończony, gdyby Chawa nie zaangażowała się w zbieranie potrzebnych funduszy. Z synagogą cackała się jak z rodzinnymi klejnotami. Była ona dla niej jak iskierka radości, odrobina przyjemności na tym grzesznym świecie, bo więcej nic tutaj nie miała.

Chawa, zuchwała kobieta, swoją odwagę i czelność odziedziczyła po zmarłym ojcu Fejwlu Briskierze albo Fejwlu-kaczorze jak przezywało go całe miasto. Fejwl był człowiekiem uczonym, pobożnym; chasydem, jednym ze starych, kockich gwardzistów, którzy to mieli w zwyczaju na Jamim Noraim jeździć do Pilawy do reb Isroela (bp.). Pomógł też sprowadzić sokołowskiego rabina i powierzyć mu rabinacką posadę w mieście. Chawa była bogata. Była właścicielką sklepu bławatnego i domu pełnego przeróżnych dóbr. Ale Pan w niebiosach nie rozdaje porcji szczęścia wielką chochlą, ale maleńką łyżeczką. Dał jej wielki zarobek, za co jednak dostawała cios za ciosem i morze zmartwień lało się jej na głowę.

W krótkim czasie musiała pochować dwóch mężów i przez resztę życia została już wdową. Bo po co jej kolejny ślub? Pracę, dzięki Bogu, miała, sama sobie była szefową, nie potrzebowała mężczyzny, który miałby jej rozkazywać. Ani mądrości, ani Tory nie musiała się, dzięki Bogu, od mężczyzn uczyć – sama wiedziała wystarczająco dużo. Bo

[str. 91]

na cóż jej mężczyzna? Aby zmówić kidusz po szabasie albo wyprawić seder w Pesach? Też mi coś! Takimi rzeczami niech się zajmują inne wdowy, ale nie ona, Chawa. Nie jest ona przecież byle kim i sama potrafi zmówić kidusz a i seder zna ze wszystkimi szczególikami. Niejeden sąsiad byłby szczęśliwy, gdyby tak dobrze wiedział, jak przebiega seder jak ona.

Chawa marzyła, miała nadzieję, że gdy Pan pozwoli i gdy jej córki trochę podrosną, pojedzie do najlepszej jesziwy i wybierze tam najlepszych młodzieńców na zięciów. Sama chciała zająć się tą męską robotą. Już ona by się o nich zatroszczyła. Aby tylko siedzieli i uczyli się. Ale nie zawsze układa się tak, jak człowiek sobie tego życzy.

Gdy jej najstarsza córka Chana Riwka była gotowa stanąć pod chupą, Chawa uhandlowała jej istną mecyję – chłopak złoto! Największy geniusz w całej okolicy, młodzieniec chudy, z rozmarzonymi oczami, cichy jak gołąbek. Znał na pamięć 200 stron z Gemary, potrafił pisać i pięknie przemawiać – świat cały trzeba by zjechać, aby drugiego takiego znaleźć! Całe miasto jej zazdrościło. Gdy pierwszego szabasu wezwano go do czytania Tory, wszystkie kobiety pochlipywały i w duchu życzyły sobie takiego zięcia. Chawa dała młodym hojny posag i obiecała utrzymywać przez pięć lat. Warto było!

Ten oto udany zięć został później słynnym pisarzem Beriszem Eplbaumem [*Menachem Berisz Epelbaum – ur. 1887, zm. 1945, napisał m.in. “Wyzwolenie”, “Ciemne drogi”, “Rozstaje”, “Strumień”, “Ostatnie lata pisarza Mojcher Sforim”, “Rewolucja w Rosji 1917-1919”], który zaczął pisać swojej pierwsze opowiadania właśnie u teściowej w izbie. W starej szafie, wśród innych papierów i ksiąg jeszcze do niedawna można było znaleźć jego rękopisy. Teściowa pilnie baczyła, aby zięć nie zboczył z drogi uczoności. Zdało się to jej jednak jak choremu bańki. Nowe prądy, które zalewały żydowskie masy, dotarły też do Sokołowa. Syjonizm, Bund, pieśni „W słonym morzu” czy Chaima Nachmana Bialika “El HaCipor” zawładnęły miejscowymi uczniami jesziwy i inteligencją. Berisz Eplbaum stał się częstym gościem

[str. 92]

w sokołowskiej synagodze, gdzie czytano książki, prowadzono dyskusje, mężczyźni siedzieli razem z kobietami i wszyscy urządzali wspólne kolacje i wspólnie odprawiali kidusze. Chawe Peskes zauważyła też, że jej „ukochany” zięć nie chodzi do besmedreszu na modlitwę popołudniową i wieczorną,

Poeta Berisz Eplbaum, zięć Chawy Peskes

zgolił swoją czarną bródkę, zakłada zaprasowane w kancik spodnie i wypucowane kamasze, a do tego nosi koszulę z białym kołnierzem i krawat. Takiego bezeceństwa nie może przecież tolerować! Jej

[str. 93]

zięć miałby porzucić religię? Zostać ateistą? Broń Boże! Takie rzeczy to nie u Chawy. Była pewna, że prośbami i groźbami, swoimi kockimi wpływami, siłą jej ojca, zmarłego świętego mędrca, uda jej się zażegnać niebezpieczeństwo i wygnać złe wpływy z jej domu. Długo nie myśląc, postanowiła, że da swojemu zięciowi lekcję. Każdego dnia musiał jej zdawać relację, gdzie był poprzedniego wieczora, dlaczego nie widziała go w szabas w synagodze i co on tam pisze całymi dniami? Nie tylko klęła i zaklinała, ale także uciekała się do rękoczynów – zdarzyło jej się od czasu do czasu zdzielić go po głowie.

Pewnego pięknego poranka jej zięć Berisz Eplbaum uciekł z miasta, osiadł w Odessie i porzucił swoją żonę i waleczną teściową.

Także druga córka przysporzyła Chawie niemało zmartwień. W mieście powstawały w tym okresie partie, biblioteki i kółka teatralne. Jej córka Zelda Rozenbaum, dziewczyna udana, zdolna i inteligentna, została aktywną działaczką Poalej Syjon i grała wszystkie główne role w przedstawieniach teatralnych. Chawa walczyła z tym zajęciem córki wszystkimi możliwymi sposobami. Wyrywała sobie włosy z głowy, aż koniec końców wyrzuciła córkę z domu. Zelda wyjechała do Warszawy, znalazła pracę w domu dla robotników na Karmelickiej i często jeździła po kraju z trupami teatralnymi i grywała w różnych sztukach. Chora wróciła jednak do matki i wkrótce umarła.

Chawa załamała się po tych wszystkich ciosach. Spuściła z tonu, złożyła swoje dumne skrzydła i nikogo już nie wyklinała. Cóż ma szukać nieprawości u innych żydowskich dzieci, skoro Bóg sam zamyka jej usta! Gdyby nie takie nieszczęście, taki wstyd, na pewno nie siedziałaby z założonymi rękami. Zabrałaby się za te wszystkie młode żonki i je dobrze przeegzaminowała w ich sypialniach. Ale tu weź i karz obcych ludzi, jak ty sama niczym się od nich nie różnisz. Nie móc ostrym językiem wyrazić swojej opinii było dla niej największą karą. Jej buzia i ostre ząbki straciły na dobre zajęcie…

Szybko, z grubym sidurem pod pachą, przemykała

[str. 94]

Zelda Rozenbaum w „Der wilder mencz” [Dziki człowiek] Jakowa Gordina

każdego wieczora do kobiecego besmedreszu. Siadała ze złamanym sercem w kącie pod wschodnią ścianą i nie odzywała się do nikogo. Bo gdyby tak zaczęła gadać na dzisiejszą młodzież, że zachowuje się tak bezbożnie i nie po żydowsku, to zaraz gadaliby za jej plecami i oczerniali – myślała.

Chawa przestała toczyć swoją świętą wojnę z niedowiarkami. Przestawała być bohaterką i obchodziła swoją pobożność w pojedynkę, bez rozgłosu, bez tłumów. Jeśli taka jest wola boża, niech tak będzie. Bóg jest sprawiedliwy i jego wyroki są sprawiedliwe. I gdy jej córka zakochała się w skrajnie lewicowym stolarzu, Joslu Hochmanie, młodzieńcu o wolnomyślicielskim duchu, który swoimi antyreligijnymi wystąpieniami chciał Bogu wypomnieć wszystkie błędy

[str. 95]

(chciał się poświęcić i wziąć na siebie wszystkie grzechy), Chawie nie pozostało nic innego, jak przyglądać się temu i milczeć. Musiała też milczeć, gdy jej nowy zięć, wespół ze swoimi towarzyszami, urządzali antyreligijną demonstrację w święto Jom Kipur przed modlitwą nile w celu przeprowadzenia szturmu na reakcyjne klerykalne środowiska. Musiała się zgodzić na nowy związek, życzyć młodej parze szczęścia i świętować razem z nimi na antyreligijnym weselnym bankiecie.

Młoda para przez wszystkie te lata mieszkała z nią pod jednym dachem. Ze złamanym sercem Chawa tylko patrzyła i milczała. Często wygadywała się przed bliskim znajomym i wylewała swoje żale:

– Czy on jest człowiekiem, tej mój zięć? Takiej teściowej jak on ma, to ze świecą szukać. Wyobraźcie sobie, ma on wszystko, czego człowiekowi potrzeba. Nie ma żadnych obowiązków. Mieszkanie dałam im porządne. Jedzą i piją, czego dusza zapragnie. Nawet ubrania dla żony i dzieci kupuję. Nie ma niczego, czego babka nie kupiłaby swoim wnukom. Już za to nie powinien mi robić tyle wstydu. Czy ja tak dużo od niego żądam? Nie chcesz iść się modlić – to nie idź, przepadło. Przecież nie położę się z tego powodu do grobu. Taki to już mój los. Ale przychodzi piątek wieczór, święto, zasiądź do stołu jak Żyd, jak człowiek. On ma już dorosłe dzieci. Dlaczego mają one nie wiedzieć, jak Żyd obchodzi szabas?

Chawa kochała swoje wnuki całym swoim sercem. Oddałaby nawet za nie życie. Gdy któreś z dzieci córki chorowało, nie ruszała się z miejsca. Sprowadzała najlepszych doktorów i nie szczędziła na kosztach. Przywarła jakby żelaznymi szczypcami do synów córki. A nuż? Może uda jej się wyprowadzić ich na właściwą drogę? Sprowadzić na starą, żydowską ścieżkę? Wysłała ich do najlepszych melamedów i kupowała im wszystko, czego tylko zapragnęli, aby tylko chodzili na kilka godzin dziennie do chederu…

[str. 96]

 

Najpiękniejsza miłość w mieście

Słońce zajdzie za górą,
miłość nadejdzie cicha i zajdzie
do znajomej, co siedzi na złotym kamieniu
i roni łzy sama jedna.
(Mojsze Lejb Halpern)

Kto w ciągu ostatnich trzydziestu lat nie kochał się w naszym mieście!? Nie zakochiwał na zabój, nie przeżywał miłosnych rozczarowań!? Nawet swaty ozdabiane były romantycznymi wstążeczkami i do aranżowanych małżeństw przyczepiano etykietkę miłości. Och, ty biedna miłości! Wszyscy stroili się w twoje piórka. Każdy chciał choć uszczknąć twojego płaszczyka. Niech sokołowianie (tacy, co to dziś mają już własne dzieci i wnuki) wybaczą moje bezbożne opowieści o miłostkach, aferach i miłosnych przygodach, które kiedyś toczyły się w naszym miasteczku.

Szlojme Rozenberg urodził się, aby się kochać. Był kochankiem per excellence. Takim talentem był obdarzony, takie były jego zdolności. Do niczego innego się nie nadawał, do niczego innego nie miał szczęścia. Szlojme Rozenberg był najprzystojniejszym, najsympatyczniejszym młodzieńcem w miasteczku. Chudy jak patyk, twarz miał jak z obrazka, jakby spod dłuta rzeźbiarza. Delikatne,

[str. 97]

rozmarzone oczy parzyły na świat z głęboko osadzonych oczodołów. Jego długie, jedwabiste rzęsy lśniły jak krople rosy o wschodzie słońca. Wielu aktorów dałoby wszystko, aby posiadać jego urok. Uśmiechał się słodko pokazując śnieżnobiałe zęby. Z jego ust płynęły słowa gładkie jak aksamit. Znał hebrajski, jidysz i polski.

Szlojme Rozenberg z przyjaciółmi: eseistą Gerszonem Pomerancem, pisarzem Icchokiem Rajzmanem, nauczycielem hebrajskiego Godlem Zaklatko, Jechielem Hornsztajnem, Rubenem Rozenbergiem, Henochem Przene, Motlem Szwarcbardem i Mendlem Ornsem

Gdy jego przyjaciele trudzili się i starali, aby zostać pisarzami i poetami (części faktycznie to się udało), on trudził się i starał o rękę bogatej, możnej chasydzkiej córki Lei Piekarskiej. Dziesięć lat poświęcił temu oto dziełu, aż w końcu uwieńczył je sukcesem. Miłość ta dojrzewała w organizacji syjonistycznej u Arona Karpelsa, przy cichych zachodach słońca, przy śpiewie Zelmana Szniura:

[str. 98]

„Idzie Chawele cicha i rozmarzona,
jej złoto-blond włosy rozwiane na wietrze,
szyja obnażona i cicho podśpiewuje 
piosenkę, tralalala…”

Ich młode serca biły szybciej, unosiły się na romantycznych skrzydłach jak jaskółki wiosną. Lea Piekarska była wówczas pięknym dziewczęciem z głową pełną gęstych loków. Z jej oczu, wielkich i ciemnych jak dojrzałe wiśnie, biła radość. Pochodziła z dobrej i szacownej rodziny. Mojsze Piekarski – mężczyzna bogaty, handlujący materiałami, był chasydem wygodnickim i upartym jak osioł. Nie chciał pozwolić, aby jego najmłodsza córka, do której zalecali się najlepsi rabinaccy synowie, wyszła za grzesznika, który goli się i nosi krótki surdut. Nie zezwalała na taki mezalians także jego żona, Ester Gitl, kobieta zaradna i pobożna, handlarka słynąca na całą okolicę. Szlojme Rozenberg miał zatem niełatwy orzech do zgryzienia. Przebić się przez taki mur i pokonać taki opór nie było łatwo. Musiał też pokonać swoich wszystkich konkurentów, którzy ustawiali się do jego ukochanej w kolejkach.

Wielu młodzieńców z miasteczka, a także z innych miast, pisało do Lei Piekarskiej listy miłosne. Ona je wszystkie zachowywała, jak relikwie składała w swoim albumie. Młodzieńcy w listy wkładali całe swoje serce, a często też wiedzę i zdolności. Wielu pisało do niej w rymach. Inni posługiwali się wersami Heinricha Heinego, Lermontowa czy Lejba Nejdusa, pisząc do pięknej Lei. Między wieloma listami i fotografiami w jej albumie leżał też mały biały papierek zapisany maleńkimi, drobnymi literkami, które wyglądały jak klucze niebieskich ptaków na białym śniegu. Ten liścik napisał do niej jej Szlojme, wiosną, dwadzieścia sześć lat temu, gdy ich przyjaźń kwitła. Gdy ojciec Szlojme umarł, Lea z koleżankami przyszła na pogrzeb. Ten zaś zobaczywszy swoją ukochaną, napisał stojąc przy zmarłym ojcu, do niej ten oto liścik: „W Tobie, Leo, znajdę pocieszenie – Twój Szlojme”.

[str. 99]

Lea Piekarska bardzo cierpiała. Przejmowała się każdą drobnostką. Myślała, czy Szlojme się dobrze czuje, czy dobrze mu się wiedzie. Chodziła smutna jak ranna gołąbka. Szlojme przysparzał jej jednak dużo słodkiego cierpienia i radosnego smutku. Był sierotą. Powołano go do wojska. Później uciekł do Warszawy i błąkał się po mieście z fałszywym paszportem. Gdy nie przychodziły żadne wieści, żadne listy od Szlojme Lea mało nie umierała ze zgryzoty. Był też bardzo biedny i zawsze to ona musiała wystarać się o paczkę dla niego, czy o kilka złotych. Robiła to z miłością i oddaniem. W domu ją prześladowano, nie było jednak takiej siły, która byłaby w stanie jej przeszkodzić albo wybić jej z głowy Szlojme, który był jej jedynym szczęściem.

Szlojme wrócił do Sokołowa i od razu zabrał się za swoje romantyczne dzieło, które jeszcze nie było skończone. A nie była to łatwa robota – już dziesięć lat stał na posterunku z duchową bronią próbując uzyskać zgodę Mojsze Piekarskiego i Estery Gitl! Lea Piekarska już nawet na boku filtrowała z innymi młodzieńcami z miasta. Nie miała jednak zamiaru porzucić Szlojme. Za bardzo go kochała. Miała tylko łatwe podejście do życia. Była rozpieszczoną córką z bogatego domu, bardzo sentymentalną i wrażliwą, więc zdarzało jej się od czasu do czasu pójść na spacer aleją wśród pól dojrzewającej kukurydzy z którymś z mieszkających w mieście młodzieńców. Bardzo lubiła śpiewać. Jeśli sympatyczny młodzieniec o serdecznym głosie mówił do niej inteligentne, romantyczne rzeczy, mógł szybko zmiękczyć jej serce. Z takich tajemnych schadzek nigdy jednak nie wychodziło nic dobrego. Cierpiała i nocami moczyła poduszkę swoimi rzewnymi łzami przelewanymi z tęsknoty i natłoku myśli.

Szlojme wiedział, że jego Lea znikała często w letnie wieczory. Cierpiał, płakał przed nią jak małe dziecko. Ona go rozumiała i płakała razem z nim. Najszczęśliwsi byli latem, gdy Lea wyjeżdżała na letnisko. Wieś Sieniewicze nad Bugiem [*może chodzić o miejscowość Starczewice lub Serpelice] była jedną z najpiękniejszych wiosek w całej okolicy. Otulona wysokimi zielonymi pagórkami, z niezbyt głęboką rzeczką

[str. 100]

o czystej i przejrzystej wodzie. Wieś otoczona była też sosnowym laskiem.

We wsi mieszkał Jakiej Grorzicker, którego żona Majtka gotowała dla nich najlepsze łakocie. Przygotowywali na ich przyjazd świeże masło, ser i śmietanę. Codziennie wysyłała chłopaka do miasta, aby przyniósł specjalne na tę okazję zarżnięty drób. Mieli tam jak w niebie. Całymi dniami chodzili po lesie i po pagórkach. Goje zbierali się, aby posłuchać jej śpiewu i podziwiali piękną Żydówkę.

Spacerując ze swoją Leą, Szlojme ogarniało to samo uczucie, a jego ciało przeszywał ten sam święty dreszcz, jak wówczas, gdy z ojcem chodził na modlitwę selichot do pilawskiego sztybla. Spotkania z Leą w lesie były dla niego boskim obowiązkiem, były jak modlitwa. Jego miłość była jakby z innego świata. Jak Chonen w „Dybuku” An-skiego chciał swoje ludzkie, ziemskie pożądanie przeobrazić w mistyczny romantyczny plan.

Duże melancholijne oczy Lei patrzyły w dal, na pokrytą rosą łąkę i rzekę już od samego poranka, gdy jeszcze mgła spowijała mieniący się purpurą i fioletem horyzont ze wschodzącym słońcem. Stawała przy młodej wysokiej sośnie i opierała o nią swoją niewyspaną głowę. Jak święta madonna w półśnie swoim blaskiem oświetlała drzewo. Szlojme siadał na mokrej trawie tuż przy jej stopach i śpiewał jej serenadę Szuberta:

„Słodkie płyną piosnki tony
w cichy, nocny czas
przyjdź, najmilsza, tu, w te strony 
w ten szumiący las.
W lesie tylko drzew szemranie
i miesiąca blask, i miesiąca blask.”
[Franz Schubert, Serenada na mezzosopran lub baryton i fortepian, http://nuty.pl/t/60642.html]

Patrzył na nią z uwielbieniem jak na jakieś bóstwo, jak Grecy spoglądali na Wenus, jak grzeszni Izraelici przed tysiącami lat na Astarte.

Tak mięło dziesięć lat. Mojsze Piekarski zestarzał się, jego interesy podupadły. Z Lei

[str. 101]

zrobiła się stara panna. Wszyscy wiedzieli, że sprawa jest przegrana. Rodzice nie mieli wyboru i wystawili jej i Szlojme chupę. Młodej parze nie wiodło się jednak po ślubie najlepiej. Szlojme szybko przepuścił posag, inwestując w nieudane interesy. Do czego by się nie zabrał i tak kończyło się to katastrofą.

Mieli dwójkę ładnych dzieci, ale Lea Piekarska cały czas tęskniła za swoimi panieńskimi latami, za polami i lasami, za młodzieńcami i spacerami.

Starsza Lea Piekarska (stoi pierwsza po prawej)

Cały czas przeglądała swój album, czytała listy młodzieńców, którzy się do niej zalecali i patrzyła z tęsknotą na swoją fotografię. Ach, jak bardzo się zmieniła! To już nie ta sama Lea. Cackała się z listami, które wysyłali jej niegdyś chłopcy i obchodziła się z nimi jak z jajkiem. Tylko przed najbliższymi znajomymi, których traktowała jak swoich powierników, otwierała swój album – swoje serce…

[str. 102]

Jeszcze przed wojną na Szlojme spadło wielkie nieszczęście. Jego piękne świecące oczy owładnęła choroba. Operowano go i usunięto mu jedno oko. Załamał się, zrezygnowany pogrążył w bólu. Siedział tylko i pod nosem podśpiewywał elegię Icchoka Kacenelsona „Miałem tylko jedno serce nad serca”.

Zanim Niemcy napadły na Rosję, utrzymywałem z Żydami w Sokołowie listowny kontakt. W jednym z listów, który dotarł do mnie tajemniczymi kanałami, znalazłem dopisek, kilka słów napisanych przez Szlojme. Moje listy słałem do Drohiczyna położonego po drugiej stronie Bugu, gdzie stacjonowali Rosjanie. Młodzieńcy z Sokołowa, narażając życie, przekraczali Bug i przemycali moje listy do getta. Stamtąd zabierali odpowiedzi, które przesyłane były do mnie do Argentyny. Na początku żyło im się całkiem dobrze, nawet lepiej niż przed wojną [*na początku wojny nikt nie przypuszczał, mimo wprowadzonych obostrzeń wobec Żydów, że dojdzie do masowych mordów na ulicach miast i w obozach zagłady; Niemcy za wszelką cenę próbowali uśpić czujność społeczności żydowskiej]. Szybko jednak okazało się to ich nieszczęściem – z tego powodu nie uciekli na rosyjską stronę. Ludzie zostali ogłupieni i zamordowani. Próbowałem ich w moich listach pocieszać, przepowiadałem klęskę Hitlera. Cóż to jednak nam dało? Niemcy przegrali wojnę, ale Szlojme Rozenberg i Lea Piekarska jak i inni sokołowscy Żydzi zostali pochłonięci przez ponury, wieczny mrok.

„Słońce zajdzie za górą,
miłość nadejdzie cicha i zajdzie
do znajomej, co siedzi na złotym kamieniu
i roni łzy sama jedna.”

W dalekiej Argentynie, nad brzegiem rzeki La Platy roni łzy ktoś, opłakując ofiary, sam jeden…

[str. 103]

 

Arie Cebula

Arie Cebula wychowywał się w biednym, nędznym mieszkaniu, mieszczącym się w piwnicy na podwórzu piekarni należącej do Liby. Jego ubodzy rodzice produkowali papierowe worki.

Arie był niskiego wzrostu, miał blond włosy i wysokie rabinackie czoło. Znał go każdy. Już będąc małym chłopcem słynął w miasteczku ze swojej wiedzy i uchodził za najlepszego ucznia w jesziwie. Wiele matek chciało, aby i ich dzieci były tak rządne wiedzy jak Arie. Mądrzy ludzie już wówczas mówili, że wyrośnie z niego wielki uczony. Rzeczywiście miał łeb nie od parady.

Zadziwiał swoim rozumem i bystrością. Błahostką było dla niego wyrecytować sto stron Gemary z pamięci. Był chłopcem pogodnym i radosnym. Nie dało się po nim poznać, aby chodził przybity perspektywą swojego nędznego, mizernego życia. Z jego mądrych oczu biły duma i optymizm.

Opuścił jesziwę podobnie jak setki innych uczniów. Rewolucyjna burza, społeczne i narodowe przebudzenie w Europie, budzące się nowe siły, które leżały pogrzebane głęboko w żydowskich masach ciemiężonych od pokoleń, jak chmura zawisły nad jesziwami w

[str. 104]

polsko-żydowskich miasteczkach. Wiadomość o wyzwoleniu jaką przyniosła ze sobą deklaracja Balfoura [*2 listopada 1917 r. brytyjski minister spraw zagranicznych lord Arthur James Balfour wysłał list do barona Waltera Rothschilda, w którym wyraził pragnienie odtworzenia na terenie dzisiejszego Izraela “żydowskiej siedziby narodowej”], tęsknota za zbawieniem narodu żydowskiego, za lepszym, piękniejszym żydowskim życiem i przede wszystkim za własnym żydowskim krajem oraz rozbudzone tysiącletnie marzenie, wstrząsnęły gruntownie starym żydowskim konserwatywnym i religijnym życiem, które toczyło się w Europie Wschodniej.

„Rozdzwoniły się dzwony,
gdy brązowi młodzieńcy
nabrali ochoty
na uciszenie cara
za wszystkie stracone lata…”
(Mojsze Kulbak)

Arie Cebula

Także sokołowskiej jesziwy nie ominął kryzys i rozłam, który dokonał się w polskim żydostwie. Żywe były ideologiczne i polityczne antagonizmy i zatargi między syjonistami i Agudas Isroel, między syjonistycznymi funduszami a rabinackimi kwestami. Z poranionego gniazda wyleciała i rozleciała się w różne kierunki, wybierając różne ideologiczne ścieżki, większość uczniów jesziw. Niektórzy z nich dołączyli do radykalnych lewicowych obozów. Arie Cebula wybrał zaś złoty środek. Zainteresował się politycznym syjonizmem i hebrajską literaturą. Widział on logiczny związek, począwszy od jasnych ludzkich źródeł Hillela Starszego, poprzez „Jak zostałem spadkobiercą mojej muzyki” Chaima Nachmana Bialika, aż do „Z doliny łez” Josefa Chaima Brenera. W młodzieńczych latach był nimi bardzo zafascynowany.

Młodzież w mieście bardzo go szanowała.

[str. 105]

Poważano go tu bardzo. Wszyscy wiedzieli, że jest on inteligentniejszy i zdolniejszy niż inni. Wielu uważało go za cudowne dziecko. Wielką przyjemnością było siedzenie z nim przy wspólnym stole. Także wiele kobiet było nim zachwyconych, choć z natury nie należał do najprzystojniejszych. Tryskał jednak wiedzą i humorem, ale nie wulgarnym humorem, jaki reprezentowała część młodzieńców z miasteczka. Jak z czystego rześkiego źródła bił od niego serdeczny radosny śmiech. Świetnie potrafił improwizować i udawać innych ludzi. Potrafił też zbesztać miejskich mówców, działaczy partyjnych, którzy swoją wiedzę czerpali z broszur i artykułów prasowych. Był jednym z najlepszych mówców w całym mieście. Miał wyśmienitą dykcję i mówił pięknym, literackim językiem. Przeszkadzać mogła jedynie jego figura, ale mimo tego ludzie bardzo chętnie go słuchali.

Na piątkowych wieczornych spotkaniach w syjonistycznej centrali był częstym gościem. Zawsze miał coś do powiedzenia i zawsze wiedział, co powiedzieć – nie jak inni, co to tylko puste i nurzące słowa wygadywali.

Nigdy nie zapomnę następującego przeżycia. Obraz ten co raz powraca do mnie i staje przed moimi oczami. Wielki jidyszowy poeta H. Lejwik w podróży powrotnej z Rosji odwiedził Sokołów. Ze wszystkich okolicznych miejscowości zjechała się młodzież, aby posłuchać doniosłych, wybitnych słów tego czcigodnego gościa. Drewniana szopa stojąca tuż obok domu szojcheta, w której siedzibę swoją miała straż pożarna, była wypełniona po brzegi. Cisza jak makiem zasiał, jak w Jom Kipor przed modlitwą Kol Nidre. Mój dobry przyjaciel, eseista Gerszon Pomeranc, przepełniony radością i z rozczochranymi włosami, wygłasza powitalną mowę. Wszystkim przedmówcom, jak wystraszonym owcom, plączą się języki i wtedy na scenę wchodzi Arie Cebula, aby przywitać H. Lejwika.

„Szanowni Towarzysze! – zaczął. – Lejwik nie należy do tych poetów, którzy osiadli na Olimpie i zamknęli się w wysokiej wieży z kości słoniowej i nie dostrzegają ludzkich cierpień i biedy. Lejwik nosi w sobie daleki, śnieżny Sybir i kajdany na

[str. 106]

swoim ciele i walczy o wyzwolenie ciemiężonych, zniewolonych mas”.

Wielki poeta odpowiedział mu zaś: „Z dalekiej Ameryki ciągnęło mnie do was. Bo u was, w tej biedocie, w takich szopach jak ta, rodzą się wielkie rzeczy. Także Chrystus narodził się w takiej nędznej szopie!”

Arie Cebula bardzo dobrze rozeznawał się w literaturze hebrajskiej i jidyszowej. Miał fenomenalną pamięć. Posiadał również szczególny talent i potrafił świetnie naśladować każdą osobę. Z pamięci był w stanie wyrecytować nie tylko sto stron Gemary, ale także znał wiele opowiadań, poematów i esejów i często wplątywał je w swoje przemówienia. Czy można się jeszcze dziwić, że potrafił tak pięknie przemawiać?

Był działaczem i wychowawcą w partii syjonistycznej. Zjednoczenie z Poalej Syjon Prawicą nie podobało mu się jednak. Był jedynym w mieście, który powiedział: „Nie pójdę”. Nie chciał on „bogaty kapitalistyczny syn” bratać się z rewolucjonistami z marksistowskiej Poalej Syjon. Być może z uwagi na jego oddanie hebrajskiej sprawie? Nie miał też zamiaru wstępować do Żydowskiej Organizacji Szkolnej. Wstąpił więc do Histadrut [*Histadrut – ogólnoizraelski związek zawodowy powstały w 1921 dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników] i został nauczycielem hebrajskiego. Jego rodzice przenieśli się w tym okresie do Warszawy, lecz bardzo się tam męczyli i żyli w ciężkich warunkach. Arie utrzymywał się z lekcji hebrajskiego, jednak bardzo męczyło go wielkie miasto, społeczne konflikty i spory. Kłuła w oczy bieda panująca na Niskiej, Śliskiej czy Smoczej i bogate, rozbalowane, wygodne, kapitalistyczne i rozrzutne życie w wielkim mieście. Obserwował społeczne przeciwieństwa, triumf socjalistycznych i komunistycznych partii, wybory do Sejmu i rady miejskiej, wielką, imponującą demonstrację majową. Rozczłonkowane profesjonalne stowarzyszenia i instytucje kulturalne pochłaniają go. Towarzysze, z którymi się spotykał, wracając do miasta opowiadali, że Arie Cebula wstąpił na radykalne, lewicowe ścieżki. Co prawda jeszcze oficjalnie do partii nie należy, ale już stoi na progu…

[str. 107]

Miałem okazję spotykać się z nim przy różnych okazjach i w różnych okresach. W 1929 roku na kongresie Pracującego Erec-Isroel w Warszawie, w którym udział wzięli także przewodniczący socjalistycznej Międzynarodówki dr Emile Vandervelde i wysłannik Histadrutu Ben-Cwi.  Ja i dwaj inni syjonistyczni działacze, Icchok Skala i Henech Zając, wystaraliśmy się o kartę wstępu dla Arie Cebuli. Siedzieliśmy wtedy razem, w jednym rzędzie, w teatrze Kamińskiej na Oboźnej [*Teatr Żydowski przy ul. Oboźnej 1 w Warszawie powstał ponad 100 lat temu z inicjatywy Ester Rachel i Abrahama Izaaka Kamińskich, którzy zmodernizowali i zaadaptowali gmach rotundy], gdzie odbywał się kongres. Gdy działacze przemawiali, Arie Cebula, jak miał w zwyczaju, naśmiewał się, udawał i przedrzeźniał mówiących i wbijał w każdego swoją antysyjonistyczną szpilkę. Próbowaliśmy z nim dyskutować. Nie było jednak takiej możliwości. Wykręcał się, unikał odpowiedzi i ucinał dyskusję kilkoma mądrymi grami słownymi. Wiedzieliśmy, że jego „lewactwo” jest jedynie przejściowe, jest wyrazem politycznych akrobacji, co było wówczas modne wśród żydowskiej inteligencji.

Po krótkim okresie przeszło mu, znów wrócił na prawą drogę i osiadł na prowincji, pracując jako nauczyciel hebrajskiego. Jeździł też po okolicznych miasteczkach, wygłaszając wykłady o literaturze hebrajskiej. Nowe siły w syjonizmie, alije do Erec Isroel skłoniły go do wstąpienia do zjednoczonej partii Poalej Syjon. Partia wysłała go do Łodzi, gdzie został sekretarzem Stowarzyszenia Rzeźników, które przeszło do Poalej Syjon Prawicy. Arie Cebula był pracowitym i oddanym działaczem społecznym. Pisał często artykuły i listy do syjonistycznego dziennika „Dos Wort”, podpisując je pseudonimem „Arci”. Przyjeżdżał do Warszawy na wszystkie konferencje i narady. Zawsze, gdy się spotykaliśmy, prezentowaliśmy zgoła różne poglądy polityczne. Gdy byłem zwolennikiem Borochowa [*Dow Ber Borochow – rosyjski polityk i filozof żydowskiego pochodzenia, jeden z głównych ideologów i założycieli ruchu syjonizmu socjalistycznego] i jidyszystą, on był zwolennikiem Gordona [*Aharon David Gordon – rosyjski filozof, pisarz i pedagog pochodzenia żydowskiego, ideolog ruchu syjonistycznego. Był jednym z założycieli syjonistycznego ruchu socjaldemokratycznego Hapoel Hatzair] i hebraistą. Poza tym, że był hebraistą i gordonistą, był też zagorzałym marksistą i internacjonalistą

[str. 108]

marzącym o chińskiej rewolucji. Gdy przywódca izraelskich robotników Ben Gurion [*Dawid Ben-Gurion – żydowski i izraelski polityk, działacz i przywódca ruchu syjonistycznego, jeden z głównych założycieli państwa żydowskiego oraz pierwszy premier Izraela] zawarł porozumienie z Żabotyńskim [*Ze’ew Żabotyński – żydowski lider syjonistyczny, dziennikarz i pisarz, założyciel Legionu Żydowskiego walczącego w czasie I wojny światowej], wywołało to w ruchu syjonistycznym niemałe oburzenie. Jak zazwyczaj bywa, utworzyły się dwa obozy: zwolenników i przeciwników. Byłem wówczas w Warszawie i należałem do przeciwników. Arie Cebula była zaś zwolennikiem porozumienia.

Po naradzie siedzieliśmy jeszcze razem na ławce w parku Krasińskich i długo dyskutowaliśmy. Powiedziałem mu wówczas, że nigdy nie udaje nam się spotkać w naszych poglądach. Gdy ja jestem na lewicy, on jest na prawicy i odwrotnie. Teraz, kiedy ja jestem przeciwko porozumieniu, on musi być za. Serdecznie się roześmiał i opowiedział kilka anegdotek.

Wkrótce po pierwszych niemieckich bombardowaniach, uciekł z miasta i został zamordowany przy próbie ratunku. Gdzieś przy drodze prowadzącej do Łodzi jest jego grób? Niech sokołowianie rozsiani po całym świecie, od czasu do czasu, wspomną jego imię.

[str. 109]

 

Sprzedawca gazet

Martwy Szmuel urodził się w sąsiednim mieście Węgrowie. Mojsze Ites, właściciel sklepu żelaznego, wziął go dla swojej córki na męża. Ci z Węgrowa są mistrzami w nadawaniu przezwisk. Prawie każdy ma tam imię z przydomkiem – na przykład Icze Kiszka, Jankl Jaszczurka, Baruch Skoczek, Natan Zły Urok i tym podobne. Gdy Szmuel przybył do Sokołowa, przywiózł ze sobą swoje przezwisko, które węgrowscy Żydzi nadali jego ojcu. Był niskim mężczyzną o kruczoczarnych włosach i czarnych, płonących ogniem oczach. Mówił basem, a jego krzyk był tak donośny jak wybuch z armaty. Miał w sobie dziką odwagę, a siły więcej niż dziesięciu gojów. Jego energia i impet były niespożyte, ale szczęścia w życiu nie miał za grosz.

Teść zrobił z niego handlarza, załatwił stół ze skarpetami, kolorowymi chustami, mydłem, wstążkami, igłami, szpilkami i nićmi. Stał tak na rynku między straganami szukając swojego szczęścia i ni to po żydowsku, ni po polsku zachęcał wiejskie dziewki, aby kupowały jego towary. Posada ta pasowała mu jak pięść do oka. Męczył się, chodząc ze swoim towarem po okolicznych rynkach, aż zbiedniał do końca. Cały czas pozostawał jednak wesoły i entuzjastyczny. Energia i impet

[str. 110]

go roznosiły. Co obchodzi go stół z tą odrobiną towaru, gdy wokół wielki świat – polityka, walka! Jego głowa, jego myśli kręciły się wokół polityki krajowej, przede wszystkim tej prowadzonej przez Izaaka Grünbauma [*Izaak Grünbaum, ps. literacki Coir – żydowski działacz syjonistyczny w II Rzeczypospolitej, poseł na Sejm Ustawodawczy i Sejm I, II i III kadencji II RP, jeden z sygnatariuszy deklaracji niepodległości Izraela]. Wszystkie kłótnie na politycznej arenie polskiego Sejmu były przedmiotem jego zainteresowań. Gdy któryś z

Joszua Dwoszes, gabaj nowej synagogi z dziećmi

„agudników” ważył się wypowiedzieć złe słowo na Grünbauma, Martwy Szmuel był zawsze gotowy stanąć w jego obronie. Na Agudas Isroel był więcej niż cięty. Wszystkich agudników by powybijał. Byli oni, jego zdaniem, winni wszystkim żydowskim zmartwieniom. Gdyby nie zdradzili i nie poddali walki polskiego żydostwa, to by nas tak nie prześladowano i te wszystkie nowe nieszczęścia by na nas nie spadły – sądził.

Gdy do synagogi przyjeżdżał kaznodzieja ze skrzydła Agudy, a Martwy Szmuel zdołał się do niego dopchać, tamten już nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa. Szmuel krzyczał tylko: „Zejdź mi z oczu”, a kaznodzieja dość szybko tracił fason.

Był wiernym i oddanym zwolennikiem partii Mizrachi. Był też gabajem jednej z bożnic, przygotowywał posiłek w szabes, przynosił chałę,

[str. 111]

śledzie i kilka butelek piwa. Finansował też wszystkie zakupy na szabat. Na pokrycie wydatków miał swoje drogi i sposoby. Gdy Herszl Farbsztajn [*Joszua Heszel Farbstein – polski kupiec, przemysłowiec oraz działacz polityczny i syjonistyczny narodowości żydowskiej, poseł na Sejm Ustawodawczy oraz I i II kadencji Sejmu II RP] i Izaak Grünbaum pokłócili się o mandat do polskiego Sejmu i pokój panujący między obozem Grünbauma a Mizrachi został zburzony, Szmuel był smutny i zmartwiony. Jak on, zapalony zwolennik Grünbauma, mógłby powiedzieć złe słowo na tego, za którego był w stanie wskoczyć w ogień.

Umarła żona Martwego Szmuela. Został on wdowcem z gromadką maleńkich dzieci, biednych, gołych i głodnych. Wszystkie zapasy, jakie posiadał, już dawno się skończyły. Jego towarzysze Mizrachiści, z którymi modlił się w synagodze, zrobili z niego sprzedawcę gazet. Każdy musiał kupować u niego gazetę. Chodził więc Martwy Szmuel przygarbiony, wychylał tylko głowę z kaszkietem spod sterty gazet i krzyczał: „Ciekawe! Ciekawe! Ciekawe!”

Wszyscy go znali. Nawet goje z okolicznych wsi wiedzieli, kim jest Martwy Szmuel. Zagadywał wszystkich w jidysz, aż trudno im było od niego uciec: „Aby cię szlag trafił, ty stary antysemito. Kupuj szybko gazetę. Jak ci „Martwy” tak mówi, to rób. Ciekawe! Ciekawe! Ciekawe!”

Widząc go z daleka, ludzie wiedzieli już, jakie są wiadomości. Gdy w gazecie były dobre wieści dla Żydów, jego twarz promieniała. Martwy Szmuel śmiał się całym ciałem. Gdy, nie daj Boże, wieści były złe, jego twarz pogrążona była w smutku, prędko podawał gazetę, wzdychał i ruszał w dalszą drogę. Najlepiej czuł się w okresie, gdy miała miejsce wielka alija do Erec Isroel. Widok wyjeżdżających setek emigrantów były dla niego wielką rodością. Takiego dnia był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Żegnał się ze wszystkimi, którzy w tamtym okresie wyjeżdżali z Sokołowa do Erec Isroel. Odprowadzał ich na dworzec, skąd odjeżdżał pociąg. Także i mnie ścisnął rękę i wymruczał w swoją czarną, gęstą brodę: „Szkoda, że nie jedziesz do Erec Isroel. Wielka szkoda!”

[str. 112]

 

Nister

Spośród licznych obcych chasydów, biedaków i żebraków, którzy mieszkali na dworze rebego, wyróżniał się pewien popularny i tajemniczy mężczyzna. Wszyscy go znali, ale nikt nie wiedział, skąd pochodził, gdzie się urodził i kim są jego krewni. Jakby drugi „Josie Kalb” [Główny bohater książki Izraela Joszuy Singera pod tym samym tytułem] zawitał do miasteczka.

Był mężczyzną niskiego wzrostu o tępym wyrazie twarzy. Prawie cały czas milczał i do nikogo się nie odzywał. Pogrążony był w swoich kabalistycznych myślach. Gdy miał do kogoś jakąś sprawę, nie patrzył jegomościowi prosto w oczy, tylko z ukosa wybąkiwał pod nosem kilka słów.

Jego gospodą i domem był besmedresz. Nigdy nie spał we własnym łóżku z głową na poduszce. Zimą i latem jego zahartowane ciało jak wielki dębowy kloc leżało na ławce przy piecu. Pościł często i nawet w największe mrozy oblewał swoje umęczone ciało lodowatą wodą.

Nigdy nie jadł smażonego mięsa. W niedziele zbierał u chasydów kartofle ostałe po przygotowywaniu czulentu. Dokładnie obmywał je zimną wodą, aby zmyć z nich choćby najmniejsze ślady smalcu. W wielkim piecu kaflowym, na dole za żelaznymi drzwiczkami, gdzie leży zazwyczaj popiół, trzymał swój garnek

[str. 113]

z wymytymi kartoflami. Chłopcy z besmedreszu wołali na niego „Aron pożeracz kartofli”.

Przypominam sobie pewne ciekawe zdarzenie. Byłem wówczas jeszcze małym chłopcem i nie bardzo wiedziałem wówczas, o co w tym wszystkim chodzi. W pierwszych wyborach do polskiego Sejmu syjoniści i mizrachiści wystartowali z jednej listy. U rebego w besmedreszu wywiesili na ścianie odezwę, w której nawoływali ludzi do głosowania na Hartglasa, który był kandydatem z okręgu siedleckiego. Agudas Isroel startował wówczas osobno. Jej czołowym kandydatem był rabin Kirszbraun. Ponieważ sokołowski rabin i jego zwolennicy byli przeciwnikami syjonistycznej listy, doszło wówczas w besmedreszu do pewnego zamieszania. Benjamin, najmłodszy syn rabina, rozzłoszczony krzyczał: „Taka bezczelność! Co za złoczyńcy! Toż to zniewaga i arogancja! Jak można wprowadzać do besmedreszu takich grzeszników!?”

Zerwać odezwy nie można było, bo był szabes. Aron tylko zagryzał usta, szczerzył zęby i za każdym razem przechodząc obok burczał pod nosem: „Wielką micwą jest wsłuchiwanie się w słowa cadyków.”

Miejscowe gospodynie zlitowały się nad nim i znalazły mu żonę. Aron ożenił się z sierotą, kaleką, która po krótkim czasie zmarła. Znów więc kładł się na ławce w besmedreszu i zbierał zbędne kartofle. Sokołowscy chasydzi Ejre Hendel, Naftali Kersznbaum i mój ojciec zapraszali go często w święta na posiłek. Wiele razy siedziałem z nim przy jednym stole w czasie Sukot. Zawsze prosił o kartofle z czarnym chlebem i nigdy nie chciał spróbować niczego innego. Gdy nie było chleba, brał kluski. Wkładał je do naczynia, zalewał zimną wodę, czekał aż dobrze namokły i tak jadł je z wodą. Gdy ktoś chciał z nim porozmawiać, nigdy nie odpowiadał.

Gdy sokołowski rabin wyjeżdżał na dłuższy

[str. 114]

pobyt do Warszawy lub do Otwocka, Aron jechał za nim. Z Sokołowa do Warszawy jest ze sto kilometrów. Trzeba przejechać przez Węgrów, Kałuszyn i Mińsk. Była jeszcze inna druga, trzy razy dłuższa, przez Brześć. Aron szedł pieszo do rebego do Warszawy i zawsze wybierał dłuższą drogę przez Drohiczyn, Siemiatycze i Brześć skąd przedostawał się do Warszawy.

Gdy pytano go, dlaczego chodzi przez Brześć skoro jest krótsza droga, odpowiadał: „Jak idę przez Węgrów, to nawet nie zdążę porządnie rozruszać moich gnatów, a już jestem na miejscu. Gdy idę przez Brześć, spotykam na swojej drodze wielu Żydów, nocuję w wielu besmedreszach. Idąc tą dłuższą drogą, mam gdzie wypocząć. Do rebego nie chodzi się w pośpiechu. Długo trwa zanim człowiek do niego dotrze…”

Sokołowski rebe zmarł w Otwocku, wkrótce po tym, gdy Niemcy wkroczyli do Polski. Czy Aron zdążył dotrzeć na jego pogrzeb? A może jeszcze był w drodze?

[str. 115]

 

Reb Aron Aszer Zając (bp.) i jego dzieci

Na przeciwnej stronie rynku, w murowanym domu z balkonem należącym do Joszuy Landesa, mieszkał reb Aron Aszer Zając z rodziną. Był on wysokim, dużym mężczyzną z krótką, rzadką brodą. Jego szeroko otwarte oczy i wysokie uczone czoło, dodawały mu powagi. Szczególnie dostojny był jego spokojny i stateczny chód.

Przed pierwszą wojną był bogatym właścicielem kantoru. W latach, gdy Polską rządziły reakcjonistyczne, wpół faszystowskie władze, sprzedał swoje przybory do pisania. Łapał się za to różnych prac i żył w nędzy.

Reb Aron Aszer był jednym z najmądrzejszych i najbardziej uczonych ludzi w miasteczku. Znał nie tylko Gemarę i wszystkie tosafot [*średniowieczne komentarze do Talmudu], ale posiadał także rozległą wiedzę na świeckie tematy. Potrafił czytać i pisać po hebrajsku, w jidysz, po rosyjsku, polsku i niemiecku. Ludzie z miasteczka chodzili do niego zasięgnąć porady w różnych sprawach i kłótniach z magistratem czy urzędem podatkowym. Z przodu kantoru, przy drzwiach zawsze zbierali się miejscowi politycy tzw. starej gwardii. Był to niski, malutki i słabiutki chasyd z Góry Kalwarii reb Mojsze Mendele (bp.), który wiecznie miał problemy z oddychaniem. Był on teoretykiem Agudas Isroel i obsesyjnym przeciwnikiem syjonizmu, gotowym jak lew rozerwać na kawałki wszystkich niedowiarków.

[str. 116]

Na progu stał również maskil [*człowiek wykształcony] Mordechaj Likewar, mądry człowiek, który ciągle się ośmieszał, bo zawsze musiał wywrócić wszystko do góry nogami. Gdy wszyscy mówili noc, on mówił dzień. Taki to miejscowy chłop, co to czytał gazety i filozofował o żydowskim losie w sklepie Arona Aszera.

Spośród sokołowskich Żydów starszego pokolenia Aron Aszer miał najmniej waleczną naturę. Gdy wszyscy gorączkowali się i denerwowali podczas dyskusji, on powoli i spokojnie tłumaczył, wyjaśniał polityczne spory i nigdy nie stawał po żadnej ze stron.

Prezes Stowarzyszenia Rzemieślniczego Aron Fiszer z rodziną

Był radzyńskim chasydem, modlił się w radzyńskim sztyblu. Nie brał udziału w tańcach i zabawach, a po modlitwie zaraz szedł do domu. Nawet w Simchat Tora nie chodził z chasydami po cudzych domach śpiewając i tańcząc z radości. Zawsze chadzał własnymi ścieżkami. Ze względu na swoją wiedzę, mógłby zajmować wszystkie

[str. 117]

gminne stołki, mógłby nawet zasiąść w radzie miasta i zajmować się sprawami, w których był poniekąd ekspertem. Ale nigdy nie chciał zostać radnym. Był jednym z niewielu, którzy rozumieli, że trzeba uczyć młodzież, edukować dzieci, szczególnie przedmiotów świeckich. Dzieci Arona Aszera były najlepiej wykształcone i najinteligentniejsze w całym mieście. Gdy wszyscy pobożni rodzice walczyli ze swoimi dziećmi, które wkraczały na nowe drogi, w domu Arona Aszera między ojcem a synem panował pokój. On również czytał wszystkie książki i czasopisma, które dzieci znosiły do domu. W miłej atmosferze, siedząc przy stole dyskutowali o ideach i teoriach, które wyczytali w książkach.

W wyborach zawsze oddawał swój głos na listy swoich dzieci. Najpierw, z uwagi na starszego syna, syjonistycznego działacza Abrahama. Później, gdy jego najstarszy syn wyjechał do Erec Isroel, głosował na Poalej Syjon Prawicę, bo jego dwaj młodsi synowie Henech (po rebe z Radzynia nosił imię Gerszon Henech) i Mojsze sympatyzowali z Poalej Syjon.

Henech Zając długie lata był sekretarzem, a później przewodniczącym zjednoczonej partii. Powierzano mu wszystkie możliwe stanowiska. Był zdolnym i utalentowanym młodzieńcem. Przemawiał ładnie i interesująco. Był żydowskim inteligentem w pełnym tego słowa znaczeniu. Posiadał też ogromną wiedzę na tematy żydowskie i świeckie. Odziedziczył jednak po ojcu jego zimną krew. Brakowało mu energii, temperamentu, ambicji. Nie lubił przepychać się łokciami, zakasywać rękawów i drzwiami i oknami walczyć o nowe posady, które uczyniłyby z niego obrońcę Żydów…

Towarzysze z miasteczka mieli do niego pretensje i wypominali mu, że jest bezwzględny i leniwy. W czasie wyborów na Kongres albo w czasie innych kampanii, podczas których w mieście wrzało jak w ulu, potrafił stać przed lustrem i godzinami poprawiać krawat albo siedzieć na balkonie i czytać książkę. Jego partia zaprosiła go do Warszawy. Przed dłuższy czas pracował tam w sekretariacie organizacji młodzieżowej „Frajhajt”. Pisał też dużo artykułów i

[str. 118]

tłumaczył dla partyjnej gazety wiersze i opowiadania z hebrajskiego, polskiego i niemieckiego. Niedługo jednak zabawił w Warszawie, bo nie był człowiekiem, któremu można było dyktować, co i jak ma robić. Nie był przyzwyczajony do mas, do pustych pochwał i braterskiego, fałszywego poklepywania po plecach. Był wyjątkowym, zamkniętym w sobie indywidualistą. Właśnie w okresie powstania i rozwoju ruchu Palej Syjon w Polsce, wrócił do Sokołowa i przygotowywał się do wyjazdu do Erec Isroel. Aby poczynić wszelkie konieczne przygotowania trzeba było jednak biegać, latać po mieście, uderzać do niejednych drzwi, tak jak robili to inni. On zaś siedział spokojnie i czekał, aż ktoś zawiadomi go o wyjeździe. Całkowicie zdał się na towarzyszy z Warszawy, którzy mieli dla niego wystarać się o pozwolenie na aliję. Z powodu swojej bezczynności, ale także z winny niektórych warszawskich „załatwiaczy”, którzy skąpo rozdawali certyfikaty, pozostał w Polsce. W przededniu wojny zajmował prywatną posadę i pracował jako pomocniczy księgowy w Brześciu.

Także młodszy syn Arona Aszera był z tej samej gliny ulepiony. Był to młodzieniec wykształcony. Studiował w Paryżu, ale w Polsce nie mógł nic osiągnąć. Przed wojną mieszkał w Warszawie. Zakochał się w córce Herszla Grinbauma. Był częstym gościem w ich domu, tam jadł, spał i pracował w zecerni swojego przyszłego teścia. Przed moim wyjazdem widywałem się z nim w Warszawie wiele razy. Miał też zamiar wyjechać do Boliwii. Jego teść chciał jednak, aby wyjechali wszyscy razem, zabierając ze sobą całą drukarnię i wszystkie maszyny. Umówiliśmy się, że napiszę z Boliwii z informacją, czy jest tam zapotrzebowanie na żydowską gazetę. Jeśli tak, to przyjadą wszyscy i będą wydawać żydowską gazetę w jidysz. Herszl Grinbaum był zdolnym mężczyzną.

Nie zdążyłem do nich napisać nawet jednego listu…

Co się z nimi wszystkimi stało?

[*Zgodnie z informacjami Instytutu Jad Waszem, Aron Aszer Zając, jego synowie Henech i Dawid, synowa Chana, żona Genendel, wnuk Josef zostali zamordowani w czasie wojny. Przeżył tylko syn Arona Mosze]

[str. 119]

 

Chasyd z Humania, który kazał ludziom tańczyć i śpiewać

Dziesięć kilometrów od Sokołowa, na repkowskiej drodze za sosnowym laskiem leżała wieś Kobylany zamieszkiwana w większości przez gojów. Eljahu Paterkozer miał tam swoją dzierżawę. Skupował od chłopów mleko, robił masło, ser i bryczką zawoził swoje wytwory do miasta. Skupował także futra, świńskie włosie i innego rodzaju szorstkie sierści.

Wydał córkę za mąż za młodzieńca z sąsiedniego miasteczka i oddał mu jeden pokój w swoim mieszkaniu. Razem prowadzili interes. Młodzieniec nazywał się Motele. Był niski. Miał kościste policzki i parę świecących, bystrych oczu. Całymi dniami pracował, ubijając masło i kręcąc ser. Każdego wieczoru po kolacji, Motele Kobilaner sam jeden tańczył chasydzkie tańce, głośno śpiewał i klaskał do rytmu w dłonie.

W pierwsze lata po ślubie, teść patrzył na tany swojego zięcia z szeroko otwartymi oczami. Wydawało mu się to dziwne i obce. Patrzył na niego jak na wariata. – Więc, cóż to jest za taniec? – pytał.

[str. 120]

– Toż to jakieś wariactwo! Jak to tak, żeby człowiek co wieczór tak tańczył? Simchat Tora to ja rozumiem. Ale żeby każdego wieczora? I jeszcze jak mieszka się we wsi pełnej gojów?

Motele tłumaczył teściowi głęboki boski sens, który tkwi w jego tańczeniu. Wyjaśniał mu, że jest to testament wielkiego rebego reb Nachmana z Bracławia (bp.), który nakazał służyć Panu w Niebiosach radością i pogodą ducha [*do dziś zwolennicy Nachmana z Bracławia często tańczą i śpiewają; w Izraelu np. puszczają muzykę z samochodu, przy którym tańczą, przyciągając zainteresowanych, którym następnie wręczają płyty z nagraniami religijnymi]. Smutek i żałoba nie dadzą zbawienia. Każdy człowiek tak samo musi walczyć ze złem, tak samo ma odpędzać od siebie melancholię i smutek. Prawdziwie służyć Bogu należy przez taniec i śpiew.

Z roku na rok Motele Kobilaner szedł coraz to bardziej w ślady swojego wielkiego rebego. Sąsiedzi – chłopi – tylko przyglądali się, naśmiewali i stroili sobie żarty, gdy Motele tańczył. Stawali przy oknach i podziwiali tego cudaka, tego wesołego Żydka.

– Motele, tańcz! – wrzeszczeli dziko.

Nigdy go nie zaczepiali i szanowali go. Motele bardzo lubił zostawać na szabes w mieście. W sztyblu chasydów z Białej zapominał o bożym świecie. Tańczył i śpiewał, i nie tracił energii.

Kilka lat przed wojną musiał opuścić wieś. Łobuzy co noc wybijali mu w domu szyby, wrzucali kamienie do izby. Z żoną i dziećmi sprowadzili się do Sokołowa. Między straganami ustawili swój niewielki stolik i handlowali towarem. Jednak w mieście nie było w tym okresie dużo lepiej niż na wsi. Rozzuchwaleni antysemiccy chłopcy nie dopuszczali chrześcijańskich klientów do żydowskich sklepów.

Załamani i roztrzęsieni ludzie stali na rynku i mogli tylko się przyglądać, jak dzikie „pikiety” przewracają ich stoły z towarem. Zmartwieni myśleli, co zrobić. Jedni proponowali wysłać do Warszawy, do ministerstwa spraw wewnętrznych delegację. Drudzy sądzili, że należy zaalarmować

[str. 121]

braci w Ameryce. Niech protestują, przyślą pieniądze, bo inaczej „my tu zemrzemy z głodu” i nikt nawet o tym nie będzie wiedział.

Na rynku, wśród Żydów, którzy porywczo dyskutowali, znalazł się również Motele Kobilaner.

– Ludzie, mam plan! – krzyknął. – Wasze wszystkie rady nie są nawet tynfa warte.

Ludzie umilkli i bacznie wsłuchiwali się w słowa Motele.

– Mój plan jest taki. – Motele się rozochocił. – W czwartek w dzień targowy, gdy wszyscy łobuzi i antysemici zbiorą się na rynku, my staniemy wokół nich w wielkim kole i będziemy tańczyć i śpiewać tę piosenkę:

„Reb Nachman Braclawer zabronił złym być.
I choć idą złe czasy,
zatańczmy wszyscy razem.
Nie trać wiary,
cały czas wierz i miej nadzieję,
że dla wrogów Izraela
gotuje się straszny koniec.”

– To jest najlepszy środek w walce z naszymi wrogami. Zobaczycie. – Motele wyjaśniał swój plan. – Że wszyscy goje będą tak zmieszani i zaskoczeni, że nic złego nam nie zrobią.

Ludzie, rozumie się samo przez się, wyśmiali plan humańskiego biedaka.

Cóż stało się z tym szczerym i naiwnym człowiekiem? Jak zakończyła żywot ta święta prawa dusza? Czy szedł do komór gazowych w Treblince śpiewając „Reb Nachman Braclawer zabronił złym być”? A właśnie, że śpiewał!

[str. 122]

 

Stolarz Jakub Mendel

Kilka kroków od starej synagogi, przy strudze, gdzie kobiety prały bieliznę, stała drewniana chata Jankiela Dowida Gitkesa. Jej ściany były podgniłe, przechylone, porośnięte mchem i trawą, a miejskie kozy wspinały się po murach domu i pasły na zapadniętym dachu.

Naprzeciwko rudery stał zbudowany na dębowych fundamentach dom z kolorowymi okiennicami. Przy domu ogrodzonym płotem, rosło kilka krzaków pięknego bzu. Posiadłość ta należała do stolarza Jakowa Mendla, który strzegł swojego domostwa jak oczka w głowie. Całe życie na niego pracował, całe życie pielęgnował. Opiekował się nawet drzewkami i bacznie uważał, aby łobuzy z synagogi nie połamały gałęzi bzu. W letnie miesiące przeganiał wszystkich młodzieniaszków. Sąsiedzi zdziwieni pytali:

– Reb Jakowie Mendlu, cóż Wam szkodzi, że ktoś urwie sobie gałązkę bzu? Krzaki to przeżyją.

– Nie! – ryczał jak ranny lew. – Nie pozwolę zrywać gałęzi. Tak miło patrzeć, jak moje krzaki rosną, a nocami piękny zapach bzu roznosi się po całej okolicy.

– Bez-szmez, ale z Was stary uparciuch! – śmiali się sąsiedzi.

[str. 123]

Jakow Mendel był wielki jak niedźwiedź. Był średniego wzrostu, za to w ramionach był wyjątkowo szeroki. Jego dłonie były zahartowane od ciężkiej, mozolnej pracy. Stolarskie, ciężkie ciało stało na dwóch nogach potężnych jak kloce. Twarz Jakowa Mendla była zawsze czerwona, jakby ktoś oblał go wrzątkiem. Para napuchniętych, przekrwionych oczu, wyglądając spod wysokiego czoła, tępo patrzyła na otaczający świat.

Chaim Josl Rubinsztein, gabaj w synagodze

Także broda Jakowa Mendla nie rosła równo i jednolicie jak u innych mężczyzn. Włosy porastały całą jego mięsistą twarz. Rosły one kępkami, po kilka w różnych miejscach, a każda z nich jakby żyła własnym życiem. Gdy włosy na podbródku rosły w dół, włosy na twarzy złośliwie zaczynały unosić się w odwrotnym kierunku. Między jedną kępką a drugą prześwitywały czerwone policzki. Wiecznie podarty daszek jego czapki zawsze krzywo spoczywał na głowie,

[str. 124]

i za każdym razem, gdy nakładał czapkę, przekręcał się znad czoła.

Jakow Mendel był wielkim żarłokiem i z tego słynął wśród okolicznych stolarzy. Prawdą jest, że wszyscy stolarze mają duży apetyt: Ciężko pracują na zewnątrz, na świeżym powietrzu, często też na polu. Wdychają do płuc zapach żywicy, która skapuje z sosnowych desek. Jest to bez wątpienia bardzo zdrowe, ale chce się z tego powodu ciągle jeść. Nikt jednak nie mógł konkurować z Jakowem Mendlem pod względem jego legendarnego apetytu…

Stolarze opowiadali sobie często taką oto historię. Pracowali raz na repkowskim dworze, budując dla szlachcica wielkie stodoły. W niedzielę rano szli na wieś, a w piątek przed zapaleniem szabasowych świec wracali do domu. Właśnie tego lata można było kupić owoce za bezcen. W czwartek, przed wyjazdem do domu, Jakow Mendel kupił u chłopa wielki wór słodkich, soczystych gruszek. Po drodze wyjmował po jednej gruszce na spróbowanie, aż wróciwszy do domu przywiózł ze sobą pusty worek.

Wszyscy jego synowie byli równie dorodni jak ojciec. Gdy żona Jakowa Mendla, Baśka, nie patrzyła, któryś z nich szybko pożerał kolejną porcję obiadu. Codziennie rankiem stolarz podążał swoim zamaszystym krokiem do piekarni Liby i kupował wielki ciemny bochen chleba, zanosił go do domu i na wadze odważał dla każdego z synów równą porcję.

Nigdy nie kupował narzędzi do pracy. Wszystko robił sam. Wszystkie heble, dłuta, piły, strugi i chwytaki produkował sam. Śmiał się tylko, gdy stolarz kupował kloc pod hebel. Uważał się za najlepszego rzemieślnika w mieście. Nikt nie wykonywał tak dobrej i porządnej roboty jak on. Szczycił się przede wszystkim drzwiami starej apteki, które sam zrobił.

– Tylko popatrzcie – mówił. – Już od trzydziestu lat wiszą te drzwi i nawet ani jednej szramy! Widzieliście tam jakieś pęknięcie? Skazę? Jak

[str. 125]

zrośnięte! Jakby z jednego pnia! Dam sobie rękę uciąć, że żaden z dzisiejszych stolarzy nie wykona takich drzwi!

Na starość nie mógł już pracować. Sądził jednak, że to minie. Za jakiś czas znów weźmie się do roboty. Winę za to przypisywał swoim dzieciom. Gdyby były mu wierne, można byłoby razem zabrać się do roboty. A one zapomniały o starym ojcu, który tylko włóczył się po obcych warsztatach i patrzył swoim zoperowanymi chorymi oczami jak inni heblują, jak wytwarzają dębowe deski. Stawał blisko przy rzemieślnikach, przygląda się ich pracy i pouczał:

– Hebel drży. Trzeba zamknąć klapę. Ten kloc na nic się nie nadaje, trzeba przymocować podeszwę…

Gdy ktoś pytał go: „Co sądzicie reb Jakowie Mendlu, dobrze spiłowane są te boki?” albo, czy szuflada dobrze sprofilowana, chwilę się zastanawiał i odpowiadał, ale jakby sam do siebie mówił:

– Bo wy nie chcecie się nauczyć pracować. Bo i jak macie się nauczyć fachu, jak wam w głowie tylko strajki? Dlaczego nie słyszy się o strajkujących gojach, buntujących się przeciwko swoim majstrom? Tym sposobem nigdy nie uda się wam wykonać dobrej roboty.

Kładł swoje stare ciężkie ciało na kupie wiór i łamiącym się głosem mówił dalej:

– Byłem sierotą. Gdy miałem 10 lat oddano mnie do stolarza na naukę. Od rana do późnej nocy

[str. 126]

pracowałem. Pomyje wynosiłem, krowę na pole co parę dni prowadzić musiałem. Po ośmiu latach nauki kupiono mi parę butów na Pesach. Do ślubu pracowałem u tego samego stolarza. A młodzież dziś żyje drogo, pracuje 48 godzin, nic jej nie można powiedzieć i zanim zdąży przepiłować kawałek drzewa, już strajkuje. Czy takim zachowaniem można nauczyć się pracy? Niech was diabli! Krwawi mi serce, gdy widzę, że nasze rzemiosło przechodzi w gojskie ręce!

Wylawszy wszystkie swoje żale, przechodził podpierając się grubym patykiem do maszyn, które ktoś sprowadził do miasteczka. Przestraszony i zdumiony patrzył na dzikie, szybkie ostrza maszyny, które w szalonym tempie tną grube, wielkie kłody drewna.

– Maszyny zabiją nasz świat! Zanim człowiek się ruszy już zheblowane, pocięte, spiłowane i wygładzone. I co ma robić człowiek? Nasze rzemiosło umiera. Jeszcze przyjdą czasy, gdy stolarze będę przymierać głodem. Nikt nas nie będzie już potrzebował. Koniec świata!

Robotnicy droczyli się z nim:

– Reb Jakowie Mendlu, te maszyny to jeszcze nic. Dziś są i takie maszyny, które zawozi się do lasu, a one samy wyrywają drzewa i wyrzucają drugim końcem gotowe pieńki.

W rok po zajęciu przez Niemców Polski Jakow Mendel zmarł. W deszczowy ponury dzień minjan Żydów z synagogi towarzyszył mu w jego ostatniej drodze na miejsce wiecznego spoczynku. Jego syn Szmuel Ber wyrwał deskę z płotu i heblem przymocował do macewy. Sąsiad napisał na niej czarnym atramentem:

Bp.
człowiek mądry i prosty reb Jakow Mendel,
umarł roku 1940

[str. 127]

 

Alter Szuster – parnas z Białegostoku

Ostatnie lata Alter Szuster spędził w Białymstoku. Poalej Syjon Prawica wysłała go do pracy w gminie, jako przedstawiciela „Pracującego ludu Izraela”. To, co nie udało mu się w Sokołowie, powiodło się w wielkim, przemysłowym mieście, w którym Żydzi wiedli prym, posiadali wielkie fabryki i zakładali instytucje kulturalne. Tam Aron Szuster czuł się jak ryba w wodzie. Zakładał kooperatywy, był sekretarzem Związku Rzemieślników, został instruktorem Keren Kajemet [*Żydowski Fundusz Narodowy, który gromadził pieniądze na zakup ziemi w Palestynie], jeździł od miasta do miasta zbierając pieniądze i głosił ideę powrotu do Erec Isroel. Swoją społeczną działalność rozpoczął jednak w Sokołowie.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat miał niemały wkład w duchowo-ideologiczny rozwój młodzieży w miasteczku – przede wszystkim w okresie burzy i naporu, przełomowym dla żydowskiego życia. Oddał temu swoje serce, duszę i całą swoją wiedzę. Siał ziarno na jałowej glebie, na glebie zatrutej, splamionej jeszcze przed wojną, w okresie zawiłych myśli, politycznego chaosu i ignoranckiego stosunku do żydowskich kwestii narodowych, gdy młodzież żydowska zatruta była szalonymi antyżydowskimi teoriami kosmopolitycznymi i prowincjonalnym,

[str. 128]

naiwnym internacjonalizmem. W tym czasie Alter Szuster był jednym z niewielu, z tych „starców” z minionego pokolenia, którzy się uparli i szli pod prąd.

Połączenie żydowskiego nacjonalizmu i socjalizmu, Erec Isroel i diaspory, jidysz i hebrajskiego nie było w tamtym okresie łatwym zadaniem.

Alter Szuster

W Sokołowie działała prężnie duża partia Poalej Syjon. Miała ona swoją synagogę, prowadziła własny dom robotniczy, kooperatywę, kółko teatralne i bibliotekę. Wszystkie prace wykonywała wówczas inteligentna młodzież, dla przykładu: poeta Ajzik Planter, krytyk literacki Baruch Winogóra, który został rozstrzelany przez Niemców w Paryżu.

Podczas rozłamu, pod wpływem wielkiej rewolucji rosyjskiej, sokołowska Poalej Syjon – podobnie jak w innych polskich miastach – zboczyła na lewo. Alter Szuster był jedynym, który się zbuntował przeciwko oficjalnej linii i powiedział: „Nie tędy droga!” Sam jeden w całym mieście walczył i na wszystkich dyskusjach i spotkaniach opowiadał się za aktywną polityką palestyńską. Gdy nie odniósł sukcesu i nie znalazł posłuchu wśród swoich byłych towarzyszy, zaczął wszystko od początku.

W mieście było wiele młodzieży, która błądziła, błąkała się w ciemnościach. Ci młodzi ludzie stali na rozstaju dróg. Właśnie opuścili cheder albo jesziwę. Dużo czytali,

[str. 129]

szukali nowej drogi jak bohater powieści Feierberga „Le-an”. Ostre, rewolucyjne frazy oślepiały ludzi. Szukano człowieka, który mógłby sprowadzić ich na prawą stronę, wyjaśnić wszystkie kwestie, które zajmowały młodzieńcze umysły.

Alterowi Szusterowi udało się zwerbować wielu towarzyszy, dla których był niczym ojciec. Dawał im lekcje i kładł tym samym podwaliny pod budowę przyszłej wielkiej Poalej Syjon Prawicy. Ja również byłem jednym z tych młodzieńców, których udało mu się „złowić”. Wraz z moimi towarzyszami czytaliśmy i próbowaliśmy zrozumieć ciężką książkę Borowchowa pt. „Interes klasowy a kwestia narodowa”. Gdy coś było dla nas niejasne, zaraz biegliśmy zapytać Szustera.

Wówczas też jeszcze naiwnie i bardzo poważnie traktowaliśmy wszystkie idee i pomysły naszych przeciwników. Poalej Syjon Lewica włożyła wiele pracy, aby odbić nas z rąk „mieszczańskich, reakcyjnych porywaczy”. Nieraz sądziłem, że mają oni rację. Moja młodzieńcza naiwna głowa, będącą pod wpływem ich artykułów i przemówień, często biła się z myślami i podejrzewała, że Histadrut jest niesprawiedliwy wobec biednych „niewinnych” robotników. Że być może hebrajski jest, jak mówią, „reakcją” i naszą „starą śpiewką”.

Alter Szuster musiał wiele pracy włożyć w odpieranie ataków, które kierowane były przeciwko jego partii. W czasie czwartej alii razem z żoną wyjechał do Erec Isroel. Nie wytrzymał jednak kryzysu i po kilku latach wrócił do miasteczka. Przyjechał właśnie w czasie, gdy wszystkie partie prowadziły kampanię wyborczą przygotowując się do wyborów do rady miejskiej. Patrzył i nie mógł się nacieszyć widząc swoich byłych uczniów, którzy wpoili sobie ideologię Poalej Syjon, w czym prawie prześcignęli już mistrza. Sami organizowali mityngi, wygłaszali przemówienia wyborcze, pisali odezwy. Był dumny i podziwiał jak szybko wyuczyli się tego rzemiosła.

[str. 130]

Pierwszego dnia Pesach przyszedł do teatru zobaczyć sztukę graną przez kółko teatralne i znów nie potrafił pojąć, gdzie i jak nauczyli się oni tak grać i reżyserować. Wygłaszane przemówienia zgodne z liną Poalej Syjon to jego ciężka praca, ale teatr był dla niego wielkim zaskoczeniem.

Był fanatycznym członkiem partii. Podczas gdy wielu towarzyszy wysuwało często zarzuty pod kierunkiem kierownictwa partii albo Komitetu Centralnego dotyczące pewnych działań towarzyszy kierujących partią w Warszawie, Alter Szuter zawsze ich bronił.

Uczniowie Altera Szustera. Komitet Żydowskiej Socjalistycznej Młodzieży Robotniczej „Frajhajt” (w środku stoi Awrom Szpadel, który uratował się. Ukrywał się w lasach. Dziś mieszka w Łodzi)

Uważał, że jak rebe coś robi, to wie po co to robi. Wszystko, co służyło dla dobra partii było dla niego świętością. Zdarzyło mi się nieraz popaść z nim w konflikt – nigdy jednak natury osobistej – zawsze powodem była chęć nie szkodzenia partii.

[str. 131]

Kilka lat przed wojną, wracając z Grodna przejeżdżałem przez Białystok. Wieczorem byłem w kibucu „Mesila” prowadzonym przez Haszomer Hacair. Gdy Szuster dowiedział się, że jestem w Białymstoku zaraz przyjechał się ze mną zobaczyć. Długo rozmawialiśmy u niego w mieszkaniu. Bawiłem się z jego dziećmi, uczyłem je piosenek. Dzieci bardzo się do mnie kleiły. Przed moim wyjazdem z Polski wiele razy widzieliśmy się jeszcze w Warszawie. Pozostał on jednak tym samym starym Alterem. Inni się denerwowali, krytykowali, on nie. U niego wszystko było jak należy. Tak jak chasyd w swojego rebego, tak on bezkrytycznie wierzył w partię.

W czasie wojny przyszedł do Buenos Aires smutny list od jego żony, która była w tym czasie na Syberii. Pisała ona: „Ja i moje dzieci jesteśmy na Syberii. Alter zginął w Białymstoku. Potrzebuję pomocy”.

Alter Szuster, jak miliony Żydów, nie żyje. Był on drogim, serdecznym człowiekiem. Już go nie ma. Nić jego życia została przerwana. W moim złamanym sercu pozostał smutek. Niech izraelscy robotnicy, gdy na różne sposoby czcić będą imiona zamordowanych w Polsce działaczy, też wspomną o Alterze Szusterze (b.p.).

[str. 132]

 

Miejski bogacz

Miasto nie miało szczęścia do milionerów. Ci zaś, którzy w Sokołowie mieszkali, byli bogaczami bez tradycji. Ich ojcowie i dziadkowie byli biedakami, domokrążcami i zbieraczami staroci. Nie ma się więc co dziwić, że chłopcy z ulicy Łaziebnej nie wiedzieli jak postępować ze swoim majątkiem. Gdy biedacy się bogacą, społeczeństwo rzadko czerpie korzyści z ich pieniędzy. Nie ma też w tym ich winny. Oni tego po prostu nie potrafią. Nie potrafią się rozstać ze swoim złotym cielcem. Tak samo jak Etie Menie, żona Szimele Sorokersa z „Wielkiej wygraniej” Szolem Alejchema, nie wiedziała jak bogacze jedzą powidła, tak i sokołowscy milionerzy nie wiedzieli i nie rozumieli, jak ma żyć bogaty człowiek. Sokołowscy Żydzi posiadający duże majątki nie pomagali żydowskim instytucjom, nie przekazywali żadnych funduszy na potrzeby innych mieszkańców, głusi byli nawet na problemy natury religijnej. Można było się zdać na braci w Ameryce, na tych, co ciężko pracowali i pocili się harując w szopach przy maszynach. Oni potrafili odłożyć dolara, dwa i przesłać pieniądze do swojego kochanego miasta. Lokalni bogacze nie nadawali się zaś do niczego. Jakże mieli więc dawać jałmużnę, skoro musieli wykupić wszystkie kamienice w Sokołowie…

[str. 133]

Gdy trzeba było wybielić stary besmedresz, zwrócono się do jednego z dorobkiewiczów z prośbą o kilka złotych. Ten zaś odpowiedział: „Niech Dowid Strąg, tragarz, da pieniądze. Całymi dniami przesiaduje w besmedreszu i podpiera ściany, to i wapno schodzi. Czego ode mnie chcecie? Ja tam nie przesiaduję”.

Na tle takich oto bogatych typków Tuwje Ciepelewicz wyróżniał się swoim majątkiem. Oby wszyscy porozrzucani po świecie sokołowscy Żydzi zechcieli mu wybaczyć. Niech mu ziemia lekką będzie. Padł ofiarą największego wroga naszego narodu razem z milionami innych Żydów. Temu, że nie rozumiał sensu ludzkiego życia, nie był winien. Nie mógł inaczej i nie rozumiał, że można inaczej żyć. Podobało mu się wychowanie, żydowskość w tym ładniejszym, wyższym sensie tego słowa. Nie miał on świadomości narodowo-żydowskiej. Obca była mu duchowa natura żydostwa, jego radości i smutki, męczeńska droga żydowskiego narodu, tragiczna rola ludu Izraela. Nieznane były płacz pokoleń i dążenie do zbawienia tego starego, wiecznego narodu. Nie potrafił przeczytać żadnej świętej księgi, nawet żadnej książki czy gazety. Traktował to wszystko jak zbędne rzeczy na tym grzesznym świecie. Jego wzrok sięgał nie dalej niż na przedmieścia i ograniczał się do terenów, gdzie nie ma już żadnych domów do kupienia.

Musimy, gwoli prawdy, uwiecznić w tym miejscu bogaczy z wcześniejszych pokoleń, z których sokołowscy Żydzi mogą być dumni. Dla przykładu handlarza zboża i drewna Bucze Rubinszteina (bp.) [*jego dom znajdował się przy ul. Długiej 52], człowieka o złotym sercu, który utrzymywał niejednego uczonego w mieście. Za własne pieniądze ogrodził też murowanym parkanem stary cmentarz. Drugim bogaczem był Izajasz Szafran, który wybudował dom w Tel Awiwie. Byli to jednak ludzie należący do innego pokolenia. Znali oni tradycję i posiadali dużą wiedzę. Potrafili zagłębić się w żydowską książkę, czerpać z żydowskiego, świetlistego źródła pełnymi garściami i wyławiać najszlachetniejsze klejnoty spośród wszystkich żydowskich skarbów, które wpływały na ich żywot. Młodzi bogacze z Tuwjem

[str. 134]

Ciepelewiczem na czele, nie poszli w ich ślady, bo te były im obce.

Ojciec Tuwji, Jankiel Isroel Wilem był domokrążcą. W niedziele, wczesnym rankiem wyruszał w drogę i chodził od wsi do wsi skupując od chłopów stare futra, świńską skórę i inne materiały. Miał dom pełen dzieci, nie miał zaś czasu przypilnować synów, aby chodzili do Talmud Tory [*Talmud-Tora – żydowska szkoła religijna przeznaczona dla dzieci ubogich rodziców]. Przez cały tydzień

Rzeźnik Mojsze Hersz z rodziną. Popularny typ w miejscowej synagodze

włóczył się wśród gojów, spał na podłodze albo w jakiejś stodole. W piątek przed zapaleniem świec wracał z paką na plecach do domu. Zaraz zbierał swoich synów i gnał ich jak stado owiec do fryzjera Szebsa Pojkera. Ten zaś swoimi wielkimi nożycami ścinał ich przydługie włosy. Stamtąd gnał ich do mykwy. Jankiel Isroel Wilem modlił się w szulu krawieckim.

[str. 135]

W szabes po jedzeniu szedł ze swoim stadkiem na spacer do rzeźni, gdzie woźnice, domokrążcy i szmaciarze paśli swoje konie. Można było się tam wyciągnąć na trawie i łuskać pestki słonecznika. Tam też spędzali czas popołudniowej modlitwy.

Jankiel Isroel Wilem wynajmował każdego lata ze wspólnikami sady. Cóż to była za radość dla jego synów! Głodni jak wilki mieli w końcu dostęp do wielkich garów klusek z mlekiem, które każdego dnia dostarczał szlachcic z dworu. Chłopcy rzadko chodzili do chederu. Przez kilka miesięcy byli w sadzie, przez kilka kolejnych jeździli ze szmaciarzami po okolicznych wioskach albo z krawcami naprawiającymi futra po targach. Tuwje całymi dniami wspinał się na góry śmieci i zbierał do wielkiego wora szmaty. Zimą, gdy panowały wielkie mrozy, uczył się naprawiać futra. Pieniądze, które zarobił zawsze nosił przy sobie w lnianym woreczku zawieszonym na szyi. Jego bracia i przyjaciele kupowali sobie na szabes suszone pestki czy łuskany groch w sklepie Rywki Chany Chai. Od czasu do czasu wkradali się też tylnymi drzwiami do karczmy Abe Cipesa na szklaneczkę wódki czy butelkę piwa. Tuwje nie wydawał ani grosza. Przyjemnością dla niego było odkładanie złotówki do złotówki. Woreczek, który nosił na sercu był jego radością.

Nawet, gdy zarabiał już pięć rubli tygodniowo, pracując w swoim fachu i handlując nowymi futrami, nie wydawał ani grosza. Jego celem było wyjść na ludzi i kupić dom. Jego oszczędności rosły z dnia na dzień, aż w końcu osiągnął swój cel. Razem ze swoim starszym bratem Binemem zaczął pracować na siebie. Od rana do wieczora bracia siedzieli i szyli, reperowali i odnawiali stare futra. Latem zaś kupowali towar na nowy sezon. Wysokie sterty gotowych, poprawionych i odnowionych futer leżały pod ścianami ojcowskiego domu. Po Sukot przyjeżdżali handlarze z Pińska, Równego i Lidy i kupowali te sterty futer.

[str. 136]

I tak mijał rok za rokiem. W mieście już gadano, że z syna Jankiela Isroela Wilema szmaciarza Tuwji wyrośnie bogacz. Bardzo mu się to podobało.

Wybuchła wojna. Towaru przybywało z dnia na dzień. Tuwje nie spieszył się jednak nigdy ze sprzedażą, czerpał z tego przyjemność. Stawał się coraz grubszy i potężniejszy niż setki futer, które u niego leżały. Przez jeden tylko sezon zarobił tyle, że mógł kupić od Awromele Motla swój pierwszy dom na ulicy Siedleckiej. Tuwje był już nie byle jakim gospodarzem, zadzierał nosa, przyjaźnił się z miejscowymi bogaczami i na stare lata wziął ślub. Zajmował się też innymi interesami. Nie skupował już starzyzny, a jeździł do Galicji i sprowadzał fury pełne owczej wełny.

W Sokołowie były setki chrześcijańskich kuśnierzy i wszyscy kupowali futra u Ciepelowicza. Zatrudniał on też wielu chrześcijan. Jego nowe futra jeździły w najodleglejsze zakątki kraju. Z innym dorobkiewiczem Jerachmielem wybudowali wielką murowaną kamienicę naprzeciwko rynku. Tam w wielkim mieszkaniu, do którego wchodziło się przez szklane drzwi siedział ze swoim bratem i innymi pracownikami przy długim stole i szył futra. Mieszkał zaś w domu Nachuma Lewina, który w końcu od niego odkupił. Co kilka miesięcy Tuwje kupował sobie nowy dom. Nie było już takiej ulicy, takiego skweru, na którym nie miałby swojej posiadłości. Na szosie Węgrowskiej, między gojskimi domami, na drodze do stacji stał największy i najpiękniejszy dom w mieście, który postawiła pewna warszawska spółka. Gdy ta zbankrutowała, Tuwje nabrał ochoty na dom i go kupił.

Jego pieniądze rządziły w całym mieście. Gdy Żydzi chcieli wynająć sady od szlachciców, zawsze brano go na wspólnika. Gdy rybacy mieli zapłacić z góry szlachcicowi z Korczewa za ryby, Tuwje wykładał pieniądze. Jego interesy zaszły tak daleko, że został on odbiorcą całego cukru, który wielka cukrownia Przeździatka produkowała. Tak duży potentat cukrowniczy, który odgrywał tak ważną rolę

[str. 137]

w polskim życiu gospodarczym i przemysłowym, musiał przyjść do „Żydka” Tuwji i prosić, aby ten odkupił od nich cały cukier i z góry za niego zapłacił.

Tuwje był otyły i miał duży, opasły brzuch. W dzień targowy przechadzał się po ulicach, chodził od chłopa do chłopa i skupował tłuste kury. W jego domu cały czas stał worek mąki, a rosół z kluskami był jego ulubionym daniem, istnym przysmakiem. Nic innego nie potrzebował. W piątek wieczorem po kolacji chadzał do Herszla Sunekina, kazał sobie dać butelkę piwa, żłopał je z wielkiego kufla i idiotycznie się śmiał, strojąc sobie żarty z biedaków.

Ani razu nie udało się od niego wyciągnąć ani grosza na cele społeczne. Ludzie wiedzieli, że lepiej go omijać, bo potrafi człowieka tylko wyśmiać i mu nawymyślać.

Przeddzień wojny. Polskie żydostwo czuło już oddech zbliżającej się tragedii. Z Przytyku, Brześcia, Mińska i Zbąszynia napływały „niewesołe” wiadomości. Keren Kajemet właśnie w tym okresie przeprowadzał w mieście kwestę, na którą przyjechał specjalny wysłannik z Warszawy. Zbiórka odbywała się pod hasłem „Wykup ziemi w Galilei”. Wysłannik z kilkoma towarzyszami zaszli też do Tuwji. Myśleli, że może… w tych czasach może coś da? Tuwje siedział przy wielkim stole w koszuli, miał zakasane rękawy i wszywał czarny kołnierz do futra.

– Co chcecie – uśmiechnął się swoimi mięsistymi ustami.

– Przyszliśmy prosić o datek na akcję „Mipal HaGalil”.

– A co to znaczy? Nie rozumiem tego waszego języka.

Wysłannik z Warszawy wyjaśnił mu spokojnie, że chodzi o wykup ziemi w Erec Isroel.

– Ha, ha, ha – roześmiał się Tuwje. – Gdybym chciał

[str. 138]

kupić tam ziemię, to bym to zrobił bez waszej pomocy. Nie musicie mnie nagabywać. Jak będę chciał kupić, to kupię. Poszukajcie sobie innych frajerów, a nie mnie.

Wysłannik odszedł z kwitkiem.

Tuwje Ciepelewicz! Wielu ludzi, poza Tobą, uważało, że jesteś tępy i ślepy. Gdybyś chciał zrozumieć synów Izraela i ich marzenie o posiadaniu własnego kraju, nic by to nie dało. Nie miałeś już żadnej kontroli nad własnym majątkiem! Wcześniej też już nie miałeś, bo byłeś już w łapach diabła, już było za późno.

Na zniszczonych sokołowskich ulicach stoją domy Tuwji, świadectwa jego ciężkiej pracy. Są one jak macewy, które mogą opowiedzieć, że kiedyś należały do Żyda, którego cały majątek poszedł z dymem. [*Według relacji Joska Kopyto, znajdującej się w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego sygn. 301/4085, Tuwje Ciepelewicz znalazł się w pierwszym składzie Judenratu powołanym w listopadzie 1939 r.]

[str. 139]

 

Młoda miłość starego małżeństwa

Berl Ekibas miał własną murowaną kamienicę, wytwórnię wody sodowej oraz lodownie, gdzie latem trzymał lód, i gdzie rzeźnicy i świniarze trzymali mięso. Wielkie bryły lodu rozwoził po sokołowskich ulicach ręcznym wózkiem. On pchał z tyłu, a goj ciągnął z przodu.

Był mężczyzną wysokim o zdrowo zarumienionej twarzy. Miał też rzadką, siwą brodę i parę niebieskich oczu. Nie był wielkim uczonym, nie był także wybitnym mędrcem. Pomodlił się, zmówił kilka psalmów i starczyło. Dlatego też jego pierwsza żona Chana Szejna, córka Chawy nie darzyła go wielkim szacunkiem. W tym związku to ona nosiła spodnie. Uważała się za kobietę wybitną, która zna na pamięć parszę [*parsza – fragment Tory na dany tydzień] „Hamilot”, odmawianą podczas Jamim Noraim. Wszystkie kobiety dowiadywały się u niej, gdzie jest w danym momencie chazan [*chazan – osoba prowadząca nabożeństwo; kantor] i co mają dalej mówić. Berl Ekibas był dla swojej żony służącym. Nadawał się, jej zdaniem, tylko do obsługiwania maszyn w fabryce sody, do noszenia kostek lodu i pchania wózka. Gospodynią i szefową była ona. Ona też prowadziła interesy.

Gdy Chana Szejna umarła, Berl Ekibas miał 65 lat i nie miał zamiaru długo pozostawać wdowcem.

[str. 140]

Ożenił się więc z wdową Chają Malką, której mąż Pinie Arie, syn Mojszego, handlarz końmi, właśnie zmarł.

Druga żona okazywała mu należyty szacunek i Berl poczuł w końcu smak życia, jakie można wieść na tym grzesznym świecie. Odmłodniał o 20 lat. Jego krew gotowała się, tryskał energią jak młodzieniec. Chaja Malka była piękną, elegancką i nieco pulchną kobietą. Zawsze czysto i schludnie ubraną. Nosiła czarne, satynowe suknie, na szyi sznur pereł i długi złoty łańcuch jak jakaś panienka. W swoim czarnych zamszowych bucikach stawiała małe drobne kroczki i jak złoty paw stroiła się w eleganckie jedwabne czepki obwieszone srebrnymi koralami i kolorowymi paciorkami. Miała ponad 70 lat, ale wygląd nie zdradzał jej wieku. Jej „młody” mąż oceniał ją najwyżej na pięćdziesiąt lat. Człowiekowi by pewnie oczy wydrapał, gdy ktoś mu powiedział, że jego luba jest tak stara.

Urządziła tak dom, że go prawie nie poznał. Z każdego kąta biła czystość i schludność. Chaja Malka była wspaniałą kobietą i dobrą gospodynią. Była też wyśmienitą kucharką – jej dania można było bez kozery serwować samemu carowi. Jej kluski, ryby, cymesy i powidła, które przyrządzała, słynęły na całą okolicę. Ze słodkim, przemiłym uśmiechem co chwila podsuwała Berlowi coś do ust, aby spróbował i ucieszył swoje stare serce. Jej serdeczne miłe słowa rozgrzewały jego stare serce jak mocne słodkie wino. Przez całe życie był bogaty, ale nigdy nie wiedział jak korzystać ze swojego majątku. Teraz żona opiekowała się nim i strzegła go jak oczka w głowie. Gotów był oddać życie za swoją Chaję Malkę. Nie było dla niego niczego świętszego na tym świecie niż ona. Kupował jej codziennie kwiaty i spryskiwał perfumami jej łóżko. Rankiem wychodził zawsze na podwórze, gdzie stała studnia. Przeganiał kobiety czerpiące wodę i wyrywał im wiadro z ręki zabraniając hałasować:

– Moja Chaja Malka śpi jeszcze! Obudzicie ją.

[str. 141]

Kobiety tylko śmiały się i mówiły:

– Stary głupiec! Żeby być tak zapatrzonym w swoją świeżo upieczoną żonę! Chaja Malka wyprosiła go sobie w niebiosach. Z pierwszym mężem nie miała tak dobrze jak z Berlem.

Berl Ekibas chodził po mieście i wszystkim opowiadał o szczęściu, jakie go spotkało: „Tak jak moja Chaja Malka potrafi pościelić łóżko, nie umie żadna inna. Przez wszystkie te lata dopiero teraz mogę się wyspać jak człowiek.”

Na wszystkie uroczystości, które miały miejsce w jego rodzinie, chodzili razem i zachowywali się jak dwa zakochane gołąbki. Czy czegoś im do szczęścia jeszcze było trzeba? Mieli własny domu, od czasu do czasu dzieci z Ameryki przysyłały dolary, rozmyślali tylko o smakowitych potrawach i chadzali na różne uroczystości. Rozpieszczała go i gotowała mu tylko to, co najlepsze. Gdy Chaja Malka nie czuła się dobrze, bo w końcu i ona była też tylko człowiekiem, Berl prawie tracił zmysły, płakał jak małe dziecko.

– Gdzie ja się podzieję na stare lata? Kto ugotuje mi ciepłą strawę, jeśli jej, nie daj Boże, coś się stanie?

Chaja Malka umarła. Berl rozpaczał, przelewał morze łez. Jego żałoba trwała długo. Jedną rzecz miał jej za złe. Dlaczego nie powiedziała mu, ile naprawdę ma lat? Dopiero po jej śmierci dowiedział się w magistracie, że miała 90 lat…

Berl Ekibas nie czekał długo. Rok przed wojną ponownie się ożenił. Gdy pytano go: „Reb Berl, jak poznaliście waszą nową żonę?”, zasmucał się, opuszczał swoją starą głowę i cicho odpowiadał:

– To nie Chaja Malka. W grobie była piękniejsza niż moja nowa żona…

[str. 142]

 

Na partyjnym weselu w Sterdyni

Gdy w sąsiednim miasteczku Sterdyni sekretarz Poalej Syjon Prawicy, towarzysz Bronberg brał ślub z miejscową pięknością, cała partia i wszystkie syjonistyczne organizacje zaczęły przygotowywać się do syjonistycznego wesela.

Upatrywano w tym historyczną szansę na umocnienie ruchu, powiększenia jego szeregów i propagowanie syjonistycznej myśli wśród gości, którzy przyjadą na wesele. Tam, w podniosłym i świątecznym nastroju proklamowana zostanie wielka akcja werbunkowa, której celem będzie pozyskanie nowych członków. Przeprowadzona zostanie też zbiórka pieniędzy na lokal, za który partia zalegała pieniądze w wysokości co najmniej rocznego czynszu. Rozliczy się wtedy też z przeciwnikami. Bo kiedy będzie ku temu lepsza okazja niż teraz, na publicznej trybunie, gdzie będzie całe miasteczko?

Ludzie się przygotowywali, pracowali w pocie czoła. Chłopcy ćwiczyli, uczyli się trzymać chorągwie. Ustalone zostały delegacje, które wręczać miały bukiety kwiatów i gratulować młodej parze na nowej drodze życia. Młodzież z Hachaluc uczyła się wierszy, aby zabawiać gości. Jednym słowem – wesele miało służyć jednemu ważnemu celowi. Miało się ono przeobrazić w manifestację sterdyńskich mas ludowych na rzecz proletariackiego syjonizmu!

[str. 143]

Zaproszone zostały także okoliczne miasta, przede wszystkim Sokołów. Stamtąd, ludzie sądzili, przyjadą wszyscy mówcy, pieśniarze i artyści. Towarzysze wierzyli, że będzie to wesele, jakiego Sterdyń jeszcze nigdy nie widziała. Będzie to zaszczyt i „zwycięstwo” partii i „klęska” i wstyd jej przeciwników.

Sokołowian bardzo zainteresowały zaproszenia,

W szabasowy dzień za miastem na drodze prowadzącej do Sterdyni siedzi na trawie na górze: Liba Lewin, którą Niemcy zamordowali we wsi Grodzisk. Na dole Jenta Granatsztejn, Cywia Szczerb, Sore Englender oraz Awrom Posmanek, Jochewet Szpringer – leżą w masowym grobie w Rosji w mieście Homel

które dostali. W piękny letni wieczór na wycieczkę do Sterdyni szykowała się duża grupa sokołowskiej młodzieży. Chłopcy i dziewczęta zebrali się, razem zasiedli w wozie pełnym świeżo ściętego siana i pojechali na wesele. Co to była za przyjemność!

[str. 144]

Wynajęto woźnicę-chrześcijanina z wielkim drabiniastym wozem. Po szabasowym posiłku, gdy ludzie zbierali się na wieczorną modlitwę, chłop wyjechał za miasto na drogę Kupientyńską. Wdrapaliśmy się na wóz, usadowiliśmy na świeżym sianie i ruszyliśmy w drogę. Było pięknie i pachniało jesienią. Cichy smutek powiewał nad zaoranymi polami. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłoby padać.

Gdy dojechaliśmy do lasku, na błękitnym niebie zaczęły pokazywać się niewielkie chmurki, wyglądające jak owieczki. Patrzyliśmy w górę i myśleliśmy: „Też mi coś! Przecież nie będzie padać”. Nagle małe owieczki urosły i wyglądały teraz jak stado złych wilków biegnących w naszym kierunku, aż w końcu zlały się w jedną wielką czarną chmurę.

Zaczęło lać jak z cebra. Istny potop! A my byliśmy w połowie drogi wśród lasów i pól, daleko od najbliższej wioski. Grzmiało i błyskało, las cały się trząsł. Wydawało się, że zaraz, zaraz runie na nas któryś z wielkich dębów. Byliśmy już przemoczeni, przygnieceni, schowani pod stertą siana i wyglądaliśmy jak kupa mokrych szmat. W całkowitej ciemności koń zboczył z drogi, wóz się przewrócił, a my wylądowaliśmy w głębokim błotnistym rowie.

Leżeliśmy w wodzie. Dziewczęta krzyczały: „Ratunku! Zgubiłyśmy buty! Buty spadły nam z nóg! Wpadły prosto do błota. Nie możemy ich znaleźć.”

Chłopcy pogubili swoje kapelusze, które wiatr zerwał im z głów i zaniósł gdzieś w głąb lasu. Idź i szukaj ich w taki deszcz. Wygrzebaliśmy się z rowu. Goj stoi i żegna się: „O Jezu, co tu się dziś wydarzyło! – krzyczy. – Nigdy, nigdy jeszcze nie widziałem takiej burzy!” Chwilę postaliśmy pod drzewami. Przy blasku jasnych piorunów mogliśmy zobaczyć, w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy. Cóż nam innego pozostało? Zaczęliśmy się śmiać. Dziewczęta płakały.

[str. 145]

Gdy deszcz osłabł, chłop naprawił zaprzęg. Wdrapaliśmy się ponownie na wóz, tym razem cali wymazani błotem i piachem i pojechaliśmy dalej.

Tak dotarliśmy do Staryni. Było już późno. Ciemne chmury otoczyły miasteczko. Drewniane chałupy wyglądały jak przemoczone szmaty. Okna i okiennice wszędzie były pozamykane. W niektórych tylko paliły się świece. Goj zajechał na środek rynku. Wysiedliśmy i zaraz znów pogrążyliśmy się w miękkim, rzadkim błocie. W bocznej uliczce otworzyły się drzwi. Struga światła rozświetliła na moment panującą ciemność. Z domu wybiegły dziewczęta i zaczęły krzyczeć:

– Sokołowscy goście przyjechali! Ludzie, już tu są! Wyjdźcie im naprzeciw!

Wszyscy goście wyszli na zewnątrz, prosić nas do środka. Pan i panna młoda siedzieli przy pięknie nakrytym stole na jego szczycie.

– Czekaliśmy na was. Jeszcze nie rozpoczęliśmy naszego bankietu – powiedzieli.

– Ludzie, dajcie nam chwilę, abyśmy mogli się wysuszyć, przebrać i umyć i zaraz z wami zasiądziemy do stołu – odpowiedzieliśmy.

Nas, chłopców zaprowadzono do piekarza. Wdrapaliśmy się na piec, rozebraliśmy do naga i powiesiliśmy ubrania do wyschnięcia. To samo uczyniły dziewczęta. Siedzieliśmy tak na piecu kilka godzin, aż wyschliśmy i doszliśmy do siebie. Potem oczyściliśmy ubrania i umyliśmy się. Zmęczeni i półżywi poszliśmy na bankiet.

W wielkim pokoju zebrała się cała miejska śmietanka. Bo i nie była to byle jaka okazja: dwoje najbogatszych dzieci z miasta bierze ślub. Na stołach stało bez

[str. 146]

liku trunków, tortów i słodyczy. Ze szklanych wazonów uśmiechały się do nas bukiety pięknych kwiatów. Poproszono nas, abyśmy zasiedli obok państwa młodych. Atmosfera była uroczysta i wesoła. Rodzice tryskali radością, także z powodu obecności sokołowskich gości. Gdy tylko zaczęto nalewać wino do kieliszków, wstał Pinie Lerman, przewodniczący Poalej Syjon. Był to dobry chłop, ale fanatyczny zwolennik partii. Jak typowy młodzieniec z prowincji wierzył, że los żydowskiego narodu waży się na weselu w Stardyni. Pinie Lerman otworzył bankiet:

– Towarzysze i towarzyszki – zaczął. – Dziś, w naszym mieście, odbywa się wielkie wydarzenie. Wiele lat czekaliśmy już na przyjęcie weselne naszego sekretarza. Dzisiejszym świętem umocnimy tylko nasz ruch i idee Poalej Syjon, które dają jedyną prawdziwą odpowiedź na rozwiązanie kwestii żydowskiej.

– Nie przyszliśmy tu, aby słuchać syjonistycznych kazań! – zaraz krzyknął głośno niski młodzieniec z rozczochranymi włosami. – Jak zaczniesz mówić o Erec Isroel, ja zacznę mówić o Rosji!

– To nasze wesele. To nasi towarzysze. Możemy mówić, o czym nam się podoba! – gotowała się dziewczyna ubrana w chalucową bluzę.

Na ławę wdrapał się chudy młodzieniec w okularach spoczywających na chudym i długim nosie. Chciał w imieniu Bundu wydać oświadczenie:

– Nie pozwolimy przemienić przyjęcia w partyjną demonstrację. Panna młoda jest moją siostrą. Mam taki sam związek z tym weselem jak wy!

Zgiełk, hałas, dzikie krzyki zagłuszały ludzi. Nie słychać było, co drugi mówił, czego chciał – bałagan jak na końskim targu! Młoda para siedziała skamieniała, miała spętane ręce. Nic nie mogli powiedzieć, nie mogli się do niczego mieszać. Bardzo ich było szkoda. Z oczu panny młodej zaczęły spływać łzy na jej rumiane policzki.

[str. 147]

– Sza! Cisza, uspokójcie się! – krzyknął najstarszy brat pana młodego. – Zapytajmy sokołowskich gości. Zapytajmy, jak robi się to u nich w Sokołowie.

Obleciał mnie strach. Oddano mi głos. Przez moment było cicho. Odpowiedziałem z bijącym sercem:

– Towarzysze, chciałbym spędzić ten czas na syjonistycznym przyjęciu, ale cóż zrobić, skoro są tu także inni goście, którzy należą do innych partii? Nikogo nie można zmusić, aby wierzył w to samo, co my. Dziś świętujemy wesele. Odłóżmy na bok ideologiczne spory i kłótnie, i razem spędźmy miło czas, śpiewajmy i tańczmy.

Pinie Lerman i jego zwolennicy zaczęli krzyczeć:

– Nie zgadzamy się! Tego po Was, Sokołowianie się nie spodziewaliśmy. Zdradziliście nas!

Nakazał wszystkim towarzyszom partyjnym i młodzieży opuścić przyjęcie. Organizacje młodzieżowe, które przyniosły kwiaty, szybko zabrały bukiety ze stołów i wyszły. Atmosfera na przyjęciu zepsuła się. Siedzieliśmy i milczeliśmy. No to się opłaciła podróż – myśleliśmy.

Pinie Lerman i lokalny komitet partii podali się do dymisji. W ramach protestu zamknęli lokal i wraz z dymisją wysłali do Warszawy skargę na towarzyszy z Sokołowa.

Dziesięć lat później byłem na pewnym wykładzie o Borochowie [*Dow Ber Borochow – rosyjski polityk i filozof żydowskiego pochodzenia, jeden z głównych ideologów i założycieli ruchu syjonizmu socjalistycznego]. Spotkałam tam sterdyńskich towarzyszy i Pinię, który zarzucał mi, że ponoszę winę za osłabienie partii w Sterdyni.

Cóż się z wami stało, moi drodzy, serdeczni sterdyńscy przyjaciele? Czy ktoś z was uratował się z rąk morderców?

[str. 148]

 

Jedziemy na wypoczynek do Kosowa Lackiego

Był taki okres, że młodzież z prowincji jeździła grupami z jednego miasta do drugiego. Nie tylko w święta, wolne dni, ale także w szabes zbierały się całe grupy młodzieży i jeżdżono lub chodzono pieszo po okolicznych miasteczkach.

Zawsze była jakaś okazja. A to przyjechał ktoś z wykładem z Warszawy i trzeba było go posłuchać, a to miejskie kółko teatralne dawało przedstawienie i z okolicznych miejscowości zjeżdża się młodzież. Gdy odbywały się wybory do rady miejskiej, w propagandzie partyjnej brała udział młodzież ze wszystkich okolicznych miejscowości. Jednym słowem – nikt nie siedział na miejscu. Na dworcach zawsze pełno było żydowskiej młodzieży.

Jeździła także sokołowska młodzież. Do Siedlec, Węgrowa i Kosowa Lackiego. Najlepiej bawiono się i spędzano czas właśnie w Kosowie. Było to żywe, wesołe miasteczko, w którym mieszkała inteligentna młodzież, aktywna i zaangażowana w politykę. Lubiła ona jednak także bawić się i śpiewać. Gdy przyjeżdżali sokołowianie, kosowskie panienki zapraszały do siebie do domów i częstowały wszystkim, co tylko miały najlepszego. Bawiono się tak dobrze, że chciało się znów przyjechać i znów i znów.

[str. 149]

Często grano też sztuki teatralne, a Kosów miał wyśmienitych aktorów-amatorów. Na każde przedstawienie przyjeżdżali goście z Sokołowa. Bywało się tam przede wszystkim w lecie, a jeżdżenie do nich stało się istną epidemią. Setki radosnych i rozśpiewanych dziewcząt i chłopców – rozbrykana hałastra – ciągnęła wszystkimi drogami do miasta. Jak chrześcijanie do Częstochowy, tak sokołowska młodzież pielgrzymowała do Kosowa.

Mnie też tam ciągnęło, podobnie jak wesołą rozśpiewaną chmarę ludzi. Jak ptak zamknięty w klace za wolnością, jak motyl do słońca, tak moje młodzieńcze serce trzepotało, rwało się do Kosowa. Złe siły walczyły z dobrymi. Rozmarzonymi oczami patrzyłem na towarzyszy, którzy przygotowywali się do podróży. Z całych sił i całym sobą też chciałem jechać. Co mam zrobić? Jadę na szabes! A gdy w domu ojciec się dowie, to znów będzie krzyczał, lamentował, jak miał w zwyczaju i załamywał ręce pytając, gdzie i po co ja znów jadę. Nie będę mógł się potem pokazać w domu. Ale złe siły są silniejsze niż wszystkie groźby i zakazy ojca. Łamią wszystkie prawa i obyczaje i potrafią zawładnąć ludzkim sercem. I jak się uprą, to człowiek nic nie poradzi. Trzeba im się poddać. I tak dopną swego. Trzeba być odważnym bohaterem, aby się im przeciwstawić.

Był to piękny szabasowy dzień. Słońce uśmiechało się radośnie. Jasne promienie oślepiały podróżnych. Pola jak zielone, pluszowe dywany, rozciągały się po okolicy. Napływały z nich słodkie zapachy. Rozśpiewana, jakby unoszona na skrzydłach, młodzież podążała do kolejki. Wśród akacji, na dworcu, unosił się echem głośny śpiew miejscowej młodzieży, która zrzuciła z siebie tysiącletnie jarzmo opętujące ich młode dusze.

Wypełniliśmy wagony, a pociąg jakby prześlizgiwał się pomiędzy wysokimi topolami. Na polach chłopi plewili ziemniaki i wyrywali pokrzywy. Na chwilę przerwali pracę i

[str. 150]

wsłuchiwali się w śpiew, który dolatywał z jadącego pociągu. Dojechaliśmy do Kosowa o czwartej po południu. Całe miasto przyszło powitać gości. Wyciągnęły się ku nam setki rąk – witamy, witamy…

Pochodem szliśmy do miasta, a cała droga była pełna ludzi. Sokołowianie i kosowianie zmieszali się jakby byli mieszkańcami jednego miasta. Moi przyjaciele, z którymi się razem trzymałem, gdzieś zniknęli i odłączyli się ode mnie. Każdy spacerował z przyjaciółką. Ja szedłem z dużą wesołą grupą. Nie wiem skąd, ale nagle obok mnie zjawiła się piękna, kasztanowłosa dziewczyna. Jej czarne, ogniste oczy uśmiechały się do mnie. Zagadywała mnie zuchwale, jakbyśmy się już długo znali.

– Co u was w Sokołowie słychać? Mieszka u was inteligenta młodzież, co czyta książki?

– Właśnie do was przyjechała, możecie więc z nią pomówić i sama się będzie mogła Pani przekonać.

– Ktoś w ogóle w mieście pozostał? Bo wygląda na to, że cały Sokołów przyjechał.

– Nie, nie wszyscy przyjechali. Jest szabes. Nie każdy może sobie pozwolić, aby podpaść rodzicom – odpowiedziałem jej z łomoczącym sercem.

– Jak to? W dzisiejszych czasach jest u was w mieście jeszcze fanatyczna, wsteczna młodzież? W Kosowie już takich nie spotkasz. Wasi wychowawcy muszą jeszcze wiele pracować, aby uświadomić sokołowską młodzież.

Jej oczy sprawiały, że zapominałem o bożym świecie. Wiedziałem, że cały nie wrócę do domu z szabasowej wycieczki. Poczułem też trochę chłopięcej dumy. Rozglądałem się po bokach, czy ktoś z sokołowskich młodzieńców lub dziewcząt mnie widzi. Chciałem, aby wszyscy zobaczyli mnie i tę piękną dziewczynę, która mnie tak bezczelnie zagadywała.

I tak doszliśmy do miasteczka. Pary

[str. 151]

ruszyły aleją. Mnie i jeszcze kilku innych z naszej grupy piękna dziewczyna zaprosiła do domu. Przyjęto nas herbatą i ciastem.

Zapadł wieczór. Jak kwoka swoje kurczęta, tak noc otuliła miasto. Poszliśmy do teatru zobaczyć sztukę „Motke Ganew” Szolema Asza, którą grało miejscowe kółko teatralne. W jednej z bocznych ulic stała duża drewniana szopa, w której mieściła się straż pożarna. Wielkie beczki i miedziane pompy stały na zewnątrz. W środku panował zgiełk i hałas. Było pełno ludzi w starych kapotach, zniszczonych butach i ubraniach, a przy drzwiach panował wielki tłok. Wszyscy chcieli się załapać i prosili, aby ich wpuszczono.

– Założyłem nawet szabasową kapotę ojca – krzyczał jeden.

– A ja przytaszczyłem ze sobą nawet deski, aby zbić z nich ławkę – darł się inny.

Podnieceni młodzieńcy z dziko rozczochranymi czuprynami stali przy drewnianych drzwiach i nie wpuszczali do środka. Kupiliśmy bilety i weszliśmy. Wiele rzędów ławek zbitych zostało z desek i pieńków, które przyniesiono ze wszystkich stodół. Wielkie okrągłe latarnie, które woźnice wieszają na wozach, zawieszone na długich drutach kopciły spod przybrudzonych sadzą szyb. Kurtyna na scenie wisiała na długim sznurze. Zrobiono ją ze związanych ze sobą wielkich obrusów, które zdjęto z szabasowych stołów. Minęło kilka godzin zanim przedstawienie się rozpoczęło. Ludzie spierali się i kłócili o miejsca. W rogu stał mężczyzna o sennym wyrazie twarzy, który sprzedawał słodycze i wodę sodową. Kupiliśmy kilka karmelków, pestki i usiedliśmy na twardych ławkach zrobionych z desek trzymających się na dwóch dużych kamieniach. Wyglądało to jakby ławka miała się za chwilę złamać. Moja dziewczyna o czarnych, ognistych oczach siedziała obok mnie i pomagała mi łuskać pestki. Spytała, czy w Sokołowie też grają teatr,

[str. 152]

kim są aktorzy, kto jest reżyserem i jaką sztukę przygotowują na Sukot? Plątałem się, nie wiedziałem, co jej powiedzieć. Specjalnie chciała prowadzić ze mną pogawędkę na literackie tematy, aby pokazać swoje zainteresowanie teatrem. Mi takie dyskusje nie leżały. Udało mi się jakoś z tego wykręcić, w czym pomogły łuskane pestki.

W końcu kurtyna powoli, sunąc po sznurku rozsunęła się. Sztuka zaczęła się. Aktorzy przenieśli mnie w inny świat. Bardzo przejęła mnie nędza, której doświadczał młody Motke, opuścił on swoją biedną matkę i uciekł w siną dal. Wszystkimi moimi myślami i całym sercem towarzyszyłem mu w jego bolesnej wędrówce.

Motke i Meri, pamiętam do dziś, grali dwaj młodzi zdolni aktorzy-amatorzy, pełni temperamentu i artystycznej krwi. Nie mieliby się czego wstydzić, gdyby występowali w wielkim mieście. Ze sposobu ich gry wyraźnie wyłaniały się iskry ich talentu. Jak nieoszlifowane brylanty przykryte warstwą kurzu błyszczał i lśnił się młodzieńczy, rozśpiewany, nieokiełznany i nieszkolony artystyczny patos.

Gdy nad ranem przedstawienie się skończyło, ludzie ruszyli w drogę, na pola, na łąki. Wszystkie pary udały się za miasto. Ja również poszedłem z prądem. Daleko za miastem przyjaciele, z którymi siedziałem na jednej ławce, oddzielili się od nas. Każda z par ruszyła w tajemną, znaną tylko sobie drogę… Z moją dziewczyną zostałem sam na sam. Ruszyliśmy wąską zieloną ścieżką ciągnącą się między polami dojrzałej pszenicy. Zerwałem kilka słoneczników rosnących w łanach zboża, które poruszane były jak fala przez poranny wietrzyk.

Rozłożyłem surdut pod rozłożystą jabłonią,

[str. 153]

która stała na środku drogi. Usiedliśmy. Na horyzoncie wschodziło słońce rzucając purpurowe światło na nocne chmury. Promienie słoneczne rozświetlały na czerwono czubki drzew w pobliskim lasku. Jakby czerwone wino wylało się na wysokie sosny.

Siedzieliśmy pogrążeni w myślach i milczący. Byłem pijany i niezaradny jak dziecko, które matka kołysze do snu. Ona bawiła się moimi palcami. Czułem się jak we śnie, gdy człowiek upada i nie może się podnieść. Jej oczy przestały patrzeć na mnie badawczo. Cicha jak gołąb, spod delikatnych rzęs patrzyła na mnie i dziwiła…

Ruszyliśmy w powrotną drogę. Chłopi pozdrawiali nas po drodze. Odprowadziłem ją pod sam dom. Jej ojciec, mężczyzna wysoki i potężny stał już przy drzwiach z tałesem w ręku i tefilinem pod pachą. Nawet nie zapytał, skąd jego córka wraca. Każdy z nas poszedł swoją drogą. Jej matka siedziała przy stodole i doiła krowę, której tylne nogi stały na zewnątrz stodoły. Krople mleka spływały do blaszanego wiadra. Pożegnaliśmy się. Na dworzec przyszła z grupą dziewcząt pożegnać sokołowskich gości. Ścisnęła moją rękę i rozmarzonym głosem powiedział:

– Przyjedź do nas raz jeszcze!

Pod kamizelką romantyczna struna harfy mojego młodzieńczego serca długi czas grała cichą wymyśloną pieśń o miłości i tęsknocie…

[str. 154]

 

Syn tragarza mówi po hebrajsku

Tragarz wysoki Dowid miał syna jedynaka. Nazywał się on Awrom Nowowiejski. Był on bardzo popularny w miasteczku. Kto go nie znał? Wśród wszystkich dziwacznych, interesujących i wyjątkowych typów zajmował on zaszczytne, wysokie miejsce. W młodzieńczym wieku wbił sobie do głowy pewien szalony pomysł – postanowił nauczyć się hebrajskiego. Było to dość niebywałą rzeczą, że tragarz chodził po mieście z hebrajskimi książkami pod pachą i podśpiewywał hebrajskie piosenki, podczas, gdy wielu syjonistycznych młodzieńców zupełnie nie interesowała nauka hebrajskiego.

Być może widział w tym możliwość wspięcia się na wyższe społeczne szczeble albo ucięcia sobie pogawędki z jakąś chasydzką córą lub jakimś przedstawicielem partii syjonistycznej.

Miał dwa zawody. Był tragarzem i szewcem. Wśród tragarzy uchodził za szewca, a wśród szewców za tragarza. Chodził po ulicach i podśpiewywał „El chalun omda cipur jafe” [Na oknie stał piękny ptak] albo „Ma bakufsa jesz abo tow szeli” [Co jest w tym pudełeczku mój dobry ojczulku?]. Piosenki te śpiewał też reperując buty i we wszystkich stowarzyszeniach, które odwiedzał.

Podczas bolszewickiej inwazji na Polskę w czasie I wojny światowej, ruszył z Armią Czerwoną.

[str. 155]

Wiele lat tułał się po Rosji, aż po pewnym czasie wrócił do miasta i znów pracował w swoim fachu. W ciągu tylko kilku lat rozwiódł się z kilkoma żonami, ale z Sokołowem rozstać się nie mógł. Bo jak wyglądałoby miasto bez Awroma Nowowiejskiego? Jego miejsce było w Poalej Syjon Lewicy. Gdy miejscowa młodzież ciągnęła do Poalej Syjon Prawicy, do chaluców, gdy zaczęły roznosić się radosne śpiewy hebrajskich hor [*hora – taniec ludowy]: „Ejze pele, ejze pele im jesznom lejlas kielo” [Co za cud, co za cud, że są noce takie jak ta] Awrom Nowowiejski zbliżył się do Prawicy. Wstąpił do chaluców i stał się zagorzałym zwolennikiem oddając się idei całym sercem i duszą. Wykonywał wszystkie łatwe i trudne zadania. Wszystkie okólniki, gazety i listy roznosił własnoręcznie.

Poza tym mył podłogę w lokalu, ustawiał ławy i krzesła, gdy było trzeba. Gdy przyjeżdżał wysłannik z Warszawy, Awrom był pierwszy na dworcu. Później zawsze prowadził gościa i pokazywał mu miasto. Na wszystkich mityngach stał przy drzwiach i brał udział we wszystkich bijatykach z przeciwnikami ruchu. Zawsze był kozłem ofiarnym. Po każdym wykładzie miał podbite oko. Każdy go bił, wszyscy odreagowywali na nim swoje złe humory.

Nie przegapił nawet jednej lekcji. Znał wszystkie kolonie, kibuce i osady w Erec Isroel. Jakby już tam kiedyś był. Na stare lata wyjechał na obóz przygotowujący do wyjazdu do Palestyny na hachszarę [*hachszara – ośrodek dla przyszłych osadników] do kibucu Szacharija w okolice Wilna. Tam nosił wodę, rąbał drewno, ciężko pracował przez pewien czas, aż w końcu utwierdził się w zamiarze wyemigrowania do Erec Isroel. Wrócił do domu „wysłużony”, chory, wymęczony i zaczął czekać na schedule [*ang. – plan], według którego Anglicy mieli wydawać certyfikaty [*Teren, gdzie obecnie znajduje się Izrael, przed wojną należał do Wielkiej Brytanii, która ograniczała żydowską emigrację, wydając wyznaczonym osobom specjalne certyfikaty. Bez takiego certyfikatu nie można było legalnie dostać się do Mandatu Palestyny]. Ograniczenia wprowadzone przez Anglików stanęły na jego drodze do Erec Isroel. Wysłużonego chaluca znów powołano na „służbę” do kibucu. Jednak nie było to ani na jego stare lata, ani na jego siły. Nie chciał zaczynać wszystkiego od początku. Jego zmęczone, schorowane ciało nie pozwoliło mu po raz kolejny jechać do kibucu i nosić wodę do bogatych domów. Został więc w mieście.

[str. 156]

Nie mając innego wyjścia po raz kolejny ożenił się z biedną sierotą. Towarzysze złożyli się i kupiono na uroczystość łakocie i wódkę. Cały komitet partyjny, młodzież i chaluce przyszli zaprowadzić go pod chupę [*chupa – baldachim, pod którym zawierany jest związek małżeński].

Ludzie powiadali, że tak wesołych, interesujących zaślubin jeszcze nie widzieli. Bogate córy byłyby szczęśliwe, gdyby tak ważni goście zjawili się na ich weselach i tak głośno i radośnie śpiewano i tańczono i u nich, jak u Awroma Nowowiejskiego.

[str. 157]

 

Miejski wariat

Żydowskie miasteczko bez wariata jest jak obiad bez soli, albo wesele bez klezmerskiej kapeli. Żydom w Polsce brakowało wielu rzeczy, ale wariatów, dzięki Bogu, było w brud. Każde miasteczko miało swojego szalonego, zwichrowanego i pokręconego osobnika. Sokołów także nie ustępował pod tym względem innym miastom. Jedynym wariatem, który zachował się długo i przeżył wszystkich swoich konkurentów, pozostając ze swoim wariactwem sam jeden na sokołowskim rynku, był Iczele Gecz.

Wariaci nie trzymali się Sokołowa. Szybko odgrywali swoje szalone role i przenosili się na tamten świat. Iczele zaś nie chciał się rozstać ze swoim ukochanym miastem. Został na stanowisku miejskiego wariata do końca i zginął razem z innymi sokołowskimi Żydami.

Jeszcze przed czterdziestu laty dzieci w Sokołowie śpiewały:

„Iczele Kwecz, idzie precz i unosi się nad nim dym,
gdzie nie pójdzie, gdzie nie stanie, ikry brak w tym”.

Nie był dziki, agresywny. Nikogo nie bił, nie wybijał szyb w oknach. Gdy nie zaczepiano go, po prostu chodził spokojnie swoim głupawym krokiem. Żebrał po domach i od czasu do czasu dla zarobku nosił pakunki.

[str. 158]

Pochodził z zacnej rodziny. Jego ojciec Mendl był synem rabina i uczonym człowiekiem. Tęga głowa! Dla ludzi ze starszego pokolenia był wielkim mędrcem, którego często prosili o radę. Zażegnywał także miejskie spory. Tylko do dzieci nie miał szczęścia – wszystkie były głupie. Jego obaj synowie byli wariatami. Jeden nazywał się Arele, drugi Iczele. Pewnego razu ktoś ostrym żelaznym prętem pociął Arelemu nogi. Biedak przez pewien czas czołgał się na tyłku i wkrótce zmarł.

Łobuzy i tragarze wołali na Iczele Arele. Ten wyklinał ich w niebogłosy, rzucał za nimi kamieniami. Nie rozumiał dlaczego wołają na niego imieniem jego zmarłego brata.

Miejscy gospodarze próbowali go wyswatać. Podczas wojny w mieście było wielu bezdomnych. Wśród nich także jedna wariatka. Nazywała się Tejbinke. Obojgu postawiono chupę i kazano wziąć ślub.

Tak jak martwi mogą tańczyć, tak i wariaci mogą razem mieszkać. Gospodynie jednak mówiły:

– Niech się dzieje, co chce. Jest wielką micwą urządzić wesele starej sierocie. Może, nie daj Boże, spaść jakie nieszczęście na miasto, jak będzie tu chodzić jaka stara panna.

Na tę okazję dzieci ułożyły nową piosenkę:

„Tak więc Tejbele i Iczele ślub w Tisze Bow wzięli.
Ale na wesele goście nie przybieżeli”.

Iczele znów klął i rzucał kamienie. Zawsze w Pesach szył sobie wytworny chałat, stawał na ulicy Siedleckiej i chwalił się swoim „drogim” ubiorem. Ludzie się podśmiewali:

– Iczele, na nic to, weź podrzyj!

– Idź precz. Sam sobie podrzyj swoje ubranie. Cały rok zbierałem pieniądze – Iczele krzyczał dziko.

Ludzie dobrze się bawili, gdy łobuzi przyprowadzali

[str. 159]

na rynek, na plac obok besmedreszu, Iczele i jeszcze innego wariata Jidla Flindera. Jidl stał, jak golem z kamieniem w dłoni. Ludzie krzyczeli: „Jidele, pokaż mu!”. Iczele zaś biadolił: „Oj, gwałtu! Ludzie, on mnie zaraz zabije!”

W ostatnich latach, gdy ktoś zmarł, Iczele nosił na swoich słabych plecach mary. Chodził na wszystkie pogrzeby. Przynosił do domu poduszkę i prześcieradło, którym zakrywano ciało zmarłego.

W 1939 roku, jeszcze zanim opuściłem miasto, słyszałem jak dzieci z Talmud Tory śpiewały:

„Iczele Kwecz, idzie precz i unosi się nad nim dym
gdzie nie pójdzie, gdzie nie stanie, ikry brak w tym”.

Nie miał już siły, aby przeganiać dzieci i rzucać za nimi kamieniami. Stary i siwy włóczył się, ten jedyny miejski wariat, ulicami miasteczka.

[str. 160]

 

Dyskusje u fryzjera Simchy Wajntrojba

We wszystkich domach, jak nakazuje zwyczaj, dyskutuje się. Przede wszystkim zaś w polsko-żydowskich miasteczkach, gdzie roi się od lekkoduchów, miejscowych polityków i profesjonalnych działaczy partyjnych. Ludzie się gotują ze złości i spierają na wszystkie tematy. Sokołowianie mogliby bez przeszkód brać udział w spotkaniach światowych dyplomatów, którzy spokojnie i wygodnie spędzają czas przy kieliszku szampana na wspaniałych europejskich salonach, omawiając sprawy najwyższej światowej wagi. Tak dobrze się na wszystkim znali. Nawet najbardziej skomplikowane międzynarodowe spory były w Sokołowie rozwiązywane. Nie wspominając już o żydowskich i miejscowych problemach. U fryzjera dyskutowano aż para szła!

Miejscem, w którym wrzało i gotowało się to biedne sokołowskie życie społeczne był zakład fryzjerski Simchy Wajntrojba na ulicy Długiej. Simche Wajntrojb był szczególnym fryzjerem. Był spokojny i solidny, a jego fach jakby zupełnie do niego nie pasował. Nie potrafił fałszywie schlebiać, chwalić, jak mieli w zwyczaju ludzie wykonujący ten zawód. W ogóle bardzo mało mówił i – co zupełnie nie pasowało do fryzjera –

[str. 161]

nie opowiadał głupot i sprośnych dowcipów. Dlatego też wyśmienicie znał swój fach. Do jego zakładu przychodzili się strzyc i golić wszyscy wielkomiejscy młodzieńcy z miasteczka.

Gdy nie było to piątkowe popołudnie przed zapaleniem świec, można sobie tylko wyobrazić jak filozofowali, wymądrzali i przekrzykiwali się tam miejscowi działacze.

Zawsze było tam gwarno i wesoło. Największa rywalizacja odbywała się pomiędzy syjonistami, a bundowcami. W piątki wieczorem do towarzystwa dołączał i siadał w kąciku towarzysz Gruns. Gruns bardzo dużo pracował, męczył się i miał wiele zmartwień z powodu chorej żony. Sądził, że największym nieszczęściem, jakie spotkało go w życiu, był syjonizm… Gdyby tej tragedii nie było na świecie, to wszystko byłoby jak należy – mówił. Ci cali syjoniści ze swoim Erec Isroel tylko zatruwali mu życie i działali na nerwy. Cierpiał i nie mógł zrozumieć, jak ludzie mogą być tak ślepi i nie widzieć gorzkiej prawdy. To wariactwo zawładnęło tyloma porządnymi, mądrymi ludźmi w miasteczku. Gruns starał się ich wyleczyć, pokazać właściwą drogę.

Siadał po cichu w kącie i brał do ręki syjonistyczny „Hajnt”. Czytał wiadomości z Erec Isroel i opatrywał je swoimi komentarzami. Ludzie dobrze bawili się słuchając jego antysyjonistycznych ataków. Wielkim mędrcem to on nie był. Raczej serdecznym, pogodnym biedakiem z dużym poczuciem humoru i śmiesznymi powiedzonkami, którymi zasypywał swoich przeciwników.

– Weź i załaduj wszystkich Żydów do Erec Isroel! A tam nie ma miejsca! Jakbyś chciał do pełnej butelki jeszcze trochę wody dolać – nie idzie! Banda fanatyków! Jak ludzie mogą być tak zaślepieni – wykrzykiwał.

Syjoniści i zwolennicy Poalej Syjon odpłacali mu dobrym za nadobne:

– Gruns, a co powiesz na to? W ostatnich latach do Erec Isroel przyjeżdża 15 000 Żydów rocznie. I jak się ma to do twojej „teorii butelki”?

[str. 162]

– Co to za życie?! – złościł się Gruns. – Wszyscy żyją z waszych pieniędzy. Zaraz będą wracać. Budujecie na wulkanie. Palestyna jest wyspą, utopią. Tylko zwodzicie, oszukujecie żydowskie masy!

Mirjam Ite, żona Simchy Wajntrojba, nieraz mieszała się do tych gorących dyskusji i nawoływała ludzi do porządku.

– U żadnego fryzjera nie ma tyle krzyku, co tu – mówiła. – Winny jest temu mój mąż, bo pozwala na takie dyskusje. Stoi jak słup, jak golem, nic nie mówi i pozwala na takie krzyki. Już czas iść na modlitwę. Strażnicy sprawdzają już wszystkie zakłady. Jeszcze usłyszą wasze krzyki i tu przyjdą.

Simche Wajntrojb był aktywnym i oddanym działaczem Poalej-Syjon. Przez pewien czas był członkiem komitetu partyjnego i brał udział w kampaniach wyborczych do rady miejskiej i gminy. Żona płakała, robiła sceny, że przegania klientów. Po co miesza się do polityki? Jako fryzjer, musi być przecież bezstronny. Zarobek jest ważniejszy, niż wszystko inne. A polityka to interes dla próżniaków. Skarżyła się, że wciągają go w miejskie intrygi. Nic to jednak nie dało. Nie chciał i nie mógł zrezygnować. Czuł się jak ryba w wodzie, w syjonistycznej wodzie.

U niego spotykali się także wszyscy żydowscy aktorzy, którzy przyjeżdżali na występy gościnne do Sokołowa. Wszystkie literackie przedsięwzięcia przygotowywane były u niego w salonie. Tam też powstawały wszelkie afisze i zawiadomienia. Pisano też listy do Warszawy z prośbą o przysłanie nowych referentów lub artystów. Wszystkie cyrkuły czytane były najpierw w jego zakładzie.

U wszystkich, którzy kiedyś brali udział w dyskusjach i sporach w zakładzie fryzjerskim, Wajntrojba pozostanie w pamięci.

[str. 163]

 

Matka idzie w ślady swoich dzieci

Gdy cichy, skromny zegarmistrz Awrom (bp.) umarł, jego żona Dina została sama z gromadką sierot. Najstarsi chłopcy trochę pracowali – czyścili, nastawiali stare, zepsute zegarki, które chłopi z okolicznych wiosek przynosili do naprawy.

Dina z dziećmi mieszkała u stolarza Mendla, w murowanym domu, w małej izbie, cztery metry na cztery z oknami wychodzącymi na ulicę Siedlecką. W domu ze wszystkich kątów zionęła bieda. Dzieci były jeszcze małe i nie znały fachu. Chodziły do chederu i do szkoły. Tylko najstarszy syn, Szmulke, był już podrośniętym chłopcem. Wzięto go do wojska. Dina robiła wszystko, aby nie zabrano jej jedynego żywiciela. Pisała prośby do wszystkich ministrów, a nawet do samego prezydenta. Pojechała za nim do koszar, stała dniami i nocami pod murami. Jak cień chodziła za swoim synem na wszystkie ćwiczenia wojskowe. Koniec końców matce udało się uwolnić syna – jedynego żywiciela gromadki sierot.

Szmulke był serdecznym, inteligentnym chłopcem. Był bardzo sentymentalny, romantyczny i rozmarzony. Śnił o piękniejszym, lepszym świecie i o wolnym narodzie żydowskim mieszkającym we własnym kraju.

[str. 164]

Był działaczem w młodzieżowej organizacji Hercilija. Gdy po rozłamie powstała w mieście Poalej-Syjon Prawica, wstąpił do partii i został jej sekretarzem. Młodsze dzieci Diny były członkami w Ceirej Syjon. Obie organizacje w początkowym okresie skupiały przede wszystkim dzieci i młodzież z wielkomiejskich, chasydzkich i bogatych domów, tak zwaną „lepszą” młodzież z miasteczka. Wszyscy chłopcy i dziewczęta

Szmulke i Isroel Elbling

zbierali się co wieczór w „przestronnych, pięknych salonach” Elblingów. Był to literacki i polityczny klub w mieście.

Dina chodziła po wsiach i na swoim wychudzonym ciele taszczyła wory kartofli i kosze jaj. Późnym wieczorem, w mrozy i śniegi, wracała do domu ze swoimi paczkami na plecach. W izbie zaś na wszystkich łóżkach, w każdym kącie, wszędzie gdzie się dało, siedziała rozbalowana, bogata młodzież. Dyskutowano, śpiewano nowe jidyszowe i hebrajskie piosenki albo wystawiano sztuki w kółku teatralnym.

[str. 165]

Rozpromieniona z wielką przyjemnością zrzucała z siebie paczki i kosze. Zachwycona towarzyszami swoich dzieci, zaraz brała się za obieranie kartofli. Szybko je tarła i smażyła placki ziemniaczane dla całej wygłodzonej trupy. Prosiła gości: „Bierzcie placki, są bardzo smaczne!”

W zgiełku, śmiechu i śpiewie, przy żarze bijącym od tej rozśpiewanej hałastry, ogrzewała swoje krwawiące serce i zmęczony umysł. Zapominała o swoim biednym i nędznym życiu, o zawieruchach i błotnistych drogach, po których codziennie chodziły jej umęczone nogi. Na radosnych skrzydłach szybowała razem ze swoimi dziećmi, razem z młodzieżą w ich jasny, rozśpiewany świat. Interesowała się wszystkimi społecznymi sprawami, wszystkimi politycznymi kłótniami, które odbywały się w miasteczku. Całym ciałem i duszą chciała, aby idee wspierane przez jej dzieci, zwyciężyły. W wyborach do rady miejskiej wspierała listę jej dzieci. Na mityngi Poalej-Syjon zabierała wszystkie sąsiadki. Prowadziła je, aby posłuchały przemówień wyborczych. W dzień wyborów nie poszła nawet do wsi, a prowadziła kobiety do urn wyborczych.

Mimo że nigdy nie chodziła do teatru, trzymała kciuki, aby sztuki teatralne wystawiane przez młodzież odniosły sukces. Było to dla niej sprawą życia i śmierci. Gdy wszyscy inni dostawali bury od rodziców za granie w teatrze, Dine pękała z dumy ze swojego Szmulika. Gdy grał w „Dorf-jung” Kobrina rolę Chace, bardzo się martwiła, że, nie daj Boże, nie uda się mu kazanie magida z Chełma. Gdy Szmulke jeździł na partyjne konferencje, w domu było święto. Dina się dwoiła i troiła, gotowała, przygotowała i piekła prowiant na drogę.

W ostatnich latach dzieci Diny wyjechały do Erec Isroel. Ona zaś z dwójką najmłodszych mieszkała w Węgrowie. Na stare lata wiodło jej się całkiem dobrze. Nie była jednak zadowolona z ludzi w Węgrowie i z tamtejszej partii Poalej-Syjon. Bardzo tęskniła za sokołowską

[str. 166]

małą izdebką pełną wesołej młodzieży, za gorącymi dyskusjami i przedstawieniami teatralnymi. Marzyła o tym, aby pojechać do dzieci, do Erec Isroel. Nie było jej jednak dane być ze swoimi ukochanymi dziećmi w żydowskim kraju. Zakończyła swój żywot w komorze gazowej.

Jeśli istnieje tamten świat, to niech zbudują tam specjalne miejsce – pokój ze złotym tronem. Niech włożą na głowę Diny diamentową koronę i ukoronują ją na królową wszystkich żydowskich umęczonych matek.

[str. 167]

 

Dziwne wydarzenia w czasie wyborów do rady miejskiej

W 1939 roku kilka miesięcy przed wybuchem wojny miały miejsce w całej Polsce, we wszystkich miastach i miasteczkach, wybory do rad miejskich. Wszystkie partie obiecywały wyborcom gwiazdki z nieba.

Główne bitwy toczyły się między bundowcami, a syjonistami. Bund traktował wynik wyborów jako odpowiedź żydowskich mas oraz wolę i gotowość do walki o prawa i życie jako równouprawnionych obywateli. Syjoniści mieli w swoim programie nie tylko równouprawnienie w diasporze, ale także emigrację i budowę żydowskiego państwa w Erec Isroel. Walka między tymi dwoma ugrupowaniami toczyła się w całej Polsce i widoczna była przede wszystkim w żydowskiej społeczności.

Setki działaczy partyjnych jeździło po całym kraju organizując mityngi wyborcze w prowincjonalnych miastach i miasteczkach. Odezwy wyborcze wisiały na każdym rogu, a spory między ludźmi wybuchały co krok. Nikt nawet nie wyobrażał sobie, że za plecami czai się największy wróg ludu Izraela, który tylko czeka na to, aby podpalić świat i wymordować naród żydowski.

Sokołów także brał udział w tym ostatnim bezsensownym zgiełku, w diabelskim tańcu między partiami, towarzyszącym wyborom do rady miejskiej. Sokołowianie są z natury dynamiczni, aktywni. Zawsze mieli

[str. 168]

skłonność do intryg. Już ich dziadkowie nie potrafili się ze sobą dogadać. Przed stu laty wypędzili reb Szmuela (bp.) z miasta. O mykwę spierano się długie lata. Były nawet ofiary w ludziach. Sokołowscy i pilawscy chasydzi tłukli się do pierwszej krwi. Nic więc dziwnego, że ich wnuki były tak porywcze. Szczególnie, gdy intryga owinięta została w ideologiczno-propagandowe pozłotko. Warto utrwalić kilka dziwnych zdarzeń, którymi zakończyło się tragiczne życie i walka sokołowskich Żydów.

Na liście ocalałych Żydów z Sokołowa jest nazwisko – Figowy. Ten młody człowiek kandydował w ostatnich wyborach z listy bundowskiej. Nie jest Sokołowianinem, urodził się w Węgrowie i pracował tam wiele lat jako felczer. Ponieważ nie miał tam pracy, przyjechał do Sokołowa, gdzie pracował w swoim fachu.

Gdy do miasta przyjeżdżał felczer, technik dentystyczny albo fryzjer, zaraz szukał „inteligentnego towarzystwa”, z którym mógłby rozmawiać po polsku. Ci fachowcy nie chcieli zadawać się z tutejszymi. Figowy też szukał „lepszego” towarzystwa. W mieście był dentysta H. Joselzon, którego córki mówiły po polsku.

Joselzon był fanatycznym i wiernym rewizjonistą. Różnymi sztuczkami wabił niewinne duszyczki. Udało mu się pozyskać kilku nowych członków, których zapraszał zawsze do siebie do domu. Żona przyjmowała towarzyszy męża najlepszymi kęskami i przyjaźniła się z nimi. A wszystko to z oddania ideologii rewizjonistycznej. Jeselzon złapał Figowego na rewizjonistyczną wędkę, zaprowadził do siebie, uczynił z niego „przyjaciela domu” i także jego uczynił członkiem partii. Figowy założył brązową koszulę z wyszywaną menorą i sfotografował się z innymi rewizjonistami i z delegatem z Warszawy dr. Peko, słynnym w Polsce działaczem rewizjonistycznym.

Joselzon po pewnym czasie opuścił Sokołów. Felczer Figowy

[str. 169]

zupełnie zapomniał o swoich rewizjonistycznych grzechach. Otworzył zakład fryzjerski. W małych miasteczkach w zwyczaju było, że każdy fryzjer należał do jakiejś partii. W ten sposób zapewniał sobie stałą klientelę. Ponieważ wszyscy inni fryzjerzy znaleźli już swoje partie, tylko Bund nie miał jeszcze swojego golibrody (bundowcy chodzili do „obcych” fryzjerów), Figowy wstąpił do Bundu i tym sposobem przyciągnął do siebie wszystkich towarzyszy.

W czasie ostatnich wyborów do rady miasta, sokołowski Bund wystawił go jako swojego kandydata. Działacze robili wszystko, aby wprowadzić go do rady miasta. Sprowadzali z Warszawy najlepszych mówców i obwiesili całe miasto odezwami. Największym konkurentem był dla nich blok syjonistyczny, który był najpotężniejszą siłą polityczną w mieście. Działacze Poalej-Syjon Lewicy i Prawicy wypożyczyli od miejskiego fotografa Mojsze Wąsa kliszę, na której było zdjęcie Figowego w brunatnej koszuli w towarzystwie rewizjonistów i zrobili odbitkę. Sporządzili odezwę, na które zamieścili zdjęcie i następujący tytuł: „Bund wypożyczył od rewizjonistów kandydata, który ma zwalczać nasz syjonistyczny ruch”. Odezwa ukazała się w wieczór poprzedzający wybory. Wszyscy nazajutrz udali się do urn, jedynie pan Figowy pozostał w domu.

Inne zdarzenie.

Ulica Rogowska posiadała jeden żydowski mandat. Ostatnia antysemicka ordynacja wyborcza pozbawiła Żydów większości w radzie miejskiej [*zgodnie z obowiązującym wtedy prawem Żyd nie mógł zostać burmistrzem, a Żydzi musieli mieć „mniejszość” w lokalnym samorządzie, nawet, jeśli nie było to proporcjonalne do liczby żydowskich mieszkańców miejscowości]. Zamiast 13 mandatów, jakie powinni otrzymać zgodnie z liczbą mieszkańców, przydzielono im tylko sześć. Ulicy Rogowskiej, gdzie mieszkały setki żydowskich wyborców, przydzielono zaś tylko jeden mandat. Wszystkie partie udały się więc łapać wyborców. Pracujący Izrael wystawił syjonistę Awroma Szpadla, który miał przyciągnąć 80 procent głosów. Aguda wystawiła chasyda z Aleksandrowa Menachema Menderzyckiego.

[str. 170]

Wiedziała, że nie ma większych szans, mimo że jej kandydat był ważnym i znanym miejskim działaczem, i miał dobrą, znaną markę wśród sokołowskich Żydów. Menachem Menderzycki był bardzo mądrym człowiekiem. Wiedział, że z Poalej Syjon nie ma szans i mógł liczyć tylko na cud.

W rywalizację między Menachemem Menderzyckim a Awromem Szpadlem wmieszała się jeszcze jedna dziwna postać. Pragnienie rozgłosu potrafi być zgubne i stawia ludzi w dziwnym świetle. Awrom Ajzenberg, albo Awrom mąż Chany córki rebego, jak wołano na niego w miasteczku, przypomniał sobie minione czasy, gdy sam był radnym i zachciało mu się znów wygłaszać przemówienia w radzie miejskiej, aby goje mieli się z czego pośmiać. Nie podobało mu się, że jego partia Aguda wystawiła Menachema, a nie jego. Awrom Ajzenberg utrzymywał, że jest tak samo zdolny jak Menachem. Co się zaś tyczy studiowania Tory, to potrafi to robić dużo lepiej niż on i jako jedyny w mieście może występować jako kantor. Ponieważ Aguda postąpiła niemądrze, Awrom Ajzenberg sam na własną rękę wystartował do wyborów. A wszystko to z powodu tego jednego mandatu. Komitet wyborczy syjonistów zasypywał ludzi ulotkami wyborczymi. W mieście roznoszono nie tylko propagandowe odezwy, ale także pamflety, dziwne portrety, humorystyczne wywiady. Rozpowszechniano też w mieście skopiowaną przemowę Abraham Ajzenberga, w której nawołuje wyborców do niegłosowania na Menachema, ale na niego, bo jest on najmądrzejszym Żydem w całym miasteczku. A jeśli, nie daj Boże, nie zostanie wybrany, to przestanie czuć się odpowiedzialnym za miasto i nie będzie się już mieszał w sprawy gminy. Miasto zostanie wówczas bez opieki… Wielu ludzi mu uwierzyło.

Całe miasto bawiło się czytając humorystyczne gazetki. Nikomu nie przyszło na myśl, że są to ich ostatnie wybory… Ostatnie intrygi w mieście… Ostatnie bezsensowne partyjne spory – na wieczność!

[str. 171]

 

Moja siostra Tzipa

„Zieloniutkie drzewka, listki malutkie,
goni i zrywa wiatr
takie same zieloniutkie listki
rosną teraz na jej grobie”.
(Lejb Najdus)

W domu było nas czworo – dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Wszyscy byliśmy dorodni i ładni. Nigdy się nie kłóciliśmy. Każdy z nas znalazł swoją drogę. Jeden zajmował się handlem, drugi czytał książki, jeszcze inny marzył o ludzkim i żydowskim zbawieniu. Nikt nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że tragiczny los mógłby nas rozdzielić. Wiatry, które wiodą żydowskimi statkami, zerwały liście z naszego drzewa, zagnały nas w najdalsze zakątki świata. Nie dopisywało nam jednak szczęście. Towarzyszyły nam bieda i samotność, byliśmy jak podarte, zakrwawione chorągwie, w plątaninie obcych ludzi biły nasze złamane serca.

Biały papier niesie rzewne słowa do odległych krajów i mórz, z jednego miejsca na drugie. Pozostała nas trójka, rozsianych po całym świecie, jak macewy naszego zniszczonego miasteczka.

Jako pierwsza wyjechała siostra do Erec Isroel. Potem wyjechał

[str. 172]

brat do Urugwaju. Zapłakany i załamany stał na progu domu jakby stał nad grobem i żegnał się z nami. Jako ostatni wyjechałem ja do gorącego Rio de la Plata, a było to chwilę przed tragedią.

Najmłodsza siostra została z rodzicami. Nie miała szczęścia. Miała już paszport, aby wyjechać do siostry, do słonecznego, zielonego kraju – Erec Isroel, ale podcięto

Tzipa Granatsztajn z siostrą Matl i Felczą Ber

jej skrzydła i w przededniu wojny światowej została w antysemickiej Polsce.

Była typową małomiasteczkową dziewczyną. Uważała się za piękność, od czasu do czasu brała udział w spotkaniach Hachaluc-hacair, chodziła na koncerty i przedstawienia teatralne, które wystawiała organizacja. Ładnie śpiewała i miała słabość do wykonywania piosenek po swojemu. Miała zdecydowanie zbyt dobre mniemanie o sobie. Nie z każdym chciała rozmawiać, spacerować. Mocno wierzyła, że gdzieś daleko czeka na nią jej szczęście. Z obcego kraju przybędzie do niej jej oblubieniec, który od razu się w niej zakocha.

Siostra w Erec Isroel zrobiła wszystko, aby zabrać ją do siebie. Wybłagała certyfikat. Z mężem chcieli, aby na certyfikat przyjechało kilka osób z rodziny. Wystawiono go na rodziców szwagra, a moją siostrę zapisano jako ich córkę. Wszystko było gotowe. Podstęp się udał. Nikt nic nie podejrzewał: magistrat, urząd ds. Palestyny, władze angielskie. Wszystkich udało się oszukać. Gdy już mieli wyjechać do Erec Isroel, ojciec szwagra zaczął żałować i uparł się, że nie pojedzie. Także rebe z Kałuszyna, którego prosił o radę, kazał mu nie jechać i zostać w domu.

W drugim roku wojny moja siostra Tzipa zmarła na tyfus w getcie. Ludzie pocieszają mnie, że nie zginęła w komorze gazowej – dla mnie to jednak marna pociecha.

W moich koszmarach jej nieprzeżyte lata nawiedzają mnie, wbijają się w moje ciało. Jeśli moje serce nie pęknie, to znaczy, że jest twardsze niż stal.

[str. 173]

 

Ruwen Rozenberg – nasza bohaterska legenda

„Jestem jednym z tych, którzy zawsze robią to, czego nie wolno.
Z tych, co oddają wszystko i nic im nie pozostaje.
Z tych, co przechodzą na tych z obcymi i piją razem z nimi.
Tych, co żyją krótko i umierają w samotności”.
(Icchok Kacenelson)

W czasie wojennych lat, w te koszmarne dni i noce przed oczami nieraz stawało mi moje rodzinne miasto i jego żydowscy mieszkańcy. Wszyscy działacze społeczni, z którymi razem pracowałem, snułem wspólne marzenia, a także ci, z którymi się kłóciłem i których zwalczałem. Jak taśma filmowa przesuwali się w mojej pamięci. Rozmawiałem z nimi w niejedną bezsenną noc, dyskutowałem. Byłem z nimi w getcie, szedłem na przymusowe roboty i w końcu poszedłem do Treblinki… Także przygotowywałem się z nimi do zbrojnego oporu. Nieraz budziłem się zmęczony, wyczerpany snem po walce z niemieckimi zbrodniarzami w sokołowskich lasach. Najczęściej we śnie spotykałem się z Ruwenem Rozenbergiem, mimo iż w Sokołowie, z racji mojej działalności, rzadko z nim miałem kontakt. Dzieliły nas polityczne i ideologiczne

[str. 174]

różnice. Należeliśmy do dwóch zwalczających się obozów. Ale mimo tego był on zawsze w centrum moich wspomnień.

Gdy myślę o aktywnych, walczących siłach, które gotowe były pomścić przelaną świętą krew naszych rodzin, to zawsze myślę o Ruwenie Rozenbergu. Jest on jednym z heroicznych bohaterów, którzy byli gotowi poświęcić się, walcząc o honor naszego miasteczka i naszego narodu. Moja intuicja mnie nie zawiodła. Wśród bohaterskich partyzantów, którzy odznaczeni zostali pośmiertnie przez polski rząd za ich heroiczną walkę z niemieckimi bandytami, widnieje nazwisko Ruwena Rozenberga z Sokołowa Podlaskiego.

Jego imię zostanie zapisane złotymi zgłoskami w historii naszego męczeńskiego narodu. Jego imię trafi do świętego panteonu i będzie widniało wśród innych świętych i bohaterów, którzy zginęli śmiercią bohaterską lub popełnili kidusz-haszem [*synonim męczeństwa za wiarę]. Jego imię zostanie połączone wiecznym węzłem z imionami innych świętych męczenników. Jego krew wpleciona zostanie w uświęcony krwią łańcuch, który zaczyna się od Samsona, Bar Kochby, Machabeuszy, reb Akiby, Chany i jej synów, Hirsza Lekerta, Josefa Trumpeldora, Szolema Szwarcbarda, Szmuela Zigelbauma, Tosi Altman, Mordechaja Anielewicza i Ruwena Rozenberga. Inaczej być nie mogło. Był buntowniczym charakterem. Walka leżała w jego naturze. Walczył za prawdę, za ludzki honor, za dumę i godność. Nienawidził małych, żałosnych człowieczków, tchórzy, dwulicowych i sytych paniczów, którzy zawsze szli z prądem, nigdy z nikim nie zadzierali i żyli z każdym w zgodzie, podlizywali, łasili się i próbowali przypodobać możnym, miejskim bogaczom i władcom.

Ruwen Rozenberg przez wiele lat wywoływał w miasteczku spory i kłótnie za sprawą swojej dumnej, samodzielnej drogi, którą podążał. Był niespokojną naturą. Z tego powodu miał wielu zwolenników ale także wielu wrogów. Miejskie ulice były wąskie, biedne i mizerne,

[str. 175]

ale było na nich życie. Wszyscy byliśmy uwięzieni w tych samych czterech ścianach. Ograniczone, spętane przez wewnętrzne i zewnętrze siły, było nasze życie. Młodzieńcze skrzydła były podcięte, przykute jak Prometeusz do skały. Czy można się dziwić, że jeden podszczypywał, zaczepiał drugiego? Ludzie deptali sobie po piętach. W tej społecznej ciasnocie, ocierano się jeden o drugiego. Za dużo partii, za dużo ideologicznych różnic przedostało się do małego miasteczka z gojskiego świata.

Byliśmy pokoleniem rozproszonych myśli i opinii, niesionych przez wielkie, potężne rewolucje. Wszyscy niegdysiejsi przyjaciele z chederów lub z jesziwy rozeszli się, pokłócili. Brat nie poznawał swojego brata. Każdy sądził, że tylko on zna ludzką prawdę, że tylko on powołany jest do bycia przewodnikiem i przywódcą w miasteczku. Starych przywódców obalono, zrzucono z tronu. Każdy młodzieniec, który przeczytał tuzin książek, uchodził już w miasteczku za wybitnego działacza. Walczono ze sobą i darto koty.

Ruwen Rozenberg był jednym ze zdolnych, aktywnych młodzieńców i zawsze chciał wsadzić swoje trzy grosze i nadawać ton. Miał w Sokołowie wielu przeciwników. Mimo że był członkiem partii, bojownikiem, z natury był bardzo romantyczny i sentymentalny. Z tego powodu wiele razy wybuchał gniewem, histeryzował. Brakowało mu spokoju i stateczności. Kierował się tylko uczuciami, działał pod wpływem chwili, co często sprowadzało go na manowce. Tak jak jego brat Szlojme, lepiej nadawał się do kochania niż do życia partyjnego. Wiele lat nie zgadzał się ze swoją partią. Nie chciał się jednak z nią rozstać. Nawet gdy w Poalej-Syjon Lewicy doszło przez krótki czas do rozłamu, z powodu aktywnego wsparcia dla Palestyny, nie odłączył się od partii. Mówił, że trzeba poczekać, aż większość zrozumie i zrewiduje swoje poglądy. Przemawiał

[str. 176]

serdecznie i uprzejmie. Wyniósł to z domu, w którym się wychował. Gdy jego ojciec Dowid Ekspeditor (bp.) zmarł, jego matka Jechudis została w domu sama z gromadką dzieci. Wszystkie dzieci były udane i ładne. Razem lśnili jak bukiet słodkich, roześmianych i kolorowych róż. Bawili się w biednych warunkach, pieścili się ze sobą, jak z kwiatuszkami. Wołali na siebie Ruwele, Szlojmele i Riwkele. Miły, serdeczny ton bardzo do nich pasował. Pozostawał w zgodzie z ich romantyczną naturą i z ich pięknymi sympatycznymi twarzami.

W tym samym czasie, gdy jego brat Szlojme rozpływał się w uwielbieniu „wyższych sfer” i czekał

Na bankiecie Chany Rubinsztejn przed jej wyjazdem do Erec Isroel

przez całe 10 lat na choćby cień pałacu i ukochaną księżniczkę, Ruwen poszedł szukać miłości wśród pastuchów w dolinie, udał się do ludu. Nie lubił długich, przewlekłych bitew… Był jak rozśpiewany ptak, który nie może siedzieć wiosną zamknięty w klatce. Nie lubił statecznych córek bogatych gospodarzy, do których latami trzeba było

[str. 177]

wyśpiewywać serenady, stojąc na progu ich domów, aż można było złapać je za rękę.

Jego młodzieńcze, naiwne i małomiasteczkowe instynkty kontrolne zniknęły na ukraińskich polach bitew w czasie polsko-rosyjskiej wojny, kiedy to w rosyjskich wioskach tak jak inni polscy żołnierze, pozbywał się swojego młodzieńczego wstydu. Z wojska wrócił dojrzały i silny. Gdy przyjechał, w mieście panował sezon miłosny. Zakochane pary wyrastały jak grzyby po deszczu. Ruwen Rozenberg nie miał konkurencji. Każda, z którą chciał spacerować, w której się zakochiwał, poddawała się jego urokowi. Gdy dziewczyna otrzymała jego liścik napisany przepięknym pismem, nie było przebacz. Chodziła upojona jego słodkim kwiatowym zapachem marząc cały czas o Ruwenie.

Kogo w miasteczku to on w sobie nie rozkochał? Nikogo nie oszukiwał, tylko samego siebie. Ile kobiet mieszkających teraz w amerykańskich krajach pamięta go i nosi w sercu jego portret? Kochał szczerze, całym swoim sercem. Ale jego miłość była jako ogień, jak płomień, któremu brakowało węgla, brakowało podpałki. Jego miłostki zaraz się kończyły i nie trwały długo. Nie ponosił tu żadnej winy, był po prostu człowiekiem impulsywnym. Ruwen jednak nie popełnił mezaliansu i nie ożenił się z dziewczyną z ludu. Na stare lata zakochał się na dobre w młodej, cichej, sympatycznej chasydzkiej córce Lei Edlsztejn, córce Jankiela. Prawdziwy skarb. Rodzicom nie podobała się ta partia, ale kochali swoją córkę całym sercem. Nie chcieli jej unieszczęśliwiać i wiedzieli dobrze, że nic już nie zmienią. Ruwen ożenił się z Leą Eldsztejn.

Bardzo się kochali. Ich dom był otwarty dla ludzi. Kto do nich nie zachodził? Sympatyczna i mądra żona przyjmowała wszystkich z miłością i otwartością. Mieli bardzo

[str. 178]

ładną córeczkę, z której byli bardzo dumni. Co interesujące, Ruwen Rozenberg, działacz Poalej-Syjon Lewicy, bojownik o świecką kulturę żydowską, posłał swoją córkę do religijnej szkoły Bejs Jakow. Gdy go pytano: „Powiedz, jak to jest?”, odpowiadał: „Chcę, aby moja córka znała żydowską religię, starą żydowską literaturę religijną. Gdy dorośnie, może zostać kim chce”.

Miał też tę słabość, że zawsze w Pesach przed sederem albo w

Nauczycielki i uczennice szkoły Bejs Jakow w Sokołowie

Jamim Noraim przychodził do pilawskiego sztybla. Towarzysze go krytykowali, jednak nie za wiele sobie z tego robił.

– To moje osobiste uczucia – mówił. – Sprawia mi przyjemność siedzenie z chasydami i śpiewanie żydowskich nigunów. Oni są cichymi i uczciwymi ludźmi. Dlaczego mają być trefni? Jak się siedzi w pilawskim sztyblu to przeszkadza się w socjalistycznej rewolucji i nie można budować Erec Isroel? Jak wam się nie podoba, wykluczcie mnie z partii.

[str. 179]

Zawsze robił to, na co miał ochotę. To była jego zaleta i wada w jednym. Nie był człowiekiem pozorów, nie robił rzeczy, aby się komuś przypodobać. Wszystko co robił, chciał zrobić. Z tego powodu ciągle się mieszał w obce sprawy, brał udział w kłótniach, konfliktach. W ostatnim okresie nie zasiadywał już w radzie miejskiej. Polski rząd nie chciał, aby był on radnym. Cała lista wyborcza Poalej-Syjon Lewicy została usunięta. Widzę go przed oczami, jak stoi w sokołowskiej radzie miejskiej i walczy o żydowski honor, polemizuje z antysemitą Popławskim, przywódcą miejscowej endecji.

Zaprzyjaźniłem się z nim blisko w ostatnich latach przed wojną, gdy jego partia zbliżyła się do Organizacji Syjonistycznej. Był pierwszym z towarzyszy, który dał się zachwycić Keren Hajesod. Przegadaliśmy wiele dni i nocy. Postanowiliśmy nawet razem wyjechać do Boliwii. Zaczął jednak żałować. Na bankiecie pożegnalnym, który towarzysze zorganizowali przed moim wyjazdem, wygłosił najlepszą, najserdeczniejszą mowę. Nigdy jej nie zapomnę.

Nie wiem dokładnie na czym polegało jego bohaterstwo, za które został odznaczony przez polski demokratyczny rząd. Gdzie poległ w walce i gdzie znajduje się jego grób. Jego imię niech zostanie uwiecznione i zapamiętane przez wszystkich jego krajan. Niech ojcowie i matki powtarzają je swoim dzieciom, opowiadają o nim przyszłym pokoleniom. Ruwen Rozenberg zostanie bohaterską legendą z Sokoła Podlaskiego. Legendą, która kiedyś istniała, a której już nie ma…

[str. 180]

 

Z Awromcze Rubinsztejnem i Jidlem Łosice w Paryżu

Po drodze do Boliwii, musiałem czekać kilka dni w Paryżu na chilijską wizę. Sokołowianie dowiedziawszy się, że jestem w Paryżu przyszli do mojego hotelu zobaczyć się ze mną. Przyszli także Awromcze Rubinsztejn i Jidl Łosice ze swoimi żonami. Poprosili zebrane towarzystwo, aby mnie zwolniło z jedzenia, bo chcieli, abym zjadł obiad i kolację u nich w domu. Początkowo dziwiło mnie, dlaczego robią ze mnie tak ważnego gościa. W Sokołowie nie przyjaźniliśmy się i nasze stosunki nie były tak zażyłe. Nie mogłem zrozumieć ich szczerej radości i zainteresowania, jakie mi okazywali. W miasteczku raczej rzadko się spotykaliśmy, a nasze drogi nieczęsto się krzyżowały.

Awromcze Rubinsztejn był rozpieszczonym, bogatym dzieciakiem, beztroskim młodzieńcem i lekkoduchem. Rozmawialiśmy ze sobą nie więcej niż kilka razy i zawsze tylko o syjonizmie. Nie lubił socjalizmu. Handel drewnem i zbożem, który prowadziła jego rodzina, był lepszym i tańszym sposobem zarabiana na życie niż w socjalistycznym

[str. 181]

kraju. Wyjechał do Paryża na studia. Życie studenckie w wielkim mieście ze wszystkimi swoimi przeciwieństwami sprowadziło go z obranej małomieszczańskiej drogi i wepchnęło w ramiona partii komunistycznej.

W okresie przedwojennym, gdy we Francji sukcesy świętował i szedł jak burza, organizując masowe manifestacje, Front Narodowy, Awromcze przyjechał w odwiedziny do Sokołowa. Cały był podekscytowany, rozpromieniony. Po ulicach rozsiewał swój entuzjazm i wychwalał komunizm. Komunizujący szewcy cieszyli się i czerpali z tego wielką przyjemność. Znów przypadkowo spotkałem go na ulicy podczas dyskusji, tym razem nie na tematy polityczne. Byłem wówczas, podobnie jak on, gorącym zwolennikiem nieinterwencyjnej polityki Leona Bluma. Rozmawialiśmy o kwestii żydowskiej. Wczorajszy mieszczański syjonizm, który nie chciał widzieć związku między żydowskim domem w Erec Isroel, a procesami demokratyzacji i socjalizacji na świecie, popadał wówczas z jednej skrajności w drugą. Interesowały go tylko socjalizm i walka z faszyzmem.

– Co będzie z nami? – pytał. – Gdy uda się uwolnić świat od kapitalizmu, od rządów tych kilkuset rodzin? Będziemy wszyscy żyć jak równy z równym? Naiwne jest ekscytowanie się kibucami w Erec Isroel, heroizmem i wyniosłością. To są nic nie warte szczegóły. Wybawienie narodu żydowskiego nadejdzie z tamtej strony Pirenejów. To trzeba wspierać. Tam trzeba jechać walczyć.

Oczywiście odpowiedziałem mu. Robił na mnie wrażenie małomiasteczkowego biedaka, którego wzrok nie sięga dalej niż za rogatki. Mówił wzniośle, dumnie, jak teoretyk, u którego w kieszeni schowany jest strategiczny plan socjalnej rewolucji, która ma nadejść. Wrócił do Paryża i tyle go widziałem. Więcej się w Sokołowie nie spotkaliśmy.

Także z Jidlem Łosice miałem podobne relacje. Razem pobieraliśmy nauki u wielu melamedów, ale nasze drogi

[str. 182]

się rozeszły. On patrzył w stronę Moskwy, ja do Moskwy „doczepiłem” jeszcze Jerozolimę. Spotkaliśmy się w Wilnie, litewskiej Jerozolimie. Siedział tam pięć lat w więzieniu za szerzenie komunizmu w polskim wojsku. Ja chodziłem regularnie z chalucami z kibucu „Szaharia” szukać w mieście drewna na opał. Wiele razy spoglądałem w stronę wysokich okien wojskowego więzienia, gdzie siedział Jidl Łosice. Zaraz po zwolnieniu także wyjechał do Paryża. Nie mógł zostać w Polsce. Zaraz znów wsadzono by go do więzienia.

Gdy rozmawiałem z nimi w Paryżu, zrozumiałem, dlaczego tak bardzo cieszą się na mój widok. Odkryłem w nich innych ludzi, dzieci prześladowanego narodu. Wydawali mi się zupełnie inni w gawrze zatłoczonych paryskich ulic. We Francji panował już wówczas polityczny chaos. Front Ludowy już upadł, w Hiszpanii wygrał reżim Franka. Chamberlain zdradził w Monachium, z Niemiec dochodziły dzikie głosy złych ludzi, mrożące Żydom krew w żyłach. Żydowskich młodzieńców, którzy walczyli w Hiszpanii, zamykano w obozach koncentracyjnych albo odsyłano z powrotem do Polski. Jidl Łosice musiał, podobnie jak setki innych młodych mężczyzn, codziennie meldować się na policji. Żaden zagraniczny obywatel nie mógł być pewien jutra.

Zabrali mnie z hotelu i pokazali Paryż. Na początku żony Awromcze i Jidla pokazały mi dzielnicę żydowską. Także Bellevile i Rue de Rivoli. Przespacerowawszy się kilkoma bulwarami i parkami, pojechaliśmy zobaczyć Bastylię i Łuk Triumfalny. Żona Awromcze była córką jednego z kolonizatorów w Erec Isroel. Gdy przyjechała do Paryża na Wystawę Światową, Awromcze i ona zakochali się w sobie i pobrali. Pięknie mówiła po hebrajsku. Wieczorem metrem

[str. 183]

wróciliśmy z naszego interesującego spaceru. Razem zjedliśmy kolację u Awromcze w mieszkaniu. Sam przygotował baraninę, kartofle i zieloną fasolkę. Piliśmy białe wino.

Mieszkanie miał bardzo ładne, położone centralnie tuż przy Pałacu Republiki. Gdy stało się obok jego perfumerii można było zobaczyć pomnik Republiki: symboliczne, wielkie brązowe lwy, które strzegą ducha francuskiej rewolucji…

Do mieszkania Awromcze przychodziło wielu żydowskich młodzieńców. Można było tam podyskutować, spotkać wszystkich – od rewizjonistów po anarchistów. Tym razem jednak wszyscy siedzieli obojętnie, w poczuciu beznadziei i otępienia, jak owce czekające na nadejście wilka. W powietrzu unosiła się tragedia bezdomnego ludu Izraela. Powiedzieli mi, że chcą nielegalnie wyjechać do Izraela. Także Jidl Łosice wpłacił już zaliczkę, co tak tłumaczył:

– Nie mamy innego wyboru. Inaczej wyślą nas do obozów razem z hiszpańskimi bojownikami albo odeślą z powrotem do Polski.

Awromcze siedział cicho, zupełnie jak nie on. Zasępiony, jak ptak z podciętymi skrzydłami, chodził wokół stołu i podawał gościom potrawy. Od czasu do czasu uśmiechał się do swojego małego dziecka. Późnym wieczorem poszliśmy na spacer paryskimi bulwarami. Była piękna, jasna noc. Jedwabne niebo lśniło nad wielkimi kopułami. Miasto owinięte było mistycznym, tajemniczym welonem. Spacerujące kobiety spoglądały na nas swoimi niewyspanymi, zmęczonymi i pożądliwymi oczami. Szliśmy ulicą Montparnasse i na cały głos śpiewaliśmy piosenkę Mangera:

„Lomir zingen do szejne lid, hajdl, didl, dam,
wi di goldene pawe flit ibern brejtn jam“

[Piosenka Icyka Mangera pt. „Rabi Tam”. Tłum: Zaśpiewajmy piękną piosenkę, hajdl, didl, dam / o tym, jak złoty paw leci nad szerokim morzem.]

Weszliśmy do kawiarni „Dom”, gdzie piliśmy wino i zagryzaliśmy chlebem. Następnego dnia zjedliśmy obiad

[str. 184]

u Awromcze. Zostawił swoją pracę i pojechał ze mną zobaczyć interesujące miejsca w Paryżu.

– Skąd kobiety mają wiedzieć, dokąd jechać? – mówił. – Jak my pojedziemy, to dopiero zobaczysz wielkie cuda.

Na początku zwiedziliśmy średniowieczną katedrę Notre Dame z jej wysokimi gotyckimi wieżami. Stawaliśmy przy każdej świętej figurze. Awromcze, jak profesor uczniowi, wyjaśniał mi, co oznaczają poszczególne obrazy. Szedłem za nim, jak mały bezradny chłopczyk. Płaskorzeźby, fantastyczne mozaiki, witraże wywarły na mnie, małomiasteczkowym młodzieńcu, wielkie wrażenie. Zmieszany chodziłem po katedrze jak po zaczarowanym pałacu. Wspięliśmy się na wysokie stopnie i podziwialiśmy kolorowe arabeski. Stamtąd poszliśmy zobaczyć wysoki budynek Panteonu, miejsce ostatniego spoczynku najważniejszych osób we Francji.

– Widzieliśmy już zatem przykłady średniowiecznego gotyckiego stylu w katedrze Notre Dame i przykłady romańskiego stylu z epoki renesansu w Panteonie. Pójdźmy więc obejrzeć także dzieła sztuki z innych epok – powiedział Awromcze i szybko pojechał ze mną do Luwru.

Oglądaliśmy meble w stylu Ludwika XIV, a także obrazy Rembrandta. Wracając, zatrzymaliśmy się nad Sekwaną. Staliśmy tak i patrzyliśmy na niebieską, spokojnie płynącą wodę. Krwistoczerwone słońce zachodziło pomiędzy kopułami i wieżami. W wodach Sekwany odbijały się jasne blade promienie. Bawiły się, psociły na brzegach rzeki jak złote motyle.

Awromcze rozgadał się, wylał swoje zbolałe serce. Opowiedział mi o swojej miłości i politycznej tragedii, która go spotkała. Zakochał się szczerze w dziewczynie. Zdradził dla niej swoich towarzyszy, którzy stali się od tego momentu

[str. 185]

jego wrogami. W wielkim mieście został sam. Obudziła się wówczas jego żydowskość. Zaczął tęsknić za żydowskim środowiskiem, swoimi przyjaciółmi z Sokołowa.

– Wiele lat męczyłem się w Paryżu. Pracowałem w najcięższych warunkach. Dziś dobrze mi się wiedzie. Mój sklep prosperuje. Idą jednak złe czasy. Nadciąga burza. Kto wie, co nas czeka. Jeśli uda mi się dostać wizę do Boliwii, przyjadę. Wówczas się spotkamy.

Włóczyliśmy się obaj wąskimi uliczkami tak zwanej Dzielnicy Łacińskiej. Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy u Jidla Łosice na kolacji. Żony przygotowały chleb, masło, ser i świeże truskawki ze śmietaną.

Jidl Łosice mieszkał w Dzielnicy Łacińskiej na dziesiątym piętrze wśród paryskiej bohemy, artystów i innych wagabundów. Dobrze się tam bawiliśmy. Przez duże okno obserwowałem miliony elektrycznych latarni, których żółte żarówki to gasły to znów się zapalały, rozświetlając paryskie ulice. Znad Pól Elizejskich i Lasku Bolońskiego unosił się rześki wiatr. Jedliśmy smaczne, czerwone truskawki skąpane w białej, świeżej śmietanie. Nauczyłem się nowych pieśni, które śpiewało się w Polsce. Wydałem wówczas połowę moich wszystkich pieniędzy, które zabrałem ze sobą w podróż do Ameryki Południowej.

Co się z wami stało drodzy przyjaciele? Jidl Łosice z żoną Libą. On chorował, był w szpitalu. O Awromcze i jego żonie nie wiem nic.

Wy moi umęczeni krajanie! Tak bardzo pragnę was ujrzeć raz jeszcze. Jeszcze raz wspiąć się w wyzwolonym Paryżu na schody w katedrze Notre Dame. Stanąć na górze, gdzie stał biedny, ślepy dzwonnik, nieszczęsny bohater książki Wiktora Hugo. Znów jeść czerwone truskawki ze śmietaną i śpiewać:

„Lomir zingen do szejne lid, hajdl, didl, dam,
wi di goldene pawe flit ibern brejtn jam“.

Czy jeszcze zaśpiewamy na wolnych paryskich ulicach?

[str. 186]

 

Cień mojej matki

Nie byłem mojej matce pociechą. Droga, którą podążałem, nie była jej drogą. Słusznie chciała, abym został kupcem, chodził do besmedreszu, tak jak robili to jej przodkowie od setek lat. Nigdy jednak nie uskarżała się, nie rozpaczała jak inne matki. Nie potrafiła. Zakochana była w ciszy, w spokoju. Gdy ojciec zapominał, czy zmówił już modlitwę, zawsze mu przypominała. Pod swoimi matczynymi skrzydłami chowała całą naszą rodzinę. Nidy mnie nie ukarała. Nie potrafiła żądać, wymagać i mieć pretensję nawet do własnych dzieci.

Cichą i spokojną naturę i skromność odziedziczyła po swoim ojcu Motlu Wengrowerze (bp.), którego sokołowski rebe wzywał każdego święta Jom Kipur do czytania Tory. Jego modlitwy były jak prawdziwa głęboka cisza.

Zanim wyjechałem, matka z głębi serca wyznała:

– Wyjeżdżacie wszyscy. Ja zostanę sama, stara i schorowana. Moja siostra ma tyle radości ze swoich dzieci. Wszystkim wyprawiła wesela, dzięki Bogu wiedzie im się dobrze. Wszyscy są razem. Mój los jest ponury, gorzki.

[str. 187]

Moje dzieci tułają się po obcych krajach. Kto przyjdzie na mój pogrzeb? Kto zmówi kadysz?

Bóg odpowiedział na ciche skargi nieszczęsnej żydowskiej matki, odpowiedział okrutnie i gniewnie.

Matka kroczy za mną jak cień. Podąża za mną wszystkimi ulicami i drogami. Jest we wszystkich krajach i na wszystkich kontynentach, na morzach i pustyniach jawi się mi jej niewinna, smutna postać. W parkach pomiędzy palmami, czerwonymi różami i białymi liliami, obok kolorowych fontann i basenów widzę jej twarz. Na gwarnych ulicach, w świetle wyblakłych neonów widzę ją siedzącą w Tisze Bow z innymi kobietami z naszej ulicy, dla których czytała i tłumaczyła modlitwy.

Beko tibeka belajla wedineta al lecheja – Płakać, płacze nocami, a jej łzy są na jej policzku.

W rozbrzmiewającej muzyce, wśród tonów Czajkowskiego, nieziemskich symfonii Beethovena i Bacha, rozbrzmiewa w moich uszach jej tęskny szept: „Boże Awroma, Icchoka i Jakowa”. W zachodach słońca, gdy święty szabas ulatuje jak biały gołąb…

Jitgadal vejitkadasz szmeh raba… [To pierwszy wers modlitwy kadysz]